Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Narodowcy czyli kult prymitywizmu


Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

straszna wieść wstrząsneła miastem

ostrzyżone draby idą

z maczetami siekierami

każdy w łapie trzyma piwo

 

narodowcy wprost z ustawki

dziś pochmurne mają miny

wszyscy im uciekli z drogi

nawet koty wystraszyli

 

ludzie się zastanawiają

dokąd dziwny zmierza pochód

stadion dawno ominęli

szalikowcy dalej kroczą

 

nagle tłum staną jak wryty

upadł z hukiem na kolana

jakiś blask ich onieśmiela

coś się ruszyć nie pozwala

 

rozwiązała się zagadka

szło do sztuki zbiegowisko

a dokładniej do teatru

poraz pierwszy w swoim życiu

 

zgiełk się zrobił niczym w bitwie

gdyż przywiało dziennikarzy

łyse pały zaś się modlą

do bielutkiej gołej ściany

 

nawet ksiądz się znikąd zjawił

chociaż nikt go nie zapraszał

spojrzał wokół dzikim wzrokiem

i na szybko mszę odprawił

 

cyrk ulicę zablokował

tutaj klęczą tam drą mordy

objazdowy dom wariatów

w naszych czasach bardzo modny

 

później było jeszcze gorzej

absurdalizm absolutny

ludzie przemienieni w kobry

jadowitym jadem pluli

 

żeby zrobić z siebie głupka

niepotrzebny jest strój błazna

paść wystarczy na kolana

i pomodlić się do diabła

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

;))))

poraz

tłum staną jak wryty  

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

                         jak premier Kopacz,

                     uświadamiała rodaką Polaką

                        czym jest demokracja   

;P

Opublikowano

Osobiście uważam demokrację za mit gdyż gdy ludzie wybiorą tych oszustów do władzy i za nic nie da się ich odwołać dlatego nigdy nie głosowałem i głosował nie będę bo nie ma na kogo.

Od prawa do lewa sami złodzieje i hipokryci bo przecież oni biorą pieniądze z podatków i płacą ( o ile płacą ) podatki z podatków czyli okradają państwo bezkarnie i ilke wlezie.

Ci narodowcy pod teatrem ostatnio odmawiali różanec i byli w kościele jak ich starzy gnali do pierwszej komunii.Następni robili inscenizację w esie Króla olch Goetego a nie mieli się w co ubrać to włożyli nazistowskie mundury.

Największym paradoksem jest to że tak dają na Żydów a wierzą w żydowskiego boga.

Oglądając tych idiotów naprawdę można paść ze śmiechu.

Opublikowano

Przypuszczam że to w zamierzeniu miał być pamflet, pokazujący te dzicz, tę prymitywną bandę "narodowców"... a wyszło jak zwykle, pokazał tylko zacietrzewienie i jad. Jakoś ostatni "marsz niepodległości" zorganizowany przez "narodowców" tej scenki nie przypominał.

 

Nigdy nie byłem "Narodowcem" i nie bronie tu ich, po prostu widzę że przedstawiony ich obraz "narodowców" nic nie ma wspólnego z nimi.

 

Co do dyskusji pod utworem... Zgadzam się że "demokracja to mit", lecz nie zgadzam się że w takim razie nie należy głosować.

Bo głosowanie to jedno, a demokracja to drugie. KTOŚ rządzić musi i na pewno nie będzie to żaden "demos", ale to nie oznacza że mam nie oddać głosu na rządzącego, bo nie o to chodzi KTO rządzi byle rządził dobrze. Więc JEŚLI będzie ktoś kto da mi choć nadzieję że będzie rządził dobrze, że jest coś dobrego dla Kraju zrobić choćby w opozycji, pójdę i zagłosuje, jeśli nie - zostanę w domu, nie będę głosował na "mniejsze zło" bo zło nawet mniejsze "uskrzydla się" poparciem wyborców i staje się złem coraz większym, rozpychając się coraz bardziej coraz mniej miejsca zostawia na dobro.

 

 

 

Opublikowano

Nie napisałem o marszu niepodległości a ostatni pokaz tych prymitywów i ich popleczników jasno pokazał że mają w ... Polskę i resztę narodu.Wolą swój smród wąchać i krzyczeć na cześć zbrodniarzy.

Żołnierz który morduje cywilów jest w moich oczach gorszy od ameby.

To nie są żadni narodowcy tylko zwykła banda oszołomów a najgorsze jest to że ludzie na świecie z ich wizerunkiem kojarzą słowo Polak.

Razem z włosami ostrzygli się z szarych komórek.

 

Światem nie rządzą politycy ankierzy czy też jakiś wymyśleni iluminaci czy inni.Ludzkość jest sterowana od eonów wiem kim są ci eksperymentatorzy i co zamierzają ale nie powiem.

Demokracja to bzdura totalna bzdura.

Opublikowano

Załóżmy że to śmieszny dowcip, u mnie tez uśmiech wywołał, choć ja mimo iż sceptyk z modlących się nie nabijam.

Dalej jednak nie wiem o jakim zdarzeniu autor pisał.

Opublikowano

Widziałem taki obrazek: prezes stoi na ambonie i drze się a przechodzący facet mówi do dziecka ten pan się modli:-)

 

Ta planeta jest naprawdę fenomenem w tej galaktyce. Podzielona na setki państewek z tysiącem języków podzielona rasami itp nigdy nie będzie wolna od nadzoru a dodatkowo prymitywiści z tych państewek dolweają oliwy do ognia:-)

Każdy może wierzyć w co chce tylko niech postępuje racjonalnie.

Ostatnie wieści mam: eksperymentatorzy znudzili sięi prawdobodobnie zaczną kolejny eksperyment:-)

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

to znaczy, że kark, który powali kogoś baseball'em,  a potem wejdzie na moment do kościoła, żeby mu "odpuszczono", zasługuje na szacunek?

Dlatego ja się nabijam. Oczywiście nie generalizuję - znam z widzenia kilku panów w dresach i złego słowa nie powiem.

Ale dobra, koniec żartów. ;p

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

no tak, ale nie powiesz?  ;)))))

Opublikowano

Nie ma żadnych prawd oprócz jednej że tylko czas jest stałą w tej rzeczywistości reszta to punkty widzenia.

Jezus wraz z Marią żył w Polsce? Co do tej wiary mają jacyś żydzi chazarscy?

Proszę tu kpin nie wypisywać. Żydzi wierzyli i wierzą w Jahwe a słowo jahwe oznacza dosłownie mąciciela kzywdziciela tego który niesie zło i teraz kiedy spojrzymy na 2 tys lat chrześcijaństwa nie potrzebne są badania że ta wiara pzyniosła tylko śmierć i masowe mordy.

Ci tam przed tratrem i inni odmawiają pacierz do kogo? Do Marii która była Żydówką i wierzyła w tego Jahwe ( muzułmanie nazwali go Allachem ) a wcześniej jedyny bóg który sam stworzył się z siebie nazwał się Ptah.

Zasadniczo mało mnie obchodzą te wiary tylko mierzi hipokryzja wierzących ich kłamstwa przekręty ludobójstwo złodziejstwo pogoń za mamoną to są fakty.

Przez takie plemienne podziały ten świat wygląda jak wygląda.Taki murzyn ukradnie drugiemu świnię i wynika z tego wojna.

Hitler też wierzył w Boga Himler szukał kielicha Lucyfera czyli też powiązany był z wiarą Izraelitów a co robili owe dwa gnomy podczas ll wojny?

Po co to mieszać dwa systemy walutowe? Nie wszyscy narodowcy są kretynami ale ci z tekstu powinni się rozpędzić i tymi pustymi łbami przywalić w gruby kamienny mur?

Kto sieje wiatr ten zbiera burzę  a Polacy ( oprócz Ukraińców ) są największymi antysemitami w Europie( kiedyś tak nie było) a antysemityzm nie dotyczy tylko Izraelitów ale plemion całego Bliskiego Wch. oprócz Egipcjan bo ci nie byli semitami.

 

Trzymajmy się faktów które widzieliśmy i widzimy a nie bajek napisanych przez stronniczych historyków których wiedza pochodziła i pochodzi od wymysłów z Watykanu:-) Który przemycał szychy z SS po całym świecie

Ja tylko obserwuję i nic więcej :-)

Opublikowano

Ja o tym doskonale wiem dlatego w nawiasie wstawiłem Ukraińców jako najgorszych anty i nie tylko semitów w Europie. W Treblince nawet SS tego smrodu palonych ciał nie mogło wytrzymać więc strażnikami byli Ukraińcy.

Widziałem filmy dokumentalne na których zabijali łomami kilofami jakimiś prętami itp a Niemców dwóch stało i to nagrywali. Takie sceny miały miejsce na Ukrainie Litwie Estonii Białorusi....

Hitlera mogła Polska usunąć od władzy w 1933 ale naczelnik niepotrzebnie pytał się o zdanie Anglii Francji i USA a później te państwa okazały się zdrajcami szczególnie USA które sprzedały Stalinowi całą Europę Śr i państwa nadbałtyckie.

Teraz możemy pogdybać co by było gdyby i nic więcej.

Polska jako państwo nie uczy się na błędach i to jest smutne.Żydzi nauczyli się i teraz stanowią ogromną siłę i czasami postępują niezbyt ciekawie.

Było sporo osób pochodzenia żydowskiego w UB a jak się zachowywali każdy powinien przeczytać. Ja nie będę opisywał co dokładnie robili bo zaraz ktoś z IPN przyleci i powie że anty jestem a nie jestem, Szanuję ten naród ale jako agnostyk nie wierzę w bajkowr wiary.

Najbardziej podoba mi się buddyzm który pozwala na doskonalenie samoświadomości duszy i ciała.Dziwne i niesamowite zdolności mieli i mają mnisi buddyjscy. Widziałem jak jeden dłońmi zagotował wodę w minutę.

Ta planeta jest dziwna

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

I to jest właśnie typowy wpływ prania mózgów, żal. Kościół wymordował 130 mln istnień, żeby „zaprowadzić nas do Boga”. Zniszczył artefakty świadczące o zdobyczach zapomnianych przez to cywilizacji. Gdzie moglibyśmy być dzisiaj, gdyby nie ten dziki szał? Zatajano wiedzę, aby samemu czerpać z niej korzyści. To, że kościół przy okazji jeszcze zagarnął nasze majątki nie ma przecież większego znaczenia. "Wielki Strach" mordował umysły, przywłaszczał fortuny, a wiedzę nieprzeciętnych ludzi wykorzystywał do tworzenia poddańczych stad posłusznych owieczek, pozbawiając każdą z nich indywidualności, formując w łatwy do okiełznania „produkt”, podobnie jak robią to z nami dziś media, politycy i firmy wypalające w mózgach coraz to nowsze rejony i pokłady świadomości.

Pomyliłeś chyba komunistów z ateistami. Nie ma takiego ateisty, który mordowałby w imię ateizmu. Natomiast komunista owszem, podobnie jak i fanatyk religijny.

to nie ateista lub racjonalista nie ma wiary. Przez krucjaty utracono wiarę, tę najważniejszą, podstawową, biologiczną – wiarę w siebie samego i w swój niezwykły potencjał, bo zawłaszczono ją, nakładając smycz na umysły, upośledzając wielowymiarowość charakteryzującą każdą ludzką istotę, żądną wiedzy, pragnącą przekraczania granic, a nie tresowaną do służenia za pomocą strachu, piekieł i diabłów.

 

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
    • @Radosław   wiem Radosław …niestety to takie silne oddziaływanie jest …międzygalaktyczne ;)))) nie wiem jak mogę Tobie pomóc…? ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...