Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Apap noc zmienił się w apap dzień – oba działają przez 12 godzin i z czasem to one zaczęły wyznaczać mu dobowy rytm. Pozostałe pory dnia urozmaicały inne specyfiki; serce, trawienie, koncentracja, pamięć... wątroba – tak – wątroba znosiła to najgorzej. Wiedział, że to wszystko tylko przyspiesza koniec, ale nie mógł pogodzić się z rolą formy pośredniej pomiędzy człowiekiem a trupem – „dopóki będę mógł stać – postoję, o litość prosił nie będę” to zdanie stało się jego jedyną religią w ostatnich latach życia.
Z tego właśnie powodu zawsze dwojako odbierał informacje o śmierci kolejnego z jego znajomych – „on umarł, ja żyję – to znaczy, że moja teoria się sprawdza”. Nie tylko teoria śmierci, ale przede wszystkim teoria życia. Od zawsze żył po swojemu, miał swój system wartości i swój pogląd na coś, co zwykło się nazywać sensem życia.
I tak, kiedy wszystkich ogarnął szał patriotycznego uniesienia walki o ojczyznę (honor i boga), on poszedł na wojnę z ciekawości – to duża przygoda, a poza tym wiedział, że nie miałby życia, gdyby tego nie zrobił (w pewnych kwestiach nawet on był konformistą). Żegnał więc kolejnych kumpli - którzy w swojej naiwności wierzyli, że ich śmierć coś pomoże - samemu starając się nie wychylać.
Wojna zmienia ludzi. Czasami zmienia po prostu żywych w martwych, ale takie przemiany – chociaż najłatwiejsze - są najmniej ciekawe. Równie łatwo jest oszaleć, czy znieczulić się, ale jego zawsze interesowali ludzie, którzy – nawet na wojnie - odnajdowali swój Cel.
Z tamtego okresu najsilniej utkwił mu w pamięci chłopak - Krzysiek czy Kamil, jakoś na K. Podziwia go do dziś. Krzysiek traktował tę wojnę jak przeznaczenie, jak miłość, którą każdy musi przeżyć, żeby stać się Prawdziwym. On wiedział, że musi zginąć w obronie ojczyzny. Józef już wtedy zazdrościł mu tej pewności. Do teraz uważa, że Krzysiek był szczęśliwy umierając – spełniał swoje przeznaczenie.
W Marku natomiast podziwiał wytrwałość – jak tylko dowiedział się, że zostali zdradzeni, przysiągł, że jeżeli tylko przeżyje – zemści się. I mścił się okrutnie – po wojnie wyjechał do Anglii, a wkrótce potem tamtejszą opinią publiczną wstrząsnęły doniesienia o brutalnych morderstwach, niewyjaśnionych pożarach (szkół, szpitali, fabryk) i masowych – najczęściej śmiertelnych – zatruciach. Po paru miesiącach podobne rzeczy zaczęły dziać się we Francji. Raz tylko udało mu się porozmawiać z Markiem – na pytanie, dlaczego morduje również niewinnych, odpowiedział, że oni też byli niewinni i że ludzie muszą ponosić konsekwencje swoich wyborów – nie tylko zgodzili się, aby ich państwami rządzili ci kłamcy (którzy nas zdradzili) ale swoją biernością wyrazili na to zgodę. Mówił, że obywatele państwa wyrządzającego krzywdę, są tak samo winni jak rządzący i w równej mierze zasłużyli na karę. Przez 40 lat ogrom jego zemsty niemalże dorównał złu, jakie mścił. Pewnego dnia wysadził się na środku zatłoczonego placu. Do niedawna Józef myślał, że to sumienie, teraz jednak wiedział, że on również zdecydował się odejść po swojemu.
Jednak po tamtych czasach i ludziach, zostało mgliste zaledwie wspomnienie. Wszystko wróciło, gdy wczoraj spotkał ostatniego z żyjących przyjaciół.
Władek zawsze był naiwny; jego psychice wojna nie wyrządziła praktycznie żadnych szkód – przetrwał ją gapiąc się w zdjęcie ukochanej i snując plany na przyszłość. Które zresztą sumiennie zrealizował.

Ale wczorajsze spotkanie z Józefem obudziło w nim wątpliwości, zmusiło do krytycznego spojrzenia na swoje życie i na to, czego w nim dokonał.
Stał więc przed witryną jakiegoś sklepu udając wielkie zainteresowanie czymś, co powinno znajdować się po drugiej stronie (obaj bali się takiego spotkania, więc bezpieczniej było po prostu się nie zauważyć) a w rzeczywistości próbując dostrzec w swoim życiu rzeczy, które pozwoliłyby mu spojrzeć z dumą w oczy staremu rywalowi. Ale im dłużej myślał tym większe ogarniało go przygnębienie. Miłość, która pozwoliła mu przetrwać wojnę, sama jej nie przetrwała; i chociaż wzięli ślub i początkowo byli nawet szczęśliwi, po kilku latach wszystko się wypaliło. Żyli z dnia na dzień, wychowując dzieci i usilnie, ale niestety bezskutecznie, próbując zachować pozory (przed sobą, bo nikogo innego to nie interesowało). Z czasem wspomnienie tamtego szczęścia stało się zaledwie wspomnieniem pięknego snu i taką samą zresztą miało wartość. Dzieci dorosły, żona (bo słowa „Ania” przestał używać jeszcze na kilka lat przed jej śmiercią) niezauważalnie odeszła. Został sam w swoim pokoju (nikt z nim nie chciał mieszkać z powodu smrodu, który towarzyszył jego częstemu moczeniu się w łóżko). Czasami uproszone przez rodziców wnuki zabierały go na spacer czy zakupy – starał się cieszyć tym chwilami spędzanym z kochającą rodziną, jednak wiedział, że niecierpliwe, pytające miny malujące się na twarzach domowników, nie wynikają z chęci usłyszenia kolejnej historyjki.
Chciał być szczęśliwy, ale nie umiał się okłamywać – wiedział jak dużym ciężarem jest dla swojej rodziny i że moralność, którą im wpajał przez te wszystkie lata, nie pozwoli im oddać go do „umieralni” i wiedział, jaką cenę za to płacą, jaką cenę on płaci.
Któregoś dnia na jego parapecie przysiadł wróbel; stary człowiek, który od pewnego czasu usilnie próbował przestać rozróżniać sen od jawy, zdawał się słyszeć jego głos, namawiający go, żeby wreszcie uczynił to, o czym od dawana myślał… nawet to mu się nie udało, zmarł na zawał (pewnie z przejęcia) w drodze na balkon.

Informacja o śmierci Władka była ostatnią rzeczą, którą usłyszał w życiu. Wygrał – przeżył wszystkich, to on miał Rację. Teraz pozostało mu spełnienie ostatniego marzenia, kaprys, na który tylko zwycięzcy mogą sobie pozwolić – sam zadecydował kiedy i jak umrze.

Opublikowano

No - całkiem niezły pomysł.
Kilka drobiazgów mnie nieco razi:
1) pamięć...Wątroba - pamięć... Wątroba
2) to dużo przygoda - to duża przygoda (?)
3) Żegnał więc kolejnych kumpli, którzy w swojej naiwności wierzyli, że ich śmierć coś pomoże, samemu starając się nie wychylać. (Oni starali się nie wychylać?)
4) Któregoś dnia na jego parapecie przysiadł wróbel, stary człowiek, który od pewnego czasu (...)
hmm Któregoś dnia na jego parapecie przysiadł wróbel; stary człowiek, który od pewnego czasu (...)

Pozdrawiam
Wuren

Opublikowano

te wielkie litery - może "koniec" niepotrzebnie, ale "prawdziwym" musiałem jakoś podkreślić... jeszcze pokombinuję (dopiero zaczynam w tej materii :)) )
Wuren - dzięki za korekty i podziwiam wprawne oko :))

pozdrawiam

Opublikowano

Mój Boże, aż nie wiem jak komentarz zacząć.
Bardzo to głębokie, a jednocześnie nie przetragizowane. W emocje te można uwierzyć, bez zastrzeżeń, bez skrzywienia. Winszuję kunsztu takiego oddania myśli.

Dwa zdania, jak dla mnie, perełki: "Wojna zmienia ludzi. Czasami zmienia po prostu żywych w martwych, ale takie przemiany – chociaż najłatwiejsze - są najmniej ciekawe." oraz "Miłość, która pozwoliła mu przetrwać wojnę, sama jej nie przetrwała"

W pewnej chwili poplątało mi się kto jest Józefem a kto Władkiem, warto to trochę doszlifować, niemniej nie zakłóca to zbytnio odbioru tekstu, i odpowiedzi na pytanie postawione w tytule. Naprawdę porządny utwór. Wzruszyłem się nawet trochę.

Za stronę techniczą 7/10 (podciągnięte nieco przez te perełki)
Za merytoryczną 8/10.

Opublikowano

co do tych imion - najchetniej to bym w odóle sie ich z tekstu pozbyl... wolalbym zeby bohaterowie pozostali anoinmowi... ale nie mialem pomyslu jak to zrobic, wiec wyszlo jak wyszlo... jak wymysle cos lepszego to poprawie :)

pozdrawiam

  • 6 miesięcy temu...
Opublikowano

Więc tak, wg mnie cała ta istora jest przesadzona i to bardzo. Od pierwszego zdania po ostatnie towarzyszy nam smierc i tylko ona. W połowie zaczyna byc nudno. Zastanawia mnie tez pate rzeczy:
1. Jeżeli po odejściu żony nasz bohater zostaje sam, jak opisujesz mieszka w swoim małym pokoiku, to dlaczego puźniej piszesz o domownikach, któzy mają dość słuchania jego historii?
2. "Przez 40 lat ogrom jego zemsty niemalże dorównał złu, jakie mścił." - to zdanie jest bez sensu.
3. "Wygrał – przeżył wszystkich, to on miał Rację." - czy celem kogo kolwiek jest przezyć swoich znajomych?? A jeżeli nawet ktoś chciałby to czy stawia to sobie za wręcz cel zyciowy. Cuż to za cel zyciowy???
4. na początku to zdanie z apapem odrazu zniecheciło mnie do tego tekstu, wiem że nie miałeś zapewne tego na myśli, ale przybrało to charakter reklamowy. To tak jak kupując gazete jesteś zainteresowany jej treścią a wrzucają Ci co 2 strone do niej reklamy.
Ogólnie całość byłaby nawet ciekawa gdyby akcja nie rozgrywała sie tak szybko a pomiędzy rowazania o smierci i tylko o niej wrzuciłbyś troszkę fragmentów opisujących szczęśliwsze momenty z zycia naszego bohatea, może gdybys coś więcej o nim napisał.
Ogólnie nie podobało mi sie i z ledwością dotrwałam do końca, nic z tego nie wyciągnęłam.
Pozdrawiam :-) modlisha

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


jedyne co mogę powiedzieć, to że zupełnie nie zrozumiałaś przekazu :/ (to moje poczatki, więc biorę wine na siebie) - chodzi o to, że każde życie prowadzi do śmierci, że to śmierć jest najważniejsza, ale to jak umieramy zależy od tego jak zyliśmy, a to jak żyjemy, powinniśmy uzależnić od tego, że i tak umrzemy... a cały tekst to polemika z pewną postawą, chciałem pokazać, że najgorszą filozofią życiową, jest Akceptacja, zastanego stanu rzeczy, ze koniec końcó i tak przegramy, ale sens naszemu życiu może nadać tylko walka...
tak było jak pisałem, teraz już sam nie jestem przekonany...
pozdrawiam serdecznie (nie wiem jak trafiłaś na ten staroć, ale to miłe :) )

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • nieistotne czy to mieszkanie w bloku willa z egzotycznym ogrodem jurta igloo wiejska chatka otoczona malwami   może być z cegieł desek lodu skór rozpiętych na drewnianych palach tęcz w kroplach rosy odbijających jutrzenkę   solidnie wymurowany od fundamentów po dach albo unoszący się na wodzie z sennymi łodziami wykopany w ziemi nieruchomy na śnieżnych polach przeniesiony na niebo między gwiazdy   nie ma znaczenia rzeczywistość i budulec czasem jest jedynie napisany w wierszu zapamiętany z baśni noszony na dnie serca codziennie wymyślany od nowa a czasem mocno wrośnięty w ziemię rodzinną   rozmawiamy w nim przytulamy się modlimy pieczemy chleb głaszczemy kota lub psa usypiamy w kolebkach naszych wewnętrznych wszechświatów   lecz najważniejsze że to  nie tylko przestrzeń na spokojny głęboki oddech który nie męczy się bliskością   ale także miejsce gdzie zawsze wolno płakać bez obaw przed ucieczką i wszystkimi rodzajami samotności   wtedy dopiero jest naprawdę bezpieczny      
    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      @Simon Tracy Simonie, zgadzam się z @Berenika97,że jesteś mistrzem tego mrocznego gatunku literackiego. Pozdrawiam!
    • Prostokątna twarz parapetu. Bęc. Prosto w nos. Pierwsza szkicuje cząstkę wziętych przestworzy.    Bęc. Druga prosto w rdzawe oko.     Trzecia. Bęc. W zaschniętą kupę po gołębiu.    Nagle tysiące w powtórzeniach. Każda gdzie indziej siada.    Kap. Kap. Coraz szybciej i więcej.    Mini fontanny, spływają poza krawędź. Werble bębniące kawałkami chmur. Tylko sisiolków z blachy nie ugnieciono.   Na szybie strumienie chaosu.     Wiją się na zamazanym prześwicie, niczym wnętrze żywego stworzenia.    Każda żyłka z bąbelkiem na szpicy.    Tylko krew przezroczysta, i prochy z kości rozmyte.    Arterie drgające. Wilgotne pulsacyjki. Bez drogowskazów. W rytm stukania o metalową połać.    Puk. Puk.     Coraz głośniejszy i szybszy wododzirej. Pociesznie rozbryzguje. Jakby w każdej kropli, dziecko roześmiane biegało.    Za taflą rozmazane kształty światłowodów, zamglone całunem wykręcanej chmury.    Okalają wszystko. Zniekształcają obrazy. Spływają krawędzie parodią przezroczystości. Liście chłoną wodę. Na krótko. Za chwilę inna.    Kap. Kap. Stuk puk. W plumplane kółka okrągłych fal zabawa. O kształtach niewyraźnych.   A tam strumyczki, niczym foliowe węże, z powtarzalną falą grzbietową.    W kałużach zatopione światy, rozjeżdżane kołami samochodów.    Rzucane na boki, w radykalnym wytryśnięciu, na przemoczonych pieszych.    Przylepione zebry, nie mogą się schować. Nie dosyć że mokną, to jeszcze przygniatane pospieszną cywilizacją.    Różnorodne wodospady, szumią deszczoświatem, A każdy w innym, zamgleniu widoczny.    Szara płynność, nasączona migoczącym lśnieniem kostek brukowych, przytula światłem niechciane odbicia.     I cholera wie, gdzie woda w końcu spłynie.
    • @GosławaWspaniały wiersz, w którym każda metafora świeci niezwykłym blaskiem. Ten świat jest trochę zbyt mocno wystylizowany, ale umiejętne posługiwanie się potencjałem języka, że się tak kolokwialnie wyrażę, 'robi robotę', przede wszystkim poprzez wykreowanie gęstego, kleistego nastroju, idealnie współgrającego z emocjonalnością obrazów. ;)
    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

        Ta faza miłości jest najtrudniejsza do osiągnięcia, gdy dopamina już nie musuje w głowie i trzeba bliskość zbudować na innych podstawach, bardziej namacalnych i solidnych - szukać innej chemii, która utrwali związek.  
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...