Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Wieczornik-dwumyślenie o niczym

Dzień to tylko oczekiwanie na następny wieczór. Wciąż mam w pamięci chłodne przebudzenie.  Jeszcze w przyjemnym półmroku, pośpieszne stukanie obcasów na klatce schodowej, to ono wyłowiło mnie z ciepłego jeziora. A na powierzchni czekało otwarte okno. Nie pamiętam kiedy je otworzyłem i po co. Powietrze w pokoju było stanowczo zimowe. Wcześniej, głębiej, ktoś mnie dotknął, żałuję że wiem kto.

Dwugarbny spał na podłodze, schował łapy i głowy pod siebie, owinięty ogonem wyglądał jak huba. Analogia nasunęła mi się sama. Którąś gębą pochrapywał, gdyby nie to można by sądzić że umarł od nadmiaru cytrynówki. W pewnym sensie był nieobecny. Niestety krótko. Kiedy usłyszał że stawiam bose stopy na klepce westchnął i poruszył ogonem.

Zapach odsmażanych naleśników z dżemem truskawkowym namolnie przeciska się pomiędzy progiem a drzwiami. Sąsiedzi szykują śniadanie. Czuję jak rusza moja perystaltyka, czas na poranną owsiankę z dodatkiem pieczonego jabłka i jogurtu. Może jeszcze szczypta cynamonu. Wyruszam do kuchni, za mną wlecze się wielogłowy mruczący wyrwane z kontekstu cytaty. Rozpoznaję fragmenty z „Rok 1984”. Ćwiczenie pamięci?

Wielogłowy siedzi przy misce z owsianką, drgają mu nozdrza, ale to nie przeszkadza w mamrotaniu. Daję się ponieść wyobraźni, przymykam oczy i staję się kimś innym. Na chwilę. Po śniadaniu odpoczywany. Ja -  z papierosem w ustach. Wielogłowy - oblizując wąsy z jogurtu. Bywa że chwila jest równoważna wieczności. Wieczność dla mnie jest abstrakcją. Czy ktoś opisał matematycznie wieczność? A może chwilę? Nikt nie wymyślił czasu i nikt nie wie czym on jest. Więc jak można go mierzyć kiedy to nie słońce wstaje i nie księżyc zachodzi? Czy wystarczy coś nazwać by istniało?

Czekamy z wielogłowym na zmrok zmieniając położenie żaluzji w oknach, nie uciekam przed światłem, omijam jasne plamy. Dwugarbny drzemie przy wejściu do mieszkania, liczy ile razy sąsiedzi otwierają i zamykają drzwi. Ile razy przekręcają klucze w zamkach. Wiem to ponieważ głowy przysypiają i budzą się na zmianę, przekazują sobie szeptem wyniki obserwacji.  Zegar w kuchni szybciej obraca wskazówkami niż zegar w pokoju. Może dlatego porę obiadową wyznacza nam uczucie głodu.

Nadchodzi zmrok a później ciepła ciemność, naturalnie miękka, otulająca. Litościwa cicha, czarna piana, kołdra somnabulików. Nikt nie zdąży na piechotę przed uciec przed nią . Sennowłóczęga - ładne słowo. Szeroka brama raju. Mimo wszystko do raju biorą czystych. W łazience dwugarbny siada na misce klozetowej, i kiedy biorę prysznic deklamuje głośno wszystkimi gębami.

 

Ach ! Więc kąpiel

Też dobrze

ale to wszystkiego nie zmyje

Kieliszek ! Więc drugi

Też dobrze

ale to jeszcze nie potop

 

Ale to jeszcze nie wszystko

Też dobrze

Zostało jeszcze  -Ach !

 

Coś zostało ?

Niech będzie

Też dobrze

 

Gwałt !

Też dobrze

Ach !

 

Ból !

Dobrze

Ach ! Może coś jeszcze ?!

 

Mrzonki ! Mrzonki !

Mrzonki !

A może Mrożonki ?

 

Kiedy wracamy do sypialni kolejny raz biorę ze sobą do lóżka „Baltazara”, kolejny raz boję się.

Dwugarbny bełkocze odchodząc na parapet o tym że do tanga trzeba dwojga.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • spotkali się nie w miejscu, lecz w szczelinie pomiędzy myślami, gdzie cisza jeszcze pamięta imiona, a sens nie zdążył przybrać formy. ona była praświatłem, które więzi własny blask, luminacją tak gęstą, że aż czarną, istniejącą w samym rdzeniu nicości, zanim czas ośmielił się wybić pierwszą sekundę, nie świeciła - raczej wiedziała, że jest jasna, jak gwiazda istniejąca jeszcze zanim powstało niebo. on był antymaterią spojrzenia, cieniem, który nie zasłania, lecz jest otchłanią zaproszoną do środka tą która pozwala widzieć głębiej. niż wzrok, niż pamięć, niż strach. nie mieli rąk, więc dotyk wydarzał się między słowami, które urywały się zostawiając znaczenie po drugiej stronie. nie mieli ust, więc cisza mówiła za nich, oddychając pytaniem, które znało oba  imiona i nie potrzebowało odpowiedzi. ich istnienie było skandalem dla materii tak eteryczni, że grawitacja wyła z bezsilności, krusząc martwe przedmioty, i puste gesty, które w swej ordynarnej ciężkości mogły im tylko zazdrościć niebytu, w których świat zawsze coś obiecuje, a nigdy nie dotrzymuje. byli miejscem, w którym wszechświat na chwilę zapomniał własnych praw i musiał je wymyślić od nowa, w którym rzeczywistość zacięła się na chwilę, i nagle zrozumiała, że nie wszystko da się wydarzyć bez konsekwencji. gdy byli blisko, świat tracił ostrość, a rzeczy wstydziły się, że są tylko rzeczami, że mają ciężar, funkcję i koniec. ona widziała w nim przyszłość, która nie chce się wydarzyć, bo zna cenę. on widział w niej przeszłość, która wciąż jest prawdziwa i dlatego niebezpieczna. nie pragnęli siebie. pragnienie byłoby zbyt głośne, byłoby aktem przemocy w tej katedrze milczenia, którą budowali z powstrzymania, z odwagi niewzięcia. rozpoznawali się raczej jak dwa ciała niebieskie, które nigdy nie wejdą na tę samą orbitę, a jednak wiedzą, że ich istnienie zakrzywia tę samą przestrzeń. byli jak dwa zakazy fizyki skierowane naprzeciw siebie - tak blisko, że rzeczywistość zaczynała się jąkać, a powietrze między nimi świeciło jak martwa gwiazda: energii było dość, ciała - nigdy. ich bliskość była architektoniczną herezją, sklepieniem przerzuconym nad otchłanią, wykutym z hartowanego milczenia i lodu,  po którym nawet bóg nie odważyłby się  postawić stopy w obawie przed upadkiem w prawdę byli jak dwie planety, które zrozumiały, że ocalą siebie tylko wtedy, gdy pozostaną w idealnej odległości - dość blisko, by się przyciągać, i dość daleko, by nie zamienić się w popiół. gdy odchodzili, nic nie zostało. i właśnie to było dowodem. bo ta miłość nie zostawia śladów, ciepła ani popiołu - zostawia Możliwość - monstrum o tysiącu twarzy, masę krytyczną, która nigdy nie eksploduje, lecz pożera od środka każdą nową miłość, więżąc ją w horyzoncie zdarzeń, z którego nie ma powrotu do światła. a możliwość jest najbardziej okrutną formą istnienia: masywną jak gwiazda, która nigdy nie zapłonie, i wystarczająco ciężką, by do końca zakrzywiać każdą kolejną miłość.              
    • @Jacek_Suchowicz Jacku, coś mi się jeszcze przypomniało. Na wakacjach czy urlopie, bywałam też na wsi. I było jak w piosence "A tymczasem leżę pod gruszą, na dowolnie wybranym boku i mam to, co w życiu najświętsze - święty spokój"   A kogut szukał dla kurek dla różnych dobrych rzeczy i jak znalazł, wołał: - Co to, to, to, to ,to... - a one leciały jedna za drugą. Sam nie jadł, zostawiał dla nich.  A w kurniku, jak kura miała znieść jako, jakby mówiła tak: - NIeee pójdę do koguta, nieee pójdę, nieee pójdę...  - a jak zniosła jako, wołała; - Jeszcze raz, jeszcze raz, jeszcze raz! Tych odgłosów nie da się zapisać, ale kto widział to towarzystwo, wie o czym piszę,  a opowiedziała mi o tym babcia, naśladując odgłosy .  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

        Dobrej nocy :)
    • @Wiechu J. K. Dziękuję.
    • @Mitylene dziękuję 
    • @Charismafilos ja też bardzo
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...