Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Historia edycji

Należy zauważyć, że wersje starsze niż 60 dni są czyszczone i nie będą tu wyświetlane

Nie ma edycji historii do wyświetlenia lub ten wpis był edytowany przez moderatora.

  • Ostatnio w Warsztacie

    • Cylinder zastygł w bezruchu 

      a tuba zamilkła.

      Tym razem nawet igła fonografu 

      zdawała się nie mieć ochoty 

      wracać na powierzchnię cylindra 

      po raz setny tej przeklętej nocy.

      Obiecałem,

      że pomogę w poszukiwaniach,

      lecz po tym czego się tu dowiedziałem 

      i po tym co usłyszałem i zobaczyłem,

      stwierdzam jasno, 

      choć z dozą 

      naprawdę przejmującej rozpaczy,

      że mój nieodżałowany ojciec,

      został pochłonięty w odmęty, 

      bezdennej paszczy szaleństwa.

      Po czym uleciał w kompletny niebyt,

      bagiennych wrzosowisk

      północnej Szkocji.

      Przeszukano cały dom

      od piwnicy po strych.

      Wszystkie pozostałe obejścia i budynki.

      Studnie, staw

      a nawet rozkopano

      przydomowy ogródek

      ze wspaniałymi krzewami piwonii

      o które tak dbał.

      Bardziej niż o jedyne dziecko.

      Wszystko zaczęło się 

      gdy byłem jeszcze dzieckiem.

      Ojciec był 

      szanowanym profesorem archeologii 

      na uniwersytecie oksfordzkim.

      Był najlepszy w swoim fachu

      i dzięki temu pozostawał w kontakcie

      z najtęższymi umysłami

      z całego świata.

       

       

      Pamiętam doskonale zimowy poranek,

      jakieś piętnaście lat wstecz.

      Zakładałem szkolny mundurek 

      i z teczką w prawej dłoni 

      zmierzałem ku drzwiom domu.

      Ojciec szedł za mną.

      Trzymał mnie delikatnie za ramię,

      tłumaczył mi że jeśli 

      nie zakończy 

      zaplanowanego wykładu na czas 

      to odbierze mnie ze szkoły 

      nasza sąsiadka panna Stevenson.

      A jeśli wszystko zakończy się 

      zgodnie z planem 

      to obiecuję zabrać mnie

      potem na łyżwy.

       

       

      Nic nie poszło zgodnie z planem.

      Otworzyłem drzwi i o mało co 

      nie zderzyłem się w nich 

      z ponurym, wysokim 

      i dość postawnym jegomościem 

      w szarym, długim,

      dwurzędowym płaszczu 

      o prostym kroju.

      Jego fason

      nie był typowym dla wyspiarza

      a raczej obywatela zbuntowanej kolonii.

      Dziwny gość

      otarł mnie ledwie wzrokiem 

      zza przyciemnianych, wąskich szkieł

      i zwrócił się do mojego ojca.

      Bardzo przepraszam

      za tak nagłe najście 

      ale na uniwersytecie powiedziano mi,

      że jest Pan

      jeszcze w domu panie Fodden

      a sprawa z którą przychodzę nie cierpi już zwłoki ponad to co nadłożyłem starając się dostarczyć Panu interesujące dokumenty, zapis z fonografu oraz przedziwny szczątek metalu, który

      z pewnością pana zainteresuję.

       

       

      Wyjął z płaszcza niewielkie opakowane szarym papierem zawiniątko

      i wręczył je ojcu.

      Nazywam się Peter Noyes 

      i jestem zastępcą profesora Clarka 

      na uniwersytecie Miscatonic w Arkham.

      Myślę, że to Panu wiele wyjaśnia.

      Profesor liczy na Pana pomoc

      w tej sprawie.

      Jeśli tak w istocie będzie 

      czekam na Pana 

      w dniu jutrzejszym w południe 

      na nabrzeżu numer dwa,

      celem odbycia podróży

      najpierw do Bostonu 

      a potem do Arkham.

      Proszę pamiętać, 

      że nie ma czasu do stracenia.

      Gwiazda czy też planeta,

      powoli pojawia się 

      w naszych snach nieprawdaż?

      Nie czekając na odpowiedź,

      odwrócił się na pięcie i szybko

      znikł za zakrętem skrzyżowania.

      Ojciec nie tłumacząc niczego zaprowadził mnie do pani Stevenson

      i nakazał jej 

      by zajęła się mną przez jakiś czas 

      bo czeka go długi

      i pilny wyjazd do Bostonu.

       

       

      Zostałem u niej długie lata.

      A ojciec wrócił podobno kilka lat temu.

      Nikt nie wiedział skąd ani po co.

      Uważano go za zmarłego.

      Zaginął gdzieś w lasach Nowej Anglii 

      razem z tym całym

      Noyesem i Clarkiem.

      Nadal gdzieś w szufladzie biurka 

      mam jego nekrolog

      z jednej z gazet z Arkham.

      Żył ale przypłacił to szaleństwem.

      Nie widziałem go już nigdy później.

      A teraz zaginął po raz wtóry.

      Podobno planeta 

      znów nawiedzała go w snach.

       

       

      Odebrałem telefon z policji 

      i obiecałem przybyć na miejsce 

      by jakkolwiek pomóc śledczym.

      Bo sami nie rozumieli 

      w środek jak wielkiego szaleństwa 

      przyszło im wpaść i brnąć

      dzięki zostawionym wszędzie przez ojca dokumentom i zapiskom.

      Już ich pierwsze pytanie zdawało się idiotycznie niedorzeczne.

      Czy mówi mi coś nazwa Yuggoth?

      To miasteczko, osada czy może 

      jakaś kodowa nazwa 

      jakiejś świątyni czy wykopalisk?

      Znaleźli pamiętnik ojca,

      gdzie ta nazwa pojawia się ciągle.

      Ten krótki wpis ołówkiem 

      sprzed wielu tygodni.

      Wreszcie odezwali się do mnie

      Ci z Yuggoth.

      Będą czekać w oktawę święta 

      ojca Yog-Sottotha przy ołtarzu na wzgórzach.

      Zabiorą mnie znowu…

      Brzmiało to jak żart.

      Lecz jedno było pewne.

      Mój ojciec nigdy nie był skory do żartów.

       

       

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • A jeśli to fałsz? podyktowany westchnieniem, zrodzony z pustych dni karmiących się wytchnieniem. Może to było zwykłe spotkanie oczu, co nie szukały moich, a raziło je słońce świecące na zboczu. Nie było żadnego snu, ani zbudzenia w mroku, nagłego lśnienia ciepłego spojrzenia. Żadnego chcę, ani muszę, nie było - co teraz? lub było to wszystko... i zdecydowało uciec.  
    • To wstrząsający zapis auto eliminacji. Podmiot liryczny uznaje, że jego istnienie było pomyłką, błędem natury, a śmierć jest jedynym sposobem na „naprawienie” tego stanu rzeczy. Ciężkie wiersze często "nie dają zapomnieć" o mroku i zmuszają do konfrontacji z emocjami, których zazwyczaj unikamy.
    • Lech - cel. O, Czech - cez, co?  
    • @MagdalenaPo prostu to specyficzny klimat, słyszałam, że jest to określenie związane z Koroną Kielce, ale mi nie przyszło na myśl, że można to rozszerzyć w ogóle na mieszkańców Kielc. Całe życie czegoś człowiek się uczy ;)
    • Chodziłem ulicami, myślałem i czekałem. Odezwiesz się - wiem to, wiem że dasz radę. Nocami trochę płakałem, że jednak ja sobie tę pewność ubzdurałem. Przywoływałem cię  codziennie w moich myślach. Nawoływałem i nasłuchiwałem czy może już przyszłaś. Ale nie było cię,  było tylko jakieś dziwne napięcie, co nie pozwalało mi wierzyć, że cię jednak nigdy  nie będzie. I pewnej nocy tchnąłem w ciebie całą moją wiarę. Trwało to może z godzinę, gdy tak siedziałem i wiedziałem,  że zaraz przyjdziesz.  Uśmiechałem się nawet, no po prostu  czułem, czułem, że to już teraz! Wszystkie okna rozchyliłem na oścież, Zostawiłem każde drzwi otwarte,       zapaliłem wszędzie światła i czekałem aż mnie odnajdziesz. A ty... nie przyszłaś. Nie wiem,  nie zobaczyłaś światła? Nie rozpoznałaś nadziei? A może już dawno  się jej wyzbyłaś? Może ją zmywałaś uparcie do kości beznadziei.  Mój płacz był tak smutny, że aż jeszcze bardziej posmutniałem. Wyjadę na wieś, skoczę do wody lub zginę w łóżku do następnej środy. To był dzień okrutny, tak bolesny i tak  żmudny.  Już nigdy nie uwierzę, nigdy się nie ucieszę na zapas, to było nieporozumienie może ty nawet nigdy nie  kochałaś,  Jaki ja naiwny, jaki głupi, jaki... chwila, ktoś napisał, co znowu potrzeba, czy człowiek nie może w spokoju  umierać? Już sprawdzam... O BOŻE!!!!!
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...