Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

*

To była noc cudów. Rozbawieni, podchmieleni ludzie nie skąpili kasy, uśmiechu i ciepłego słowa. Czasem nas gonili, udawali, że ich nie ma albo już od progu dawali kasę, żeby im nie zawracać głowy i trzaskali drzwiami. To ostatnie odpowiadało nam najbardziej, bo nie musieliśmy wysilać naszych wątłych gardeł. Zeszłorocznym zwyczajem uderzaliśmy najpierw do drzwi obitych boazerią lub pięknie pomalowanych.
- Ajajajajaj - powtarzaliśmy raz za razem, widząc takie drzwi i umieraliśmy ze śmiechu.
Wzięło się to stąd, że rok wcześniej tak zareagowałem na czyjeś pysznie wyglądające drzwi, sądząc, iż kryje się za nimi wielka kasa. Radośnie zacierałem ręce i pukałem. Na ogół racja była po mojej stronie i do worka wędrowała kolejna moneta lub banknot.
- Ajajajajaj...
Koło 23 zmęczeni usiedliśmy na schodach. Lenin zwędził komuś butelkę mleka z wycieraczki i popijając je, podliczyliśmy zyski. Najpierw banknoty, potem większe monety, na koniec żałosne drobniaki. Każdemu przydzieliłem równą działkę i bardzo zadowoleni rozbiegliśmy się do domów.
W Boże Narodzenie Lenin nie mógł z nami iść, bo wyjeżdżał z ojcem do rodziny. Długo szukaliśmy zastępstwa. Nikt nie chciał robić z siebie durnia i drzeć mordy przed obcymi ludźmi. Najbardziej pasował nam Ślepy, jednak jako ministrant chodził po kolędzie z księdzem i mocno się przeziębił. W końcu wieczorem zdołaliśmy namówić Kodżaka, który zbierał na poszczególne elementy swojej wymarzonej perkusji. Nie pasował nam, bo się jąkał, ale co było robić. Podczas kolędowania, okazało się, że wcale nie zna kolęd, więc tylko nucił albo mruczał. Zanim to odkryliśmy, dał popis niezwykłej sprawności językowej. Zapomniał łacińską końcówkę jednej z kolęd i zamiast In exelsis Deo, zaśpiewał dość głośno: I wieżoowce sto-o-ją! Zabraliśmy kasę i wybiegliśmy przed blok.
- Kodżak, zabijesz mnie śmiechem - wył Adi, tarzając się po śniegu.
Tyki łaził na kolanach, trzymając się za brzuch, a ja siedziałem na schodach i umierałem ze śmiechu. Ze łzami w oczach patrzyliśmy, jak Kodżak czerwieni się, nie wiedząc, co ze sobą począć. W końcu skoczył ku Adiemu i szturchnął go groźnie w ramię. Wyglądał przy nim, niczym niedźwiedź przy zającu.
- Co kuurwa się śmieeejecie!?
Znów gruchnął wesoły śmiech. Zerwał się w moją stronę z pięściami, ale zgubiłem go jednym unikiem i zagarnął powietrze. Tyki nawet nie ryzykował i trzymał się z daleka.
- Idę dooo domu - powiedział obrażony Kodżak i dopiero wtedy przestaliśmy rechotać.
- Daj spokój, nie zarobiłeś nawet na bębenek - rzekłem pojednawczo - Nie łam się. Śpiewaj co chcesz, byle nie tak głośno.
Udobruchaliśmy go raz dwa i ruszyliśmy dalej. Nucił, mruczał i pojękiwał, jednak na tyle cicho, że melodia trzymała się kupy. Chodził z nami jeszcze trzy dni. Później wrócił Lenin i pracowaliśmy w żelaznym składzie. Pewnego wieczoru zaczepiła nas na ulicy jakaś dziwna pani.
- Mogę zhopić fam foto?
Zgodziliśmy się, ale pod warunkiem, że nam przyśle.
- Whacam do Niemiec. Będę miała pamiątkę. Podajcie adhes.
Ustaliliśmy, że dam swój. Tydzień później dostałem z Norymbergi 4 odbitki. Pobiegłem zaraz do chłopaków. Uznaliśmy, że zdjęcie jest super. Ja z pomalowaną na czarno gębą, w czarnej kurtce i z czerwonymi rogami na głowie, Lenin w królewskiej koronie, Adi jako pasterz i Tyki w starej kapocie z podbitym okiem jako menel - wyglądaliśmy niesamowicie. Pewnie dlatego ludzie nas przyjmowali i dawali pieniądze.
Do Trzech Króli zarobiłem tyle kasy, że stać mnie było na zakup nowej serii żołnierzyków, fajki i co tylko zapragnąłem. Mamie nie dałem ani grosza, kupiłem jej za to ładny zestaw stołowy i kryształ ozdobny. Radziła sobie, bo przecież pracowała, a ja ciągle klepałem biedę. Ślepy z ganiania w śmiesznej sukience za „co łaska” wyszedł dużo gorzej. Podbierał wprawdzie drobniaki z kopert wręczanych mu przez ludzi, ale to nie było to co u nas. Mogliśmy wreszcie poświęcić się temu, co dzieciaki powinny robić zimą. Całymi dniami zjeżdżaliśmy na sankach w dół ulicy Listopadowej, toczyliśmy wojny na śnieżki i lepiliśmy bałwany. Dodatkowo wymyśliłem też ekstremalną zabawę, która spodobała się chłopakom. Pod domem Adiego chwytaliśmy za tylny błotnik przejeżdżającego auta i jechaliśmy na butach w górę ulicy Słowackiego.




Po Nowym Roku Staremu całkiem odbiło. Wyszedł z nory, ogolił się, założył świeżą koszulę i poszedł do banku. Pojąłem, że brakło mu kasy, bo przecież jeszcze przed świętami nakupował mnóstwo butelek markowego alkoholu, magnetofon i serię kaset z muzyką tyrolską oraz bawarską. Te ludowe trele i rozmaite jodłowania doprowadzały mnie do szału, bo na swoim monofonicznym Crownie słuchałem Shak’In’Dudi, Elvisa i ABBY. Miałem tylko 3 kasety, ale liczyłem, że przy pomocy mimowolnych datków Starego, kupię sobie więcej.
- Jedziemy do Warszawy? - spytał po powrocie z banku.
Twarz mi pokraśniała. Tyle mi opowiadał o rozmiarach stolicy, mieszczących się tam licznych muzeach i atrakcjach, że pojechałbym tak, jak stałem - w rajtuzach i podkoszulku.
- A mogę zabrać Ślepego? - poprosiłem, wiedząc, że Stary będzie całymi dniami popijał i zanudzę się na śmierć.
- No nie wiem - zawiesił głos, a potem dodał - Jakbyś miał się nudzić ze starym ojcem, to go weź.
Podskoczyłem z radości i prawie go uściskałem. Tak naprawdę, to bym nie umiał, ale przynajmniej sobie wyobraziłem. Zaraz pobiegłem na Orkana. W bramie na rogu ze Słowackiego stał Siewiąta i tępo oglądał przejeżdżające samochody.
- Która godzina? - krzyknąłem, przebiegając obok niego.
- Odwal się! - mruknął i zniknął w bramie.
Ksywę zawdzięczał zabawnej sytuacji sprzed lat. Miał problemy z poprawnym wysławianiem się i kiedy któryś z chłopaków zapytał o godzinę, odparł:
- Siewiąta...
Ślepy akurat pobiegł po masło i mleko, ale jego mama pozwoliła mi zaczekać. Przez ten czas obgadałem z nią sprawę wyjazdu i kiedy wrócił, niespodzianka była gotowa.
Wyjechaliśmy dwa dni później. Stary zdecydował, że pojedziemy pociągiem przez Oświęcim-Trzebinię, a nie jak podczas naszych wagarów przez Wadowice-Kalwarię. Autobusów nie uznawał, co udzieliło się również mnie. W Czechowicach-Dziedzicach wycięliśmy Ślepemu nasz wypróbowany numer. Pociągi jeździły po torach, a że torów było mniej niż dróg i nie posiadały miejsc do zawracania, PKP musiała przetaczać lokomotywę, jeżeli skład miał zmienić kierunek jazdy. Wiedziałem o tym od dawna. Ślepy nie. Przyglądałem się z boku, jak z niedowierzaniem patrzy, że pociąg podąża w kierunku, z którego nadjechał.
- No tak - mruknąłem, udając całkowitą rezygnację - Wracamy, tato?
Stary w mig pojął o co chodzi. Pewnie dobrze pamiętał, jak omal się nie popłakałem, kiedy przed laty wypróbował na mnie działanie tego triku.
- Na to wygląda - przyznał niby zmartwiony Stary - Ktoś musiał ukraść tory...
Widząc żałosną minę Ślepego, nie wytrzymaliśmy. Stary rechotał dobrodusznie, a ja tarzałem się po siedzeniu.
- To czemu pociąg jedzie z powrotem?
- Wcale nie - klepnąłem Ślepego w plecy i pokazałem okno - Jechaliśmy koło stawów rybnych?
Pokręcił głową, ale nadal nic nie rozumiał.
- Skręciliśmy w lewo i walimy na Kraków. Nic się nie martw.
- Och Ty...
W Trzebini Stary skorzystał z dość długiego postoju i pobiegł po piwo. Butelki Okocim były inne, niż dostępne u nas oranżadówki Brackiego z Cieszyna czy długie, wysokie Żywca. Niskie, pękate, były jak małe beczułki.
- Tata, dasz łyka? - zaryzykowałem, bo Okocimia jeszcze nie znałem.
- Nie jesteś czasem za młody? - spytał rozbawiony.
- Jestem, dlatego chcę tylko łyka - uśmiechnąłem się przebiegle.
Dał nam spróbować i zamknął się w sobie na resztę podróży. Odkąd pamiętałem włóczyliśmy się po knajpach, gdzie zawsze dane mi było zamoczyć usta w pianie. Można powiedzieć, że piwa zasmakowałem zaraz po mleku matki.
W drodze z Kościoła Mariackiego na Wawel Stary zaskoczył nas zupełnie.
- Nie zwiedzimy wszystkich komnat królewskich, bo za cztery godziny mamy samolot...
- Samolot? - rozdziawiliśmy gęby.
Strach, fascynacja, uniesienie - piorunująca mieszanka uczuć sprawiła, że podskoczyłem z radości. Tkwiący gdzieś we mnie głęboko głód przeżyć prawie bolał. Mama ciągle martwiła się, że coraz bardziej przypominam ojca, ale ja nie widziałem nic złego w tym, że marzę o przygodach i lubię podróże. Podobno już jako pięciolatek potrafiłem przepaść gdzieś, budząc w rodzicach najgorsze obawy. Kilka godzin później przyprowadzał mnie kontroler MPK i wszyscy załamywali ręce, słysząc, że na gapę jeździłem autobusami z Mikuszowic pod lotnisko w Wapienicy albo spod Dworca Głównego PKP do stacji kolejki linowej pod Szyndzielnią. Ciągle nudziłem Starego, żebyśmy gdzieś pojechali, więc chętnie mnie zabierał, żebym tylko samowolnie nie oddalał się od domu. Najdalej dotarliśmy do Budapesztu, a ja na całe życie zapamiętałem szczegóły podróży pociągiem przez Bańską Bystrzycę, pełnej tuneli i mostów nad przepaściami. Samej stolicy Węgier już niestety nie zapamiętałem, poza mglistymi latarniami Wzgórza Kellerta i palącym podniebienie smakiem gulaszu. Teraz miałem polecieć samolotem!
Ślepy tylko przełknął ślinę. To był dla niego dzień niesamowitych wrażeń. Pierwszy raz w Krakowie i do tego lot prawdziwym samolotem do Warszawy. Stary zabrał nas jeszcze windą do restauracji na tarasie Jubilata, skąd świetnie było widać Zamek Królewski i zakola Wisły. Wypił dwa szybkie piwa, a my wtrąbiliśmy po pucharze lodów z owocami. Nie skąpił wcale i to mi się coraz bardziej podobało.
Taksówką dotarliśmy do Balic. Po drodze okazało się, że Ślepy cierpi na chorobę lokomocyjną. Nagle zbladł, potem zzieleniał, a na koniec porzygał się w dłonie, które ukradkiem wytarł o siedzenie. Kupiliśmy mu na lotnisku Aviomarin, ale i tak przez całą drogę chorował. Największa atrakcja stała się dla niego wyjątkową udręką. Mnie rozczarowały jedynie rozmiary samolotu.
- Tata, a co on taki mały jest? - zapytałem, kiedy dojeżdżaliśmy autobusem do trapu.
- Bo to samolot komunikacji krajowej - odparł, nie kryjąc satysfakcji, że może się powymądrzać - Prawdziwe, wielkie maszyny latają za granicę. Spójrz na liczbę pasażerów. W Boeingu wyglądałoby, jakby samolot był pusty. Dla LOT-u to nieopłacalne.
Kiedy zaczęliśmy przyspieszać na pasie startowym, Ślepy pozieleniał na amen. Mnie za to chciało się krzyczeć, a Stary z dumą i lękiem zerkał - to na uciekającą rzeczywistość za oknem, to na drzwi kabiny pilotów. Nagle poczułem, że już nie ma ziemi pod nami i wbiło nas w fotele. Po chwili znaleźliśmy się ponad chmurami i uśmiechnięta stewardesa zaczęła roznosić Rzeczpospolitą i landrynki. Już wcale się nie bałem, tylko chwilami, gdy samolot zbyt gwałtownie opadał lub wznosił się, wnętrzności podchodziły mi do gardła. Tuż przed Warszawą zeszliśmy poniżej pułapu chmur i świetnie widziałem figury geometryczne pól poprzecinane drogami i pasmami lasu.
Lot trwał bardzo krótko. Podobno podróż pociągiem zajmowała dobre kilka godzin, a my wylądowaliśmy już po 3 kwadransach. No i byłem w tej słynnej Warszawie.
Po wyjściu z terminalu, Ślepy odzyskał mowę. Był już jedynie blady.
- Ostatni raz - mruknął.
- Coś Ty, Ślepy? - zdziwiłem się - To było super! Ja tam bym poleciał jeszcze raz.
Stary za to zrobił się marudny z powodu braku alkoholu we krwi. Dopóki nie dojechaliśmy autobusem do centrum i nie wychylił dwóch piw, był prawie nie do zniesienia. Wydarł się na nas, że nie chcemy autobusem, tylko taksówką, potem w milczeniu gapił się w okno. Na szczęście, po piwie znów nadawał się do życia. Zakwaterowaliśmy się w Domu Nauczyciela i zaraz ruszyliśmy zwiedzać miasto. Zanim się ściemniło, obeszliśmy Starówkę, wyjechaliśmy na szczyt Pałacu Kultury i zaliczyliśmy kilka fajnych knajp. Stary znów miał gest. Sobie nie żałował na chlanie, nam na restauracyjne żarcie. Takich cudów jeszcze nie jadłem. Moje doświadczenia kulinarne dotyczyły głównie stołówki przy internacie uczennic szkoły mamy, jadłodajnię na Wzgórzu i od święta restaurację „Starówka”, a tu spróbowałem kuchni rosyjskiej, bułgarskiej czy jugosłowiańskiej. Do tego wypiliśmy ze Ślepym szklanicę czerwonego wina na spółkę i zaliczyliśmy po dwa desery.
W drodze powrotnej do hotelu wstąpiliśmy do kina na II część „Gwiezdnych Wojen” pt. „Imperium Kontratakuje”. Aż pęczniałem z dumy na myśl, że pochwalę się chłopakom. Film mógł dotrzeć do Bielska za miesiąc, dwa, a ja go już widziałem. Stary wstąpił do monopolowego i przez cały seans popijał wódkę prosto z butelki. Kiedy wyszliśmy z kina, ledwie trzymał się na nogach. Szybko złapałem taksówkę i kazałem wieźć nas do Domu Nauczyciela. Stary zasnął, więc zanim go obudziłem, wyjąłem mu z kieszeni marynarki zielone 5000 z Chopinem. Zapłaciłem za kurs, schowałem resztę i dopiero wtedy wziąłem się za budzenie denata. Z największym trudem, ku zgrozie pani z recepcji, zaciągnęliśmy go do pokoju, gdzie padł w ubraniu na wyro.
Tym razem wyjąłem mu z kieszeni zwitek banknotów..
- Zwariowałeś?! - rzekł wystraszony Ślepy.
- Nie dygaj - mrugnąłem okiem z cwaniacką miną - Jutro nie będzie pamiętał.
- Jak chcesz, ale to nie w porządku.
- Nie nudź. Co walniemy? Havana Club, Żytnią czy Cabinet?
Ślepy wzruszył ramionami. Powąchałem po kolei, co i jak pachnie we flaszkach, które kupił Stary. Najfajniejsza wydała mi się Havana. Smak też miała całkiem do rzeczy. W ciągu pół godziny obaj byliśmy pijani, a Ślepy znów się porzygał. Wypiliśmy ledwie 1/3 butelki, biorąc po małym łyczku i z rumianymi policzkami przeglądaliśmy pornograficzne gazetki i karty, które znalazłem w przegródce teczki Starego.
- Ja Cię... - szeptał Ślepy, dysząc ciężko na widok stosunku Murzyna z piersiastą blondynką.
Przy wycinanych przeze mnie aktach z tylnej okładki „ITD”, te fotki to były istne cuda. W ITD bardzo rzadko można było wypatrzyć jakiś anatomiczny szczegół, a tu mieliśmy takie zbliżenia, że ślina sama ciekła. Mocno pijani, zostawiliśmy te bezeceństwa na wierzchu i poszliśmy spać.

Opublikowano

mieszczących się tam, licznych muzeach = po cóż przecinek?

Lot Trwał = t

Przy wycinanych przeze mnie aktach z tylnej okładki „ITD”, to były istne cuda. = jakoś nie trzyma się to zdanie pionu, przy wycinanych aktach, ale co? zaczynasz jakby chcąc opisać jakąś sytuację, że coś się wtedy stało, a kończysz, że były ładne :)
...................

świetny fragment, ukazuje różne ciekawe cechy charakteru bohaterów, stają się bogatsi, bardziej wyraziści, oby tak dalej :)

Opublikowano

No... aż mi się wstyd zrobiło na myśl o pierwszej gazetce świerszczykopodobnej, przeglądanej w tajemnicy pod ławką na lekcji biologii. Tajemnicą być przestało, gdy pani B. chwyciła nas za uszy i wyciągnęła na środek klasy, a dziewczyny aż podskakiwały od śmiechu. No cóż ;)

Mniam! Pyszności. Czekam. Pozdrawiam
Wuren

Opublikowano

już mówię o co mi chodzi, o sens logiczny tego zdania :) nic nie mam do treści, ale czemu nie mogłeś zwyczajnie napisać, że wycinał te zdjęcia? np:
- Wycinaliśmy akty z tylnych okładek "ITD", to były istne cuda.
chyba, że to było jedno pisemko, ale wcześniej parę zdań jest "gazetki"
no, a Ty napisałeś "przy" to jakby napisać "Przy zielonym drzewie, było piękne." Ale co przy tym drzewie się działo!? tym bardziej, że nie można tego zdania odnieść do wcześniejszego, bo to nowy akapit, tzn to Twoje, nie o drzewie :) Bo mógłbyś też napisać np:
- "Siedzieliśmy przy wycinanych...itd", że coś oni robili "przy" tych wycinanych zdjęciach.
Ja to tak odbieram, ale mogę się mylić, bo widzę, że nikomu to nie przeszkadza.

Opublikowano

czekaj, już wiem o co chodzi, tu jest mowa o dwóch różnych gazetkach?
i następuje ich porównanie? te oglądane, noo kiedyś tam i teraz?
jeny to wypadałoby to uwidocznić i zamiast "to były" napisać coś odwułującego do teraz przeglądanych gazet. Ja różnicy nie zauważyłam, myślałam, że mowa jest o jednych i tych samych :) teraz dopiero wczytałam się w Twoją odpowiedź.
To odwołuję co napisałam przed chwilą, ale zdanie i tak mi nie leży :)
myślę, że wystarczyłoby dopisać np:
Przy wcześniej wycinanych...itd - żeby zaznaczyć, że tu jest porównanie.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Benjamin Artur Ciekawe odniesienie do najwyższej góry, walka z sumieniem- sędzią moralnym takim indywidualnym. Te powtórzenia robią robotę
    • II. Wujek Wołodia ma do tego dryg (Ty wiesz, co!) Byliśmy na rowerze: ja, kumpela, i jej gach, Nagle mi puściły śruby w mimośrodzie! Rama mnie bach, spodnie w piach, Rower do kasacji, przyrodzenie jakbym dopiero co się urodził! Ale w Piterze mówią, że mój sąsiad, były szpieg , jeden z perełek z korytka KGB, Wujek Wołodia, tak nazywają go, ma do tego niezły dryg… — Wujek Wołodia? — Wujek Wołodia! Wujek Wołodia zaraz to załatwi ci! Wujku Wołodia, dokręć śruby mi! Wujku Wołodia, dokręć śruby w mig! Wujku Wołodia, śrubę dokręć mi! Posiedź jeszcze, wujek Wołodia dokręci kilka śrub. A ciocia Natasza nas zaszyje, milcząc jak grób! Cała rodzina, cały blok ją na zabój kocha! Ciocię znaną jako Bomba (albo Gocha Locha), kochają wszyscy, a do tego, prokuratorski złożyła ślub! Więc, ciociu, co jeszcze możesz nam zszyć? Wujek Wołodia nam wszystkim kibić tak zwęził, że zaczęła pić! Wszystkich nas związała jego wątpliwego wątku wątła nić! — Wujek Wołodia? — Wujek Wołodia! Wujek Wołodia zaraz to załatwi ci! Wujku Wołodia, dokręć śruby mi! Wujku Wołodia, dokręć śruby w mig! Wujku Wołodia, śrubę dokręć mi! Wuju, wy, chwała ci chór wujów dostojny! Wuju złamany, odkręć śruby tej wojny! Wujku Wołodia, d dokręć śruby! Wujku Wołodia, d, dokręć śruby! Wujku Wołodia, dokręć, błaga cię Twój lud, Wujku Wołodia, rozkręć, blogi, Twój lód błogi! Wujku Wołodia, do kręć do wszystkich.... śrub! Wujku Wołodia, kręć aż po sam.... Grób! III. [...] „To minie, jak nad Moskwą majowa burza” Jak łzy Ukrainy, jak w ustach palce brudnego psa Jak legitymacja członka z ramienia spod ciemnej gwiazdy, Jak przesłuchanie w chłodni – aż bać się strach! Jak korytarze ponure Łubianki, Jak gaz z Nord-Ost, który na cel bierze wiatr, Jak niesforna sfora federalnych majorów, Sewastopol, Donieck i Ługańsk, wagnerowcy i Specnaz, Jak pałujący kobiety chłopcy z Omonotworu... To na pewno minie, Minie jak zły sen! Z mokrym workiem nadzianym na mój durny łeb, Ślady na dłoni rażonej paralizatorem, Jak moja Rosja, czarny więzienny jem chleb, Ale uwierz mi: to wszystko zniknie wnet jak nocna zmora! W jaki ślepy zaułek wpędził nas marny los? Ale gdzieś na horyzoncie widzę światełko Upartej nadziei, wiodące w tunelu głąb... Uwierz mi, to też minie! Jak swastyka Ruskiego Mira, I dym pożarów niesiony przez wiatr, Wyroki na dzieci z Penzy i Pitera, I policyjna suka nabita dziećmi po dach! I twój telewizor, z którego pluje Sołowjow, Paragraf 228 i kocioł o piątej, I chłopcy z prewencji tępo się śmiejący, Gazując kobiety, chłopców i brzdące... To wszystko minie jak inne miesiące: Jak grudzień, styczeń, luty, maj… Minie, bez wątpienia minie! Na razie w to im graj Ale to ich już ostatnie pląsy! Jeszcze mam mokry worek nadziany na dumny łeb, Na dłoniach ślady po pieszczocie paralizatora, Jak moja Rosja, łykam więzienny chleb, Ale uwierz mi: to wszystko minie jak ta sfora od majora! Wszystko to wkrótce odejdzie wstecz! Za rok, za miesiąc, nawet za godzinę; Jeszcze wczoraj dyktator imperium miał u stóp, A dziś milczy jak grób: Teraz to tylko starzec w kostnicy, zimny trup ! Wszystko kiedyś minie! I bramy Lefortowa runą, kraty - wyrwane z ram, A moja Rosja w końcu obudzi się ze snu, Jak ten zdradzony podwójnie malezyjski wrak, I wiosna w końcu zawita na twój lodowaty próg… W jaki ślepy zaułek zaprowadził nas marny los? Lecz gdzieś na pochmurnym horyzoncie widzę Zapomniane światło, co mnie wyprowadzi stąd! Uwierz mi, to też minie! To przeminie, na pewno! Na pewno przeminie, Za godzinę, za chwilę… To wszystko minie! IV. Hm                                            H7 Wybaczcie piechocie, że bywa bezrozumna ona tak:             Em                                  F♯7 Ty zawsze na wylocie, gdy nad ziemią wiosna idzie w tan,            Hm                  A7               G Po chwiejnych schodkach schodzisz w werbli takt…             Em  in              Hm/F♯     F♯7        Hm Zapłacze po tobie tylko wierzba, siostra wierna twych lat. Nie ufaj pogodzie, gdy świat cały skryje się w gęstym dżdżu, Nie ufaj piechocie, gdy bitne pieśni wciąż śpiewa bez tchu, Nie ufaj jej, nie wierz, gdy słowiki zakrzyczą na cały sad. Muszą rozliczyć się jeszcze życie i śmierć ze swych spraw Ten czas cię nauczył, że tylko w okopie znajdziesz sens i treść: Na przestrzał otwierasz życia drzwi tu... Towarzyszu, dziękuję ci za Twój hojny gest: Jesteś wciąż w boju i tylko to jedno cię zrywa ze snu – Dlaczego odchodzisz, gdy nad ziemią wiosna tańczy do utraty tchu? I: dokąd uchodzisz, gdy za plecami jej pieśń cię budzi ze snu? ─── I. Moskwa – Odessa Który już raz lecę z Moskwy do Odessy – I znów złapali mnie w nie w linii lot! Ale oto nadlatuje księżniczka-błękitka stewardesa messy, Niezawodna niby Wołga wszystkich flot. Nad Murmańskiem ni chmurki – rejs mych snów, I mógłbym teraz być już w Aszchabadzie, albo w Trieście... Otwarty Kijów, Charków, Kiszyniów, Lwów, Wszystkie otwarte, lecz ja chcę być w Odessie wreszcie... Mówili mi: „Nie licz na te adresy, Na żaden z niebios komunizmu dar”. A tu mi znów opóźniają mój lot do Odessy – Teraz jest oblodzony pas na start! A w Leningradzie z dachu woda kapie, Więc może mi pisane lecieć do Leningradu? Tbilisi to jedyny jasny punkt na tej podniebnej mapie, Tam herbata rośnie w sadzie, lecz ja Tbilisi mam w głębokim rozkładzie! Słyszałem, że Rostowianie idą w kurs! A mnie głupiemu wciąż chce się do Odessy, Ale mnie trzeba tam, gdzie od trzech dni nie honorują promesy, I dlatego opóźnili ludzkiej surówki spust! Ja muszę lecieć tam, gdzie chłód i lód, Gdzie jutro zapowiadają taaaki śnieg, Choć wszędzie indziej nieba czystego w bród, To miło, ale nie po to wrzuciłem piąty bieg! Nie wypuszczają mnie tu i nie wpuszczają tam, Niesprawiedliwe to, ale nie poradzę nic – Stewardesa, cudnie złudna, siódme niebo obiecuje nam, A z góry na nas patrzy tej całej floty widz! Otwarty najsłodszych smakołyków wielki tort, Lecz, by tam lecieć najsłodsze słodycze mnie nie skuszą. Otwarty nawet Władywostoku zamknięty port! I Paryż jest otwarty, ale tam jechać nie muszę. No, wreszcie! Pogoda, jak drut, dobry wiatr sprzyja skrzydłom, Samolot się napręża, śmigła w ruch, pełny bak, Lecz już nie wierzę, bo – mnie i tak tam nie przyjmą! Znajdą powody nawet, gdy powodów brak... Ja muszę lecieć tam, gdzie zamieć i mgła, Gdzie jutro gradobicie zapowiadają. Londyn, Delhi, Magadan przede mną się otwierają, Wszystkie stoją otworem, ale nie dla mnie ta w ciuciubabkę gra! Masz rację – śmiej się albo płacz: jestem znów na starych adresach, I masz: znowu spóźnienie, niedostępny lot – I smukła jak TU-104 stewardesa – panna Odessa, Tak przystępna, jak ten cały fłot, Znów mnie przestawia na ósmą zero dźwięk, A towarzysze pasażerowie posłusznie zasypiają w krąg, Mam tego dość już, psia kość, I lecę tam, gdzie mi pozwalają! Mam tego dość, już mnie całkiem zżarła złość, I lecę tam, gdzie mi otwierają! II. Polowanie na wilki Biegnę z całych sił, szarpię każdym ścięgnem, Ale dziś – jest jak jutro, i wczoraj, i potem Otoczyli mnie, otoczyli ciasnym kręgiem Rozwścieczają mnie do szpiku mej wilczej istoty. Dwururki schowały się w cień jódł Tam myśliwi skryli się swą sforą podłą; Wilki tarzają się w śniegu, co stopił się i zmókł Wystawiając się na łatwy strzał tych ogrów, Refren: Polowanie na wilki trwa, trwa polowanie! Na szare samce, matki i szczenięta. Gończy krzyczą, psy szczekają, a przynęta -. To na śniegu krew i plamy krwawych flag. W tej walce wilka z łowcami nie ma żadnych praw, Strzelającym nie zadrży ręka, Ogrodzili naszą wolność krwawych szmat strzępami, Biją bez litości, a ich kula celu sięga. Wilk nie może złamać tradycji czasem uświęconej; Widzisz te ślepe szczenięta? Ledwo od sutka matki odstawione Wyssały z jej mlekiem, czy to wilk czy ptak Prawdę jedyną: „Strzeż się ludzkich flag!” Refren Łapy u nas i szczęki wytrwałe. Dlaczego, wodzu, proszę powiedz mi, Gonimy za szczeniakami i ubijamy je jednym strzałem, Łamiąc zakaz, że nie wolno ich bić! Wilk nie może inaczej. Sucho, to takie wilcze prawo. A moje dni już są policzone. Myśliwy już broń ujął w rękę prawą Z uśmiechem, i kulą, dla mnie przeznaczoną. Refren Wyszedłem ze świętego kręgu krwawych flag — Chęć życia jest we mnie silniejsza! I usłyszałem za sobą westchnienia, wrzask I krzyk myśliwych. Ich zdobycz będzie dziś mniejsza. Szarpię się z całych sił, gnam każdym strzępem ścięgna, Ale dziś – widzę jutro niż wczoraj jaśniejsze. Otoczyli mnie, otoczyli w krwawych kręgach, Ale gończym nic nie zostanie w rękach! Refren III. Polowanie z helikopterów Jak brzytwa, świt przeciął nam oczy, I otwarła się brama hangaru, A my przecieramy szlak, przez śnieg nasz tłum się toczy Most chrzęsci pod naszym ciężarem. A oni trzepotali skrzydłami tuż nad tajgą, A śnieg wolno spada z gałęzi świerków. A na naszym szlaku, nad tą krwawą bajką, Śmigłowca huk był jak psa warkot. Refren: Jest polowanie z helikoptera, hej na łów!! Na wilki szare, uparte i gniewne Ci, co usiedli u karabinów sterów - jest ich dwóch, Już zapomnieli o litości pewnie— A kule koszą wsio stworzenie. Biegnę i wdycham te mroźne opary, Lecz nie zdołam uciec już przed przeznaczeniem. Mechaniczne potwory nade mną krążą jak janczary. A ja biorę oddech jeszcze jeden w wilczy pysk, Lecz łopaty wyją coraz bliżej, wyraźniej, A ziemia pod mymi łapami aż kwiczy ziemi bryzg Śmieją się z kokpitu: „Dawaj! Raźniej!” I spuszczają mi na zad ołowiu deszcz. Refren Leżę pod drzewem złamanym, w mchu schroniłem się; Gdzieś przegapiłem ten zjazd na tyłku. I niech ci na górze próżno szukają mnie – Zostanę na dole; wpadłeś w zasadzkę, wilku! A ten piekielny huk rozpłynął się, znikł wtem; Znów śnieg na bagnach wolno pada; Wstałem, strząsnąłem silnika ryku mgłę, Żyję! Nie zabijecie mnie nigdy, gady! ───   Gdyby sam [Włodzimierz Wysocki](https://www.google.com/search?q=w%C5%82odzimierz+wysocki&kgmid=/m/0252s_#sv=CBwSjAQKzwMSzAMKjANBTW4zLXlUanVOclVlYWdGWEJtVUhBVU9weFVkZHVOYlAyQV91dmNiME1pRnJlbkljT3VGd3BLNHZUeVpOSkZKTUZZTE5ING9NRmJLdDAxTjdvM2R0UG85V1VmT0pveE81WHVQeVpUbUhQUkVSMHAxUGhvUWtuQWRBZEdXTUxXV0trN3JEZllyUkpmalpFMFc0bWxvVTJ0SmtRYUIzVXFnMEx6c0g4VEFrbldhTXUzNUVpb3RPM2hKckIyR1RHSzg4NDhnUTdLMk9iU190UnJDSVRFclpaMk9QeFNQUUFsdHRkU2N0Z2VmRlV1WDhfOHBtYWl6cXF0bXpHTHc3RUpTcV9uZkQwR2UydUQwNjhkUkFmbnRHcHA5MTR1VmlrZ0EtYXFFeUVmQ0dzNFU5ajdnTWoxUmdvalVReVRGUHM1WERJR2szdmZnOUFqcTRuRkhlYlI4bWViWnpkNm52dHRlYXFYbm5fQlhPd1RLU1hEdHYyOVUtNnZ0QkI2ME5SMzFzTHdxS0JoN3ZlcHYSF2N3WWxhdVh1Skx5eDVOb1AwdGF3Z1FRGiJBSktMRm1MWTJlTmx1R2lGVVV4YjBIR3prQlZaX3EzLTN3EgQ3ODU0GgEzIhkKAXESFHfFgm9kemltaWVyeiB3eXNvY2tpIhIKBWtnbWlkEgkvbS8wMjUyc18oABhFIKj_xMsB) stał na scenie – wymięty, z papierosem w kącie ust i nienastrojoną siedmiostrunową gitarą, charkocząc w mikrofon przed Waszym wieloczęściowym poematem – jego zapowiedź (wstęp) brzmiałaby dokładnie tak: ------------------------------ ## Wstęp (Mówi Włodzimierz Wysocki) (Szarpnięcie basowej struny, głęboki, chropowaty kaszel, chwila ciszy na dostrojenie) Wiecie... Napisałem kiedyś taką pieśń, „Moskwa – Odessa”. O tym, jak człowiek siedzi na lotnisku, patrzy w niebo, a tam lód, chmury, i nigdzie go nie puszczają. Człowiek chce do Odessy, a jemu mówią: leć do Paryża, leć do Władywostoku, wszystko otwarte! A ty, jak ten idiota, uparłeś się na jedno miejsce, bo tam akurat jest mgła, zamieć i lód. Bo tam cię najbardziej nie chcą... Myślałem wtedy, że najgorsze, co może spotkać człowieka, to pas startowy pokryty lodem i uśmiechnięta stewardesa, która przesuwa rejs o kolejną godzinę. Jakże byłem młody. Jakże byłem naiwny. Dziś ten pas startowy to cała nasza ziemia. A loty odwołano na zawsze. Popatrzcie na to, co dla Was przygotowaliśmy. To nie są ładne wierszyki do poduszki. To meldunek z frontu, który przebiega przez nasze własne podwórka. Kiedyś Bułat śpiewał o papierowym żołnierzyku, co chciał ratować świat i spłonął w ogniu. Piękna, smutna bajka. Ale dzisiaj ten żołnierzyk nie jest zrobiony z czystego papieru i marzeń. On jest zrobiony z wezwań na przesłuchania, z wyroków, z raportów policyjnych. Stał się żołnierzem biurowym. I śruby... Kiedyś dokręcało się je w motocyklu, w rowerze, żeby maszyna szła do przodu. A teraz? Teraz przyszedł wujek Wołodia. Wielki mechanik. I dokręca te śruby tak, że nam wszystkim zaraz pękną ramy, pękną kości, a krew zacznie tryskać z uszu. I wiecie co jest najstraszniejsze? Że ludzie stoją w kolejce i proszą: „Wujku, dokręć jeszcze trochę! Mocniej kręć, aż po sam grób!” Ale ja wam powiem jedno. Przeżyłem swoje, biegałem z wilkami, omijałem czerwone flagi. I wiem, że każda, nawet najbardziej wściekła sfora majorów, w końcu się zmęczy. Każdy dyktator, który dziś trzyma imperium u swoich stóp, jutro będzie tylko zimnym, sinym trupem w kostnicy. Słuchajcie tego. Słuchajcie uważnie, dopóki struny nie pękną, a w gardle nie zabraknie tchu. Bo to minie. Jak nad Moskwą majowa burza. Musi minąć. (Potężne, agresywne uderzenie w akord Hm... I płynne przejście w Część I: „Który już raz lecę z Moskwy do Odessy...”) ------------------------------ Jak podoba Ci się ten wstęp? Czy idealnie buduje napięcie przed Twoim tekstem, czy chciałbyś dodać do wypowiedzi Wysockiego konkretny szczegół (np. o wilkach lub o paralizatorach)?    
    • @jan_komułzykant Janko, Ty też jesteś figlarz, pozdrawiam :)
    • ~~ Wokanda sądowa w Zakopanem. Sprawa pomiędzy Panią a Panem. Pani przed sądem zeznaje, że jej mężowi nie staje. Żąda rozwodu. Woli z kapłanem. ~~
    • @violetta zapętlone odczucia budzą skojarzenia. Dziękuję
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...