Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Ludzie bez wyrazu chadzają się ulicami 

Lice jak mgła tylko zza kołnierza się wychyla

Każdy na siebie podejrzliwie patrzy

 

Siedzą trzy osoby na ławce 

Jednej coś się dzieje, ktoś gdzieś dzwoni 

Przyjeżdża karetka 

Nikt już nie patrzy 

 

Ogromne zbiorowisko szarej masy znika 

Ubierają kapelusze, otwierają parasole 

Cisza, tylko szepty słychać 

 

W barze przy piwie dwóch osiłków siedzi

Jak psy zaczynają sobie skakać do gardeł 

Latające krzesła i dźwięki tluczonego szkła 

 

Jednemu z nosa wino czerwone się sączy 

Olbrzym upada, drugi do stołu zasiada 

Ogromna plama na podłodze się nie rusza, umarł 

Nikt już nie patrzy 

 

Owce widokiem nie ruszone gęsiego wychodzą 

Za trunki i widowisko oczywiście płacą 

Dziwny samochód podjeżdża, zabiera ciało 

 

Niedziela, bogobojni idą modły odprawiać 

Ministranci księdzu pomagają, spowiedź 

Święta, eucharystia i do domu 

 

Dziecko płacze - “nie ma mamy”

Patrzą wzrokiem gorzkim i twardym

Słychać jak tłum krzyczy - “idź do domu!”

Nikt już nie patrzy 

 

Maluch został, a to zima przecie 

A Kurta jak na wiosnę, 

Brzdąc pod pierzyną śnieżną zasnął 

 

Na bazarze pomidory i ogórki kuszą oko

Ludzie stoją, w siatkę wszystko wrzucają 

Nagle słychać strzały, nadal stoją 

 

Młoda kobieta z dziurą w sercu upada 

Woda z Pomidorów ze stoisk kapie 

Podbiega mężczyzna, chyba kochał 

Nikt już nie patrzy 

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...