Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Michael siedział nieruchomo przy łóżku Marii. Zgarbiona sylwetka, bezwładnie opuszczone ręce, twarz bez wyrazu. Nie był w stanie krzyczeć, płakać, nie mógł mówić. Wszystko z niego spłynęło. Próbował pójść „na galerię”. Ta świetna technika psychologiczna pozwalająca na skuteczny dystans w tym wypadku była bezużyteczna. Jak widać Wiliam Uhry nie był jednak cudotwórcą. Wszystko było do dupy.
W drzwiach stał facet w szarym garniturze. Mimo wyjątkowo niesprzyjających okoliczności nie mógł stąd wyjść. Musiał zadać te kilka cholernych pytań. Przecież nie robił tego po raz pierwszy, do diabła. Zresztą cała sprawa wyglądała podejrzanie. Wczoraj telefonował człowiek z wydziału S-7. Przejmują śledztwo. Nie pomyśleli o tym, żeby tu przysłać kogoś ze swoich. Przesłuchałby Dobsona i po sprawie.
- Panie Dobson, nie chciałbym być nieuprzejmy, ale... – zaczął niepewnie i natychmiast
pożałował swojej decyzji. Michael odwrócił się i spojrzał na niego wzrokiem wściekłego, zaszczutego zwierzęcia. Wstał i z zaciśniętymi pięściami rzucił się w kierunku Mareckiego. Nagle zastygł w bezruchu, potem splunął siarczyście i wybiegł z sali. Marecki stał z rozdziawioną gębą jak zahipnotyzowany. Takiej reakcji nie przewidział. Wyszedł na korytarz. Wyciągnął paczkę papierosów z kieszeni palta i już miał zapalić kiedy napotkał karcące spojrzenie lekarza przechodzącego obok. Uśmiechnął się przepraszająco i opuścił pospiesznie gmach szpitala. Przenikliwe, mroźne powietrze wślizgiwało się niemiłosiernie przez mikroskopijne szpary w odzieży wywołując nieprzyjemny dreszcz u jej właściciela. Pełnia zimy, pomyślał z nostalgią. Rzadkie kępki włosów na jego głowie miotane bezlitośnie przez wiatr przywodziły na myśl uszy, które kładzie po sobie wystraszony pies.
„Pieprzyć to wszystko” – stwierdził – „teraz niech sami się martwią, ja umywam ręce” Zaciągnął się ostatni raz i zgasił peta. Chuchnął w zmarznięte ręce i skierował się w stronę samochodu. Mróz rzeźbił śmieszne esy-floresy na szybach. Zima miała swój urok. On jednak zdecydowanie wolał cieplejsze klimaty.



Machinalnie podniosła słuchawkę telefonu.
– Dzwoniłaś do mnie? – usłyszała jego głos. Zaniemówiła z wrażenia. – nnie... podniosłam tylko słuchawkę. Myślałam...myślałam, że ty do mnie dzwonisz...
- Nieee... widocznie jakiś zbieg okoliczności. – był zadowolony. Początek eksperymentu przebiegał prawidłowo. Starał się nie okazywać żadnych emocji. Rozmawiali prawie dwie godziny.
- Pozwolę sobie zatelefonować w drugi dzień Świąt. Chcę mieć pewność, że dobrze się czujesz – stanowczym głosem oznajmił Zawzierski.
– Oczywiście, dobrze – przytaknęła Krystyna. Na zakończenie rozmowy życzyli sobie spokojnej nocy i rozłączyli się.
Krystyna czuła się niesamowicie. Cała otaczająca ją rzeczywistość nabrała innego wymiaru. Wspólnie z Janem planowali spotkanie, ale nie wiadomo było dokładnie, kiedy to nastąpi. Jan często wyjeżdżał w sprawach służbowych. Było coś, co spędzało jej sen z powiek. Martwiła się bowiem, że zbyt skromnie wygląda. Miała poważne problemy finansowe. Wstydziła się swojej biedy. Iga proponowała nawet, że pożyczy jej jakiś ciuch, ale Krystyna stwierdziła, że chce być sobą. Pracowała w pewnej willi jako gosposia i miała nadzieję, że w najbliższym czasie uda się jej odłożyć jakąś sumę na zakup butów. Mimo wszystko chciała wyglądać schludnie. Była przecież młodą kobietą. Chwilami naśmiewała się z siebie. Wyobrażała sobie, jak wraz z eleganckim, dojrzałym panem wchodzi do restauracji, nagle potyka się o własną odklejoną podeszwę buta i pada jak długa na środku lokalu. Słyszała wręcz swój chichot i widziała błysk rozbawienia w oczach kelnerów. „No dobrze, nie będę myślała tymi kategoriami” – stwierdziła wreszcie . Dziewczynki już smacznie spały. Krystyna weszła do ich pokoju, aby je ucałować. Jutro Wigilia Bożego Narodzenia. Dzieci nie mogły się już doczekać. "Taak..." – rozmyślała Krystyna – "trzeba się położyć, jutro czeka mnie jeszcze dużo pracy” Zarzuciła szlafrok i poczłapała do łazienki. Szum wody podziałał na nią kojąco i rozluźniająco, pozwalając na wyciszenie emocji.
Przed zaśnięciem długo jeszcze rozmyślała nad wydarzeniami ostatnich dni wypalając przy tym prawie pół paczki tanich beznadziejnych papierosów. Szczerze mówiąc, niewiele z tego wszystkiego rozumiała. Miała też dziwne uczucie, że pewnych rzeczy nigdy się nie dowie. Wszystko było owiane wielką tajemnicą.



Ewa czekała na gości. Wszystko przygotowane, dopięte na ostatni guzik. Wiedziała, że tym razem nie spędzą świąt wspólnie z Janem. Oczywiście wpadnie złożyć życzenia, wręczyć prezenty. Dzieci zresztą nie wybaczyłyby mu, gdyby się nie zjawił.
W drzwiach kuchni pojawiła się Melisa, 24-letnia studentka ochrony środowiska, najmłodsze dziecko Jana.
- Mamuś Tomek przyjechał – rzuciła w stronę matki i zeszła na dół powitać brata. Byli rodzeństwem a tak bardzo się różnili. Tomasz jakby młodsza kopia ojca, szczupły blondyn o niebieskich oczach. Wyciszony, delikatny, wrażliwy. I niezwykle ambitny. Ona z kolei podobna do matki, filigranowa szatynka. Najbardziej wyróżniającą cechą jej wyglądu były z pewnością duże zielone oczy. No i giętkość ruchów. Wiecznie rozszczebiotana, typowy sangwinik.
- Cześć braciszku – zawołała, ledwo tylko zdążyła otworzyć drzwi. Co słychać na wieeelkim szeroookim Świecie? – zapytała filuternie strojąc przy tym komiczne miny
i wieszając mu się na szyi.
- Cześć, cześć – objął Melisę uśmiechając ciepło. Nadstawiła policzek do pocałowania.
- Jak tam nasza studentka? Ile egzaminów oblałaś w tym miesiącu?- zażartował i mrugnął
porozumiewawczo. Oboje doskonale wiedzieli, że zdolności, samozaparcia i wytrwałości można jej tylko pozazdrościć. Wszystkie egzaminy zaliczała celująco.
- Jeszcze pytasz, niemożliwy jesteś wiesz – odparła udając oburzenie – dobra chodźmy na górę.
Melisa weszła do kuchni. Tomek w międzyczasie poszedł przywitać się z matką. Od razu zorientował się, że oczekiwany gość jeszcze się nie pojawił.
Nagle zaterkotał dzwonek telefonu.
– Ja odbiorę! – Ewa poderwała się z kanapy. Liczyła, że to Jan. Podeszła do aparatu umieszczonego w pokoju obok. Zamknęła za sobą drzwi. Wydawać by się mogło, że rodzeństwo prowadzi beztroską pogawędkę, jednak w ich oczach czaił się niepokój. Oni również myśleli o ojcu. Czekali w napięciu. Ewa wyszła z pokoju a na jej twarzy malowało się rozczarowanie.
- To Michalina. Jest w drodze; utknęła w korku, więc dotrze tu chyba dopiero za pół godziny – oznajmiła chłodno dzieciom.
Michalina była pierwszym dzieckiem Jana ze związku z kobietą starszą od niego, z którą utrzymywał poprawne stosunki. Sytuacja wymusiła to niejako na nim, więc pogodził się z rzeczywistością.
„Rodzinka w komplecie” – pomyślała ironicznie Ewa. Wstydziła się przyznać sama przed sobą, że jest o tamtą kobietę zazdrosna. Eleonora, bo tak miała na imię matka Michaliny to kobieta pewna siebie, niezależna bizneswomen. Twarda sztuka. „A jednak przegrała ze mną w walce o jego uczucia” – przekonywała samą siebie Ewa. „Jest moim mężem, mamy dwoje wspaniałych dzieci” – dodawała sobie otuchy. Czasami to skutkowało i jej nastrój poprawiał się na chwilę. Potem pojawiało się coraz więcej wątpliwości. ”Przecież od dziesięciu lat żyjemy w separacji, równie dobrze mógł wrócić do niej” – rozmyślała.
Przed bramą zatrzymał się srebrny seat ibiza. Ewa obserwowała Michalinę wysiadającą z samochodu. Była to szczupła, trzydziestoletnia kobieta o chłopięcej figurze i bardzo przenikliwym, analitycznym spojrzeniu. Uderzające podobieństwo do ojca działało na jej korzyść w oczach Ewy. Łatwiej było znieść, że jest córką innej kobiety. Michalina przywitała się ze wszystkimi zachowując wszelkie konwenanse. Obce jej były wybuchy niekontrolowanych emocji czy spontaniczne gesty. Zachowywała się grzecznie, uprzejmie, ale z dystansem. Przeżycia ostatnich miesięcy z pewnością miały znaczący wpływ na jej reakcje. Wciąż tkwiła w nieudanym związku, z którego nie potrafiła się wyzwolić.
Powoli wszyscy zasiadali do stołu. Nadszedł moment dzielenia się opłatkiem, składania życzeń i obdarowywania prezentami. Resztę wieczoru spędzili w miłej atmosferze przy suto zastawionym stole. W tej chwili nie miało znaczenia kto jest kim . Była to po prostu rodzinna uroczystość.
Jan nie pojawił się jednak w dniu Wigilii. Obiecał że dotrze nazajutrz „zgodnie z umową”. To taki prawniczy żargon, którym uwielbiał się posługiwać.

Opublikowano

Wszystko z niego spłynęło albo nawet po nim - chyba będzie lepiej :)
Trzy rozerwane akapity? Najpierw kryminał, potem obyczaj i jeszcze raz.
Znów nie ogarniam, ale czytało się fajnie... Łapiesz wiatr :)

  • 2 tygodnie później...
Opublikowano

to sobie pozwolę parę własnych sugestii wywalić :)

Wszystko z niego spłynęło. Jak woda spuszczona w toalecie. = potrzebny przykład, jak co?

Próbował pójść „na galerię”. = mój ograniczony intelekt nie znalazł odpowiednika tego sformułowania, co to znaczy iść na galerię?

Ta świetna technika psychologiczna ...nie miała racji bytu.= nie powiodła się, zawiodła, nie przydała się, na nic się zdała, była bezużyteczna, ......ale to co zaproponowałaś mi nie pasuje, chyba że tą galerią mnie oświecisz :)

cholernych pytań. Przecież nie robił tego po raz pierwszy, do diabła = dlaczego narrator tak to przeżywa?

– dzwoniłaś = czemu dialogi z małej tutaj, a wcześniej z wielkiej? lepiej by im było równiej :) albo tak, albo tak.

Taak... – rozmyślała Krystyna = myśli Krystyny i innych również przydałoby się jednolicie zapisywać, albo w cudzysłowiach, albo od myślników.

rozszczebiotana ... zaszczebiotała = nie nie nie, nie tak blisko siebie Basiu

utkwiła w korku=........utknęła, jak już; uktwić można gdzieś, a utknąć w czymś, jak korek :)

...................

hm, nie wiem Basiu, kręcisz coraz bardziej, oby to się zaczęło w coś konkretniejszego składać :) bo póki co wciąż się gubię.

Opublikowano

Natalio to znowu ja :-). "pójście na galerię" to znaczy dystansowanie się. Wiliam Uhry często używa tego zwrotu w swoich książkach, jeszcze pomyślę, co ewentualnie umieścić zamiast tego zwrotu.
A narrator... uczuciowy człowieczyna, nie da się ukryć. Niech tak zostanie.
Dzięki raz jeszcze, pozdrawiam :-)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
    • @Radosław   wiem Radosław …niestety to takie silne oddziaływanie jest …międzygalaktyczne ;)))) nie wiem jak mogę Tobie pomóc…? ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...