Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano (edytowane)

 

 

dziś Proszę Państwa znów troszkę dłuższa i dość toporna siekaneczka - czyli rymowanka; soreńki.

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

graphics CC0

-

wg . Futurystycznego epickiego opowiadania Stanisława Lema

 

-

Part I

 

Cywilizacja z planety Eden
Niezrozumiały szczep
Szczęście że można oddychać tlenem
W futurystycznym śnie

 

Gazowy ogon zwiódł kosmonautów
Z planety Ziemia – szli
To pomylony kod automatów
Kompromitacja gry

 

Skusił ich wstępnie blask wyjątkowy
Co od Edenu ćmił
Oko z opalu piroksenowe
Zaczęli wpadać w wir

 

Statek kosmiczny – ziemian rakieta
I z atmosfery lej
A oni ciągle planują czekać
W obłoku planety – tej

 

To była chwila ich nieuwagi
Przez ściany przeszedł dreszcz
Gdy fosforyczna tarcza ekranów
Zgasła – jak świetlny miecz

 

Wbili się z hukiem w gazowy ogon
Jak paproch – lub gęsty śmieć
Deceleracja – nie żaden slogan
Skoczyła – w trzydzieści „g”

 

Dlatego doszło aż do pulsacji
Sprężarek – łożysk – pisk
Kosmos to zachwyt i opis pasji
Niektórzy twierdzą – mit

 

Potem karambol z czołem planety
Przeżyli – to był cud
Spalić wstyd w pyle byłoby lepiej
Bo na co cały ten kurz

 

Ale rakieta to przetrzymała
Wbiła się w skalny piarg
Radioaktywny wskaźników skalar
Wykrył skażoną stal

 

Kopali tunel by się wydostać
By odbezpieczyć właz
Chwilowo tylko zabrakło prądu
Jednej – albo dwóch faz

 

Ruszą z wyprawą tu czeka Eden
Ludzki milowy krok
Żeby im tylko nie brakło tlenu
Błagał – słoneczny splot

 

Inna świadomość wręcz niepojęta
Zajrzała w oczy im
I zrozumieli – przestrzeń jest święta
Futurystyczny Rzym

 

Są krople potu na słonym czole
Klan geometrii z brył
Kwiaty kwitnące tajemnym wzorem
Półlejkowaty styl

 

Nieokreślony wybryk mutacji
Żywych kielichów ruch
Wprawił załogę w stan konsternacji
Tego – nie trawił mózg

 

A dalej jeszcze kolejne niwy
Tam zobaczyli świat
Który się nie chciał sobą nadziwić
Ciekawe – ile miał lat

 

Wrzecionowate – z sterczącą szczecią
Kadłuby twardych ciał
Zgrubiałe, twarde nibykolanka
Jak członkonoga staw

 

Pajęczych roślin sznur emanował
Jak ośmionogi chwast
Bladoperłowe bulwy jak głowa
Kokonów pajęczy las

 

Korzeń z oddechów – żywe rośliny
I oczu pokątny wzrok
Potoki mazi – glut gęstej śliny
Z jęzorów zawiłych – kłos

 

Baniasty torbiel nadymał skórę
W dół zwisał czarny włos
Pewnie te chwasty żyły w ogóle
I może miały głos

 

Badali coraz dalsze tereny
Przetarli nowy szlak
Tacy spragnieni ziemskiej zieleni
Pan Bóg poróżnił świat

 

W końcu odkryli dziwną fabrykę
Produkcja z niczego w nic
Części ruchome – czyjaś przyłbica
Z fraktali jądro – i z liczb

 

Tu jakieś filtry ciał animacja
Cielesnych funkcji kicz
Ciąg rekonstrukcji i lewitacja
Istot z Edenu – klincz

 

Produkcja może wielkoseryjna
Z taśmy na taśmę – część
Soczewkowata bura ślimacznic
Te części zaczęła – jeść

 

To komponenty do ciał Dubeltów
Mieszkańców planety tej
Półelektrycznych, nagich tubylców
Produkcji – jasny był cel

 

Kiedy załoga znalazła ciało
Humanoida – gdzieś
Przeprowadzono sekcję – i śmiało
Zbadano trzewi treść

 

Nie było mózgu – w głowie istoty
Tylko maleńki rdzeń
Głowa wrośnięta w garb – apostrofy
I cztery ręce – na pęk

 

Jakieś gruczoły chłonne – trzy płuca
Pomiędzy nimi drut
Jak tej hybrydzie można zaufać
Kto to polubić by mógł

 

Wszystko zakisłe w ciele z galaret
Na torsie wielki garb
Duozależny dziwny gabaryt
Dwa ciała a jeden kark

 

Widzieli także dziwne pojazdy
Bił od nich niebieski blask
Coś wirowało dokoła osi
Rotorów ciągły lans

 

Świetliste kręgi w ciągłej rotacji
Redła wyrytych bruzd
Lewitująca cywilizacja
Mechatroniczny kunszt

 

Bruzdy i rowki – to autostrady
Z abażurowych konsol
Bez nich nie dało pewnie by rady
Wirować – dysku combo

 

Part II

 

Poruszali tu zgrabnym łazikiem
Klimat nieco gorący
Wszędzie tylko szkło i nikiel
Góry – piaski z sobą łączy

Przezroczyste długie korytarze
Uchodziły w szybów krąg
Gąszcz pęcherzy jak witraże
A w powietrzu czulił swąd

Nawisy ze szklanych pęcherzy
Rojowisko komórek
Kopulasty przestwór – niebyt
Kości – szklane ule

I prosto do miasta Dubeltów
Schodami śmiało w dół
Tu kamienne miasto z pięter
Po ich czołach ciekła sól

W pomroce spadli na same dno
Zimnej oazy banitów
To był wielce nierozważny krok
Żądza niedosytu

Tu w zamęcie wyciągnięte setki rąk
Tłuste – obłe tułowia
Poplątanych macek song
Sadła dychotomia

I ludzki wstręt wobec inności
Należy wracać na Ziemię
Człowiek jest wolą namiętności
Nierozumne – ludzkie plemię

Już remontują starą rakietę
Wola powrotu nagląca
Niebieską ujrzeć planetę
Która mizdrzy twarz do słońca

I jeszcze spotkanie trzeciego stopnia
Dubelt ich odwiedzi
Telepatia – treść istotna
Setki pytań – odpowiedzi

Nowe pojęcia – ciche – szemrane
Może to jakiś blef
Chemiosynteza – cyfrowa pamięć
I fotonowy deszcz

U tej istoty zmysł elektryczny
Z metalu – z folii mózg
Przekaz niejawny telepatyczny
Atrofia – zbędnych ust


Centrosamociąg  – i antyśmierć
[bio][socjo][zwarcie] grup
Cyna i mosiądz – ciało i dreszcz
A metal miękki jak frukt

Samokontrola dokąd to zmierza
Nieznana żadna agresja
Każdy tu karę sobie wymierza
Jest niepotrzebna presja

Natręctwo pojęć – zmysłu zranienie
Czy to prawdziwy Eden
Ludzka załoga – wraca na Ziemię
Ma zatem taką potrzebę

Rakieta spala – zgiełk automatów
Dubelt nie leci z nimi
On nie rozumie naszego świata
Jesteśmy całkiem – inni

Już naprawiono trzy podzespoły
Włączony chrzęści stos
Grawimetr stoi prawie na osi
Słychać z kabiny głos

Krytyczna w normie i osiągnięta
Patrz – stoi w ogniu grunt
Z synergii w zwykłą – jaka to męka
Tlen w usta – a oczy z łun

W dwanaście minut – zanik atmosfer
Kosmos czas w przepaść podmienia
Wreszcie odpięte pasy załogi
Kierunek: Planeta Ziemia

przypis

utwór odnosi się do opowiadania Stanisława Lema:
pt. “EDEN”. W opowiadaniu sześcioosobowa załoga ląduje na planecie Eden
Astronauci z ziemi poznają prawa obowiązujące na tej planecie
i nową nieznaną formę życia tzw. Dubelty – dwuosobowe istoty egzystujące w
symbiozie biologicznej

Edytowane przez Tomasz Kucina (wyświetl historię edycji)
Opublikowano (edytowane)

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Chwała Bogu, że przebrnęłaś przez całość. LOL. W końcu dostanę burę od fantastyków, zrymowałem Lema, to prawie to samo jakby zagrać z mistrzem na pianinie, uwielbiam tego klasyka! ;)

 

Dzięks za dobre słowo, alkoholu nie dotykam od sierpnia w ogóle, nawet w święta nie uległem, nie to żebym miał problemy, ot takie postanowienie, kiedyś tak zrobiłem z fajkami i kilkanaście lat nie miałem papierosa w ustach – do dziś, a jako nastolatek się pociągało po kryjomu. xoxo!

Edytowane przez Tomasz Kucina (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

@Tomasz Kucina Obyś tylko przypadkiem go nie streścił, w sensie tego opowiadania tym utworem bo zamierzam po nie sięgnąć.

 

                               Przebrnąłem! chyba żeby coś takiego napisać jeden papieros  nie wystarczył?

 

                               pzdr

Opublikowano (edytowane)

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Julek Verne mega weteran, nadał kształt nowym kierunkom prozy fantastycznej, która niewątpliwie rozwija intelekt czytelnika, Lem przewidział podobnie jak Verne, kilka nowatorskich wynalazków wtedy jeszcze fantastycznych a dziś już realnie z nich korzystamy na co dzień. Z Verne'a: Dwadzieścia tysięcy mil podmorskiej żeglugi i W osiemdziesiąt dni dookoła świata – moje ulubione – as well as you. 

 

A już nie chcę się znęcać, bo nie warto, każdy pisze w stylu jaki mu bliski, i moim zdaniem nie powinno się w to ingerować, bo przecież dojdziemy do absurdu. Najważniejszy jest kompromis, i spokój, lecz wymaga to szacunku do tego co preferuje ktoś inny. Ja to tak rozumiem, może błądzę. Tak krótko na marginesie – i kropka w tym temacie ;))

Witamy Anię wśród wytrawnych koneserów Verna, miło nam ;) Dziękuję za literki pod tekstem, pzdr.

Edytowane przez Tomasz Kucina (wyświetl historię edycji)
Opublikowano (edytowane)

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

Cieszę się, że się rozumiemy. :)

Myślę, że osoby obdarzone wyobraźnią poszukują treści, które tę ich wyobraźnię zaspokoją - a znajdując je, jeszcze bardziej ją rozwijają . :)

W ten sposób zwiększają wielowymiarowość istnienia - oby tylko nie utracić poczucia rzeczywistości. :)

 

Pozdrawiam!

 

 

 

Przede wszystkim wybacz, że najpierw odezwałam się do Komentatorki, a dopiero później do Autora.

Zareagowałam jednak spontanicznie na Verne'a. :) Koneserką nie jestem, czytałam jego książki dawno temu, ale byłam pod ogromnym wrażeniem - i wciąż ich wspomnienie wywołuje dreszcz emocji. Postać kapitana Nemo bardzo mi działała na wyobraźnię, tym bardziej, że w tamtym czasie przemawiał do mnie silnie motyw zemsty.

 

Pozdrawiam :)

 

Edytowane przez WarszawiAnka
spacje (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

Przeczytałam całość, ale będę Autorze, szczera - nie odnajduję się w połączeniu fantastyki naukowej z długim poematem.

A może by tak wykorzystać wyobraźnię do tworzenia własnych - bez nawiązań - oryginalnych opowiadań sf - prozą?

 

Pozdrawiam

Opublikowano (edytowane)

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Proza wymaga szacunku, i przygotowania, poezja jest bezpieczniejsza, bo i tak mało kto czyta wiersze, poprzedni mój wiersz, „Robotyka” - bez inspiro, jeszcze „Technologie po bani”, jeżeli lubisz fantastykę możesz zajrzeć w wolnym czasie.

Edytowane przez Tomasz Kucina (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

Teraz się z Tobą nie zgodzę. :)

Po pierwsze - w moim odczuciu to poezja zyskuje większy szacunek, bo prozę pisać łatwiej. Dobry pomysł i sprawne operowanie słowem może zaowocować tekstem, który spodoba się wielu. Poezja jest bardziej elitarna.

Po drugie - jeśli zakładasz, że mało kto czyta wiersze, na samym wstępie podcinasz sobie skrzydła. 

Trzeba pisać z szacunkiem dla słowa, czytelnika i samego siebie! :)

 

Pozdrawiam

Opublikowano (edytowane)

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Niestety ludzie szukają ułatwień, wybierają prozę, w zasadzie zgadzam się z tobą, co do bardziej ekskluzywnego charakteru liryki, ja cenie sobie sterylność, pewnie dlatego uległem autowierszoklecji ;)) I klecę sobie od czasu do czasu te potworki liryczne ;))

Edytowane przez Tomasz Kucina (wyświetl historię edycji)
Opublikowano (edytowane)

Pierwszy twój utwór który przeczytałem do połowy mniej więcej, niewątpliwie jesteś rozpuszczony. Widać w twoich tekstach erudycje pomysłowość może nawet geniusz ale tez ekspresję która bywa tak nieznośna jak muzyka franka zappy. Jednak wole minimalizm w środkach. Ale szacunek. Do Lema również.

Edytowane przez Lahaj (wyświetl historię edycji)
Opublikowano (edytowane)

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Wcale się tobie nie dziwię, sam pewnie nie dotarłbym do końca, gdyby to był czyiś utwór, ten tekst jest niby prosty ale mozolny. Szanuję twój punkt widzenia, biorę pod rozwagę sugestię rozwlekłej formy, bo że jestem rozpuszczony to tak to odczytuję (że o rozwlekłość tekstów tu chodzi) ;)

 

Natomiast nie jestem do końca przekonany, że ten argument jest trafiony, składam różnorodne teksty, krótsze również, a choćby te ostatnie: Mamy mamy, Art décoratif poem, Militarni, Slam, Tańczy Carmen, Pamiętasz, ...są teksty średniej rozpiętości, no i te dłuższe, absolutnie masz prawo do własnych upodobań, więc ok. ja nie dążę do ograniczeń, i piszę różnie (pewnie zauważyłeś), rozbudowany tekst nie musi być złem, wręcz przeciwnie, to trochę tak jakbyś (tu bez porównań do mnie – bo nie ma żadnego uzasadnienia) zarzucił Słowackiemu, że jego Grób Agamemnona składa się z nadmiernej liczby sestyn, albo Pani Twardowska Mickiewicza jest tasiemcem lirycznym, że Allena Ginsberga kultowy Skowyt jest za długi, Elegie Dujnejskie - R.M. Rilke'go są rozpuszczone, dowolna długość tekstu jest powszechnie przyjętą normą.

 

Co do ekspresji, przyjmuję, natomiast no niestety takie czasem są te moje teksty (ekspresywne), ale przyznasz, że nie jest to pisanie konfesyjne (wyznaniowe), teraz zerknąłem w twoje utwory, raczej też mocno egzaltujesz, bliżej ci do konfesji, pełno u ciebie wewnętrznych napięć teksturalnych, i w każdym niemalże utworze opisujesz swoje czyli (WŁASNE) stany uwrażliwienia, choćby w ostatnim wierszu pt. Fakty, ba, nawiązujesz tu nawet do Aldous'a Huxley'a, a to angielski prekursor i wzór dla czempionów amerykańskiej poezji konfesyjnej, a dalsze twoje wiersze: Agent Smith, Test lustra, Upadek, wszędzie tam mówisz w pierwszej osobie, i opowiadasz o stanach własnych emocji, często w wierszach zwracasz się do czytelnika prowadząc z nim dialog, mówisz do niego: ty, to wskazuje na relacje bezpośrednie, stricte egzaltatywne, to nie jest z mojej strony zarzut, natomiast dziwi mnie że akurat ktoś preferujący taki styl ma problem z (cytuję): ekspresją która bywa nieznośna, w moich utworach wrażeniowość ma charakter mniej bezpośredni i – opisowy, może postawiłbym sobie zarzut co do nadmiaru soteriologicznych momentów w moich tekstach, czyli takich ze wskazaniem quasi teologicznym, (pewnie mógłbym to ograniczyć), za to u ciebie zauważam moc eksplikacji, autoanalitycznych, a to wskazanie bezpośrednio ekspresyjne, dlatego właśnie zdziwiło mnie, że właśnie ty stawiasz opór przeciw takim środkom poetyckiego oddziaływania? Argumenty twoje przyjmuję, mam pisać krócej ;) Może dobra to rada. Pzdr.

Edytowane przez Tomasz Kucina (wyświetl historię edycji)
Opublikowano (edytowane)

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Nie musisz, nie ma potrzeby by komentarz był jakimś polem dla forsowania własnych argumentów, przyznałem ci przecież rację, dopowiem – rozbudowane formy poetyckie mają dodatkowe obciążenie, to właśnie temat, który analizowaliśmy wyżej z @WarszawiAnka, doszliśmy tam do wniosku, że poezja jest bardziej elitarna od prozy i wymaga głębszego zaangażowania od czytelnika, tym właściwsza jest twoja sugestia, że krótsze pisanie jest bezpieczniejsze, bo w obszerniejszym tekście poetyckim musi być siłą rzeczy więcej tych elitarnych (w kontekście do prozy) środków poetyckiego wyrazu, zatem dla czytelnika jest tylko trudniej, no ale skoro autor wyraża taką wolę i chęć, trudno mu uznać to za błąd, to preferencja, model zastosowania lirycznego, do czego ma prawo.

 

Natomiast przeczytawszy kilka twoich testów, odnoszę wrażenie, że ekspresja i tobie nie jest daleka, w dodatku ma bardzo autotaktyczny charakter, ktokolwiek wejdzie na twój profil i poczyta teksty, (do czego zachęcami jest to promocja twojej osoby z mojej stronyteraz ), dojdzie do takich wniosków. Jesteś ekspresyjny a ekspresji u innych autorów nie lubisz, nie dziw się więc mnie, że to ci zasugerowałem, nie po to przecież, by się przepychać w argumentach, ale by ustalić fakt. Dobrze piszesz.

Edytowane przez Tomasz Kucina (wyświetl historię edycji)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się

  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • w gwieździstym niebie nie było Ciebie  w toni oceanu pustka bez Ciebie  w wietrze gorącym i porywistym nie ma Ciebie  w ogniu ogniska i dymie brak Ciebie    na ulicy paryskiej, na prawym brzegu Wisły  na Kazimierzu w Krakowie lśniącym historia  na rogatkach miast na szczytach gór  był tylko upiór mój miłości romantyczna    w setkach spojrzeń w barze i metrze  w ulicach gwarnych zaułkach niewiernych na nocnych traktach  blichtru i sławy  nie było Ciebie i nie ma sprawy    W oczu błękicie burzy blond włosów nie ma Ciebie  w biodrach tańczących   piersiach gorących  brak Ciebie  w upojnej nocy i doświadczeniu Déjà vu nie ma Cie  po co to życie tak atrakcyjne gdy Tej Jednej nie było nigdzie    
    • Przedświt pachniał dziś wonnym dymem, kadzidłem miłosnych uniesień i słodką nutą wróżb. Sobótka dobiegała końca. Zawezwane dusze czmychały  przed pierwszym brzaskiem. Ich nogi bezszelestnie muskały młode paprocie. Ich głowy nikły z wątłym pluskiem  w toni rzeki. Niektóre bierzyły po śladach północnic, hen w najdalsze połacie  wyrwanych borom pól. Były i takie psotne zjawy  co schować chciały się  w ludzkich obejściach i chatach. W progach zatrzymywały je  amulety i kręgi solne a także strażniczy wrzask  deptanego Domowika. Wołał on na pomoc imię Łady i Dziewanny  rozganiając zjawy na cztery wiatry. Byle dalej od wsi.     Ogniska rozsiane gęsto przy brzegu, gasły z wolna. Drwa oddały już całe swe ciepło. Rozżażone bierwiona  trzaskały jeszcze z cicha zapadając się coraz głębiej w popiół. Wianki te nie porwane z nurtem, były porozrzucane wszędzie wokół. Częściej zagubione w ekstazie tańca  niż zerwane  zwierzęcym pragnieniem  kobiecych krągłości. Ludzie posnęli w kręgach. Upojeni miodem. Zdjęci czarem. Zmęczeni całonocnym świętem  ku czci Kupały. Tylko żercy nadal medytowali  w samotnym azylu leśnych uroczysk. Rozmawiali z drzewami i wodnymi pannami. Błagali duchy przodków  o wstawiennictwo u Welesa. Tam plusnęła ogonem ryba. W gęstwi leśnej zaskrzeczał lis. Ostatni pochuk wydała płomykówka. Tarcza Swaroga wyjrzała zza horyzontu. Najkrótsza noc odeszła w pokoju.     W tej samej chwili  stojący przed swą chatą wojownik  ujął w silne dłonie łuk. Zabrał ze sobą  kilka solidnie wystruganych strzał  o barwnych, sztywnych lotkach. Poprawił u pasa  zakrzywiony nóż myśliwski. I z imieniem Roda na ustach  wszedł pewnie w ciemny jeszcze bór. Nikt nie może naruszać świętości lasu  w kupalne święto. Kto by tego nie uszanował  i wstąpił z bronią do kniei  tego zamęczyłyby wilki Leszego. A kto niewinne zwierzę by poranił  lub zabić raczył. Tego cały ród wygasłby w męczarniach  moru lub głodu. A Bieda klepałaby go po plecach do ostatka. Zresztą lepiej było zaczekać  na pierwszy blask słońca  który zamykał przejścia do Nawii. Świat umarłych nikł  by żywi nie mogli do niego przystąpić. Dopiero wtedy las stawał się  znów zielonym dobrodziejem. A wstępujący do niego myśliwi czuli, że wracają na domowe ścieżki losu.   Bór, im dalej prowadziła  wydeptana stopami myśliwych i szeptuch ścieżka, rozpoznawał znajome rysy człowieka.  Drzewa witały go ukłonem gałęzi. Szelestem drobnych liści. Runo szemrzało niespokojnym echem, budząc z lękliwego, płytkiego snu  płochliwe zające i wiewiórki. Dzięcioły już zaczęły swą pracę. Rytmiczny stukot przypominał swym tembrem  odgłosy obijania mieczy o owalne tarcze. Myśliwy przeżył kilka potyczek  i tysiące polowań. Polowania były trudniejsze. Wymagające cierpliwości i sprytu, w przeciwieństwie do chaosu bitew. Zwierzęta wyczuwały zazwyczaj, zbliżającą się śmierć  i nigdy nie oddawały życia bez walki. Dlatego oddychał płytko, stąpał bezszelestnie. Oczy wbijał to w szarzejący dukt  to w wielokolorowe runo. Szukał śladów.  I po chwili znalazł je.     Trop jelenia odbity był wyraźnie na piaszczystym wzniesieniu. Zwierzę zakopało się widać lekko  w sypkiej przeszkodzie bo piasek był roztrącony na boki dość mocno. Jeleń skręcił w stronę  rosnących tu gęściej dębów. Szukał strawy w postaci młodych pędów   w trzewiach powalonych pni  i przy połaci jagód, rozplenionych tu niczym fioletowe kwiatuszki.     Myśliwy mocniej ścisnął łuk, bo usłyszał lekkie poruszenie  w gęstwinie przed sobą. Upłynęła ledwie chwila  gdy ujrzał także łeb z porożem  wyłaniający się zza potężnego, pooranego zmarszczkami czasu pnia dębu. Jeleń cicho zaryczał i strząchnął się mocno. Nie wyczuł jeszcze woni ludzkiej. Myśliwy ukląkł za strzelistymi paprociami. Wziął strzałę.  Nałożył ją i wygiął cięciwę  gotów w każdej chwili ją zwolnić. Zwierzę  dopiero teraz wyczuło niebezpieczeństwo. Jeleń rzucił się wstecz  i skręcił tułów gotów do rychłej ucieczki. Będąc w połowie zwrotu, został trafiony w brzuch  pierzastym pociskiem. Zaryczał przeciągle, smutno. I rzucił się w agonii przez las, tratując wszystko na swej drodze. Myśliwy powoli się wyprostował  i spokojnie w pełnym skupieniu  ruszył szlakiem świeżej krwi. Teraz wystarczyło czekać  a gdy będzie trzeba, powtórzyć śmiertelny cios.   Krwawy trop  to znaczył teren nieprzerwaną strugą posoki to urywał się na kilka kroków by znów błysnąć szkarłatem na korze drzew  czy liściach narecznic. Kluczył jak samo zranione zwierzę ale nie na tyle by zgubić pościg doświadczonego łowcy. Trafił idealnie i wiedział o tym  że śmierć zwierzęcia  jest kwestią bardziej minut niż godzin. Jeleń upuścił już wiele krwi  i słabł sądząc po coraz mocniej i wąsko stawianych kopytach. Na jednym z buków  pozostawił cały odbity w krwi bok. Ale jeszcze tym razem  miał siłę by ruszyć dalej. Lecz nie na długo. Gęstwina rzedła.  Nie dalej jak sto kroków, przejdzie zapewne w naturalną polanę lub porębę. Tam z pewnością odnajdzie martwe zwierzę. Myśliwy zarzucił łuk na mocarne plecy i pewniejszym chwytem objął rękojeść noża. Krwi było coraz więcej  i prowadziła wprost w rozwidlenie.     Gdy wyszedł na skraj poręby,  pierwsze co uczuł to  nagły, lodowaty powiew wiatru. Był jak boski szept. Zmroził mu kark  a pot od razu wystąpił na jego skroniach. Źrenice stężały w skupieniu. Gdzieś z bardzo daleka  dało się słyszeć jakby śpiew. To głosy dziewek. Akompaniował im głos fletni. Melodia była mu znana dobrze  i bardzo wesoła a wręcz frywolna  jak sama treść pieśni, której nie przystało śpiewać  pannom na wydaniu. Wreszcie spóźniony korowód kupalny  oddalił się na zachód.  Zostawiając go na pastwę puszczy i ciszy. Dopiero teraz mógł skupić się znów na tropie. Prowadził do centrum poręby, gdzie zamiast  spodziewanego, martwego byka, leżał w kałuży krwi człowiek. Spał lub był martwy. Leżał na wznak z lekko podkuloną nogą. Dopiero po chwili dało się stwierdzić,  że nie była to jego krew a tropionego jelenia. Jej ślad się urywał a człowiek ów leżał dokładnie w miejscu w którym powinien spoczywać trup zwierzęcia. Zwierzę nie mogło dalej uciec  a człowiek przywędrował widać z nieba  bo brak było wokół  jakichkolwiek śladów ludzkich stóp.     Był młody jeszcze acz już silny jak tur. Długie jasne włosy  spływały mu falą na muskuły. Delikatny zarost dodawał mu mężności. Ubiór jego był jednak przedziwny. Charakteryzował niewolników  lub najbiedniejszych kmieci. Wszystko było okropnie brudne, podarte  i znoszone do cna. Nie miał przy sobie pasa ani broni. Jedynie bukłak na wodę lub wino i co jeszcze bardziej przedziwne  obok niego na trawie spoczywały też niespotykane  bo kremowe skrzypce  wykonane jednak jak najstaranniej  i widać było,  że są mu rzeczą w życiu najbliższą.  Bard widać miejscowy lub wędrowny. Może przyłączył się nocą  do jednej z grup biesiadników. Upił się a teraz  pokutował kamiennym snem na odludziu. A może czar to jeszcze i widmowy zwid, co został tu z ludźmi  bo Weles zatrzasnął przed nim wrota Nawii. Zwierzę było przy nim  jeszcze przed kilkoma minutami, dlatego myśliwy i tak by go obudził i żądał wyjaśnień.   Zanim jednak wykonał ku niemu  choć nieśmiały krok. Chłopak otworzył oczy,  przewrócił się niezdarnie na bok i jego wzrok spotkał się ze wzrokiem myśliwego. Patrzyli na siebie podejrzliwie długo, wreszcie chłopak zamierzał wstać  ale jego dłoń spoczęła w kałuży krwi. Obejrzał najpierw ją   a potem odskoczył jak oparzony,  macając się po torsie w poszukiwaniu rany. Rozmazał po sobie całą krew. Zbladł i wyglądał teraz  jak najprawdziwszy upiór. Spoglądał na łuk i nóż. Był przerażony i nie zamierzał tego ukrywać. Zerwał się jeszcze raz,  porwał z ziemi skrzypce i przytulił je niczym dziecię do piersi. Postrzeliłeś mnie!? Bezbronnego!? Nie mam przy sobie nic, ani monet ani żadnych kosztowności.     Myśliwy wystąpił przed niego  i opuścił dłonie na znak dobrych zamiarów. Postrzeliłem jelenia, tropię go. A ślad jego krwi urywał się na Tobie. Skąd tu przybyłeś i jak? Nie dojrzałem wokół Twoich śladów. Czy widziałeś rannego śmiertelnie byka? Był tu na kilka minut przede mną. Szalał w agonii. Obudziłby Cię z pewnością.  Wiem, że tu był spójrz ile upuścił krwi. Chłopak nie podszedł nawet o krok. Ale obejrzał krew wokoło  i zaczął wierzyć w to  że nie pochodzi ona z jego żył.     Byłem tu przez całą noc. Grałem w samotności. Dla lasu. Aż sen mnie zmógł Dziś była noc kupalna. Nieroztropnie wchodzić z bronią w święty bór. Myśliwy podszedł jeszcze bliżej. Wszedłem do kniei wraz z tarczą Swaroga. Nie grozi mi nic od strony bogów. Nie tylko bogowie podążają ścieżką zemsty. A Ty nie rzekłeś, jaką z nich przybyłeś. Młodzieniec zawahał się chwilę. Przybyłem z odległej krainy. Bardzo odległej. Skąd wychodzi niewielu takich jak ja. Myśliwy skupił wzrok na instrumencie. A te skrzypce?  Piękne i misternie wykonane. Nie drewno służyło do ich budowy. Grasz na nich dla duchów?     Młodzieniec po raz pierwszy stanął w pełnym świetle i uniósł delikatnie twarz. Przypominał mu dawne czasy. Wojnę na południu, gród w ogniu i tożsamego młodzieńca, którego zabił celną strzałą w samo serce. To było dawno,  lecz chłopak wydawał się zjawą tamtych dni. Ujął skrzypce niczym amulet i przemówił głosem  głębszym, starszym, magicznym. To skrzypce umarłych. Wykonałem je sam  z moich własnych kości. Twoja strzała strzaskała mi serce  a kości były całe. Piękne i kremowe. Jak te skrzypce. Grając na nich  otwieram bramę welesowych krain. Między nimi wędruję. W Nawii mój dom. A tu na ziemi, już tylko mój cel. Moja zemsta. Krwawa i sprawiedliwa. Twoja śmierć przyjacielu.     Znów posłyszałem korowód. Wracał z pieśnią. Inną. Żałobną. Tragiczną i smutną. Jak ta godzina. Fletom i piszczałkom odpowiedziały skrzypce. Młodzieniec grał. A im dłużej grał  tym szerzej otwierały się  wrota zaświatów na skraju poręby. Wreszcie stanęły otworem. W ogniu i sadzy. Potępione dusze. Ich twarze ryczały w agonii. Ich ciała płonęły, zwęglone do cna. Korowód panien wyszedł zza drzew. Wszystkie były ubrane w białe, żałobne szaty. Ich paprociowe wianki nosiły ślady krwi. Bardowie byli okaleczeni. Bez rąk, nóg, oczu,  trędowaci lub chorzy na dżumę. Ich szaty przeszły zgnilizną. Korowód prowadziły dwa ogary. Były upiorami Welesa. Wściekłe, pełne żądzy mordu. Ich pyski wypełnione ogniem. Skóra spalona i pokryta liszajem. Ogony ścięte u nasady. A oczy jak śmierć puste. Pewne swego szaleństwa. Doskoczyły do mnie. Nie imał się ich nóż ani strzała.   Wieczór zapadł nad wioską. Jedynie w jednej chacie nie płonął ogień. Jej opiekun wyszedł spod progu, zapalił niewielki ogarek. Rozpalił ogień Oporządził izbę. Zgotował strawę. Posprzątał obejście. Jego pana nie było. Nie martwił się. Mogło go nie być i kilka dni. Łowy bywały długie i męczące. Domowik złożył dzięki do Roda  o szczęśliwy powrót swego pana. Wtedy to ktoś załomotał w drzwi. Domowik ruszył ku progowi  i otworzył. Na progu stała leśna panna. Naga. Jedynie w wianku. Bez słowa wręczyła mu zawiniątko  w postaci dziwnych, kremowych skrzypiec i wianka z paproci. Wianek był cały zakrwawiony. Krew pachniała jeszcze świeżością. A skrzypce. Wyglądały jak wykonane z kości. A grały tak pięknie  jak te które można usłyszeć  czasem nocą w kniei. Mówi się, że  korowody umarłych  przygrywają sobie na takich. A wytwarza się je z kości tych, których dotknęła zemsta,  zbłąkanych, nieszczęśliwych dusz.                
    • @Waldemar_Talar_Talar

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • Bardzo mi się podoba, wiersz o fundamentach, potrzebie i sensie pisania i nie tylko, bo też życia, przemijania. Wiersz ma swój rytm i się dobrze czyta, a wątpliwości przeplatają się z tezami, co zatrzymuje i skłania zastanowienia. Pozdrawiam. 
    • @Alicja_Wysocka Wielce to miłe co piszesz Alu! Mam też w swoim repertuarze wiersze, pisane pod wpływem wewnętrznego zagubienia lub też mrocznych emocji, w których sama do końca nie wiem o co chodzi ale one oddają ten stan duszy, którego nie rozumiałam/ nie rozumiem. Zostawiam takie utwory zwykle dla siebie.  Uściski, pozdrowienia dla Ciebie :)
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...