Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano (edytowane)
Kraina horroru spod stołu - wyzwolenie
 
Kraina jest pod stołem, lecz patrząc, to tam pusto.
Miejscem poza widocznością dnia i nocy...
Wymiar to niedorzeczny, załamujący normy,
gdzie ser w łapce na szczury daje nam ucztę.
Jego nieuświadomienie jest twoim szczęściem.
Przy tym miejscu Bastylia to plac zabaw.
 
Nagle smok zjawił się rozjuszony...,
jak zjawa z za grobu, kościsty przyjaciel,
i wyprostował tory nadziei na pierwszy wschód.
- Ten tu, w odmętach wymiarów niewidzialnych,
pod stołem, gdzie spadają resztki od królów,
gdzie trwam przy gwardii opętanych czartów..
 
I w ogniu nienawiści smoczym utonęły
- sępy nie odpuszczające nigdy...
Zapach spalonych ciał strażników wywołał wizję,
mogła być niepowstałym obrazem Bruegla.
Wisi teraz w moim pokoju, łkającym o zapomnienie,
w domu pamięci i niepamięci.
 
Autor: Dawid Rzeszutek
Edytowane przez Dawid Rzeszutek (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

Witaj -  no właśnie  - uświadom o czym wiersz a może ja nie potrafię zrozumieć - 

                                                                                                                                                           Pozd.

                                                                                         

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Wiersz  jest o wymiarze piekielnym, poza piekłem, w świecie duchowym przylegającym do naszego, które jest niewidzialne dla nas i nie tylko nas ( dni i noce ), w którym się umiejscawiam z innymi potępionymi, choć skupiam się w wierszu tylko na sobie. Jest pod stołem, gdzie spadają królewskie resztki , których energia karmi upadłych ( choćby uczta z serka, który jest przyczepiony do łapki na szczury).

O potwornym miejscu, gorszym od Bastylii. W tym miejscu jednak pojawia się "nadzieja" - smok, który ratuje z opresji, gdyż zabija strażników i pozwala na wschód słońca, którego nigdy wcześniej nie było - co jakby tłumaczy zmianę na lepsze. Ostatni fragment mówi o głowie " Wisi w moim pokoju, łkającym o zapomnienie, w domu pamięci i niepamięci" - ten fragment jest bardzo abstrakcyjny. "Dom pamięci i niepamięci" - to umysł, mój pokój - to część umysłu, w której wizja staje się niepowstałym obrazem Bruegla i tam wisi. Tym pokojem jest pamięć. A łka o zapomnienie, bo nie była to miła wizja. Czy coś jeszcze mógłbym wyjaśnić ? 

 

Dodam jeszcze tylko, że chodzi tu o  cierpienie ( piekło) i nadzieję  - (smok -  anioł ). Jak ktoś się interesuje ezoteryką i New Age, rozwojem duchowym, to wie, że istnieją wymiary przyległe do naszego, światy, które nie są miłe. Często do ludzi nieświadomie się przyklejają istoty w nich żyjące i w ten sposób ( być może irracjonalnie) tłumaczy się różne schorzenia.  Ale wracając do rzeczy.. Chodzi w wierszu o Dobro i Zło, cierpienie i wyzwolenie. Dodałem pewne obrazy, by podkreślić tragizm ( Bastylia, spalone ciała strażników, Bruegel, Łapka na szczury etc. ). Zasadniczo skupiam się na tragizmie..

 

W razie konkretnych pytań służę pomocą. Pozdrawiam.

 

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Trzeba posiadać wyobraźnię i nieco zrozumienia abstrakcji oraz znać trochę pojęć, wtedy można dobudować tło i zrozumieć to co jest napisane, bo mechanizm ( wyzwolenie z piekła, bólu, marności) raczej nie jest skomplikowany. Ubarwiłem różnymi pojęciami nasuwającymi skojarzenia. Wydaje mi się, że  mam niekonwencjonalne podejście do pisania, to na pewno jest moim piętnem a może i gratyfikacją, to już oceni historia. Muszę jednak przyznać, że nie jestem mistrzem słowa i ciągle się uczę - co pewnie widać. Z tego względu prosiłbym o sugestię, rady, które nakierują mnie na odpowiedni kierunek..

Kłaniam się nisko, pozdrawiam grono czytelników i poetów.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Dziękuję za wyjaśnienie. W takim razie nie warto czytać Twoich wierszy, bo piszesz sam dla siebie, żyjesz we własnym wewnętrznym niepojętym dla innych świecie i właśnie ten świat opisujesz. Piszesz, że trzeba posiadać wyobraźnię, ale żadna wyobraźnia nie jest w stanie wyobrazić sobie, co Ty sobie wyobrażasz, myślisz, przetwarzasz w głowie.

Określenie wymiar piekielny poza piekłem - co to jest? Co to za bzdury? Kogo to ochodzi? Przecież to są Twoje fanaberie, nie mające podstaw ani w naukach kościoła, ani w filozofii, ani w naukach humanistów! 

Zadałam pytanie: o czym jest ten wiersz, ponieważ w pierwszym odczuciu przyszła mi na myśl trauma podmiotu lirycznego z dzieciństwa, gdzie ojciec - pijak, nałogowy alkoholik, wraca do domu, a wszyscy pod stół uciekają. Ten smok rozjuszony, kościsty przyjaciel tworzy świat rodzinie gorszy niż Bastlia. Myliłam się,

@W.M.Gordon napisał o Twoim wierszu: „wiersz, który jest odmętem w niedorzecznym wymiarze” 

podpisuję się pod jego stwierdzeniem

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Po pierwsze, czy wiersz musi mieć odniesienie do mojego życia ? Czy nie może być jakąś wizją, która została wymyślona ?

Takie wizje również są wartościowe, tylko trzeba umieć odszukać w niej wartość, ale nie można mieć klapek na oczach.

 Jeżeli nie rozumiesz moich wierszy i uważasz, że nie warto ich czytać, to rezygnujesz z czegoś innego niż to, co wszyscy piszą.

Tylko trzeba się trochę namęczyć..., bo moje wiersze można traktować jako łamigłówki. Myślę, że ludzie są niezwykle leniwi i potrzebują wszystko mieć podane pod nos na srebrnej tacy - u mnie tego nie uświadczy.

Jeżeli nie rozumiesz i nie chcesz zrozumieć, to nie czytaj - piszę do każdego, komu brakuje zrozumienia.

Co do filozofii i nauk humanistów to uważam, że świat jest jeszcze w powijakach i nawet nie wiesz do czego może dorosnąć. Nie wiem tego ja ani ty, ale ja jestem chyba bliżej prawdy. Przyszłość i nasza historia to zweryfikuje. Religia uznaje istnienie demonów, czy to zbyt abstrakcyjne ? Chyba pisałem o czartach w tekście... Co do wymiarów... ( piekielnych czy innych) to jest to teorią fizyczną, że istnieją inne wymiary ( np. równoległe), to czy nie może być wymiaru, w którym są opisane przeze mnie scenerie ?

Wystarczy mieć szersze spektrum świadomości rzeczywistości i nie zaprzeczać wszystkiemu, czego się nie rozumie, a próbować zrozumieć. Wykazać się dobrą wolą.

Nawet kiedyś był serial SLIDERS - polecam się zapoznać, a "wymiar piekielny poza piekłem" - Piekielny oznacza charakter miejsca, czyli coś podobnego do  piekła ( piekielny scenariusz, piekielny urok) , a nie odnosi się do "piekielny" jako mówiący o pochodzeniu z tamtego miejsca bądź o samym piekle . Dwuznaczność słów. Chodzi o to, że słowo piekielny opisuje same cechy porównywalne do piekła i po to tego słowa użyłem.

Jestem tu jednak po to, by się rozwijać, lecz nie zamierzam zrezygnować z wyobraźni.

 

 

Opublikowano

Z pewnością nie jest to tekst prosty w odbiorze,

ale moim zdaniem to go nie przekreśla.

 

Jest tu dużo specyficznych symboli i hermetycznych metafor,

które wymagają od czytelnika wiedzy i wysiłku intelektualnego,

dopóki nie przeczytałam Twojego objaśnienia mój odbiór nieco odbiegał od autorskiej wizji.

 

To, co czyni ten tekst trudno dostępnym, to błędy stylistyczne, rozciągłość treści (paradoksalnie) i osobisty charakter powodujący rozstrzał w postrzeganiu pewnych obrazów.

Poniżej wyszczególnię:

 

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Wyjątkowo niezgrabnie sformułowane. A można by np.tak:

pod stołem jest kraina, lecz gdy tam patrzę, widzę pustkę - miejsce poza widocznością dnia i nocy

 

Moim zdaniem lepiej brzmiało by np.: Szczęśliwy, kto nie jest tego świadom;  Bo tutaj, zaimek dzierżawczy na początku wersu jest mylący, brzmi jakby odnosił się do sera, a nie do wymiaru.

 

Za dużo tu tych zjawień, jak dla mnie. Poza tym, smok kojarzy mi się dosyć pejoratywnie, tym bardziej kościsty,

ale rozumiem, że po wyjściu z grobu się inaczej nie wygląda ;p Do zwierzaka symbolizującego nadzieję jest mu (wg mnie) daleko.

O ile rozumiem, że wschód jest symbolem nadziei, zmartwychwstania, odmiany losu,

to te "tory nadziei" w tym konkretnym wersie mi nie pasują. Może "tory losu/życia" ?

Wg mnie bez tego fragmentu wiersz zyskał by na urodzie, bo tu jest tylko patetyczna dramaturgia burząca spójność tekstu.

Ale to moje widzimisię, nie chcę, byś robił cokolwiek wbrew sobie, bo być może swoim rzemiosłem wyrzynam artyzm z Twojego utworu :)

 

Sztuczna inwersja, jak dla mnie. Osobiście napisałabym: I utonęły w smoczym ogniu nienawiści;

 

Tu z kolei napisałabym albo: nieodpuszczające nigdy sępy albo nieodpuszczające sępy;

 

Tu po przecinku dodałabym słowo "która" i wykreśliła "niepowstałym".

 

I tyle jak na razie ode mnie,

pozdrawiam :)

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Witaj, serdecznie dzięki za treściwy komentarz. Później przeanalizuje dogłębnie i odniosę się do niego , bo teraz mam pare spraw na głowie  ;). Jeszcze raz dzięki za zaangażowanie... Pozdrawiam.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Witaj, Jeszcze raz dziękuję za poświęcenie, które wykazałaś. Po pierwsze przeczytałaś tekst, który wymaga nieco więcej zaangażowania, a po drugie dokonałaś analizy i technicznego sprostowania błędów, za co jestem naprawdę wdzięczny.

Twój wstęp w pewien sposób odpowiada temu, co wcześniej w komentarzu napisałem, więc nie będę się do niego odnosił. Cieszę się, że się zgadzamy - to mnie najbardziej zadziwia, biorąc pod uwagę burzę, która się wywołała pod tekstem.
Odniosę się teraz do błędów stylistycznych:

 

pod stołem jest kraina, lecz gdy tam patrzę, widzę pustkę - miejsce poza widocznością dnia i nocy - jest to na pewno zgrabniejsze i co dziwne chodziło  mi po głowie, by podobnie napisać, lecz nie chciałem zbytnio rozciągać, skupiłem się na szerokości wersu i długości strofy i dłuższe opisanie tego zajmowało mi więcej przestrzeni, przez co musiałem kombinować z treścią.

Za bardzo się tym przejąłem chyba...

 

- Szczęśliwy, kto nie jest tego świadom; - Tak, zgadzam się, w ten sposób wyglądałoby lepiej. 

 

A co do SMOKA....

 

Smok ( symbolika pozytywna za Wikipedią ) - 

Smok podobnie jak wąż wiązał się z symboliką wody. W starożytnym Rzymie traktowany był niekiedy jako istota podziemna czuwająca nad urodzajem. Był symbolem autorytetu i potęgi, wiązanym ze słońcem i symboliką królewską, podobnie jak lew i orzeł. Stanowił alegorię wiedzy, mądrości, czujności i dobrej straży. Plujący ogniem mógł przedstawiać lato. W heraldyce był oznaką waleczności, a jego zawinięty w pętle ogon świadczył o sile i energii. Smoka ukazywano także gryzącego własny ogon, jak węża Uroborosa, wówczas był emblematem wiecznego ruchu, cykliczności i odnowy. W psychologii smok w jaskini mógł być symbolem aktu seksualnego. Wiązano go także z Wielką Matką. 

 

 - Wielu Chińczyków używa terminu "Potomkowie Smoka" jako swej identyfikacji etnicznej.

 

Idąc za tym, co napisano, to symbolika smoka nie ma tylko negatywnej strony, a posiada masę pozytywnych odniesień.

Dodam, że sam jestem zodiakalnym smokiem i trochę o tym czytałem już jakiś czas temu.

 

O ile rozumiem, że wschód jest symbolem nadziei, zmartwychwstania, odmiany losu,

to te "tory nadziei" w tym konkretnym wersie mi nie pasują. Może "tory losu/życia" ? Myślałem o tym, ale wydał mi się to truizm.

 

Sztuczna inwersja, jak dla mnie. Osobiście napisałabym: I utonęły w smoczym ogniu nienawiści; - Zgadzam się, jest to dobra opcja.

 

Tu po przecinku dodaabym słowo "która" i wykreśliła "niepowstałym". - Tu też się zgodzę, bo to słowo jest stwierdzeniem oczywistości.

 

Słowem zakończenia - Pisałem już, że bardzo cenię Twój szacunek dla "człowieka" i jego "tekstu", co chciałbym podkreślić raz jeszcze.

Poprawnej stylistyki nauczyć się nie można inaczej, jak przez kontakt ze sztuką pisaną i to mój cel na przyszłość ; zgłębiać klasykę.

Jeśli mogłabyś zaproponować kogoś, kto w sposób treściwy naprostowałby mój sposób myślenia i postrzegania poprawności słowa, byłbym wdzięczny... 

Serdecznie pozdrawiam i życzę pomyślnych łowów literackich ;)

Kłaniam się nisko.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

Bardzo mi miło, że z takim pietyzmem podszedłeś do moich uwag,

naprawdę - sprawiłeś, że poczułam się potrzebna :)

 

Dziękuję za objaśnienie mi symboliki smoka, zapomniałam jakoś o starożytnych Chinach,

a o postrzeganiu smoków w antyku (tym europejskim) nie miałam dostatecznej wiedzy (oj, wstyd, wstyd ;p)

 

Co do truizmu "torów życia/losu" - tak, masz rację, można tu wstawić coś innego,

chodziło mi tylko o to, że w kontekście Twojego wiersza nadzieja raczej nie może być utorowana, bo dopiero się pojawia (i tu wschód jest jej bardzo dobrym symbolem, nie trzeba tego dodatkowo podkreślać - moim zdaniem, oczywiście :)), pokusiłabym się tu o zostawienie samych "torów",  bez dopełnienia.

 

Co do "prostowania" - trudno mi jednoznacznie powiedzieć, jestem samoukiem,

choć dużo zawdzięczam Czytelnikom z tutejszego forum. Najwięcej nauczyłam się chyba poprzez czytanie komentarzy

i to najczęściej pod tekstami innych autorów. W związku z tym, nie jestem w stanie polecić Ci nikogo konkretnego, bo im szersza grupa odbiorców, tym większa szansa, że dowiesz się od nich czegoś ciekawego/ważnego.

 

Serdecznie dziękuję za życzenia i odwzajemniam :)

Kłaniam się.

 

 

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Bożena Tatara - Paszko Poglądy sumienia chowają, idiotyzmy wprowadzają, idioci im klaskają, bo koryta pełne mają .   Pozdrawiam serdecznie 5 Miłego dnia 
    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...