Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Biją dzwony, biją jak w każdą niedziele. Kościoły drżą już od szóstej rano, kaplice oblegane są przez miejscowych, alejki zapchane przez niedzielnych spacerowiczów. Mały Krzysiu zbudził się, rozprostował delikatne kości i pobiegł szybkim, radosnym krokiem do sypialni rodziców, potrząsnął mamę za ramię i oznajmił jej z pełną oczywistością:
- mamusiu już szósta rano, wstawaj
Dzisiejsza niedziela była chłodna i przejmująca. Mama otworzyła oczy, spojrzała na Krzysia ze zmęczeniem i szepnęła :
- Krzysiu połóż się do łóżeczka, jest wcześnie.
- Mamusiu ale musimy iść do kościoła, za 10 minut zaczyna się msza – niecierpliwił się Krzyś.
- Wiem synku, ale jestem bardzo śpiąca, pójdziemy w następną niedzielę – powiedziała nieprzytomna mama, nieświadoma własnych słów, obróciła się na drugi bok, topiąc się w porannych oparach niedokończonego snu.
Mały Krzyś ze smutną miną odwrócił się i poszedł do swojego pokoju. Usiadł na łóżeczku i wyglądał przez okno. Widział jak ludzie powolnym krokiem zmierzali do kościoła, szli również jego koledzy z przedszkola z rodzicami, trzymając się za ręce. Chłopczyk wstał i wyciągnął z szafy spodenki na szelkach i ciepły sweter w kolorach błękitu przechodzącego w delikatną czerwień. Ubrał się, wyciągnął ze skarbonki drobne oszczędności i bezszelestnie wyszedł z domu. Zmierzał uważnie ku kościołowi, był on niedaleko domu, tuż za ulicą. Wszedł powoli i dyskretnie, usiadł na końcu w ławie i słuchał w skupieniu kazania. Kiedy nadszedł moment modlitwy, mały Krzyś wstał złożył rączki, zamknął oczy i prosił boga o czerwony rowerek, z małym bagażnikiem z tyłu i pięknym, dużym klaksonem na kierownicy. Gdy skończył, uśmiechnął się serdecznie i spojrzał w górę, penetrując sufit kościoła schodząc wzrokiem do krzyża z panem jezusem. Przy wyjściu rzucił na tace swoje oszczędności i wybiegł z kościoła. Postanowił po drodze do domu odwiedzić swój ulubiony sklep zabawkowy. Przechodził zadowolony przez ulicę spoglądając w niebo, machając rączkami do boga. Wtedy nadjechała ironia losu, zabierając bezszelestnie życie małemu chłopczykowi, zmiażdżonemu pod kołami samochodu... a wszystko ten czerwony rowerek... możecie mi wierzyć, już nie chodzę do kościoła.

Opublikowano

Tym razem nie powaliłeś mnie na kolana. Zakończenie nazbyt przypomina "ciepłego" jeszcze wurenowego aniołka, jednak bez jego dramaturgii.
Może, gdyby Krzyś najpierw znalazł obok sklepu wymarzony rowerek...
Kilka błędów do poprawienia; mamusiu z małej litery, tuż za ulicą

Opublikowano

Naiwne to i za krótkie, za mało rozwinięte, jakby napisane po łebkach. Co właściwie z tego tekstu wypływa? Że źle jest chodzić do kościoła? Schemat fabuły niczym nie zaskakuje, nie wnosi nic nowego. Pozdrawiam i życzę lepszych kawałków:)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • nieistotne czy to mieszkanie w bloku willa z egzotycznym ogrodem jurta igloo wiejska chatka otoczona malwami   może być z cegieł desek lodu skór rozpiętych na drewnianych palach tęcz w kroplach rosy odbijających jutrzenkę   solidnie wymurowany od fundamentów po dach albo unoszący się na wodzie z sennymi łodziami wykopany w ziemi nieruchomy na śnieżnych polach przeniesiony na niebo między gwiazdy   nie ma znaczenia rzeczywistość i budulec czasem jest jedynie napisany w wierszu zapamiętany z baśni noszony na dnie serca codziennie wymyślany od nowa a czasem mocno wrośnięty w ziemię rodzinną   rozmawiamy w nim przytulamy się modlimy pieczemy chleb głaszczemy kota lub psa usypiamy w kolebkach naszych wewnętrznych wszechświatów   lecz najważniejsze że to  nie tylko przestrzeń na spokojny głęboki oddech który nie męczy się bliskością   ale także miejsce gdzie zawsze wolno płakać bez obaw przed ucieczką i wszystkimi rodzajami samotności   wtedy dopiero jest naprawdę bezpieczny      
    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      @Simon Tracy Simonie, zgadzam się z @Berenika97,że jesteś mistrzem tego mrocznego gatunku literackiego. Pozdrawiam!
    • Prostokątna twarz parapetu. Bęc. Prosto w nos. Pierwsza szkicuje cząstkę wziętych przestworzy.    Bęc. Druga prosto w rdzawe oko.     Trzecia. Bęc. W zaschniętą kupę po gołębiu.    Nagle tysiące w powtórzeniach. Każda gdzie indziej siada.    Kap. Kap. Coraz szybciej i więcej.    Mini fontanny, spływają poza krawędź. Werble bębniące kawałkami chmur. Tylko sisiolków z blachy nie ugnieciono.   Na szybie strumienie chaosu.     Wiją się na zamazanym prześwicie, niczym wnętrze żywego stworzenia.    Każda żyłka z bąbelkiem na szpicy.    Tylko krew przezroczysta, i prochy z kości rozmyte.    Arterie drgające. Wilgotne pulsacyjki. Bez drogowskazów. W rytm stukania o metalową połać.    Puk. Puk.     Coraz głośniejszy i szybszy wododzirej. Pociesznie rozbryzguje. Jakby w każdej kropli, dziecko roześmiane biegało.    Za taflą rozmazane kształty światłowodów, zamglone całunem wykręcanej chmury.    Okalają wszystko. Zniekształcają obrazy. Spływają krawędzie parodią przezroczystości. Liście chłoną wodę. Na krótko. Za chwilę inna.    Kap. Kap. Stuk puk. W plumplane kółka okrągłych fal zabawa. O kształtach niewyraźnych.   A tam strumyczki, niczym foliowe węże, z powtarzalną falą grzbietową.    W kałużach zatopione światy, rozjeżdżane kołami samochodów.    Rzucane na boki, w radykalnym wytryśnięciu, na przemoczonych pieszych.    Przylepione zebry, nie mogą się schować. Nie dosyć że mokną, to jeszcze przygniatane pospieszną cywilizacją.    Różnorodne wodospady, szumią deszczoświatem, A każdy w innym, zamgleniu widoczny.    Szara płynność, nasączona migoczącym lśnieniem kostek brukowych, przytula światłem niechciane odbicia.     I cholera wie, gdzie woda w końcu spłynie.
    • @GosławaWspaniały wiersz, w którym każda metafora świeci niezwykłym blaskiem. Ten świat jest trochę zbyt mocno wystylizowany, ale umiejętne posługiwanie się potencjałem języka, że się tak kolokwialnie wyrażę, 'robi robotę', przede wszystkim poprzez wykreowanie gęstego, kleistego nastroju, idealnie współgrającego z emocjonalnością obrazów. ;)
    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

        Ta faza miłości jest najtrudniejsza do osiągnięcia, gdy dopamina już nie musuje w głowie i trzeba bliskość zbudować na innych podstawach, bardziej namacalnych i solidnych - szukać innej chemii, która utrwali związek.  
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...