Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Pośród pastelowych zbóż
narodzone między myślami
dojrzewały w oślepiającym blasku
czekając na spełnienie

one
wycięte ze starego czasopisma
znalezione w błękitnym blasku
przywiezione ze świata czarów
czekały na spełnienie

śniły w błogim zapomnieniu
gdy spadały liście

przebudzenie
dźwięk magicznego dzwonu
pechowe spóźnienie
nie zdążyły

zawiedzione spojrzenie
grymas bólu na sztucznym obliczu

zabite mroźnym oddechem
zamarznięte w lodowej pustce
zmiażdżone echem nicości
zwłoki

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



pan nie kłamie. ale inni nie kłamią. Zastanawiam się tylko po co pan podaje przykład metafory, skoro pan nie uważa (bo pan tego nie napisał) że w tym tekście są metafory.

Inna sprawa - jak mam rozumieć tą metaforę ?
a może to jest tylko personifikacja...

...to cytat z wiersza - czyli metafora z wiersza.
Personifikacja czymże jest?... jak nie rodzajem metafory.
Przykro mi ;(
pzdr. b
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.




a na czym polega fajność tego wiersza bo ja nie rozumiem nic ani z utworu ani nie widzę super metafor. W tym tekście nie ma metafor, i tu najlepiej wszystko odjąć i skasować cały utwór bo jest zły i nudny. I nie muszę niczego uzasadniać. Uzasadnieniem jest to, że ktoś piszący o tym że utwór jest fajny, kłamie.

Przyznam się, że ja również nie rozumiem wiele z tego wiersza, kim są "one", które w końcu stały się zwłokami. Może gdyby w puencie coś się choć trochę wyjaśniało, możnaby ocenić całość. Jednakowoż absolutnie nie uważam, że Tdk crew kłamie. On ma tylko inne zdanie. Może na przykład lubi takie wiersze, których nie rozumie i nimi się zachwyca, a może nawet zrozumiał i nam wyjaśni?
Pozdrawiam całe Towarzystwo.
Ja.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...