Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Śledziłeś jej lot nieopierzony,

Gdy samotnie przemierzała niebo;

Obserwowałeś ją z gniazda swego...

Ach, tyle już razy;

 

Ona nauczyła się czcić Ciebie -

Hymn tęsknoty codziennie w niej wzbierał;

Zwiastując chmurom tak bliski już szał

Obcej im ekstazy

 

Aż w końcu eksplodowała, łamiąc

Czystość błękitu swoim szkarłatem;

Wciąż nie przestając śpiewać cantaty

O orle bez skazy;

 

Ona poderwała Cię do lotu,

Którego kresem były płomienie;

Kazała Ci zapomnieć o tlenie,

Śląc skrzące obrazy;

 

I poznałeś jej prawdziwe imię,

Które niemal strąciło Cię z nieba;

„Tak, fruń do mnie, mój Mistrzu!” - krzyknęła;

Ten krzyk Cię uderzył

 

…....................................................................

 

A jednak minąłeś ogień

I zwyczajnie wzbiłeś się wyżej

Opublikowano

W Orle bez Skazy, Gdzie słucha Rozkazy,

Korona tak Wielka, gdzie Oko nie sięga,

Jedynie Pazury poznaję, ciągle swe Szpony daje,

Pióra, które Lotki pokazuje, co dalej Orlica snuje,

Rozwarte Skrzydła na wskroś Kompasu,

Do zrozumienia potrzeba olbrzymiego Czasu,

Na tle, którym wzrokiem zobaczyć we mgle,

Symbol Czystości przelanej Krwią wciąż tnie,

Orderem Najwybitniejszych do Serca przypięte,

Uczuciami w Sytuacjach trudnych cięte,

Każde wyrwane przez Osoby nieznane,

Zwycięstwo dalej - Rozbiory 'Trzech' znane,

Gdzie Chorągiew przez Konie niesione,

Tak u Nas - Historie - są Unoszone

 

 

Orzeł w rodzaju żeńskim to Orlica, a więc Mistrzyni nie Mistrz. 

Orzeł i Orlica. Niecodzienny widok. 

 

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...