Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Doznaje przebudzenia, lecz nadal odczuwam nie wesołe symptomy strasznego snu. Czcigodne stopy obcięto laubzegą. W tym problem, że moje. Na dodatek szajsem z przeceny bez trzech zasadniczych zębów. Przez to operacja trwała długo i boleśnie, a ja kwiczałem na całe łóżko, niczym zarzynane cokolwiek. Haczyło paskudnie, gdy rzępolił po piszczelach. A zatem logistycznie, istne dno.

 

Najgorsze, że obcięto i wyrzucono na hałdę śmieci, razem z nowymi butami, na które ciułałem przez całe życie. Ileż to razy musiałem wtykać różowej śwince, prosto w wąską dziurkę? Skąd mam wiedzieć? Nie pamiętam z tej całej zgryzoty. Aż wreszcie nazbierałem. I co? I gówno! Nie mam stóp. A pościel pobrudzona skrzepłą zerówą.

 

Dobrze, że to tylko sen. Leżę na łóżku i dyszę ze szczęścia. Chociaż noc i powinienem spać. Mam całe i zdrowe. Buty stoją cichutko przy prosiaku. Pilnuje, żeby nie odeszły zakochane w szewcu. Żebym znowu nie musiał płakać cichutko, prosto w jaśka pod głową. Szarpał mnie za czuprynę guzikami od poduszki. To w sumie dobrze. Przerwał rżnięty sen. A może jemu też obcinano rogi?

 

Wtem słyszę plaśnięcie. Na ścianie, blisko sufitu, dostrzegam rozpaćkane jajo. Nie wiem kto rzucił i skąd. Z maśtyki powstaje kurczątko o stu nogach. Pierwszy raz widzę takie dziwo, w międzyczasie licząc. Ptaszek bębni w skorupki, jakby do wojny szykował lot. Faktycznie leci, ale prosto na mnie. Wlatuje pod kołdrę i po chwili wylatuje, uderzając o portret pradziadka. Kurczę spada na podłogę z martwicą mózgu, bo nadziane na fajkę.

 

Odchylam narzutę i sapię z ulgą. Mieszek cały. Krewny co wisi też sapie, bo wnerwiony. Wyłazi z obrazu. Idzie w moim kierunku, grożąc laską z truchłem ptaka na końcu. Sięgam po rozpuszczalnik i pradziadka dosadnie rozcieńczam. Stary pryk mimo wszystko, wskakuje raźnie na godne miejsce, kołysząc obrazem. Rodzinny członek między ramkami, dla zachowania pozorów.

 

Nagle słyszę skrzypienie. Przecież wczoraj zawiasy smalcem smarowałem, jedząc suchą pajdę chleba. Spoglądam na uchylone drzwi. Zaspanym oczom nie wierzę. Przylepiona jest do nich paskudna zjawa. Dynda jak ryba na haku i skrzypiąco narzeka. Drzwi też skrzypią, lecz nie marudzą.

  

– Miałam cię straszyć. Wyrobić normę. I dupa z tego. Drzwi mnie przylgnęły. Co mam biedna począć?

– Byle nie drugą taką samą – dopowiadam pospiesznie.

– Co? Mniejsza z tym. Wielkie Straszydło da mi po premii. Poradź coś. Proszę!

  

Wychodzę z wyra. Podchodzę do zjawy. Rzeczywiście. Koszmarny balsam na oczy. Włosy w nieładzie, a okulary odgryzają ucho. Mówię do niej czule, głaszcząc po twardych kłakach:

   

– Chcesz, to cię pobujam na tych drzwiach. Fajnie pojeździć w te i wewte. Zawrotu głowy dostaniesz. O troskach zapomnisz

– Ale ja nie mam całej głowy.

– Fakt. No cóż. Zapomnisz połową.

  

Zaczynam ją bujać, lecz nagle niewdzięczna mara, mająca w cuchnącym oddechu moje litościwe serce, roztwiera paszczę i rzuca zębami prosto w twarz, której jestem właścicielem. Żółte, krwawe siekacze dzwonią niczym dzwoneczki na saneczkach, bo rozwarłem gębę ze zdziwienia. Myślałem, że będzie wdzięczna za bujanie. Ale gdzie tam. Nie chce wredna stracić wypłaty. Stroszy groźnie wąsy i pypcie na wardze. A na każdym z nich kropelka cuchnącej mazi.

 

Dosyć mam tego. Trzaskam drzwiami odwrotne, rozmazując zjawę na ścianie. Spływa z niej i nadal zawodzi, jaka to biedna i niezrozumiana. Lecz mimo że płaska, to nadal żywotna. Ciekawe czym zawodzi skoro jej szczękę nadepnąłem, aż donośnie chrupnęło. Kilka zębów wyleciało spod podeszwy, niczym z procy. Poleciało na tapczan na którym przed chwilą leżałem.

A teraz leżą zwłoki. Nagle i niespodziewanie zęby zyskały i zaczynają gaworzyć. Masz ci los. Takie w połowie żywe. Wnerwia mnie to. Co dopiero wczoraj nową pościel zaścieliłem. I już pobrudzona niekompletnym ciałem. Mówię bardzo grzecznie:

 

– Proszę mi się tutaj nie rozkładać. To mój tapczan na którym śpię.

– Jakoś tego nie widać – odpowiada trup. – Proszę mnie nie wnerwiać, bo postraszę bardziej. Dotarło?

– Spadaj z tego wyra i to bez żadnej zwłoki! Nie zastraszysz takim wyglądem. Mam w rodzinie żywych krewnych, którzy wyglądają gorzej. Słyszę jak coś kapie. To pewnie z ciebie. No oczywiście! Jakieś żółtawe obrzydlistwo. Na świeżo umytą podłogę. A sio mi stąd.

– To żadne obrzydlistwo. Wypraszam sobie. Mam katar sienny. Leci mi z nosa. Masz może chusteczkę haftowaną, co ma cztery rogi? Ach te lata dziecięce. Wyobraź sobie, że pewnego razu, gdy jeszcze byłam małą dziewczynką...

– To ty jesteś kobietą?

– A co? Nie widać?

– Nie. Znaki rozpoznawcze zgniły.

– Ojej! Niech spojrzę. Faktycznie. Ale chusteczkę możesz dać.

– Ja ci dam chusteczkę. Lepiej zakryj plamy pośmiertne. Wyglądają gorzej niż jeleń na rykowisku.

– Spadaj z moich plam. Sam jesteś jeleń. Widziałam… i też masz plamy, palancie! A będą gorsze. Prędzej czy później włożą cię do trumienki.

– Sama jesteś trup miękki.

– Powiedziałam: do trumienki.

– Akurat! Spłonę i już.

– Ojejku! Wrażliwy przyszły popiołek. Zaraz łezkę uronię. Cholera jasna, znowu z nosa cieknie.

– A to ciekawe. Ty nie masz nosa. Jakieś strzępy. Chociaż właściwie lepiej nie wstawaj. Z lekka falujesz. Zapewne na połaciach białych robali. Gdy wstaniesz, to wyskoczą. Do diabła, przyciskaj!

Obłażą mnie!

–Ty lepiej tyle nie pierdziel, tylko spójrz za siebie.

  

Spoglądam za siebie. Szczątki zjawy uciekają na podłodze, przed szkieletem kota. Goni ją po całym pokoju. Dzwoni przy tym przeraźliwie, bo kości luźne , a przez to dźwięczne. Na dodatek tak samo jak zwłoki, przecieka niemiłosiernie. Chyba też zakatarzony. Taki biało czerwony. Ani trochę mięsa, nawet wąsów. Prześladowca też ma problem. Ściga go stado szczurów. Zyskują przewagę, gdyż do połowy same gnaty, ale od połowy zdrowe ciało. Tam gdzie pysk i ostre zęby. Otaczają zjawę i kota. Całe mieszkanie jest zapaskudzone nie wiadomo czym. Kot staje słupka, wyrywa swój piszczel z piersi i wtłacza w oko szczurowi. Ten skrzeczy, ale nadal atakuje. Trup na tapczanie coraz bardziej wstaje. Jest w wielkim strachu, że go śmierć dopadnie.

  

Zjawa wskakuje na sufit. Niestety, pająki zaczynają atakować. Nie takie zwykłe. Mają włochate kółka zamiast nóżek. Zaiwaniają po suficie tak szybko, że widzą tylne plecy, swoich własnych części napędzających. Kot nadal biega po mieszkaniu. Szczury dopadają trupa. Ten zdejmuje czaszkę i wali gdzie popadnie, nie widząc w co. A mnie obłażą robale. Mam wrażenie, że jestem w płaszczyku z wilgotnych obleśnych klusek. Jakby tego było mało, słyszę pukanie do drzwi. Na dodatek przez: ó zamknięte. Dlatego nie wiem, czy otworzyć. Może to proroctwo jakieś. Właśnie teraz, kiedy mam znamienitych gości. Jednak otwieram. W progu stoi sąsiad.

  

– Witam sąsiada – rzecze uprzejmie. – Franię przyniosłem. Naprawiona jak obiecałem.

– Widzę.

– Fajny szlafrok. Taki… pulsujący… jakby żywy. A które z nich to guziki? Nie jarzę.

– Co?… taa… Akurat teraz. Mam trochę zamieszania w pieleszach domowych.

– Faktycznie… ale naprawdę działa. Proszę chociaż odebrać i podziękować.

– A co tam stuka w środku?

– Gdzie?

  

Kładę rękę do pralki. Wyciągam głowę jego żony. Gada coś, ale nie rozumiem co.

  

–Głowy twojej starej nie potrzebuję. Z resztą… kto wie.

– No wiesz. Ona tak często... kładzie głowę do bębna pralki automatycznej, gdy chce włosy umyć. Widocznie przez pomyłkę wrzuciła do frani. Ja tylko program nastawiam i sobie idę. Wnerwia mnie stukanie.

– Ciekawe jak tułów do głowy trafia po wszystkiemu? Przecież nie widzi gdzie idzie.

– Ale głowa w pralce tak. To znaczy… w automacie. Krzyczy zza szyby: jestem tutaj kochanie!! W ten sposób naprowadza resztę ciała, by mogło zadokować.

– Aha… rozumiem. A teraz już idź. Widzisz sam, co tu za plecami mam.

– Nie bardzo, bo zasłaniasz. Może w czymś pomóc?

– Mało mi szkarad po pokoju biega. Jeszcze twoja gęba potrzebna. Spadaj i dzięki za pralkę.

  

Sąsiad bierze pod pachę głowę, dyndającym kawałkiem krwawego kręgosłupa i wychodzi. Prawie by upadł na mokrym, ale nie. Idzie dalej. Chyba trochę zamroczony moim zachowaniem, bo nie zauważył, że mu pająk ucho obżera do gołego ślimaka, a kółka włosów szukają.

  

Widzę, że: trup, zjawa, szczur, kot i pająki, są w jednej kupie. Wstawiam czajnik z wodą. Mam przerwę na kawę. Nie będą zawadzać. Siedzę i czekam. Jutro posprzątam. Teraz nie ma sensu. Bo za chwilę i tak nabałaganią. Pada śnieg? Nie, to skorupki od jajek lecą z sufitu… a po prawdzie, maciupeńkie czaszki. Podskakują na wolnych przestrzeniach podłogi. Będą fajnie chrupolić pod butami.

  

Zalewam wrzątkiem kawę. Woda wytryskuje na zewnątrz, przybierając kształt gorących dłoni. Tulą moją twarz, szemrząc czule: a ti ti, pysiaczku. Biegnę pod kran, żeby na skórze bąbelki nie wyrosły. Najpierw leci zwykła woda, ale za chwilę stado ostrych igieł. Zamykam odruchowo oczy. Czuję jak włażą w skórę. Zaczynam wyciągać, bo koniec ataku. Wiele mnie okrążyło. Są teraz w tylnej części. Na wszelki wypadek nie będę siadać. Igły trudno wyjąć, razem ze skrawkami ciała. Nie spoglądam do lustra. Roztrzaskane doszczętnie. Szczur ogonem zahaczył. Resztę nadal goni szkielet kota. Znowu bałaganią. Trup prawie cały rozłożony. Śmierdzi dosłownie wszędzie. Podnosi smutno skrawki czegoś i wyciera pozostałość nosa. Otwieram okna. Aż dziw, że jeszcze żyję. Ale przynajmniej jest wesoło.

  

Przez okno wlatują krasnoludki mutanty, na latających grzybach odrzutowych. Wojujące szkraby, mają ostre zęby i dębowe maczugi. Na dodatek gwiżdżą melodię: „Hej ho, hej ho, do pracy by się szło”. Zakrwawione wystające kły, dźwigają skrawki wiewiórek a nawet resztki pana leśniczego. Te grubsze, obrośnięte mchem, są podobne do szmacianych piłeczek.

 

Taka jedna zmierza w moim kierunku. Leci między piszczelami trupa, piszczelami kota, teraz szybuje między szprychami kółek wywracając pająka. W końcu ląduje na mojej głowie. Wyciąga wiertarkę akumulatorową i zaczyna przewiercać puszkę czaszkową. Biorę kurdupla ręką i duszę nogą, rozgniatając na miazgę razem z grzybem. Biorę stopę precz dopiero wtedy, gdy przestaje gwizdać.

 

Inne zaczynają mnie omijać. Atakują kota i szczątki zjawy. Kot nadal biega, ale zupełnie oddzielnie. Zwłoki nie biorą udziału w zabawie. Nie mają czym. Nagle trącam pana kominiarza, który akurat wszedł przez okno. Zawsze mnie odwiedza, gdy czyści kominy. Krasnoludki go dopadają. Szczury też. Po chwili zostaje szczypta sadzy i żelazna kula.

  

Chwytam kulę i zaczynam nią wywijać na wszystkie strony. Najpierw trafiam w biednego kota. W pierwszą część biegającą zaś w drugą. Zostaje z niego miał kostny. Następnie tłukę wszystkie krasnoludki. Tylko białe plamy po muchomorach zostają. Szczury też miażdżę. Zjawę rozrywam na wszystkie strony. Obleśne zwłoki roznoszę na butach po całym mieszkaniu. Biorę ścierkę i wykręcam do kilku wiader. Ino kości zgarniam na kupkę. Do wyschnięcia. Może wystrugam jakiś wariatów. Będzie mi weselej z bratnimi duszami.

 

Muszę znowu pościel wyprać. Ale najpierw sprawdzę, czy w pralce nie ma głowy sąsiadki.

Słyszę pukanie do drzwi. Tym razem przez: u otwarte. Otwieram bez namysłu. W progu stoi on. Zapalony wędkarz.

– Witam sąsiada. Tak coś czułem, że mnie poratujesz.

 

Biegnę po wodę i najpierw gaszę pożar.

 

– A niby czym, drogi sąsiedzie? – pytam ugaszonego.

– Dużą ilością przynęty.

– Ach… to. Zgarnij ze mnie do wiaderka.

– Cholera zapomniałem.

– Czego?

– Wiaderka.

  

Idę ostrożnie w głąb pokoju. Odcinam piłką do metalu i po chwili wracam.

  

– Masz. Nagarnij w to.

– A co to?

– Menażka.

– Ale to mi wygląda na…

– Jemu już nie potrzebna.

  

Sąsiad odchodzi. Po chwili znowu słyszę pukanie do drzwi.

  

– Pożyczysz franie? Żona nie może włosów wyprać. Automat się zepsuł.

– Zepsuł? Tak nagle?

– Rodzina przyjechała. Wszyscy naraz chcieli umyć. Przeciążyli bęben.

– Ale ty masz głowę na karku, cwaniaku!

– Ja jestem łysy.

  

Ojejku. Znowu to samo. Ze sufitu spada jajo. Dokładnie na głowę sąsiada. Jakieś takie gorące. Przepala czaszkę. Z dziury wychodzi oślizgła Obca. Mała, ale jara. Wcina kurczaka i między kęsami mówi wytarty banał:

  

– Jestem Obca. Szykuj się na decydując starcie.

– Ej – tonuję jej zapał. – Pan reżyser ma już dosyć dalszych części. Miej nad nim litość.

– O kur…

– Gdzie? Znowu pożar?

– Walnę sobie jednego. W końcu jestem Obca.  Przekonałeś mnie. No to pa.

– Ty lepiej spojrzyj w głąb siebie.

– Spojrzałam.

– I co widzisz?

– Głąb.

– Właśnie.

 

Wchodzi do czaszki i zamyka wieko. Po chwili słyszę zamknięte na głucho słowa:

  

– Spozieram na ciebie oczami sąsiada. Może jednak w czymś pomóc?

– Skąd się wziął kominiarz? To mnie najbardziej interesuje?

– To jeden z obcych. Udawał tylko, że należy do Ziemskiej Spółdzielni Kominiarskiej. A tak faktycznie, to czyści czarne dziury w kosmosie.

– Ach tak. A guzików mu nie wcięło? Nigdy?

– Skąd mam to wiedzieć. Nie zaglądam poza horyzont zdarzeń. Zresztą struny zawadzają, a kwanty rozpraszają uwagę, bo są w dwóch miejscach naraz i przez to oczy się rozjeżdżają. Ale ze sąsiadem heca mi wyszła. Musisz przyznać. Metamorfoza doskonała.

– A frania.

– Franie przyniósł jeszcze sąsiad prawdziwy.

– Pomału nie jarzę w tym wszystkim.

– Spoko. Ja też… a tak a propos… chyba ktoś nam klamki zwędził i materace do ścian przykleił.

   

 

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Magdalena Właśnie, dokładnie, w pewien sposób jest. 
    • @Berenika97 To  dobry wiersz — mroczny, gęsty i konsekwentny od początku do końca. Podoba mi się, że tutaj wszystko powoli gaśnie, osuwa się, rdzewieje i znika, ale dzieje się to bez histerii, tylko z jakąś chłodną godnością. Najmocniej zostają mi w głowie: ślepe okno, okuty kufer i klucz połknięty przez rdzę — świetne obrazy. Wiersz ma klimat i ciężar. Ja tak nie potrafię.  U mnie chaos -  usprawiedliwia mnie tylko  to, że jestem mężczyzną - archaicznym. 
    • Zobaczyłem dzisiaj kota W towarzystwie z kociętami Leżącego na środku drogi   Ich wnętrzności były czarne Padły na piekący asfalt A ich koniec był ubogi   Przy zapachu jajecznicy Odór smażonego truchła Przywołuje czarną dziurę   Postać jej zagina światło Jakby czernią emanuje Kiedy wzrokiem ją świdruję   Białe oczy niewzruszone Dwa to punkty w jej sylwetce Pusto patrzą na kocięta   Kiedy dusze ich wysysa Ścierwo gnije i rozkłada Lecz czerń nie jest tym przejęta   I po chwili gdy już skończy Każdy chce by sobie poszła By zniknęła każdy prosi   Lecz ta ciemność nie zanika Tylko wciąż dalej żeruje I na innych się przenosi   A ja stałem tak ciągle otępiony Gdy widziałem kolejne to demony Przyczepione do każdej tak istoty Miały ludzi, rośliny, nawet koty   Te od spodu kwiaty już wąchały Czarne byty wszystko rozkładały Gdy na głowie poczułem to ciążenie Zrozumiałem że wszystkim jest cierpienie   Śmierć - panowie rozkładu To oni nas hodują Mija krótki żywot Oni wciąż żerują   Mam nadzieję, że umrę Choć nie jestem gotowy Ot małe marzenie  Dawno ściętej głowy Nabitej na kark.
    • w mieszkaniu pachnącym rosołem i lekko przypalonym snem który ktoś próbował uratować dolewką wody stoi ona królowa klamek które same się naciskają  i drzwi które przestają należeć do was Pelagia wchodzi jak rachunek za cudze życie z odsetkami liczonymi od waszego pierwszego oddechu wchodzi z reklamówką która szeleści jak wyrok w zawieszeniu niosąc w środku mrożonki które nigdy nie zaznały wybaczenia jej włosy to tłuste kable pod napięciem gdyby je dotknąć można by zasilić pół osiedla w poczuciu winy i jeszcze zostałoby na oświetlenie waszych błędów twarz ma jak garnek po bigosie niby umyty ale zapach zostaje na zawsze wygląda jak protokół powypadkowy  każda zmarszczka to paragraf na waszą radość a usta zaciśnięte tak mocno że mogłyby prostować gwoździe. Pelagia arcykapłanka domowego porządku odprawia nabożeństwa nad waszym zlewem jakby tłuszcz był grzechem pierworodnym głosi że zbawienie przychodzi w płynie do naczyń a grzech najlepiej zeskrobać druciakiem i polać Domestosem aż zacznie skrzypieć z czystości jej głos to łyżka stukająca o zęby to odgłos żwiru sypanego do trumny waszego wolnego popołudnia suchy rytmiczny i ostateczny mówi długo jak czajnik który nie wie kiedy przestać gwizdać bo nikt go nigdy nie zdjął z ognia po trzech zdaniach nie oddychasz po pięciu przepraszasz za rzeczy których jeszcze nie zrobiłeś po siedmiu zaczynasz planować winy na przyszłość Pelagia nie pyta o zdrowie ona jest patomorfologiem waszej niedzieli w różowym fartuchu w bratki przeprowadza sekcję zwłok waszego entuzjazmu wsadza wam palec w przełyk żeby sprawdzić czy wasze sumienia mają odpowiedni odczyn ph i czy nie strawiliście przypadkiem resztek własnej godności którą podała wam w sosie na kolację w zeszły wtorek w jej obecności zegary zaczynają chodzić wstecz aż lądujecie w kącie z rękami za głową przepraszając za to że wasz ślub nie był mszą żałobną za jej młodość wypluwa waszą radość na spodeczek bo twierdzi że jest niedopieczona i ma w środku jeszcze krew waszych marzeń o ucieczce które według niej powinny być już dawno ścięte fileciarka relacji bierze wasz dzień kładzie go na desce i tnie w poprzek sensu aż zostaje tylko to co jej pasuje do obiadu i co da się łatwo przełknąć bez myślenia wasze plany lądują w misce jak odpadki a ona robi z nich "na szybko coś dobrego” co smakuje jak dożywotni obowiązek i zostaje w żołądku na zawsze wchodzi do waszej  sypialni z licznikem Geigera na grzechy; sprawdza czy wasze kołdry nie promieniują zbytnią swobodą i posypuje prześcieradła solą egzorcyzmowaną żeby namiętność nie wykiełkowała ponad normę unijną wasze łóżko traktuje jak stół do ping-ponga na którym rozgrywa mecz o waszą uległość  dezynfekuje was z intymności i przycina wasze sny sekatorem żeby nie wystawały poza krawędź jej przyzwolenia wasze "kocham” pakuje próżniowo w folię bąbelkową wyciska z niego powietrze i sens i opisuje flamastrem: do użytku po śmierci -  w razie braku innych atrakcji potem posypuje wasze ciała talkiem dla niemowląt żebyście nie mogli się do siebie przytulić bez poślizgu winy i lekkiego wstydu klienci czyli wy kiwacie głowami jak ziemniaki w gotującej się wodzie pękacie powoli od środka bo już nie macie siły się nie ugotować a ona bierze to za wdzięczność i dokłada soli aż zaczynacie smakować jak jej racja jej spojrzenie jak ręka wkładana do szuflady z nożami niby nic się nie stało a jednak krwawisz i nie wiesz skąd i zaczynasz podejrzewać siebie przesuwa talerze żeby głód miał odpowiednią hierarchię i wiedział gdzie jest jego miejsce a kiedy siada na kanapie meble jęczą w dialekcie staropolskiej męki i proszą o skrócenie wyroku jej śmiech to dźwięk widelca szorującego po dnie pustego garnka sygnał że właśnie zjadła wasze wolne popołudnie kiedy mówi "synku” powietrze gęstnieje jak sos zbyt długo gotowany robi się ciężkie tłuste i nie do odrzucenia oddychasz tym i zaczynasz smakować jak ktoś inny kto już dawno przestał mieć wybór otwiera okno i wpuszcza do środka zaduch z klatek schodowych roku osiemdziesiątego drugiego w którym każde wasze " chcę" brzmi jak zdrada stanu i powód do donosu Pelagia magazyn przeterminowanych prawd ma w torebce zamrażarkę turystyczną która buczy cicho jak wyrzut sumienia    trzyma tam wasze odcięte pępowiny z datą ważności: nigdy! żeby w każdej chwili móc was nimi poddusić gdybyście zachcieli odetchnąć bez jej zgody jej uśmiech to ekspozycja w muzeum patologii rodzinnej zwiedzanie obowiązkowe rzędy zębów jak nagrobki waszych wspólnych weekendów które osobiście zabiła ścierką do naczyń i kazaniem o wyższości firanek nad wolnością kiedy w końcu wychodzi nie zostawia pustki zostawia po sobie galaretę która tężeje na waszych twarzach to nie jest już dom to inkubator jej racji gdzie wasze kręgosłupy służą jej za szczebelki do drabiny po której wspina się by napluć Bogu w okno za zbyt małą ilość octu w waszej krwi zostajecie w tym rosole po kostki pływacie jak oka tłuszczu które nie mogą się połączyć bo ona już dawno was przesiała przez sito swoich oczekiwań wieczorami gdy próbujecie się dotknąć skóra schodzi wam płatami odsłaniając jej inicjały wypalone na waszych mięśniach jak znak jakości na mięsie armatnim Pelagia nie wraca do siebie Pelagia po prostu zmienia formę skupienia teraz jest waszą zgagą waszym bezdechem jest tym szarym nalotem na waszych językach który sprawia że każde wasze "kocham” smakuje jak stara ścierka do podłogi siedzicie cicho żeby nie zbudzić jej echa w rurach patrzycie w talerze gdzie wasze marzenia dogorywają w gęstym sosie a ona ta wielka pajęczyca w fartuchu w bratki już dawno was wypatroszyła wypchała trocinami waszych kompleksów i postawiła na meblościance swojego życia jesteście martwą naturą jej najsmaczniejszą bo podaną na żywca niedzielną ofiarą całopalną            
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...