Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

nasza muzyka - org.fm


Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano (edytowane)

Podążam za umarłymi.

Pod moimi stopami chrzęst żwiru i rozgwar usypujących się kamieni na zboczu.

Wspinam się…

 

… pusty stukot kości…

 

Słońce rani moje oczy, wiatr osusza twarz po niedawnym deszczu…

Otwieram i zamykam spierzchnięte gorączką usta…

Jakieś zwidy i mary, skłębione widma…Obłoki na niebie, wykrzywione spazmem śmierci

sine

twarze…

 

… piskliwy szum w mojej głowie,

… … głosy…

 

… … … szepty…

 

Ziemia zatopiona w mroku dziwnej substancji

przeszłego czasu…

Przybywam ni stamtąd,

ni

zowąd…

 

 

Nieustanne stąpania, chrapliwe

oddechy.

W potoku przekleństw uderzenia kilofów rozkuwających lodowe piekło…

Obrzydliwe plaśnięcia upadających ciężko ludzkich tobołów pod rozgwieżdżonym całunem

nieba…

 

 

(Przeszywa mnie prąd, jak po przebytym ataku epilepsji…)

 

 

Przedmioty o niejasnych z początku konturach

wyostrzają teraz swoje kształty…

Wyswobadzają się z półprzejrzystych membran

halucynacje

somnambulików…

 

Złachmaniałym rękawem dziurawego płaszcza przecieram załzawione,

szczypiące oczy…

 

… rozglądam się i widzę…

 

Na obrośniętych suchym bluszczem kamiennych

krzyżach

czarno-białe,

obojętne twarze …

 

Czyjeś nieśpieszne kroki…Szelest rozgarnianych liści…

 

… śmierć

… … podąża

… … … z a

… … … … m n ą…

 

*

 

Huk nacierających fal… Białe języki piany… Wzlatują wysoko rozkrzyczane mewy,

w te gorejące czerwienią zachodu rejony nieba…

Płoną…Przechodzą w ciszę… Odpowiadają sobie po długim milczeniu…

Spadają rozżarzonymi kroplami, aby zgasnąć jeszcze, nim przykryje je woda…

Aby znowu

wzbić się w powietrze…

 

… aby

… … z n o w u…

 

Niezmordowanie,

wytrwale…

… … … m a j e s t a t y c z n i e…

 

 

Horyzont staje się coraz bardziej ciemny…

Liliowa zorza…

Ostatnie prześwity słońca…Zimny wiatr…

Zapach soli…

 

Zatracam się w łoskocie

tego miejsca,

w tej nawale wody,

która wlewa się na plażę

i

c o f a…

 

…pozostawia po sobie wilgotne na piasku

ślady…

 

 

Ważę w dłoni lśniący fragment oceanicznego sanktuarium, zafascynowany odbiciem

zdeformowanej w nim twarzy…

Wydaje mi się, że dostrzegam kątem oka ciebie, jak idziesz powoli

w białej,

rozwianej sukni…

 

… podążam za  t o b ą  w krok…

 

Znikasz w gąszczu starych, betonowych schronów, poczerniałych od straszliwego żaru

nuklearnych testów…

I choć wiem, że nie jesteś żywa,

to wciąż się łudzę, że może jednak…

 

… że

… … m o ż e…

 

Podążam za tobą, a raczej za twoim nieśmiertelnym duchem…

Odwiedzam ponownie znajome mi miejsca…

Rozgarniam porzucone przed dziesięcioleciami

skorodowane resztki…

Przesypujące się przez palce radioaktywnym, rdzawym pyłem

zabójcze

… … artefakty…

 

Lecz nic… Wszystko ginie w tym nieustannym szepcie samotnych widm, co błąkają się

po opuszczonej przystani,

wyczekując czyjegoś przybycia…

 

… przytłoczone ciężarem

samotności…

 

… … … w tajemnicy przed światem…

 

 

 

 

 

 

 

Wiem, że przyszłaś poskarżyć mi się na śmierć… Jesteś tutaj... Stoisz przede mną…

Jesteś obok,

a raczej jest – twoje o tobie wyobrażenie…

 

Spójrz, jak słońce przebija się nieśmiało przez mleczne

niebo…

 

Migoczą w powiewach wiatru wilgotne liście,

skapują z nich krople niedawnego deszczu…

Pójdziemy razem, w sen zagłębiając się głęboki?

 

Przytłacza nas dojmujące milczenie ptaków – i milczenie nasze…

 

…cisza tak wielka,

… …, że aż zagłuszająca myśli...

 

 

Wiatr przesuwa się po niebie, strzępi obłoki, jakby skostniałe z zimna sine twarze…

 

Idziemy przed siebie, przenikając się nawzajem, jak bezcielesne mary

z mgły

i bagiennych oparów…

 

Idziemy przed siebie błotnistą drogą w ostatnim momencie czasu, który zabija zegary

trwogą

przejmującego gongu…

 

… idziemy…

… … opieramy się wciąż przed nieubłaganą nocą…

 

*

 

Nastąpiła już dawno eksplozja gwiazdy…

 

Świetliste szczątki spadają wciąż na szczyty strzelistych topól

płatkami

nieważkiego śniegu…

 

… jest mi zimno

… … tym zimnem przenikającym kości…

 

 

Jest mi zimno tym zimnym dreszczem, co spływa na mnie nitkami nerwów …Zawładnia mną

twoje blade,

falujące oblicze

w wodach płytkiej zatoki…

 

… niesie

mnie,

… … umarłego…

 

 

 

 

 

 

 

Edytowane przez Arsis (wyświetl historię edycji)
Opublikowano (edytowane)

… krok za krokiem… ― powolny chód…

 

Otaczają mnie wokół

piaszczyste wzgórza,

niczym

― wielbłądzie garby…

 

Tańczą w grającym wietrze

lśniące drobinki kwarcu…uderzają

w

twarz…

 

Kłują

i ― drapią…

 

… ― wybijają rytm…

 

Ogromne słońce… ― rozdęte ― oślepiające… ― osiadający na karku ― na barkach

― jaskrawy żar…

… wtłaczający w ziemię ― rozpalony piec…

 

… idę przed siebie ― idę wciąż… pot zalewa moje oczy… ― szczypiąca sól…

 

Jest mi coraz trudniej… ― zatyka mi dech… Gdzie ja jestem? ― Nie wiem…

― Wiatr osusza skronie i łzy.

Gdzie ja jestem? ― Jestem sam.

 

Poprawiam na plecach bagaż z dotychczasowym życiem… Zwilżam popękane usta

ostatnimi

― kroplami wody…

 

… krok za krokiem… ― powolny chód…

 

Majaczą przede mną złote pałace…

― w migoczących strumieniach

falującego nieba…

 

Tańczą w grającym wietrze

lśniące drobinki kwarcu… uderzają

w

twarz…

 

Kłują

i ― drapią…

 

… ― wybijają rytm…

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Tańcz ze mną! … Omiatają mnie długie ― pachnące kwiatami

włosy…

 

Pragnę ujrzeć w twoich oczach jaskrawe słońca…

Niech

― wiruje świat…

 

Salsa…

― latynoski rytm…

― gorący oddech

na

twarzy!

 

… szybciej… ― mocniej… ― och, tak!

 

TAŃCZ!

 

TAŃCZ!

 

TAŃCZ!

 

Zbliżasz usta do mojego ucha

― słyszę szept…

Wiatr szeleści w liściach wielkiego drzewa… Energetyczny krok ― puls zjednoczonych ciał!

 

Salsa…

― latynoski rytm…

― gorący oddech

na

twarzy!

 

… szybciej… ― mocniej… ― och, tak!

 

TAŃCZ!

 

TAŃCZ!

 

TAŃCZ!

 

*

 

Idę przed siebie…

 

Migoczą słoneczne prześwity w gałęziach ― pełgające blaski u mych stóp…

… zmagam się w samotności z powracającymi wciąż obrazami…

 

Unoszę twarz… ― chłodny wiatr owiewa skronie… ― osusza łzy…

Rozwiewa

― zwiędnięte już resztki lata…

 

Nade mną

― błękitne niebo

― białe obłoki…

 

Wstrząsa mną ziemista woń umierających kwiatów

w bagnistym rozlewisku krzyczącego świata…

… idę powoli i w pochyleniu… ― za mną ― krok za krokiem ―

idzie

― mój cień…

 

… idzie tak ― krok w krok…

 

… wiatr

― osusza łzy…

 

 

 

 

 

 

 

Edytowane przez Arsis (wyświetl historię edycji)
Opublikowano (edytowane)

Szelest liści ― perlisty szmer strumienia… Dobiega z oddali

― głęboki puls rozgrzanej ziemi ― cichy ― transowy rytm…

… ptasi śpiew

― spoza gęstej otuliny lepkiej mgły…

 

 

W kosmicznej atmosferze halucynogennych oparów

otumaniają dziwaczne zapachy ― wilgotnych roślin

― pachnideł

― aptecznych ziół ― korzeni…

 

… duszne powietrze

spowalnia oddech…

 

Mrugają do mnie porozumiewawczo ―

prześwity całkowitego odprężenia

― jak ― po intensywnym orgazmie…

 

Błogi

― usypiający spokój…

Pod powiekami

― tętnią błękitne plamy nieba…

 

Nie mam siły poruszyć palcem ― a co dopiero ― całym sobą…

 

Bezwład

i

luz…

 

― A b s o l u t n y  r a j!

 

 

Jestem nad przepaścią…Rozpadają się

moje sny

― obrazy jastrzębiego lotu…

 

… wchłania mnie wir unicestwienia…

 

Pękają gwiazdy w orgiastycznym tańcu… Diabelskie baletnice ― koszą tuż przy ziemi

soczyste trawy…

… wytryskująca krew

zamienia się momentalnie w krzepnące płatki róż…

 

Wiję się w sobie

― konam

― umieram…

 

Wchodzę

― raz jeszcze…

 

… w szaleństwo…

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nie przerywają gry… Prężą się ― spalone przez słońce ― spocone męskie torsy ― kobiece

uda…

 

… spadająca piłka ― rozsypuje piasek

― wyciska z oczu

łzy…

 

Uniesione w geście tryumfu ręce ― zasłaniają ― opuszczone głowy przegranych…

Oddech oceanu

― przytłacza zapachem soli…

 

… w szalonej kanonadzie bębnów

― czas

― zatacza koło…

 

Cykl…

 

zaczyna się

― od początku…

 

*

 

Tańczą na błyszczącej ― wilgotnej plaży… Rozmywają się w karmazynowej czerwieni

gorącego lata

― w napływającej fali…

 

… wszędzie wokół ― uśmiechnięte twarze…

 

Muzyka

― latynoskie rytmy…

Wesołe

― wołania

 

Samba, samba, samba!

Verão vermelho,

Verão vermelho na praia de Ipanema dançando!*

 

 

Zachodzące powoli słońce

― jest takie ogromne

― pociemniałe

― rozpłomienione…

 

Kołyszą się na falach

― oświetlone lampionami żagle…

 

… wirują bez pamięci ― ludzie-ptaki…

 

Muzyka

― latynoskie rytmy…

Wesołe

― wołania…

 

Samba, samba, samba!

Verão vermelho,

Verão vermelho na praia de Ipanema dançando!

 

 

 

 

 

 

Edytowane przez Arsis (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

Budzę się…

 

Ostre słońce oświetla moją twarz… Staję na środku pokoju…

… senna maligna majaczy mi w głowie

― pod zapiaszczonymi ― ciężkimi powiekami…

 

TAŃCZĘ!

 

Podnoszę w górę ramiona

i kręcę się wkoło…

 

… coraz szybciej wiruje świat…

 

Wiruje nade mną żyrandol… Wirują obrazy na ścianach… ― prostokątne ― kwadratowe

plamy…

 

TAŃCZĘ!

 

Oblepia mnie wilgotne

― przesycone kurzem

powietrze…

 

Coś jest nie tak!

― Podłoga ucieka spod mych stóp…

― Nie!

― To ja się osuwam!

 

Zaraz stracę równowagę. ― Lecz nie zwracam uwagi ― na ten niepewny stan

rzeczy!

 

TAŃCZĘ!

 

Ocieram dłonią spocone czoło… ― Przede mną ― OKNO!

Co za wspaniały widok…

― dla kogoś ― po narkotycznym zwidzie!

 

Otwieram pierwszą parę skrzydeł ― otwieram drugą…

Gorące ― przesycone spalinami powietrze zatyka mi dech…

 

TAŃCZĘ!

 

 

Biegnę wzdłuż szumiącej autostrady… ― Ogromne ― płomieniste słońce pali mi kark…

 

Biegnę ― w rozpiętej

― łopoczącej koszuli…

 

Mijają mnie z szelestem samochody…

― jakieś uskrzydlone stwory

― wzniecające z piaszczystych poboczy ― złocisty pył…

 

TAŃCZĘ!

 

Nade mną ― ogromne ― płomieniste słońce … ― Muzyka w mojej głowie…

 

― Ktoś mnie wciąż wita…

― Kogoś wciąż żegnam…

― Ktoś mnie wciąż żegna…

― Kogoś wciąż witam…

 

― Ktoś mnie wciąż…

― Kogoś wciąż…

 

― Ktoś…

 

― Kogoś...

 

TAŃCZĘ!

 

 

 

Opublikowano (edytowane)

 

 

 

 

***

 

 

 

 

 

 

Ałła wykonuje ten utwór do poezji jednej z najwybitniejszych rosyjskich poetek, Mariny Cwietajewej…

 

 

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

 

 

***

 

 

 

 

 

 

płoń… płoń jak gwiazda, jak kometa w oceanie granatowego nieba… płoń, rozsnuwaj to drgające światło… pozłacaj kwiaty kosmicznym pyłem… płoń, tym płomieniem wieczności… bo jesteś już wolna… całkowicie wolna, mamo…

 

Edytowane przez Arsis (wyświetl historię edycji)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •     Zaczął duchowo przygotowywać się na skok stulecia, jego głowę wypełniły podniecające scenariusze, o tyle słodsze, o ile dyskretniejsze i głębiej pochowane gdzieś w dziecięcym światku. Karol postawił mur fabryki między sobą a światem dorosłym, tylko po to, żeby móc go własnoręcznie zburzyć, z pozdzieranymi knykciami, obscenicznie przywitać starszych w ich własnym salonie. Myśli te mąciły nastoletnią głowę - jedząc obiad, kończył powtarzać swój rozpoznawczy obchód, w szkolnej ławce szukał najłatwiejszego punktu wejścia (tam fabrykę odznaczał jedynie smukły komin, sterczący na planie osiedla jak kulfon radzieckiego urbanisty) .

          Kiedy przeczołgiwał się pod ogrodzeniem, na początku przenosząc na drugą stronę samą głowę, potem powoli wciągając tors, rozgrzewał wokół siebie przymrozek poranka, ostatecznie wypychając się w całości na drugą stronę falowanej blachy. Karol rozprostował nogi, otrzepał pył ze spodni, a wraz z nim, na placu powstała nowa siła - magnetyzm tego miejsca przestał zdawać się siłą przyciągającą tutaj chłopczyka, wsiąknął w niego samego, jego wibracje czuć można było w rozchodzącym się cieple, w lekkim, elektrycznym, brzęczeniu w uszach, w malutkich wibracjach każdej tkanki, możliwych do wyczucia przy wystarczającym skupieniu (pobudzone w tym momencie krążenie zdało się Karolowi czymś o wiele magiczniejszym), co wszystko składało się na poczucie młodzieńczego zrywu wcześniej jedenastolatkowi nieznanego. Prawie że najniższy w swojej klasie, uczeń piątej klasy szkoły podstawowej zdał się tutaj nadczłowiekiem, członkiem kasty wydzielonej zarówno od dzieci jak i dorosłych, wszystkich trwających w ohydnym bezruchu i bezwiedzy, jednych, pchanych ospale przez życie zwierzęcością, drugich, swoją metafizyką. Drugą siłą, która musiała opanować każdego Ubermenscha, był strach. Jawił się pod postacią lekkiego bólu czy nudności, gdzieś pomiędzy brzuchem a plecami, oznaczał dziwne zatwardzenie w gardle, i szybszy pęd myśli, w tym momencie zdających się jakby zwolnieniem śluz na długo wypełnianym zbiorniku dojrzałości. 

          Pierwszy krok osłupił Karola, jego powaga prowadziła jedynie do strachu - nie dlatego, że był to krok przełomowy, ale dlatego, że jego ciężki, zimowy but z hałasem dotłukł już wcześniej potłuczone szkło. Zaspany gołąb sfrunął gdzieś z wysoka. Post-sowiecki panoptykon wrócił jeszcze na chwilę do włamywacza, tym razem z parą oczu w każdym sąsiednim oknie, co teraz Karol uznał za niezasługujące na krztę jego uwagi. Następny krok był już wartki, jego impet był obietnicą następnego, a następny obietnicą dalszych i dalszych. Elewacja rosła i rosła, aż stanęła na wyciągnięcie ręki. Mały dziewięciolatek w biało-złotej albie instynktownie zadarł w tym momencie głowę do góry, a kościelna wieża, rozsypała się pod jego błyszczącymi bucikami na suchy, ceglany pył. W pobliżu rozległo się bicie dzwonów. Ósma rano. Jakby to był jego sygnał, Karol postawił pierwszą nogę w miejscu wyłamanego okna, i sam nie wiedząc kiedy, znalazł siebie w pustej, industrialnej hali.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach




×
×
  • Dodaj nową pozycję...