Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

idę ulicą
patrzą na mnie
szydzą obserwują
każdy ruch komentując
wytykają palcem
ironiczne uśmiechy
nie znikają z ich twarzy
przyspieszam kroku
śledzą mnie
biegnę krzycząc
gonią nieustannie
co za koszmar - myślę
staję zmęczona przerażona
kim jesteście - pytam
czego chcecie - wykrzykuję
zostawcie mnie w spokoju
i tak nam nie uciekniesz - słyszę
po chwili dogoniły mnie

moje wyrzuty sumienia

Opublikowano

Bardzo mnie rozbawiło stwierdzenie "poezja akcji", ale czytajac faktycznie można mieć takie wrażenie...
uczę sie pisać i tak naprawdę nie mam jeszcze żadnych umiejętności...
każdy wiersz to próba czegoś nowego...
lubie się uczyć i mam zamiar to zrobić...

Przyznaje,ze wiersz nie jest dobry, a nawet powiem,ze kiepski jak go tak sobie teraz czytam...
ale mam nadzieję, ze jeszcze kiedyś zajrzycie by zobaczyć jakieś inne moje wypociny...

Pozdrawiam i dziękuję
lenka

Opublikowano

początek jak piosenka (hip-hop mam na myśli)!!Brak metafor bez tego ani rusz!!To co napisał to jakaś myśl!Projekt z którego można napisać wiersz musisz czytać to co napiszesz i zmieniać słebe punkty!!
Pozdrawiam

Opublikowano

Myślę, że mogłaby Pani podzielić całość na odrębne fragmenty, gdyż wiersz jest zbyt jednolity i osobiście nie umiem skupić się na poszczególnych wersach. Ale to tylko moje skromne zdanie. Reszta jest bardzo, ale to bardzo poprawna!

P.S. Dziękuję za wskazówki. Po części zastosowałam się do nich.



Pozdrawiam.
Beata.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...