Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano (edytowane)

gdzie chmura czarna przysłania blask światła

gdzie radość błyszczy w nas wdzięczna i jasna

strach lub niepewność przenika nas lękiem

czy hymny chwały wykrzyczeć chce serce

sznur koralików ozdabia tam ręce

złocąc kobiecość przeplata wraz z męstwem

 

spoiwo rodzin zebranych przy łóżku

nocą gdy głowy tak lgną do poduszki

mimo spiekoty i wrzaw całodniowych

łagodzi lekko powiewem ochłody

i myśli szpetne nim odcisną piętno

rozproszy z mocą i przywróci jedność

 

wróg jak lew krąży by pożreć bezbronnych

złamać wytrwałych lud dzielić na fronty

złowrogie hordy w popłochu się kryją

drżąc na chóralny szept „Zdrowaś Maryjo”

a Boża Matka zstępuje wśród wiernych

by wszystkich zabrać gdzie Syn czeka Święty

Edytowane przez Tom Tom (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

Dzień dobry, warsztatowo, nie jest źle, mnie razi to drugie "gdzie" z samego początku, nawet jeśli zamierzone, to anafora często będzie wyglądać jak nieporadność autora. Bardzo łatwo je zastąpić "a" czy "i ", nie zaburzając rytmu wiersza.

"i myśli szpetne co odcisną piętno " nie lubię tak sformułowanych fraz, to "co" tchnie mi lekką nieporadnością w budowaniu wypowiedzi i jeśli zdarzy mi się tego tak użyć to jestem niepocieszony.

Merytorycznie zdaje się, że trafiłeś w gniazdo niedowiarków i bezbożników. Osobiście nie lekceważę tego, w czym ludzie znajdują siłę do zmagania się z losem.
Podoba mi się wiersz, choć sorry, nie ze względu na przekaz, który co prawda szanuję, jak już wspomniałem, ale za sprawność warsztatową i melodię, którą udało się Tobie zamknąć w słowach. Pozdrawiam .

 

Opublikowano

@Kot

witaj

dzięki za taki odbiór wiersza. Osobiście też nie jestem wzorowym użytkownikiem tej modlitwy, więc tak dla otuchy, powiem że nie będziesz nad nim pracował w pojedynkę. 
pozdrawiam Cię

@Sylwester_Lasota

 

Dziękuję za ocenę. Gdybyś miał chęć opisać, które fragmenty uważasz za słabsze to chętnie posłucham.  Jeśli chodzi o brak mocy w wierszu chyba wiem co masz na myśli. Pewnie chodzi Ci o mocną puentę. Jak byś to widział?

pozdrawiam 

@kot szarobury

witaj 

Dzięki za merytoryczną wypowiedź. To budujące kiedy ktoś  wypowiada się w tematyce której nie wyznaje w sposób pełen szacunku. 
 

Anafory w tym wypadku użyłem celowo. Chodziło o rozgraniczenie różnych sytuacji czy intencji w których ludzie się modlą. 

 

Przyznam Ci rację, że użycie „co“ w tej konstrukcji jest nieco niezgrabne. Zdarza mi się to często. Masz ewentualne sugestie jak można by to ugryźć inaczej? 
 

pozdrawiam 

Opublikowano (edytowane)

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Ponieważ poprosiłeś:

 

gdzie chmura czarna przysłania blask światła -> to jest ok

gdzie radość błyszczy w nas wdzięczna i jasna -> tu mamy przeciwieństwo pierwszego, staram się rozumieć zamysł, ale jakoś razi mnie ten kontrast, tak jakby zarysowany na siłę, ale może się mylę.

strach lub niepewność przenika nas lękiem -> ten wers pasuje bardziej do pierwszego.

czy hymny chwały wykrzyczeć chce serce -> i znów powrót do klimatu drugiego. Nie jestem pewny dlaczego, ale ta czarno-biała szachownica jakoś do mnie nie trafia.

sznur koralików ozdabia tam ręce -> niech będzie, chociaż nie wiem, czy nazwanie różańca "ozdobą" jest akurat fortunne w kontekście w jakim starasz się o nim napisać.

złocąc kobiecość przeplata wraz z męstwem -> kobiecość przelata z męstwem? Rysuje mi się obraz jakiejś gierojki, heroini, supergirlki. Moim zdaniem zdecydowanie do poprawy. Chociaż domyślam się co chciałeś powiedzieć, to z tego wersu zdecydowanie to nie wynika.

 

spoiwo rodzin zebranych przy łóżku -> Okey, rozumiem.

nocą gdy głowy tak lgną do poduszki -> to jest nawet całkiem dobre

mimo spiekoty i wrzaw całodniowych -> spiekota jakby na siłę wciśnięta taki wypełniacz. Mylę się?

łagodzi lekko powiewem ochłody -> powiew ochłody? ponieważ spiekota zaistniała powyżej? Jakoś też mnie nie przekonuję to "chłodnicze" działanie różańca.

i myśli szpetne co odcisną piętno -> ok

rozproszy z mocą i przywróci jedność -> ponoć wiara czyni cuda, ale tylko wiara. Myślę, że wielu czytelników będzie starało się podważyć pewność tego stwierdzenia. Pewnie z bardzo różnorakich powodów.

 

wróg jak lew krąży by pożreć bezbronnych -> prawda

złamać wytrwałych lud dzielić na fronty -> bardzo prawda i to mi się akurat podoba.

złowrogie hordy w popłochu się kryją -> tutaj znów szablon, jeśli tak mogę powiedzieć, bardziej roszczeniowy niż realny, myślę, że wynika z totalnego niedocenienia przeciwnika, a to poważny błąd.

drżąc na chóralny szept „Zdrowaś Maryjo”

a Boża Matka zstępuje wśród wiernych

by wszystkich zabrać gdzie Syn czeka Święty

 

Jeśli chodzi o brak mocy, to nie miałem na myśli mocniejszego zakończenia, ale raczej wyjście poza szablon, stereotyp, swego rodzaju, przepraszam Cię bardzo za to stwierdzenie, banał. Czegoś co przekonałoby osobę, która nie ma zielonego pojęcia o czym piszesz, że piszesz o czymś naprawdę bardzo ważnym, o czymś na myśl czego nie wypada się żachnąć, ale przyjrzeć się temu bliżej.

Opowiem Ci bardzo krótko historię pewnego różańca. Należał do jednego z braci mojego ojca. W czasie wojny został aresztowany, przeżył niemiecką niewolę, amerykańskie bombardowanie, w którym został ranny i omal nie zginął. Cały ten czas towarzyszył mu różaniec. Gdy trafił do obozu, nie rozstał się z nim nawet kiedy wszedł pod prysznic. Gdy jeden z Niemców chciał mu go odebrać, zareagował drugi, mówiąc: "Zostaw, to służy do modlenia".

Już po wojnie, miał jechać z sąsiadem i jego synem do młyna. Gdy zorientował się, że zapomniał różańca, kazał zatrzymać wóz i wrócił do domu, pomimo uwag sąsiada, że tracą czas. Wujo wrócił z różańcem i pojechali dalej. Niestety zdarzył się wypadek. Rozpędzona ciężarówka wjechała w ich furmankę. Tamci dwaj zginęli na miejscu, przeżył tyko on. Początkowo nikt go nie zauważył, w końcu ktoś jednak dostrzegł rękę wystającą spod worków z ziarnem, ściskającą różaniec i krzyknął: "Ktoś tu jeszcze jest... żywy!".

Wujo do końca życia wierzył w cudowną moc jego różańca, ale ja nie wiem, czy taka wiara nie jest jak wiara w talizman. Nie wiem. Nie chcę się zagłębiać, ale między nami, myślę, że ważna jest modlitwa, a różaniec może być tylko narzędziem.

Pozdrawiam

 

Edytowane przez Sylwester_Lasota (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

@Tom Tom A jednak, tak jak pokazał to Sylwester powyżej zamiast drugiego gdzie powinno być "a" chociaż oczywiście nie jest to błąd, to "gdzie" ma pełne prawo tam być. Co do "co" :) to być może to tylko moja fobia, bo oczywiście logikq wypowiedzi przez nie nie cierpi, może "nim", a może poszukać synonimu odciskania?

No i smutna nasza rzeczywistość, że jeśli się z kimś nie zgadzamy to jest to powód do najazdu czy hejtu. Tylko idioci i kompletni ignoranci nie dostrzegają decydującej roli, jaką polski kościół odegrał w odrzuceniu jałtańskiego porządku w Europie. Wiara była okopami, na których trwali strajkujący robotnicy, a kościół był niewygodnym głosem sumienia dla rządzących komunistów. Gdyby nie ci górnicy modlący się w sztolniach strajkujących kopalń, stoczniowcy i wielu, wielu innych, bylibyśmy dzisiaj piątym czy szóstym członkiem WNP. Pozdrawiam

Opublikowano

Technicznie bez zastrzeżeń, poza tym w całości zgadzam się z kotem szaroburym (w obydwu wypowiedziach -  o "idiotach" też :))), a w szczegółach tym bardziej.

Co nie znaczy, że "co" nie bywa u mnie w użyciu. :) Owszem, może nie często, bo raczej w "wierszykach rozśmieszających", gdzie "co" i kolokwializmy pełnią niekiedy dość ważną rolę, potrafią bowiem "upiększyć wymowę", lub przynajmniej oddać zdaniu właściwy wyraz, na tyle, że bardziej utożsamiamy się z sytuacją lub postacią. ;)

W poważniejszych tekstach, uważam jednak, że "co" raczej szpeci, lub inaczej - może niechcący odebrać powagę.

Pozdrawiam.

Opublikowano

@Sylwester_Lasota

 

Wielkie dzięki za wnikliwą analizę. kilka uwag szczególnie dotyczących wypełniaczy i banalnych zwrotów daje mi do myślenia i postaram się o nich pamiętać przy kolejnych utworach. 
 

Ta początkowa szachownica miała oddzielić od siebie różne intencje modlitwy niejako rozszerzyć zastosowanie  Różańca. 
 

Zgadzam się z Tobą, że to nie sam przedmiot ma moc, a właśnie modlitwa, którą się na nim odmawia. To też chciałem ująć w wierszu. 
 

Historia twojego wuja jest niesamowita i dla mnie bardzo prawdopodobna. Nie chcę się bawić w teologa ani charyzmatyka ale moim zdaniem Bóg używa czasem takich przedmiotów do tego, żeby podkreślić jak potężną dał nam broń. Z resztą niezmierzone są wyroki... 

 

jeszcze raz bardzo Ci dziękuję za cenne uwagi jak i za opowieść


pozdrawiam

@kot szarobury @jan_komułzykant 

Macie rację. Rzeczywiście owe „co“ mogło odbierać nieco powagi. Zmieniłem na „nim“ chyba wygląda lepiej. 
 

Z drugiej jednak strony serce rośnie gdy ludzie potrafią dyskutować bez hejtu i najazdu. A przyznam, że coraz częściej dostrzegam takie sytuacje. Myślę że jest to kwestia dojrzałości. Kto jeszcze jej ma, wszystko ma przed sobą. :) 


Dziękuję za konstruktywną dyskusję

pozdrawiam 

Opublikowano (edytowane)

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

Tekst który mnie kompletnie nie przekonuje, a jestem osobą wierzącą.

Jest w tym jakaś demagogia... "sekciarskie" ujęcie tematu, sprowadzenie Boga

do roli w której wątpię by chciał wystąpić. Mało myślenia bardziej odklepywanie strof

Modlitwa jest ważna ale może niech nie spłyca Jego roli... może dlatego jestem daleko od Kościoła,

Twój tekst w jakimś stopniu przypomina dlaczego tak jest. Łatwe odpowiedzi na trudne pytania

albo po prostu brak pytań, tylko naiwna pewność w to co i tak jeszcze nieraz zostanie zmienione.

Taka refleksja...

Edytowane przez Paweł Artomiuk (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

@Paweł Artomiuk

Hej Paweł 

 

Dzięki za tę refleksję. 
Fragment, który przytoczyłeś odnosi się do roli modlitwy jako środka prowadzącego do Boga - nie klepania strof. Poza tym chciałem zilustrować nim to co zawarte jest w objawieniach, mianowicie różaniec jako broń przeciwko „nieprzyjacielowi“ którą dał nam Bóg przez Maryję. 
 

Modlitwa nie spłyca roli Boga, ale raczej prowadzi do Niego i pozwala się otworzyć.

myślę, że to również wynika z tego fragmentu. Choć oczywiście możesz się ze mną nie zgodzić.

 

Jak Ty byś widział ten wiersz? 
Jeśli miałbyś ochotę coś stworzyć, chętnie przeczytam Twoją interpretację tematu.

 

pozdrawiam 

Opublikowano

@Pia witam 

 

Dziękuję za komentarz.

 

jeśli ten fragment przeraża to nie osiągnąłem celu, bo miał być raczej budujący, dodający otuchy.

 

Kobieta o której piszesz musiała mieć ogromny wpływ na rodzinę skoro do tego doszło.  Czasem ludzkie starania, choć w najlepszych intencjach, bywają nieskuteczne i szkodliwe. Niestety tak bywa. 

 

Pozdrawiam serdecznie 

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
    • @Radosław   wiem Radosław …niestety to takie silne oddziaływanie jest …międzygalaktyczne ;)))) nie wiem jak mogę Tobie pomóc…? ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...