Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Podoba mi się przekaz wiersza,

to podkreślenie potrzeby przynajmniej czasowego odpoczynku od siebie.

 

Ale papierochów i chorób w wierszach nie lubię,

odrzuca mnie to (i bynajmniej nie piszę tego złośliwie).

 

Pozdrawiam :))

 

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 Z całego wiersza ta zwrotka najbardziej do mmie dociera. Może to dlatego  że nie zgadzam się z tym podejściem do problemu.  Oxyvio tak to jest proste rozwiązanie tyllo jednostronnie.  Pisałam  wkleiłam tu kiedyś wiersz  przyjacielu.  Przyjaciel na niepogodę,  na trudne dni gdy trzeba czasem wysłuchać innym razem na kompromis iść... Ogólnie to ładny wiersz nic dodać n8c ująć. 

Opublikowano

Witam -  teraz zgłupiałem -  po co tęsknić lepiej się spakować i jechać.

A wiersz dobry i tyle taki inny niż zazwyczaj.

                                                                                                                                                             Uśmiechu życzę

                                                                    

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Dziękuję, MaksMaro, za pochwałę wiersza i za zrozumienie problemu. :) Wsparcie jest teraz dla mnie niezwykle ważne.

Sobie niech upala, jeśli taka jego wola. Byle nie mi. :)

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Wiem, że niezłośliwie - już kiedyś pisałaś mi o tym. :)

Ja też nie lubię. :)))

Myślę, że czasami trzeba odpocząć od siebie, a także nabrać dystansu do problemów, które chwilowo wydają się nierozwiązywalne. Trzeba nabrać dystansu do własnych uczuć i po jakimś czasie spojrzeć na wszystko z innej perspektywy - wtedy nagle się okazuje, że nie taki diabeł straszny i wszystko da się uzgodnić.

Tak bywa, kiedy ludzi łączy prawdziwe uczucie oraz dobra wola (wola zrozumienia partnera i dogadania się z nim).

Pozdrawiam. :)

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Nie bardzo rozumiem. Bajago: ta zwrotka najbardziej dociera, bo... nie zgadzasz się z tym przesłaniem???

I co to znaczy: proste rozwiązanie jednostronnie?

Oczywiście. Czy mój wiersz tu czemuś zaprzecza? Uważasz, że to nie jest próba pójścia na kompromis? Dogadania się? W takim razie jak sobie wyobrażasz pójście na kompromis z mojej strony? Że zgodzę się żyć w niezupełnie zadymionym mieszkaniu i nie całkiem oddychać, żaby nie do końca umrzeć na raka?...

Ale poprzedni cytaty świadczą o czymś innym...

Nie mniej dziękuję za przeczytanie i pochylenie się nad wierszem. Miło, że wpadłaś do mnie. :)

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Marcinie, nie u pani - tutaj wszyscy jesteśmy dobrymi kumplami na "TY". :)

Trochę smutno, to prawda. Ot, właśnie "cygańska zawierucha", a nawet ogniste, krwiste flamenco. ;)

Są sprawy, w których niełatwo się dogadać. Czasami trzeba zamieszkać z dala od siebie, żeby to wszystko zobaczyć z perspektywy. Ale zawsze, jeśli tylko ludzie chcą, zawsze w końcu się dogadają i znajdą wspólne rozwiązanie problemu.

O ile naprawdę chcą.

Dziękuję za podobaśkę. :)

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Ha ha ha! Dziękuję, Janko. :)))

Ja też mam nadzieję, że dym (dosłownie i w przenośni) jest chwilowy i że wszystko szczęśliwie wróci do normy. Ale to nie tylko ode mnie zależy. A nawet w tej chwili najmniej ode mnie.

Ech, życie!...

Pozdrawiam ciepło.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Wiem, doświadczyłam i zgadzam się w pełni.

Ale to nie powód, żaby dać się zabić kochanej osobie. Jednak nie powód.

Myślę, że jeśli się kogoś kocha, to szanuje się jego życie i zdrowie, a także jego prośby, błagania, potrzeby, uczucia. Nie może być tak, że jedna osoba poświęca nerwy, zdrowie i życie po to, żeby druga mogła sobie robić to, co jej się żywnie podoba, na przykład palić w mieszkaniu, kiedy jej się nie chce wyjść na zewnątrz. Bez przesady z tym poświęceniem.

Natomiast osobne mieszkania dają możliwość robienia, co się komu żywnie podoba bez szkodzenia innym w jakikolwiek sposób. I nie muszą oznaczać życia w samotności. To już zależy wyłącznie od konkretnych ludzi.

Opublikowano

Bardo dobry wiersz chociaż powiewa smutkiem. Pamiętam tamte lata, na zebraniach, w urzędach, biurach w pociągach itp.można było wieszać w dymie przysłowiową siekierę. Służąc w wojsku mieliśmy deputat w papierosach, kopciłem te fajki, najtańsze były sporty bez filtra aż palce żółkły nie mówiąc o płucach. Kopciło się i do 40 szt dziennie zwłaszcza przy kartach czy alkoholu. Mając 30 lat udało mi się pozbyć całkowicie tego nałogu od pierwszego podejścia, nawet w nocy śniły mi się te fajki ale byłem uparty nie palę i czuje się dobrze w ówczesnych czasach nieporównywalnie mniej ludzi pali tytoń, można powiedzieć że prawie wyzbyliśmy się tego głupiego nałogu.         Dziś jednym z najgorszych trucicieli jest  "Smog"

A Kot jak w bajce zapali czasem fajkę, niech dym nie zanieczyszcza waszych uczuć.

Pozdrawiam Oxywio:))

 

Opublikowano

 

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Oxyvio może pozmieniam kolejność odpowiedzi więc wiersz jest świetnie napisany i cokolwiek myślisz o moim poście może się podobać jako wiersz

Paliłam ponad 30 lat często po 2 paczki dziennie aż serce nie dawało rady, rzucałam palenie wspamagając się wszystkimi dostępnymi sposobami, ile było przy tym nerwów ...na mnie wszystkie mądre rady i gadki działały odwrotnie. gdy stale słyszałam nie pal bo nas trujesz zaczęłam wychodzić na dwór i wtedy w krótkim czasie wypalałam 3 nie 1 papieros bo np. był mróz i jak się ubrałam to już...

Paląc nie  liczyłam " wypalonych" wczasów kiecek czy czegoklwiek, nałóg był silniejszy. Zmotywował mnie spokój rozmowa pasja...wsparcie . Jednostronnie - cóż bo uważam że piszesz "trujesz mnie idź sobie" to tak w olbrzymim skrócie jest napisane, Nie proponuję ci duszenia się w mieszkaniu bo kocur właśnie w *siwym dymie*ma natchnienie wiem rozum wtedy szybciej działa. Wypracujcie jakiś kompromis musisz palić pal na balkonie , lub przenieś mu pracownie na taras.... zawsze mozna się dogadać na co możecie się wspólnie zgodzić. A nerwy ich szkoda  masz rację .Jestem za rozmową nie ucieczką, rozmową nie wymuszaniem ,rozmową nie szantażem emocjonalnym. Pozdrawiam .

Opublikowano

Oxyvio, nie pochwalam palenia papierosów, to niezdrowy nałóg. U siebie w domu wszystkim odwiedzającym jasno mówiłam, że nie mogą palić. Różne były reakcje. Teraz w domach raczej już nikt nie smrodzi dymem. Czasy się zmieniły i świadomość też. Jak kocha prawdziwie to wszystko zrozumie.

:)))))))))))))

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

O, to zupełnie jak ja! Możemy sobie podać ręce! Ja nawet paliłam dłużej niż Ty. :)))

Rzuciłam z powodu panicznego strachu przed dymem papierosowym, kiedy zrozumiałam, jaki jest zabójczy.

A dlaczego zakładasz, że nie próbowałam się dogadać? Skąd ten wniosek?

Od ponad pięciu lat proszę Kota, żeby palił na klatce schodowej, gdzie na razie nikt nie ma do niego pretensji. Wystarczy wyjść za drzwi mieszkania.

Balkonu i tarasu nie posiadamy, jak chyba można się tu domyślić. Gdybyśmy posiadali, chyba nie byłoby problemu.

Chociaż nie jest to pewne, bo w naszym domeczku letniskowym mamy nie tyle taras, ile wręcz cały ogród - a zdarza się Kotu palić w różnych pomieszczeniach domku i nie mogę się doprosić, żeby tego nie robił.

Bajago, nie wiesz, jak jest, ale próbujesz mnie pouczać.

Od lat prosiłam Kota, żeby mnie nie truł. Prosiłam, błagałam, później tez płakałam, wpadałam w furię... Nic nie pomagało. Nic. Pali dalej w mieszkaniu i domku, i ignoruje kompletnie mój strach i rozpacz.

Zresztą ja go nie wyrzucam ze swojego życia ani ze swojej miłości. W wierszu chyba to widać, mam nadzieję?

Ale są takie kobiety, które myślą, że wina jest zawsze po stronie kobiet... Trudno mi to zrozumieć, ale tak u nas jest.

Pozdrawiam, Bajago.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Nie miałąm zamiaru nikogo pouczać jeżeli tak odebrałas to bardzo mi przykro z tego powodu daleka jestem od tego ,nie umoralniam nikogo, napisałam co myślę.

 

Cóż pisząc jednostronne mam na myśli że wspólnie powinniście coś postanowić 

Co zaś się tyczy palenia  w domku letniskowym to kot jest..niereformowalny lub złośliwy:)))

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Mamuty 

       

      Miasto w śnie pogrążone, ciszą przykład daje, 

      Bryza morska co chwila puka w stare okna, 

      Ciepła zaś, nie tak mroźna, gwizdem tylko podła, 

      Rano tam takie słońce, człowiek z chęcią wstaje, 

       

      Tej nocy, na werandzie, siedział stary Klimient, 

      W gwiazdy wpatrzony, tęsknie, przeżywał dawne chwile, 

      I w ciszy by przeżywał, nasz ten Klim, ten dzielny, 

      Bo wtem, ktoś bliski, pewien, usiadł przy marszałku. 

       

      Katia: 

      Czemuś jeszcze nie zasnął, mój Klimie kochany, 

      Gwiazdy co są dalekie, nie znają przyszłości 

      Patrzysz w nie tak uparcie, jakbyś szukał drogi, 

      Może świt, co nadejdzie, troski twe rozproszy, 

      Wierzę, że słońce rano lęk w sercu uciszy, 

      Pójdź już spocząć mój miły, nic już nie wymyślisz. 

       

      Klim:  

      Pozwól mi tutaj zostać, żono, moja miła 

      Tu, na starym fotelu, czas jakby się wstrzymał, 

      Wstać on mi nie pozwala, a sam nie chcę odejść, 

      Czy pamiętasz ten wieczór, gdyśmy się poznali? 

      A może zaś dzień to był, ja już nie pamiętam, 

      Suknię, jakże przepiękną, miałaś tam niebieską. 

       

      Katia: 

      Pamiętam suknię moją, błękit nieba skradła, 

      Lecz czy to był dzień, nie mam już pojęcia 

      Zbyt wiele zim przebrzmiało, zbyt wiele jesieni, 

      By czas jakkolwiek jasny oraz nam zostawił 

      Wszystko, co było wtedy, dziś to mgłą się staje 

      Co oczy nam przesłania, a serce wciąż mami. 

       

      Klim: 

      Leczy czyż to nie jest lepsze niż pusta nadzieja? 

      Choć te dni tak odległe, wciąż w nich przebywam 

      Wiem dobrze, że ta pamięć, duszę mą zatruwa, 

      Zaś tylko tej truciźnie życie swe przedłużam. 

      Dziś słońce mnie nie grzeje, tylko w oczy razi, 

      A jutro jest jak obraz, co barw nie posiada. 

       

      Katia: 

      Ta trucizna, co mówisz, powoli cię niszczy, 

      Co kradnie siły twe, co w tobie pozostały, 

      Dla duchów tylko żyjesz, sam duchem się stajesz, 

      I tracisz rządy nad tym, co nadal prawdziwe, 

      Dzień następny ominiesz, jak przeszkodę wielką, 

      Chcąc chyba? Przecież życia nigdy nie ominiesz. 

       

      Klim: 

      Nie omijam ja życia, lecz patrzę nań z góry, 

      Gdy świat ten uśpił swe małe, jak ważne pragnienia, 

      W tych domach, co jak groby, śnią teraz o jutrze, 

      Zaś każde jutro w niebyt poprzedni dzień spycha 

      Po co tak żyć, gdy wiesz, że wszystko zapomnisz 

      Co wczoraj kochałaś, dziś obcym jest to dla nich. 

       

      Każdy swe własne ciało jak relikwię niesie 

      Umysłem, wyobraźnią, gonią dzień następny. 

      Bo gdyby myśl swą chcieli trzymać tuż za sobą, 

      Ujrzeliby tych wszystkich, co im drogę kładli 

      Których już porzucili w tej mrocznej otchłani, 

      Może właśnie dlatego zmarłych ludzi wolę? 

       

      Katia: 

      Więc cóż obserwatorze! Choć o nas wspominasz 

      Patrzysz z góry na innych, co dziś żyją jutrem. 

      Za długo w tym fotelu w gwiazdy wzrok swój wbijasz 

      I myślisz, żeś jest jedną, co na świat tak patrzy 

      Daj spokój tymże ludziom - przecież pamiętają 

      A jak nie – to są młodzi. Cóż o nich wiesz, Klimie? 

       

      Gdy tęsknota cię brała, tak mi się zdawało, 

      Że chcesz tylko wspominać, że ulżę ci żalem, 

      Lecz tyś wpadł w jakąś pętlę, na nic to nie baczysz  

      Zamiast o nas – o ludziach i czasie coś mówisz. 

      Powiedz, Klimie mój drogi czy czas ludzi zmienia? 

      Czy to ludzie czas psują, to w mroku się gubiąc? 

       

      Mówisz, że zmarłych wolisz? Ciekawe to, Klimie, 

      Wszak ja, Twoja żona, to z grobem nie pogadasz, 

      Gdy zaś życie ich gasło, pewnie dobrze znali 

      Ile spraw niezałatwień na świecie zostawią. 

      Więc każdy z nich by oddał, wszystkie twoje myśli, 

      Za jedną chwilę życia, którą teraz trwonisz. 

       

      Klim: 

      Młodość jest tylko maską, co skrywa niepamięć, 

      Biegną, nie wiedząc jeszcze, że droga jest kołem, 

      Czas nikogo nie zmienia, on tylko obnaża, 

      To, co w człowieku gniło, gdy był jeszcze dzieckiem. 

      Ludzie psują czas, Katio, to chcą g oszukać, 

      Kradnąc mu każdą chwilę, jakby była łupem. 

       

      Czymże jest owa chwila, o której coś mówisz, 

      Błyskiem, co ledwo błyśnie, już w mroku się topi. 

      Zmarli, których tu bronisz, niczego nie pragną, 

      To ty pragniesz ich głosem moją ciszę zburzyć. 

      Wolę trwać przy tym trupie, co był kiedyś słońcem, 

      Niż gonić za motylem, co żyje dzień jeden. 

       

      Masz rację, moja Katio, marnie ten czas trwonię, 

      Lecz spójrz na moje nogi, spójrz na moje dłonie, 

      One już nie chcą służyć jutrzejszym porankom, 

      Są jak ta stara woda w zapomnianym dzbanku. 

      Nie szukaj we mnie ognia, co świat te odmieni, 

      Jam jest tylko tym cieniem, co trzyma się ziemi. 

       

      Katia:  

      Młodość to tylko głód, co prawdy nie zna jeszcze, 

      Więc bierze, co napotka, by nasycić chwilę. 

      Ja też czuję ten ciężar, w moich starych dłoniach, 

      Lecz woda w tym dzbanku, wciąż smakuje tak samo. 

      Więc wypij ją mój kochany, póki jeszcze możesz, 

      Wszakże ten dom jest dla nas, nie dla dawnych duchów. 

       

      Pędzą w dzień to następny, śmiało gonią jutro, 

      Nie znają zaś ciężaru, więc nie jest im smutno, 

      Bo błędy omijają, więc żalu nie znają 

      I często na cud Boży, liczą i czekają, 

      Zatem czego wymagasz, by służyli idei? 

      Jak to strach - przyszłość, w celi dusznej więzi 

       

      My żyjemy, dla świata, nie dla własnej woli, 

      Choć ta okrutna prawda, tak bardzo nas boli 

      Musimy drogę wskazać, by pewniej ruszyli 

      Lecz w tej walce odwiecznej, wszyscyśmy zbłądzili, 

      Oni giną bez celu, my - w sędziów przebrani, 

      Zamiast dłoń im podać, trwamy wciąż niechciani. 

       

      Klim:  

      Nie kładź dłoni pod stopy, niech kamień porani, 

      Dom z piasku beztroski przy stałym wietrze runie. 

      Bez smaku swej porażki - jak zwycięstwo poznać? 

      Zostaną tylko cieniem, ślepi blaskiem klęski 

      Niegotowi być szańcem, innych panów przyszłych. 

      Świata krwi i zmęczenia, jaką mądrość zmieni? 

       

      Katia: 

      Już ja rady nie daje, mężu mój kochany! 

      Ależ tak pięknie mówisz, jakbyś dzieło tworzył, 

      Dużo słów wokół krąży, a mało polotu. 

      Bo przecież wilk młode, uczy na swą modłę, 

      A tygrys po tygrysie, królem tajgi będzie, 

      A więc człowiek człowieka? Wrogiem pozostanie. 

       

      Już sama jak Ty teraz, dziwną mową mówię, 

      Proste to lekcje głoszę, starzy mnie nauczali. 

      Co noga się potknie, nie łam jej zawczasu, 

      Bo wczoraj jakiś wypadek, dziś ciebie napotka. 

      A te miasta największe? Jakby walczyć musieli, 

      Zamiast miast, nory małe, jak myszki ukryci. 

       

      Sama siebie pytam i ciebie zaś pytam: 

      Na cóż te filozofie, nad prostą tak prawdę? 

       

      Klim: 

      Próżno im ścieżkę mościć, gdy łakną bezdroży, 

      Bo za carów nas mają, do buntu zmuszeni. 

      Nasza opieka jest jak łańcuchy najsroższe, 

      Co zerwać je potrzeba, by poczuć, że żyjesz. 

      Często zaś kiedy pomoc, nieść każdemu chcemy, 

      Sprawdzić należy wtedy, kto chce, kto potrzebuje. 

       

      Zaś filozof – my wszyscy, co łóżka ścielają, 

      Bo spróbuj nie pościelić - cynikiem okrzykną. 

       

      Więc czy mnie kara spotka, gdy odrzucę syna 

      Marnotrawnego, zbłądził przecież na życzenie. 

      Językiem przemawiam takim, bo stać chce najwyżej, 

      Chociaż bym bardzo chciał, mowa nadal prosta. 

      Prawdę mówisz - rację - tobie ją oddaję, 

      Lecz co mi po prawdzie, duszy nie raduje. 

       

      Katia: 

      Końca pragniesz rozmowy, młodych już zostawić. 

      Bo przecież tęskno ci tam, na twe dawne czasy, 

      Na rękach miłość nosić, siłą mnie zachwycać. 

      Teraz, gdy ciągle stoję, tutaj - tuż przed tobą, 

      Silę swą wciąż posiadam, choć silna już byłam. 

      Powiedz, mój ukochany, czemu szczerze tęsknisz? 

       

      Klim: 

      Tęsknię za świtem, co budził dzień piękny 

      I wstawać musiałem, bo życie choć czekało 

      Gotowe już przynieść mi, szalone przygody. 

      Tęsknie za machorkami, zapachem młodości, 

      Choć teraz papierosy – bez wódki mi szkodzą, 

      A że wszyscy odeszli – fajki nie zapalę. 

       

      Tęsknię za przyjaciółką, ogniska wzniecała, 

      Cudowna była chwila, gdy zbierali się 

      Ludzie, moi kochani, by krzyczeć miłości 

      Wyznania, do miłości, co już - już pomarła! 

      A reszta mych przyjaciół - kochani są oni, 

      Bo starość mi przyjemną - przyjemną sprawiają. 

       

      Wczoraj moim jest zegarem,  

      Starość - mym wspomnienia darem, 

      Oni mury mi stawiają, 

      Mnie w swej ciszy układają. 

      Nie chcę jutra, nie chcę chwili, 

      Byle oni wciąż tu byli! 

       

      Gubię się w tym, to prawda – to moja kroplówka! 

      Żyć mi wciąż, wciąż pomaga, dla ciebie kochana! 

      Za tobą tęsknię przecież, najbardziej na świecie. 

      Zaś wesoło ja śpiewam, swe milutkie wtem nuty: 

       

      Co było za potem - dziś izbą nam rządzi 

      I jutro i dzisiaj - w tych kątach się błądzi, 

      To czas nas pilnuje – jak jeńców w zagrodzie, 

      W kominie mróz siedzi - w wychłodłej gospodzie 

      Te lata minęły - w gdzieś w lasy dalekie, 

      Bo co raz zginęło - zaginie na wieki! 

       

      I bardzo tęsknie za tym, by móc tak coś śpiewać 

      Coś co głosem pobudzi, duszę dziecka, moją 

      Moją duszę, co dzieckiem nie jest i nie będzie. 

       

      Katia 

      Klimie! Mój Ty kochany – tak ból wielki nosisz. 

      Cały przeszły Boży świat, cierpi teraz z nami, 

      Bo ja też ból odczuwam, to bardziej Ty żywy, 

      Wśród i pieśni, i ognia, a za mną to wcale. 

      Zmarły już Ty, Ty jesteś - Kochany, cóż mówić. 

      To powiem, bo to lek mam, gotowy dla ciebie.   

       

      Co takiego? 

       

      Myszki, koniki czy wilki, w stronę wody biegną, 

      Widzą wodę, widzą coś - coś co w myk wypiją! 

      Doda siły, zmysł zaś też - poprawi im również. 

      Wszakże i ja skorzystam, z daru Bożej wody 

      A w dzbanku, tu przy tobie, całkiem jest jej dużo. 

      Taka woda zdrowia... doda! 

      ---------------

      Leje wodę prosto w oczy, 

      Zimna struga po nim broczy 

      Zmyła duchy, zmyła plany, 

      Siedzi Klimient pokonany 

      Woda ścieka na gazety, 

      Finał bzdury i tandety! 

      Ona stoi, dzbanek trzyma, 

      Wzrokiem tnie jak ostra zima. 

      -------------------

      Klim: 

      Dlaczego? Czym ja? Czym ja? Sobie zasłużyłem? 

      Prawdę mówię, co czuję, a Ty mnie tak ranisz! 

      Woda, co ci to dało? Zimno, Boże, mokro! 

      Ciepło trochę, ale Boże! Trzeba ci to było? 

      Jak ja teraz spać pójdę, mokry przez – przez ciebie! 

      Ten świat, litości nie ma, człowiekowi cierpieć 

      Nie da! 

       

      Katia: 

      Mężu, mężu Ty żyjesz! Już myślałam szczerze,  

      Że te duchy złe, przeszłe ode mnie zabrały 

      Męża mojego, męża, co Boże zobacz 

      Za zmarłego już miałam, a on teraz żyje, 

      A czy ci nie mówiłam, że lek ja mam dobry? 

      Żonę taką masz miłą, że w nocy pomoże. 

       

      Więc gdy cię tak słuchałam, pomóc chciałam jakoś 

      Słowem - nie umiałam, bo dziwny bardzo jesteś. 

      W myślach dużo widziałaś, przeszły lęk, zapachy 

      I za mną tęsknisz, choć ja, nadal twoja żona 

      Taka sama byłam, bo odkąd ciebie kocham 

      Męża nie mogę poznać, takie brednie mówisz! 

       

      Klim: 

      I powiem, że rację masz, dobrze więc zrobiłaś 

      Żyw, bo żywy jestem, teraz żywo widzę 

      Ciebie! Żeś mnie oblała! Nie sposób już myśleć 

      O czymkolwiek, bo żona przerwać tą rozmowę 

      Musiała! Choć rozumiem, przynajmniej próbuje 

      Jeszcze cierpliwie siedzieć, bo mnie – mnie pouczasz 

       

      Więc racja, żono moja, nas spotkać coś musi, 

      Spójrz na mnie, jestem mokry, Ty mi to wypomnisz, 

      Uśmiech mi swój pokażesz - piękny jak to zawsze, 

      Ja – ze wstydu się spale! I śmiechem odpowiem, 

      Bo czyż nie po to jednak gorycz człowiek czuje, 

      Żeby zawsze pamiętał - żyje i żyć będzie? 

       

      I myślę - wyleczyłaś - męża wnet swojego 

      Chociaż strasznie cierpiałem, to ból był, ale płytki. 

      Płytki to on być musiał, skoro twoja woda, 

      Szybciutko już podsuwa, takie przemyślenia, 

       

      Katia: 

      Więc teraz lepiej patrzeć, na ciebie, mój miły, 

      Bo dużo już rozumiesz, takie mam wrażenie. 

      Choć o wszystkim pamiętasz, o jednym nie myślisz, 

      Wszystko miałeś - straciłeś, a co zaś posiadasz? 

      Myślę, że masz, chociaż Ty ślepy i niewdzięczny, 

      Gniewam się, Klimie drogi, o mnie zapomniałeś. 

       

      Klim: 

      Co? Żono, szczęście moje! Ty wiedzieć to musisz, 

      Że ja naprawdę, ale na -  

      --------

      Katia wyszła, drzwi zamknęła 

      Klim na fotelu sam zostaje 

      Próżne słowa, próżne żale 

      Koniec baśni, koniec bajki! 

       

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach




  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Alicja_WysockaDziękuję :)
    • @vioara stelelor U Ciebie każde słowo jest żywe i pulsuje i jak złapiesz za to jedno, to wszystko drży w Tobie. Absolutnie niczego nie odkładaj, na żadną półkę. Nie zostawiaj niczego w cieniu – serce pisze razem z piórem i wszystko jest na swoim miejscu. Twoje pióro i serce prowadzą każdy wers idealnie. Tak to widzę i czuję, Duszko :)
    • Mamuty    Miasto w śnie pogrążone, ciszą przykład daje,  Bryza morska co chwila puka w stare okna,  Ciepła zaś, nie tak mroźna, gwizdem tylko podła,  Rano tam takie słońce, człowiek z chęcią wstaje,    Tej nocy, na werandzie, siedział stary Klimient,  W gwiazdy wpatrzony, tęsknie, przeżywał dawne chwile,  I w ciszy by przeżywał, nasz ten Klim, ten dzielny,  Bo wtem, ktoś bliski, pewien, usiadł przy marszałku.    Katia:  Czemuś jeszcze nie zasnął, mój Klimie kochany,  Gwiazdy co są dalekie, nie znają przyszłości  Patrzysz w nie tak uparcie, jakbyś szukał drogi,  Może świt, co nadejdzie, troski twe rozproszy,  Wierzę, że słońce rano lęk w sercu uciszy,  Pójdź już spocząć mój miły, nic już nie wymyślisz.    Klim:   Pozwól mi tutaj zostać, żono, moja miła  Tu, na starym fotelu, czas jakby się wstrzymał,  Wstać on mi nie pozwala, a sam nie chcę odejść,  Czy pamiętasz ten wieczór, gdyśmy się poznali?  A może zaś dzień to był, ja już nie pamiętam,  Suknię, jakże przepiękną, miałaś tam niebieską.    Katia:  Pamiętam suknię moją, błękit nieba skradła,  Lecz czy to był dzień, nie mam już pojęcia  Zbyt wiele zim przebrzmiało, zbyt wiele jesieni,  By czas jakkolwiek jasny oraz nam zostawił  Wszystko, co było wtedy, dziś to mgłą się staje  Co oczy nam przesłania, a serce wciąż mami.    Klim:  Leczy czyż to nie jest lepsze niż pusta nadzieja?  Choć te dni tak odległe, wciąż w nich przebywam  Wiem dobrze, że ta pamięć, duszę mą zatruwa,  Zaś tylko tej truciźnie życie swe przedłużam.  Dziś słońce mnie nie grzeje, tylko w oczy razi,  A jutro jest jak obraz, co barw nie posiada.    Katia:  Ta trucizna, co mówisz, powoli cię niszczy,  Co kradnie siły twe, co w tobie pozostały,  Dla duchów tylko żyjesz, sam duchem się stajesz,  I tracisz rządy nad tym, co nadal prawdziwe,  Dzień następny ominiesz, jak przeszkodę wielką,  Chcąc chyba? Przecież życia nigdy nie ominiesz.    Klim:  Nie omijam ja życia, lecz patrzę nań z góry,  Gdy świat ten uśpił swe małe, jak ważne pragnienia,  W tych domach, co jak groby, śnią teraz o jutrze,  Zaś każde jutro w niebyt poprzedni dzień spycha  Po co tak żyć, gdy wiesz, że wszystko zapomnisz  Co wczoraj kochałaś, dziś obcym jest to dla nich.    Każdy swe własne ciało jak relikwię niesie  Umysłem, wyobraźnią, gonią dzień następny.  Bo gdyby myśl swą chcieli trzymać tuż za sobą,  Ujrzeliby tych wszystkich, co im drogę kładli  Których już porzucili w tej mrocznej otchłani,  Może właśnie dlatego zmarłych ludzi wolę?    Katia:  Więc cóż obserwatorze! Choć o nas wspominasz  Patrzysz z góry na innych, co dziś żyją jutrem.  Za długo w tym fotelu w gwiazdy wzrok swój wbijasz  I myślisz, żeś jest jedną, co na świat tak patrzy  Daj spokój tymże ludziom - przecież pamiętają  A jak nie – to są młodzi. Cóż o nich wiesz, Klimie?    Gdy tęsknota cię brała, tak mi się zdawało,  Że chcesz tylko wspominać, że ulżę ci żalem,  Lecz tyś wpadł w jakąś pętlę, na nic to nie baczysz   Zamiast o nas – o ludziach i czasie coś mówisz.  Powiedz, Klimie mój drogi czy czas ludzi zmienia?  Czy to ludzie czas psują, to w mroku się gubiąc?    Mówisz, że zmarłych wolisz? Ciekawe to, Klimie,  Wszak ja, Twoja żona, to z grobem nie pogadasz,  Gdy zaś życie ich gasło, pewnie dobrze znali  Ile spraw niezałatwień na świecie zostawią.  Więc każdy z nich by oddał, wszystkie twoje myśli,  Za jedną chwilę życia, którą teraz trwonisz.    Klim:  Młodość jest tylko maską, co skrywa niepamięć,  Biegną, nie wiedząc jeszcze, że droga jest kołem,  Czas nikogo nie zmienia, on tylko obnaża,  To, co w człowieku gniło, gdy był jeszcze dzieckiem.  Ludzie psują czas, Katio, to chcą g oszukać,  Kradnąc mu każdą chwilę, jakby była łupem.    Czymże jest owa chwila, o której coś mówisz,  Błyskiem, co ledwo błyśnie, już w mroku się topi.  Zmarli, których tu bronisz, niczego nie pragną,  To ty pragniesz ich głosem moją ciszę zburzyć.  Wolę trwać przy tym trupie, co był kiedyś słońcem,  Niż gonić za motylem, co żyje dzień jeden.    Masz rację, moja Katio, marnie ten czas trwonię,  Lecz spójrz na moje nogi, spójrz na moje dłonie,  One już nie chcą służyć jutrzejszym porankom,  Są jak ta stara woda w zapomnianym dzbanku.  Nie szukaj we mnie ognia, co świat te odmieni,  Jam jest tylko tym cieniem, co trzyma się ziemi.    Katia:   Młodość to tylko głód, co prawdy nie zna jeszcze,  Więc bierze, co napotka, by nasycić chwilę.  Ja też czuję ten ciężar, w moich starych dłoniach,  Lecz woda w tym dzbanku, wciąż smakuje tak samo.  Więc wypij ją mój kochany, póki jeszcze możesz,  Wszakże ten dom jest dla nas, nie dla dawnych duchów.    Pędzą w dzień to następny, śmiało gonią jutro,  Nie znają zaś ciężaru, więc nie jest im smutno,  Bo błędy omijają, więc żalu nie znają  I często na cud Boży, liczą i czekają,  Zatem czego wymagasz, by służyli idei?  Jak to strach - przyszłość, w celi dusznej więzi    My żyjemy, dla świata, nie dla własnej woli,  Choć ta okrutna prawda, tak bardzo nas boli  Musimy drogę wskazać, by pewniej ruszyli  Lecz w tej walce odwiecznej, wszyscyśmy zbłądzili,  Oni giną bez celu, my - w sędziów przebrani,  Zamiast dłoń im podać, trwamy wciąż niechciani.    Klim:   Nie kładź dłoni pod stopy, niech kamień porani,  Dom z piasku beztroski przy stałym wietrze runie.  Bez smaku swej porażki - jak zwycięstwo poznać?  Zostaną tylko cieniem, ślepi blaskiem klęski  Niegotowi być szańcem, innych panów przyszłych.  Świata krwi i zmęczenia, jaką mądrość zmieni?    Katia:  Już ja rady nie daje, mężu mój kochany!  Ależ tak pięknie mówisz, jakbyś dzieło tworzył,  Dużo słów wokół krąży, a mało polotu.  Bo przecież wilk młode, uczy na swą modłę,  A tygrys po tygrysie, królem tajgi będzie,  A więc człowiek człowieka? Wrogiem pozostanie.    Już sama jak Ty teraz, dziwną mową mówię,  Proste to lekcje głoszę, starzy mnie nauczali.  Co noga się potknie, nie łam jej zawczasu,  Bo wczoraj jakiś wypadek, dziś ciebie napotka.  A te miasta największe? Jakby walczyć musieli,  Zamiast miast, nory małe, jak myszki ukryci.    Sama siebie pytam i ciebie zaś pytam:  Na cóż te filozofie, nad prostą tak prawdę?    Klim:  Próżno im ścieżkę mościć, gdy łakną bezdroży,  Bo za carów nas mają, do buntu zmuszeni.  Nasza opieka jest jak łańcuchy najsroższe,  Co zerwać je potrzeba, by poczuć, że żyjesz.  Często zaś kiedy pomoc, nieść każdemu chcemy,  Sprawdzić należy wtedy, kto chce, kto potrzebuje.    Zaś filozof – my wszyscy, co łóżka ścielają,  Bo spróbuj nie pościelić - cynikiem okrzykną.    Więc czy mnie kara spotka, gdy odrzucę syna  Marnotrawnego, zbłądził przecież na życzenie.  Językiem przemawiam takim, bo stać chce najwyżej,  Chociaż bym bardzo chciał, mowa nadal prosta.  Prawdę mówisz - rację - tobie ją oddaję,  Lecz co mi po prawdzie, duszy nie raduje.    Katia:  Końca pragniesz rozmowy, młodych już zostawić.  Bo przecież tęskno ci tam, na twe dawne czasy,  Na rękach miłość nosić, siłą mnie zachwycać.  Teraz, gdy ciągle stoję, tutaj - tuż przed tobą,  Silę swą wciąż posiadam, choć silna już byłam.  Powiedz, mój ukochany, czemu szczerze tęsknisz?    Klim:  Tęsknię za świtem, co budził dzień piękny  I wstawać musiałem, bo życie choć czekało  Gotowe już przynieść mi, szalone przygody.  Tęsknie za machorkami, zapachem młodości,  Choć teraz papierosy – bez wódki mi szkodzą,  A że wszyscy odeszli – fajki nie zapalę.    Tęsknię za przyjaciółką, ogniska wzniecała,  Cudowna była chwila, gdy zbierali się  Ludzie, moi kochani, by krzyczeć miłości  Wyznania, do miłości, co już - już pomarła!  A reszta mych przyjaciół - kochani są oni,  Bo starość mi przyjemną - przyjemną sprawiają.    Wczoraj moim jest zegarem,   Starość - mym wspomnienia darem,  Oni mury mi stawiają,  Mnie w swej ciszy układają.  Nie chcę jutra, nie chcę chwili,  Byle oni wciąż tu byli!    Gubię się w tym, to prawda – to moja kroplówka!  Żyć mi wciąż, wciąż pomaga, dla ciebie kochana!  Za tobą tęsknię przecież, najbardziej na świecie.  Zaś wesoło ja śpiewam, swe milutkie wtem nuty:    Co było za potem - dziś izbą nam rządzi  I jutro i dzisiaj - w tych kątach się błądzi,  To czas nas pilnuje – jak jeńców w zagrodzie,  W kominie mróz siedzi - w wychłodłej gospodzie  Te lata minęły - w gdzieś w lasy dalekie,  Bo co raz zginęło - zaginie na wieki!    I bardzo tęsknie za tym, by móc tak coś śpiewać  Coś co głosem pobudzi, duszę dziecka, moją  Moją duszę, co dzieckiem nie jest i nie będzie.    Katia  Klimie! Mój Ty kochany – tak ból wielki nosisz.  Cały przeszły Boży świat, cierpi teraz z nami,  Bo ja też ból odczuwam, to bardziej Ty żywy,  Wśród i pieśni, i ognia, a za mną to wcale.  Zmarły już Ty, Ty jesteś - Kochany, cóż mówić.  To powiem, bo to lek mam, gotowy dla ciebie.      Co takiego?    Myszki, koniki czy wilki, w stronę wody biegną,  Widzą wodę, widzą coś - coś co w myk wypiją!  Doda siły, zmysł zaś też - poprawi im również.  Wszakże i ja skorzystam, z daru Bożej wody  A w dzbanku, tu przy tobie, całkiem jest jej dużo.  Taka woda zdrowia... doda!  --------------- Leje wodę prosto w oczy,  Zimna struga po nim broczy  Zmyła duchy, zmyła plany,  Siedzi Klimient pokonany  Woda ścieka na gazety,  Finał bzdury i tandety!  Ona stoi, dzbanek trzyma,  Wzrokiem tnie jak ostra zima.  ------------------- Klim:  Dlaczego? Czym ja? Czym ja? Sobie zasłużyłem?  Prawdę mówię, co czuję, a Ty mnie tak ranisz!  Woda, co ci to dało? Zimno, Boże, mokro!  Ciepło trochę, ale Boże! Trzeba ci to było?  Jak ja teraz spać pójdę, mokry przez – przez ciebie!  Ten świat, litości nie ma, człowiekowi cierpieć  Nie da!    Katia:  Mężu, mężu Ty żyjesz! Już myślałam szczerze,   Że te duchy złe, przeszłe ode mnie zabrały  Męża mojego, męża, co Boże zobacz  Za zmarłego już miałam, a on teraz żyje,  A czy ci nie mówiłam, że lek ja mam dobry?  Żonę taką masz miłą, że w nocy pomoże.    Więc gdy cię tak słuchałam, pomóc chciałam jakoś  Słowem - nie umiałam, bo dziwny bardzo jesteś.  W myślach dużo widziałaś, przeszły lęk, zapachy  I za mną tęsknisz, choć ja, nadal twoja żona  Taka sama byłam, bo odkąd ciebie kocham  Męża nie mogę poznać, takie brednie mówisz!    Klim:  I powiem, że rację masz, dobrze więc zrobiłaś  Żyw, bo żywy jestem, teraz żywo widzę  Ciebie! Żeś mnie oblała! Nie sposób już myśleć  O czymkolwiek, bo żona przerwać tą rozmowę  Musiała! Choć rozumiem, przynajmniej próbuje  Jeszcze cierpliwie siedzieć, bo mnie – mnie pouczasz    Więc racja, żono moja, nas spotkać coś musi,  Spójrz na mnie, jestem mokry, Ty mi to wypomnisz,  Uśmiech mi swój pokażesz - piękny jak to zawsze,  Ja – ze wstydu się spale! I śmiechem odpowiem,  Bo czyż nie po to jednak gorycz człowiek czuje,  Żeby zawsze pamiętał - żyje i żyć będzie?    I myślę - wyleczyłaś - męża wnet swojego  Chociaż strasznie cierpiałem, to ból był, ale płytki.  Płytki to on być musiał, skoro twoja woda,  Szybciutko już podsuwa, takie przemyślenia,    Katia:  Więc teraz lepiej patrzeć, na ciebie, mój miły,  Bo dużo już rozumiesz, takie mam wrażenie.  Choć o wszystkim pamiętasz, o jednym nie myślisz,  Wszystko miałeś - straciłeś, a co zaś posiadasz?  Myślę, że masz, chociaż Ty ślepy i niewdzięczny,  Gniewam się, Klimie drogi, o mnie zapomniałeś.    Klim:  Co? Żono, szczęście moje! Ty wiedzieć to musisz,  Że ja naprawdę, ale na -   -------- Katia wyszła, drzwi zamknęła  Klim na fotelu sam zostaje  Próżne słowa, próżne żale  Koniec baśni, koniec bajki!   
    • Rad Remis i merda R.    
    • Oko ramowo - Maroko.                     Owo ma ramowo.        
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...