Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Znowu odeszła.
To już trzeci raz usiłował zatamować krwawiące serce po stracie ukochanej (Boże, co za banał;
mówił, pisał, a nawet myślał o tym w wyświechtanych, rzygających kiczem słowach).
Marian był inteligentnym, wrażliwym i oczytanym facetem. Miłość, której szukał z coraz większą
niecierpliwością, znów uciekła. Ten trzeci raz był niemalże kalką dwóch poprzednich: ideał ze snów,
a raczej zdjęć, okazywał się przy bliższym poznaniu erzacem kobiety, skompresowanym i strasowanym
pantofelkiem, prymitywnym jednokomórkowcem.
W przypadku Marty organizm był dwukomórkowy, bo nie potrafiła oderwać się od swojego, ubranego
w ohydny różowy pokrowiec, Samusia (Galaxy S5).
Zabrzęczał wesołą melodią już na pierwszej randce.
- No, hejka - wykrzyknęła radośnie, a Marianowi ktoś podłączył 220V do kręgosłupa.
- Łoł... och dżizus... ju krejzi... o szit - wypluwała z perwersyjną ekscytacją.
Marian stanął na środku chodnika czując jak każde słowo uczłowiecza, ba, zezwierzęca jego boginię.

edyszn
pozyszn
transmiszn
ic miszn
niepossible for mi
bikous tumacz już jers

Spirit nie chce i walczy
ale body kip ap
z czasem aj fink że jednak
warto wrócić, nie bak

warto wrócić
by poczuć
to
ść
ą
i ce ha

żeby mogli się wzruszyć
pan ski
i pani ska


A Marta tuptała dalej, przyspawana do Samusia i jakiejś darling karmiącej niusami, jak niemowlak
do piersi matki.
Po kilku minutach słowotoku zakończyła klasycznym:
- To narka, do zoba!
Nic się nie stało, Marianie, nic się nie stało - powtarzała jego prawa półkula, ale sygnał z lewej
był jednoznaczny: The end.
Trzecia dziewczyna którą zobaczył na plakatach, billboardach, citylightach - na każdej niemal
ścianie miasta. Trzecie zakochanie i trzecia pomoc Benka w jej spotkaniu (może trzeba przestać
słuchać Trójki?). Siedzieli w jednej ławce, mieszkali w tym samym bloku i teraz Benek, creative director
największej agencji reklamowej, dawał mu kontakt do obiektu westchnień, a nawet aranżował
pierwsze spotkania.
Renata miała ciało na 102, niestety IQ maksimum 70 (i to w skali Wechslera).
Marian wytrzymał 2 miesiące.
Klaudia okazała się zimnym potworem, ortodoksyjną feministką i wielbicielką powściągania
wszelkich popędów.
Trzy tygodnie.
Marta dopełniła obrazu nieszczęścia swoim językiem i gustem gimnazjalistki.
- A mówiłem ci, ostrzegałem - śmiał się każdej porażce Benek - Te larwy są idealne tylko w mediach.
Trochę Photoshopa, miksera, odpowiednich świateł i bogini gotowa. Wszystko da się sprzedać - rechotał.

iTłum to kupi
papieru nie trzeba
no, chyba że do du
pytasz iPo co?

Bo no widzisz, hory zont
jak oś się splazmił
ość mamy, jakże,
w gardle iMuze ach

Sieci pełne iMoże
karzdy podrarz
nić globalnej empatii
bo nie widzialny jest a

skośne się zrobiły
nawet pszenne chle
by taniej iTaniej tu
nie wolno na prawdę

sikają psy na chod
nikt nie udaje że widz
i nikt nie przyz
naj ukochańsza moja
Dziczyzna


Najgorsze dla Mariana były wyjścia z biura, z domu, z pubu (gdzie ostatnio za dużo przelewał
ze szkła w organizm). Nie mógł zapomnieć o żadnej z nich, bo wszędzie, w najbardziej oddalonej
od centrum dziurze wdzięczyły się do niego z każdej wolnej przestrzeni.
Tzn. przed chwilą jeszcze wolnej.
Renata kusiła przy drogach wojewódzkich i autostradach. Prężyła wdzięki, przysłonięte niby
przypadkowo jakimś kwiatkiem z pierwszego planu (”Zerwij mnie. Najtańsze kalendarze na nowy rok”).
Klaudia królowała w gaetach lub czasopismach, sypiąc cytatami starożytnych filozofów
(”Myślę, więc este. Este - okna plastikowe dla myślących”).
Marta zaś wdzięczyła się na ścianach, przystankach i słupach ogłoszeniowych
(polisy dla psa, świecące w ciemności cukierki i, a jakże by inaczej, pachnące etui na smartfony).
Starał się chodzić jak najszybciej, ze spuszczoną głową, ale przeciw niemu sprzysięgły się nawet siły,
odpowiedzialne za spokój, ład i porządek.
- Pigal Marian - wydukał policjant wpatrując się w dowód osobisty Mariana. - A dokąd się tak spieszymy
panie Marianie? - zapytał jakby to miało mieć jakiekolwiek znaczenie w obliczu nieuchronnego
mandatu za przejście daleko od pasów.
Gliniarze mają dziwny zwyczaj spoufalania się z ofiarą, przysłowiowego grillowania przed wypisaniem
mandaciku, koniecznie mandaciku, nie mandatu.
- Będzie mandacik panie Marianie (litości!), a wie pan za co?
- Ja wiem, a pan nawet się nie domyśla więc proszę wypisać i do widzenia - Marian nie miał ochoty
na tłumaczenia i czerpania z policyjnej skarbnicy języka, w zasadzie polskiego.

Kiedy na jego bloku zawieszono billboard z Martą - nie wytrzymał.
Wyjechał na wieś. Prawdziwą wieś - bez asfaltowej drogi, remizy i sklepu wielobranżowego.
Miał nadzieję, że nie widząc i nie słysząc odpocznie, wyleczy się i zapomni. Nie docenił przeciwnika.
Gospodyni, u której czasami wynajmował pokój w letnich miesiącach, nawet nie podniosła głowy
kiedy otwierał starą, nienaoliwioną furtkę. Rzut oka wystarczył Marianowi za pięć najlepszych horrorów.
Siedziała na leżaku, zatopiona w lekturze brukowca. A z okładki... witała Mariana uśmiechnięta
złowieszczo Marta. Gdy w drzwiach chałupy pojawiła się córka gospodyni, ubrana w szorty
i koszulkę z Renatą - odwrócił się gwałtownie i pobiegł w stronę stacji (bieganie jest trendy).
...
- Czy ma pan jakieś podejrzenia, może konkurencja? - pytał Benka po raz kolejny inspektor.
- Nie, mówiłem już, że nie mam pojęcia. A konkurencja w tej branży robi inne świństwa,
ale nie niszczy efektów naszej pracy.
- Taaa, pracy... - prychnął pogardliwie inspektor żegnając wkurzonego obelgą Benka.
Od kilkunastu dni, a raczej nocy, ktoś systematycznie niszczył nośniki reklamowe agencji.
Spłonęły, potłukły się lub zostały oblane farbą wszystkie, na których wdzięczyły się larwy Mariana.
To nie mógł być przypadek, ale z kolegą nie było żadnego kontaktu.
Nie odbierał telefonów, nie odpowiadał na SMS-y, a mieszkanie było zamknięte i głuche.
Kiedy zniknęła Renata, przeraził się po raz pierwszy w życiu. Zrozumiał, że wpuścił przyjacielowi
wirusa demolującego psychikę spokojnego dotąd faceta.

Dwa dni później, starsza pani, wyprowadzająca do miejskiego parku szczającego co 5 metrów pieska,
znalazła Klaudię i Martę. Siedziały na ławce obok siebie, sine, z wytrzeszczonymi oczami
i nieprawdopodobnie szeroko otwartymi ustami.
Ktoś owinął je rolką przezroczystego stretcha. Jak promocyjny dwupak.

Benek nie zdradził przyjaciela, ale bał się wyjść z biura. Teraz kolej na niego, nie ulegało wątpliwości.
Kazał sobie wstawić do pokoju polówkę, a kierowca przywoził codziennie świeże ubranie i bieliznę.
Na szczęście agencja miała nowoczesną siedzibę, z wieloma luksusami, więc pomieszkiwanie
tam nie było specjalnie uciążliwe.
Niestety nie pomogło.
Krótko po znalezieniu ciał, kiedy rzucał się na łóżku po zażyciu kolejnej porcji xanaksu (przy zakupie
dwóch opakowań, trzecie gratis!), do pokoju wsunął się bezszelestnie Marian.
Podszedł do Benka, nachylił się i wyszeptał:
- Nie mogę, nie mogę tak dłużej żyć. Widzę ją wszędzie i to przez ciebie. Musisz mi pomóc, błagam,
umów mnie z nią albo chociaż daj numer. Nie wiesz co to znaczy zakochać się.
Benek zerwał się i odskoczył (warto było pić Red Bulla) na wszelki wypadek za biurko.
- Marian, kurwa mać, co ty wyprawiasz! - wykrztusił ze ściśniętego strachem (i przepitego) gardła.

kur Wandzie uciekł
z usteczek w błyszczyku
dźgnął przestrzeń
i osiadł
na jej fejsbusiku

kur Waldemara
również chciał zabłyszczeć
pomyślał...
i wrzasnął
by długo nie myśleć

kur Walentyny
znanej ze sfer wyższych
piał inteligentnie
tylko
w chwilach ciszy

kur wagabunda
ciągle na gigancie
gna w różnych kierunkach
najczęściej
ku Rwandzie

ku Rwandzie lecą
z usteczek w błyszczyku
gęb mord warg języków
słowa na
haiku

słowa
na ha
i ku


- Co JA wyprawiam?! - obruszył się Marian - A kto znalazł tę cudowną istotę i udekorował nią miasto?
Zapłaciłem już 6 mandatów, trzy razy zderzałem się z latarnią, nie mogę spać, jeść, pracować.
Wszędzie ją widzę - po drodze do pracy, do pubu, na ścianach, przystankach, nawet gdy włączę tv.
Jeśli nie pomożesz mi poznać tej bogini, zwariuję albo coś sobie zrobię.
- Zaraz, zaraz, o kim ty właściwie mówisz? - Benek stał w piżamie, ciągle w bezpiecznej odległości,
i usiłował zrozumieć całą sytuację.
- Nie udawaj - błagał dalej Marian - ta prześliczna blondynka reklamująca kalendarze, przecież
to twoja robota - wykrztusił z naciskiem.
Marian zbliżył się do niego w czasie rozmowy i stali teraz twarzą w twarz, patrząc prosto w oczy.
- Ale... to... to przecież Renata... - słowa z trudem wydostawały się ze ściśniętego strachem
i deżawizmem gardła Benka.
- Renata... - powtórzył Marian z przymkniętymi powiekami - Renatka... Pomóż mi się z nią spotkać,
umów nas, proszę...
- Wykluczone, nie-ma-mowy - Benek zdawał się wracać do rzeczywistości, choć nadal niewiele
z niej rozumiał - Nie możesz jej spotkać, nie możesz, bo... bo to by się źle skończyło. Bardzo źle.
Nie masz pojęcia co by się mogło potem zdarzyć...nie wiesz...nie zrozumiesz. Nigdy nie umożliwię ci
kontaktu z larwa... znaczy z moimi modelkami. Więcej mnie o to nie proś - zakończył stanowczo.
Marian stał ogłuszony niespodziewaną i stanowczą odmową przyjaciela.
Po dłuższej chwili pojedynku na wzrok, odwrócił się gwałtownie i wyszedł trzaskając drzwiami.
Krew cisnąca się zgodnie z p= F/s i nabrzmiałe uczucia buzowały w nim gdy szedł opustoszałym miastem.
Ze ścian, tablic i przystanków patrzyła na niego drwiącym wzrokiem Renata.

nabzdyczyłeś się
mój pigmalionie
jak lufa rudego

Te 34 kwiatki
spotkałem przy autostradzie
na berlin
dawały show za kilka euro
trzęsąc cyckami jak galaretą

wyluzuj więc i spróbuj
pogadać z afrodytą
może na gg ?


Kwadrans później Benek wskoczył we wczorajsze ciuchy i zjechał na podziemny parking.
Otworzył drzwi swojego Lexusa i wsiadł, przekładając wcześniej na tylne siedzenia
częściowo zużytą rolkę przezroczystego stretcha.

  • 6 miesięcy temu...
Opublikowano

W połowie czytania już w głowie pisałam komentarz, w którym będę Cię namawiać do rozpisania tego bardziej. Ba! Toż to książka byłaby wspaniała.

Po przeczytaniu zmieniłam zdanie - dobre jest takie właśnie.

Zabawne z odrobiną dreszczyku. Końcówka zaskakująca, ciekawa.

Napisałeś to tak, że podczas czytania mój wewnętrzny projektor wyświetlał mi kolejne sceny. Naprawdę świetne.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Eeech... ja też spodziewałem się, że jeśli już ktoś skomentuje - to solidnie oberwę. Rumianku, chyba jesteś zbyt łagodny :))
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



(Byłem pewien, że rumianek to rodzaj męski :))
Pozwól, że będę innego zdania; pierwszy raz w życiu napisałem coś "prozą" i niemożliwe jest, by było dobre.
Co zresztą widzę, kiedy czytam poniewczasie...
Opublikowano

Absolutnie. Przecież to "ta" rumianek - oczywiste :)
Nie jest ważne ileś już dzieł prozatorskich popełnił. Najwyraźniej to nie poezja jest Twoim powołaniem. Pisz, pisz - będę czytać i komentować :)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
    • @Radosław   wiem Radosław …niestety to takie silne oddziaływanie jest …międzygalaktyczne ;)))) nie wiem jak mogę Tobie pomóc…? ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...