Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

dotknij żarem środka żrenic

 

Bardzo ładny, zapobiegliwy wiersz, rymy ABBA podobają mi się w tym układzie, wiem, że i tak nie zmienisz, ale usunęłabym ten wers z dwoma zaimkami jeden po drugim. Ciekawe określenia słońca stanowią główny trzon wiersza, określenia trącające neologizmami.

Pozdrawiam :)

Opublikowano

Natychmiast przypomniała się "Missa Pagana": "Chwała tobie, słońce, odyńcu ty samotny..." Mimo kilku jednoznacznych teologicznych odniesień (mandorla), nie odbieram utworu jako pogańskiego kultu słońca. :))) Jest to raczej prośba, by upersonifikowane słońce nie opuszczało nas na długie zimowe miesiące... Dobrze to rozumiem...

 

Pozdrawiam

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Dziękuję. Przyrównanie tego tekstu do wymienionego przez Ciebie poematu odbieram jako zaszczyt. 

Rzeczywiście pisząc raczej nie skupiałem się na nasuwającym się w pierwszej chwili kulcie słońca, a na personifikacji i pobożnych życzeniach ujętych w formę zbliżoną do pieśni ludowej.

Pozdrawiam serdecznie :) 

Opublikowano

Litania dla słońca... Zaskakujesz miło nowymi pomysłami. Tutaj, dobór słownictwa sprawia, że chyba bardziej zacznę... ;)

dostrzegać dobro tej gwiazdy. Całość na tak, ale dwie ostatnie, to piękny 'prezent' dla Słońca.

Pozdrawiam.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

W takim razie jest mi miło, że potrafię miło zaskoczyć pomysłem :))  

Czyli, że nie postrzegałaś wcześniej słońca zbyt dobrze? 

Możliwe, że w nie tak dalekiej przyszłości jego promienie staną się dla Ziemi i życia na niej złowrogie, ale za to należało by już obwiniać nie tyle samą gwiazdę, a nas ludzi, którzy swoją krótkowzrocznością doprowadzamy do tego, że temperatury z roku na rok rosną coraz bardziej. 

Pięknie dziękuję za wizytę :) 

 

 

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...