Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Wpadłem na ten pomysł w czasach wielkich przemian. Mieliśmy już za sobą pierwsze zachłyśnięcie się kapitalizmem i każdy jak tylko potrafił rozwijał własne interesy. Warszawska giełda odnosiła swoje sukcesy a indeks największych spółek wzbijał się w górę się niczym Conkorde osiągając codziennie nowe szczyty. Gospodarka rozwijała się w szalonym tempie. Gazetowe rubryki z ogłoszeniami pękały w szwach. Nikt nie narzekał na brak pracy. Żyliśmy w ciekawych czasach.
Pomyślałem że nie mogę zostawać w tyle. Muszę łapać wiatr w żagle pędzić do przodu, niczym wielcy odkrywcy poznawać nowe lądy, stawiać sobie wyższe cele. A gdyby tak zostać Mikołajem. Dać ogłoszenie do gazety i czekać co z tego wyniknie. Ustalić cenę wyjściową, umowną i do negocjacji i czekać na zgłoszenia. Może to być inny sposób spędzenia tego czasu, który w rodzinnym gronie nie zawsze wyglądał ciekawie. Jak pomyślałem tak zrobiłem. Muszę z dumą przyznać że w owym czasie byłem pionierem i moje ogłoszenie jako jedyne figurowało w rubryce "Usługi - inne". Nie było jeszcze wtedy wróżek, cateringów, clownów, kinderbali i tym podobnych od których dzisiaj aż się roi. Nie czekałem długo na zgłoszenia, telefony rozdzwoniły się od rana. Na początku ludzie chcieli tylko zasięgnąć języka, pytali " co robi Mikołaj? " jaki ma strój i czy ma doświadczenie w kontaktach z dziećmi. Musiałem uczyć się trudnej sztuki akwizytora i odpowiednio się do tego przygotowałem czytając pierwsze poradniki o tym "jak sprzedać wszystko". Opracowałem sobie plan strategiczny, każdemu z osobna tłumacząc jak organizuje sobie ta uroczystą dla mnie wigilię. Najpierw spisywałem chętnych i sprawdzałem na mapie jakie mam odległości do pokonania żeby nie nadrabiać drogi i "obsłużyć" jak najwięcej klientów. Chciałem powiedzieć obdarować jak najwięcej dzieci wspaniałymi prezentami, na które z utęsknieniem czekają cały rok, wysiłkiem woli zmuszając się do bycia grzecznymi. Potem musiałem oddzwaniać do każdego z nich i mówić o której mniej więcej przyjadę, mocno się przy tym gimnastykowałem żeby przekonać ich do przyjazdu około 21. 30, bo przecież niemalże wszyscy chcą mieć Mikołaja o 18. Gdy już udało mi odpowiednio przygotować warsztat pracy, sprawdziłem jeszcze ciśnienie kół w płozach moich sań. Przykleiłem brodę z prawdziwego włosia, nakarmiłem renifery i ruszyłem w swą niezapomniana mikołajkową podróż. Śniegu nie było tamtej zimy, szarość wieczoru zalewała ulice a zachmurzone mocno niebo ukrywało przed światem blask pierwszej gwiazdki. Zajechałem do pierwszych państwa. Mieszkanie w bloku. Dzwoniąc domofonem pod właściwy nr. oznajmiam swoje przybycie. Zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami prezenty przepakowuję w piwnicy i dźwigając je na plecach witam malca, który stoi za progiem blady jak ściana. Jego trzęsący się podbródek uświadamia mi że za chwilę wybuchnie płaczem. Plama już na dzień dobry, a właściwie dobry wieczór, chociaż nie jak ja właściwie powinienem się przywitać. "ALLELUJA" wołam gromkim głosem. Psia kość, to chyba nie ta bajka. Rechotliwy śmiech taty, który wygląda na świętującego od rana zwiastuje dobrą nowinę. Drobne potknięcie przyjęto jak żart, więc jest mi wybaczone. Mama w odpowiednim momencie zdążyła przytulić do siebie małego księcia i ciepłym głosem tłumaczy mu co się dzieje. - popatrz - mówi - Mikołaj do ciebie przyjechał, przywiózł ci prezenty, nie cieszysz się?. Malec jest ciągle w szoku a ja zdając sobie sprawę że każdym gwałtownym ruchem mogę spowodować jego wrzask sunę powoli przez wąski przedpokój do dziecięcego królestwa. " Ooo!!! jaki masz piękny pokój"- mówię - ile w nim zabawek, a ja właśnie przywiozłem ci ich jeszcze więcej, byś się nimi mógł cieszyć, bawić bo na nie zasłużyłeś. Wiem że jesteś grzecznym chłopcem."- UFF, udało się, rozpromieniony uśmiech mamy przywraca mi wiarę w siebie. Jestem na właściwej ścieżce. Dalej wypadki toczą się lawinowo. Brzdąc nabiera trochę śmiałości zbliża się na bezpieczną odległość, podchodzi trzymając się kurczowo mamy i odbiera z zaciekawieniem prezenty. Cały czas bacznie obserwuje, każdy mój ruch. Milczy jak Indianin. Zdaje sobie sprawę że nie wyduszę z niego żadnego wierszyka. Mój czarodziejski worek pustoszeje. Wizyta dobiega końca. W przedpokoju otrzymuje zapłatę i życząc wszystkim wesołych świąt żegnam się. Spoglądam na zegarek, wszystko idzie zgodnie z planem. Następną wizytę mam za 15 min a umówiony jestem na saskiej kępie. Renifery odpalają bez zastrzeżeń choć wiem że przydały by się im świeże ogniwa w bateriach. Obiecuje im że po świętach wszyscy wymienimy akumulatory i będziemy jeździć na nowych. Szukam na mapie ulicy, z notatek wiem że to jest willa i że mam odwiedzić trochę starsze dzieci 10 i 12 letnie. Chłopiec i dziewczynka. Myślę że z tych to uda mi się wyciągnąć wierszyk lub piosenkę. Podjeżdżam pod dom, parkuję przed bramą i udaje się pod wskazany adres. Szczękający pies obwąchuje mnie i wykonuje swój rytualny taniec. Mam nadzieje że mi nie zniszczy kostiumu. - Proszę się tnie bać - uspokaja mnie gospodyni i zaprasza do środka. Wchodzę. "Szczęść Boże" mówię tym razem, czując w sobie przypływ chrześcijańskich korzeni. "Szczęść Boże" - odpowiadają domownicy. Zdaje się że uderzyłem we właściwy ton. Mój worek okazuje się za mały. Mówię więc że rodziców wykorzystam jako śnieżynki a do mojego worka zapakujemy drobniejsze podarki. Wykonane. Przychodzi czas na show. Uruchamiam swój mosiężny dzwonek i kroczę do salonu. Witają mnie obrażone miny nastolatków. Przyglądają się nieufnie i po ich spojrzeniach widzę że czekają tylko aż odklei mi się broda, zsunie czapka ukazując naturalną łysiną albo nie daj boże puszczę bąka. Choć to jak sądzę pewnie by ich rozbawiło. Robię dobrą minę do złej gry. Wznoszę się na wyżyny elokwencji, sypię dowcipami słownymi i układam kalambury. Nie robi to na nich specjalnego wrażenia. Moja prośba o piosenkę nie jest traktowana poważnie. W końcu dowiaduje się prawdy o sobie że jestem nędzną podróbą jak tajwańskie badziewie sprzedawane na stadionie. Rodzice trochę się zaczynają wstydzić za swoje pociechy ale nie psujmy atmosfery w końcu mamy święta. Sterowny pilotem samochodzik okazuje się w porządku i bachor w końcu akceptuje moją obecność. Jego starsza siostra ma muchy w nosie bo zestaw lalek barbie z kompletem strojów, domkiem garderobą i sypialnią w jednym najwyraźniej nie pasuje jej kolorem. "No cóż przyszłym roku postaram się was bardziej zadowolić - " mówię i kieruję się do wyjścia. - w przyszłym roku nie musisz do nas przychodzić i tak wiemy że jesteś przebierańcem -. Mamusia karcącym wzrokiem spogląda na córeczkę a ta w odpowiedzi wyrzuca - wolałabym żebyś mi jeszcze coś kupiła niż wyrzucała pieniądze na tego pajaca. Mała ma szczęście że zapomniałem rózgi. Pokazałbym jej drugą twarz Mikołaja. Chcę mieć to wszystko już za sobą i nie wiedzieć co tu się będzie dalej działo. Wychodzę tak szybko jak to jest tylko możliwe. Inkasuję pieniądze i unikam spojrzeń prosto w oczy. Dyplomatycznie zdobywam się jeszcze na złożenie świątecznych życzeń. Na ulicy oddycham pełną piersią. Muszę pozbyć się napięcia, które nagromadziło się w moich plecach. Ciężko jest być świętym Mikołajem. Renifery nucąc "dzisiaj w Betlejem" przywracają mi spokój ducha, czekają na mnie inne dzieci, więc trzeba szybko zregenerować siły i dalej ruszać w drogę.
Następny klient mieszka również w dzielnicy willowej. Tylko że na drugim końcu miasta. Muszę się sprężyć. Kiedy się śpieszysz, czas niczym twój rywal staje z tobą w szranki. Jak przystało na prawdziwego sportsmena stajesz do wyścigu z nim, rywalizujesz o pierwsze miejsce w konkursie a wtedy to się staje niebezpieczne. Poganiam renifery jak tylko mogę. Choć dajmy im już spokój na czas dalszej części opowieści. Więc wciskam gaz do dechy. Ulice są puste, nie jestem zagrożeniem dla innych użytkowników dróg miejskich. Dwupasmowa szeroka aleja prowadzi mnie do skrzyżowania ze światłami. Jestem tak rozpędzony że przy tej prędkości jakiekolwiek lekkie przyhamowanie skończyłoby się jazdą figurową. Światło na skrzyżowaniu zmienia się na żółte, jeszcze mocniej dociskam pedał gazu, wjeżdżam na czerwonym. Skrzyżowanie jest wielkie, więc przejeżdżam bez problemów, jednak po krótkiej chwili z bocznej drogi włącza się do ruchu policyjny polonez. Ręka z lizakiem w dłoni wychylająca się z okna i krótki sygnał koguta dają mi do zrozumienia że mam zjechać na pobocze. Zatrzymuje się grzecznie i przygotowuje sobie mowę powitalną. Policjant podchodzi do mnie a widząc z kim ma do czynienia, serdecznie się uśmiech. "Dobrze jest myślę" i wypełniam się optymizmem. "Od kiedy to Mikołaju przejeżdżamy na czerwonym świetle" - pada pytanie a zaraz po nim rutynowa prośba o okazanie dokumentów. Policjant wnikliwie studiuje moje papiery a ja mu wciskam kit o dzieciach, które z niecierpliwością na mnie czekają. No przecież nie mogę ich zawieść. Muszę zdążyć na czas. Ale po drodze mogę jeszcze przy okazji wpaść z wizytą do pana, panie władzo, ma pan chyba dzieci?. Biorę go pod włos. "Mam ale moje już by się nie dały nabrać" - odpowiada i zwraca mi prawo jazdy - "Niech pan jedzie Mikołaju, tylko nie tak szybko".- kończy zdanie salutując na do widzenia. To mi przywraca wiarę w sprawiedliwość i ludzkie posłannictwo. Dzień pełen przygód jeszcze się nie skończył.
Umilając sobie dalszą część jazdy słuchaniem kolęd, dojeżdżam do kolejnej posesji. Stylizowany płot, zza którego wyrasta rząd równo posadzonych tui, sprawia estetyczne wrażenie porządku. Mimowolnie rozglądam się po mini ogrodzie zauważając jego kojący wpływ. Widać że wszystko jest tu przemyślane, piękne i na swoim miejscu. Światła podkreślają kontury domu, głaszcząc swym blaskiem gałęzie drzew doskonale harmonizujących z całym otoczeniem. Miła pani wprowadza mnie do wnętrza. Tu również wszystko jest zachwycające. Miejsce tak bardzo przypomina mi jedno z tych, projektowanych na specjalne zamówienie i pokazywanych w kolorowych czasopismach że zastanawiam się czy już go gdzieś nie widziałem. Mama Kuby, bo to do niego teraz przyszedłem, opowiadając mi o nim uśmiecha się tak jakby widziała ten blask zachwytu w moich oczach. Atmosfera tego domu wpływa na mnie relaksująco. Czuję że obecność tu jest dla mnie przyjemnością. Nie ma żadnego pośpiechu, zamieszania, niedomówień. Wszystko toczy się gładko i płynnie. Kuba dostaje na gwiazdkę gitarę. Okazuje się że jest już po pierwszych lekcjach i na moją prośbę gra "Pije Kuba do Jakuba" bez jakiegokolwiek potknięcia. Pytam go czy mogę dotknąć tego magicznego instrumentu i wydobyć z niego kilka dźwięków. Oczywiście zgadza się. Biorę instrument do ręki i chcąc nie chcąc gram na nim wstęp do kolędy "Cicha noc". Brzmienie gitary, aura tego domu, świąteczny nastrój a także cudowny wewnętrzny spokój domowników, wszystko to razem sprawia że zaczynam śpiewać, choć właściwie należało by powiedzieć że sam głos wypływa ze mnie i poprzez piękno zawartej w nim melodii aż do pojawienia się trudnej technicznie wibracji, przypominającej trel ptaków, prowadzi wszystkich do krainy zasłuchania. Całkowita cisza, która zapadła po wybrzmieniu ostatniego dźwięku jest najpiękniejszą, z jaką kiedykolwiek się spotkałem. "Przyśniło mi się raz że byłem Mikołajem i od tej pory nie wiem, czy jestem człowiekiem, który śnił że był Mikołajem, czy Mikołajem, który śnił że był człowiekiem."
W równie uduchowionej atmosferze dopełniliśmy formalności finansowych, a pieniądze które otrzymałem były przedłużeniem wdzięczności od gospodarzy tego wspaniałego domu. Opuszczając ich miałem poczucie że dostałem coś więcej niż szelest papierowego świstka.
Odpuśćmy sobie opis, dalszej części drogi. Jazdy przez las jak najkrótszą drogą, błądzenia w małych uliczkach i daremnego szukania tabliczek z nazwami ulic, czasem jak na złość ukrytych w gąszczu dawno nie strzyżonych krzewów. Przenieśmy się od razu do następnego mieszkania zgoła innego niż to, w którym byłem ostatnio. Nie pod względem estetycznym, co to, to nie, ale duchowym. Salon był dość przestronny z pianinem w rogu i prawdziwą choinką aż do sufitu. Pomieszczenie tonęło w mrokach jak na obrazach Caravagiia. Tchnęło w nim oparami smutku i lekkiej dekadencji. Stół zastawiony oszczędnie, a przy nim starsza pani pochłonięta kontemplowaniem swoich myśli i paleniem papierosa, dopijała jakąś wysoko gatunkową whisky. "Gdybyś nie była taka głupia to by cię nie zostawił"- powiedziała na dzień dobry. Lekko zaambarasowana moim wejściem powróciła do swoich rozmyślań. Mały około trzyletni chłopczyk powitał mnie swoim milczącym smutkiem. Zniżyłem się do niego by złapać lepszy kontakt i w pozycji na kuckach zacząłem rozmawiać. Mama prosiła mnie bym wpłynął na niego żeby więcej jadł. Mówiąc mi o tym załamywała ręce i miałem wrażenie że od moich zdolności perswazji zależy moje wynagrodzenie. Poczułem się jak on i rzygać mi się zachciało. Miałem ochotę wziąć go za rękę i uciec z tego piekielnego miejsca, pokazać mu świat, blask słońca. Jednak resztami rozsądku powstrzymywałem raptowne porywy Dionizosa i kontynuowałem swój teatrzyk. Chłopak dostał całą masę różnych prezentów, lecz żaden nie wywołał jego uśmiechu. Widać to było jak na dłoni że jedynym jego pragnieniem było aby w którymś z tych worków był tata. Żeby wyskoczył niczym diabełek ze staromodnej zabawki, chwytając go w swoje ramiona i zawirował w radosnym tańcu. A ja czułem cholerną złość że nie mogę tego spełnić. Do dupy taki Mikołaj, który przynosi całą masę niepotrzebnego śmiecia a najprostszych, najbardziej elementarnych, podstawowych marzeń nie może zrealizować. Mamusia coś jeszcze w kółko mówiła o tym jedzeniu. Nawet przyniosła talerzyk z kawałkiem pysznej rybki, ale chłopiec uparcie odwracał głowę. Powoli zacząłem wycofywać się z tego bagienka, czując jak pętla zaciska mi się wokół gardła. Wziąłem swoje nędzne pieniądze i czmychnąłem długim korytarzem do wyjścia. Widziałem jeszcze jak wszyscy mieszkańcy tego piekła pogrążają się w mroku. Chciałem uciec jak najdalej, chciałem przekonać samego siebie że to tylko jakiś koszmar i że zaraz się obudzę. Tak rozmyślając dojechałem do ostatniego już w tym dniu domostwa. Przywitał mnie gwar domowników. Głośnie rozmowy, śmiechy, były słyszalne już z daleka. Zszedłem z rodzicami Paulinki do garażu gdzie czekała mnie cała fura prezentów. Miałem je wręczyć wszystkim nie tylko dziecku. Rodzina była dość liczna, więc pomyślałem że spędzę tu czas aż do pasterki. Nie dało się tego wszystkiego zapakować do worka więc mamusia i tatuś taszczyli to za mną na swoich plecach. Chóralne o! utorowało mi drogę do pokoju. Paulinka cała rozpromieniona witała mnie radośnie, cały czas coś mówiąc. Należała do tych dziewczynek, które niczego się nie boją, są pełne wdzięku uroku i zawsze mają coś do powiedzenia co wywołuje ogólną wesołość. Śpiewała kolędy, mówiła wierszyki, fantazjowała i klaskała w dłonie z radości. Była tak szczęśliwa że nie interesowały ją prezenty i trzeba było ją namawiać do rozpakowywania kolejnych paczek. Cała rodzina była w radosnym nastroju, wszyscy chętnie uczestniczyli w zabawie i każdy bez oporu prezentował swoją twórczość Mikołajowi. Dziadek nabrał takiego wigoru że chciał zrobić striptiz ale babcia go powstrzymała i powiedziała że to już w drugiej części programu. Spędziłem tam prawie godzinę bawiąc się setnie choć zmęczenie materiału dawało o sobie znać. Pożegnałem towarzystwo i udałem się w drogę powrotną.
Po drodze zatrzymałem się w lesie. Musiałem ochłonąć, zrzucić wreszcie z siebie skórę Mikołaja i zjednoczyć się z naturą, tak naturalnie i otwarcie całkiem. Olać to wszystko. Jaka to ulga, zdjąć z siebie te wszystkie maski i poczuć się wolnym. Wydałem z siebie krzyk wojownika oznajmiającego światu swoje zwycięstwo. Zacząłem podskakiwać radośnie jak małe dziecko. Czułem świętość drzew, ziemi, powietrza i wszystkiego co mnie otacza. Nagle zrozumiałem że świętem jest każdy przejaw życia, każdy jego najdrobniejszy okruch, skrawek, podmuch. Zakręciło mi się w głowie tak że w końcu upadłem. Gwiazdy nade mną świeciły pełnym blaskiem.

Opublikowano

Pierwsza myśl, za długie :) Gazety pękały od ogłoszeń, żyliśmy w ciekawych czasach - wzruszające wersy dla mnie osobiście. Niezły przekrój. Brakuje mi jednak dialogów. Nie zawsze muszą być, a tu mi brakuje :) Ogólnie fajny pomysł.

Opublikowano

Moralna bajeczka, pomysł jest - nieco gorzej z wykonaniem :)

Interpunkcja, kilka innych - dla przykładu:
" co robi Mikołaj? " - po mojemu: "co robi Mikołaj?" ;)
jak organizuje sobie ta uroczystą dla mnie wigilię - może i jestem staromodny, ale dla mnie - wigilię,
Plama już na dzień dobry, a właściwie dobry wieczór, chociaż nie jak ja właściwie powinienem się przywitać. - chyba gdzieś zniknął przecinek :)
Zdaje sobie sprawę że nie wyduszę z niego żadnego wierszyka. - on, czy ja? Bo mi jakoś tak, że "zdaję sobie..." :)
Kilka innych, podobnego typu usterek :)

Pozdrawiam
Wuren

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • -  Nawet kilofy nam nie pomogą, padniemy z głodu lub pożarci przez mrówki, nim się przekopiemy przez ten gruNawetz. Jesteśmy tu pogrzebani - rzucił w beznadziei Seweryn i przystawił czoło do lodowatej skały - potrzebuję czegoś na migrenę…    Jegor opierał się o ścianę i przesuwał palec wzdłuż ostrza pałasza, całe stępione, lepiej poszukać nowego. Dzięki rozsianym zewsząd trupom mieli pokaźny zapas prochu, ale nie wystarczający by wysadzić nowe przejście. Mieli też tylko dwóch strzelców, cała reszta kopalni została wyrżnięta w pień.    - Jest jeszcze jeden sposób by się stąd wydostać - rzucił lakonicznie Halyjczyk.   - Jaki? Mówże na Peruna Wielkiego!   - Kopalnia połączona jest z kolonią mrówek. One też muszą jakoś wychodzić na powierzchnię, by szukać pożywienia. Więc jeżeli wejdziemy do ich gniazda, możemy znaleźć inny wylot.   - Po tym pogromie chcesz stawić im czoło tylko we dwójkę?   - A widzisz inne wyjście? - spojrzeli po sobie przenikliwie. Obaj wiedzieli, że to szalony pomysł, ale obaj też wiedzieli, że innych nie rady znaleźć - wiemy już, że boją się ognia i że potrafią jakoś roztopić stal. Ich pancerz jest też nieco za gruby dla szabel, tępią się i szczerbią.   - Więc jaki mamy plan?   - Chodź póki co do głównej jamy, poszukajmy więcej gorzały… Albo czegoś jeszcze mocniejszego.   - Mam nadzieję, że starczy dla mnie na ból głowy.   Niegdysiejsza kopalnia zamieniła się teraz w pełnowymiarową nekropolię, porozszarpywane trupy walały się na każdym stopniu spirali. Tu i ówdzie leżała też szczęśliwie ubita mrówka, stosunek jednak strat między stronami, zgubnie przechylał się na stronę ludzką. Przetrwańcy wymienili swoje stępione ostrza, zebrali też zapas prochu. Za pazuchami znaleźli jeszcze dwie dorodne butelki z gorzałką. Jegor rozdarł również jeden z carskich mundurów, płaty tkaniny owinął wokół dogasającego łuczywa. Prawie każdy strażnik miał schowane w kieszeni krzesiwo, więc przetrwańcy zabrali dla siebie po sztuce.    - Mam jeszcze jedno zadanie dla naszych starych kling, wpadłem na pewien pomysł - rzekł w trakcie szperania Jegor.   Podeszli do trupa jednej z mrówek, było to jedno z najlepiej zachowanych ciał. Jegor nakazał przycupnąć Sewerynowi przy insekcie. Nagle ataman wzniósł szablę ponad głowę, Seweryn już łapał za rękojeść pałasza, chciał dobyć go z pochwy i sparować jak najprędzej nadchodzący cios. Klinga Seweryna zatańczyła w powietrzu, na nic jednak nie natrafiła. Jegor całkowicie minął ostrzem kapitana i maltretował tępą szablą ciało mrówki, dopóki nie urżnął jej łba. Lepki płyn trysnął z powstałej rany, ochlapał łańcuch, który spętywał Seweryna z Jegorem. Stalowe ogniwa topniały i kruszyły się przy szarpnięciu. Seweryn poczuł swobodę.   - Teraz moja kolej - rzucił Jegor, prowadząc Seweryna do następnej mrówki.   Cały proces powtórzył się, tyle że to Seweryn tym razem był oprawcą. Tępy pałasz bardziej rozdzierał, niż ciął pancerz mróki, ale szkoda było marnować na ten brutalny proceder świerzych ostrzy. Obaj mężczyźni stanęli teraz przed sobą w pełni swoich sił, w pełni własnej swobody i uzbrojeni po zęby. Lustrowali się oczami pełnymi uznania. Jeszcze rankiem rzucali się sobie do gardeł, teraz mogliby zrobić to samo, z lepszym, szybszym i śmiertelnym skutkiem.   Zeszli na dno jamy, roztrzaskane skrzynie złota leżały tam nieruszone. Zwrócili się do skrzydła, w którym zaczął się pogrom. Ciała Sepentrionów, którzy tam legli zniknęły, na podłodze zostało tylko kilka krwawych smug. Szeroka szczelina ziała na poznaczonej bruzdami ścianie. Jegor nawilżył łuczywo alkoholem i skrzesał ognia. Obaj ocalali przestąpili na drugą, nieznaną stronę podziemi, stopa po stopie.   Następne kroki stawiali z ostrożnością. Nawet Jegor wykazywał zachowawczość, z surowością kopalni zdążył już się oswoić, lecz wąskie tunele za roztrzaskaną ścianą były dla niego czymś zupełnie odmiennym. Bezkresna ciemność rozlewała się gdzie wzrok sięgnął, a mrok przecinały tylko nikłe płomienie dwóch łuczyw. Przewieszone przez barki arkebuzy klekotały, obijając się o ściskające podróżnych skały. Szable dygotały w pochwach w rytm ruchu bioder. Dłonie w rękawicach prześlizgiwały się po chropowatych nierównościach, pomagając utrzymać równowagę na pochyłej powierzchni. Echo oddechów mieszało się z basem tupotu baczmagów.   Odsunęli dłonie od ścian i spostrzegli jak ich palce owija cienka, lepka substancja. Ta sama, która bryzgała z otworów gębowych mrówek, tyle, że rozcieńczona i nieszkodliwa. Tak samo i podeszwy butów lepiły się miejscami do podłogi, a delikatne mlaskanie zaczęło podążać za echem tupania. Ciche i odległe tykanie dało się usłyszeć przy postojach. Minęli po drodze kilka rozgałęzień, lecz starali się nie zbaczać i trzymać głównego, najszerszego korytarza.   Wyszli do całkiem szerokiej jamy, w jednym z jej kątów spoczywał sporych rozmiarów głaz, albo półka skalna, trudno było ocenić w ciemnościach. Przemierzyli salę wzdłuż krawędzi. Nagle Seweryn spostrzegł osobliwy biały proszek walający się na ziemi. Pochylił się, by go zbadać. Jegor wkrótce zdał sobie sprawę z braku kroków podążającego dotychczas za nim towarzysza. Odwrócił się z wilgotnym od potu czołem. Doznał ulgi, gdy zobaczył kapitana żywego. Wkrótce biały proszek przykuł i jego uwagę.    - Wiem już chyba z czym się mierzymy - mruknął ataman cicho pod nosem.   - Tak? Czym więc jest ten proszek?    - To mączka kostna. Jesteśmy w mrowisku lodowych grabarzy.   - Co takiego?    - To gigantyczne mrówki, które potrafią obgryźć człowieka do gołego szkieletu, ale to im nie wystarcza. Żuwaczkami mielą również i kości, taka mączka znacząco wzmacnia ich pancerz. Tuż nad nami jest… To znaczy był obóz pełen ludzi, nic dziwnego, że urosły do takiej liczebności.   - Perunie chroń nas…   - Słusznie. Musimy być obecnie w jednej z ich spiżarni, a to znaczy, że jesteśmy coraz bliżej ich leża.   Zapadła chwilowa cisza, jednak cisza ta była złudna. Dotarło do nich, że już od jakiegoś czasu podczas ich rozmowy, do ich uszu dobiegał narastający szmer. Lekką wibrację podłoża dało się już odczuć pod podeszwami. Jegor i Seweryn wyciągali płonące łuczywa we wszystkie strony, by tylko dostrzec zagrożenie. W końcu dojrzeli blady błysk gładkiego pancerza owadów.   Zwrócili się w przeciwnym kierunku, przebiegli parę kroków, lecz mrówki wyłoniły się i z tej strony. Miarowym krokiem wycofywali się pod ścianę, nie mieli dokąd pójść. Seweryn z desperacji spojrzał w górę, zachłysnął się nagle powietrzem, nadzieja wypełniła ponownie jego członki.    - Półka skalna! Wspinaj się!   I chyżym susem wciągnął się w górę, podał w mig rękę Jegorowi. Byli wyżej, ale wciąż w kącie bez wyjścia. Machali łuczywami, mrówki cofały się parę kroków, ale wkrótce nadrabiały, gdy ogień zwracał się w inną stronę.    - Wznieś pochodnię! - niespodziewanie rozkazał Jegor - Niech podejdą!    - Oszalałeś!?    - Wznieś mówię!   Seweryn wahał się z początku, lecz po srogim spojrzeniu towarzysza, usłuchał. Ogień jarzył mu się ponad głową. Jegor z początku uczynił to samo, lecz wkrótce sięgnął do kieszeni pod kożuchem. W ręku błysnęła butelka gorzały. Przycisnął szyjkę do warg i napełnił usta po brzegi. Wtedy opuścił łuczywo przed siebie i bryznął z gęby alkoholową chmurą prosto w ogień. Fala gorąca rozlała się na potwory, znów rozległo się żałosne kwilenie, a cokolwiek przetrwało, pierzchło z powrotem w głąb jaskiń.    - To twój kolejny szalony plan, który uratował mi skórę, ale mówże mi na przyszłość, co chcesz zrobić - wycharczał Seweryn w przypływie adrenaliny - gdybym nie usłuchał, obaj byśmy zginęli. Ale przynajmniej jesteśmy teraz bezpieczni.   - Nie przesadzałbym, zostało mi tylko półtorej butelki na takie sztuczki.   - W takim razie lepiej ruszajmy, wolałbym zostać z nadmiarem gorzały, ale być na powierzchni.   - Czekaj chwilę, widzisz tamten kokon na ścianie? Chciałbym go obaczyć, będę miał alkohol w gotowości.   Seweryn nie spostrzegł wcześniej osobliwego kokonu, zastanawiał się, czemu tak paskudna rzecz mogłaby interesować Jegora. Podchodzili miarowymi krokami do uwitego z mrówczej wydzieliny bąbla, a im bliżej byli, tym Sewerynowi coraz częściej się zdawało, iż pod jego powierzchnią dostrzec można drobne drgania. Przystanęli z dwóch różnych stron. Jegor z gorzałą i łuczywem w rękach, Seweryn z obnażoną szablą. Lechita wbijał delikatnie sztych między włókna, sunął ostrzem w dół, aż gdy szczelina była wystarczająco duża, grawitacja zrobiła swoje. Z kokonu wypadł wprost na ziemię jakiś duży obiekt. Po chwilowej konsternacji, okazało się, iż jest to człowiek! Spowity w sepentrioński mundur wartownik kopalni!    - Nie na taki łup z kokonów liczyłem… - oznajmił nonszalancko Jegor.   - Spójrz! Jeszcze dycha - ryknął Pilecki.   - Mrówki zostawiły świeże mięso na później.   - Pomóż mi go obrócić na plecy, dajmy mu dobrze złapać powietrza i postawmy go na nogi.   - Będzie dla nas zbędnym obciążeniem, lepiej go zostawić.   - Im większa grupa, tym łatwiej będzie nam przetrwać. No dalej, pomóż mi. My cię rannego na stepie nie porzuciliśmy.   Jegor się przemógł, zrobili tak, jak ustalił Seweryn. Oparli na nieprzytomnego strażnika o ścianę. Klepnęli go po parę razy po policzkach, by nieco przywrócić mu kontakt ze światem. Strażnik mruknął parę razy i uniósł leniwie powieki. Rozglądał się chwilę, nie rozumiał zbytnio co się dzieje, dopiero co był na warcie, ktoś otworzył szczelinę i ostatnie co pamięta to dźwięk szurania i płynący mu przed oczyma sufit.    - Zostałeś porwany i uratowany, teraz musimy się stąd jak najprędzej wynieść - wyjaśniał Sepentrionowi Jegor, postanowił zachować szczegóły masakry w kopalni dla siebie.   - Pułkownik pewno mnie zleje za obijanie się, długo tu siedziałem?   - Zbyt długo, rusz zad!   - Chwila, ale wy jesteście więźniami. Jakim prawem mi rozkazujecie?   - I jesteśmy uzbrojeni, więc wstawaj jeśliś oleju we łbie nie utracił.   Nowy towarzysz coś pomamrotał pod nosem, lecz wkrótce ruszyli dalej w głąb jaskiń. Ku ich niezadowoleniu, poziom groty schodził pochyło w dół. Szli powolnym krokiem, zważając na każdy szmer. Powietrze zrobiło się nadwyraz duszne, ale czy to przez strach, czy wszechobecny śluz mrówek, żaden nie chciał przed sobą przyznać. Uratowany Sepentrion począł z wolna odzyskiwać równowagę, coraz pewniej stawiał kroki. Umysł otrzeźwiał mu się coraz bardziej z każdym pokonanym metrem.    - Jak cię zwą? - zaczepił strażnika Seweryn.   - Arkadij.   - Słuchaj Arkadij, mam nadzieję, że pojmujesz w jakiej sytuacji się znajdujemy?   - Nie pamiętam zbyt wiele.   - Jesteśmy w jądrze niebezpieczeństwa, musisz odpuścić swoje dawne nawyki i słuchać nas, jeśli chcesz przeżyć.   - Mam się bratać z Lechitą? Za żadne klejnoty Cara. Czuję wasze zimne lufy na karku, tylko dlatego z wami podążam. Poczekajcie tylko, aż dotrą do nas posiłki, doigracie się za pojmanie sepentriońskiego sołdata.   - Odpuść, to nie ma sensu - wtrącił Jegor, nagle wytrzeszczył oczy i zawołał do towarzyszy - stop!   Tuż przed nimi zionęła niezgłębiona otchłań, szeroka wyrwa w ziemi, która niemal pochłonęła ich podczas marszu. Chyląc łuczywa nad przepaścią, nie sposób było dostrzec jej dna, dało się jednak zauważyć przeciwległy brzeg, urywający się stromo spadającą ścianą. Jegor poburkiwał niezrozumiale pod nosem i rzekł wkrótce do reszty.   - Powinniśmy dać radę to przeskoczyć. Ja pójdę na pierwszy ogień, skaczę z was najlepiej i pomogę wam utrzymać się na drugiej stronie. Drugi niech skoczy Arkadij, jeszcze trochę kuśtyka i trzeba go asekurować - podszedł blisko Seweryna i szeptem rzekł mu do ucha - i pilnuj go, by nie zwiał.   Po tych słowach Jegor przeciął powietrze i bez problemu znalazł się na przeciwległym brzegu urwiska. Obrócił się na pięcie, kazał Arkadijowi szykować się do skoku. Sepentrion zrobił drobny i niezgrany rozbieg, mięśnie jego nóg jeszcze się na dobre nie rozbudziły, tor jego lotu zataczał ostry łuk w dół. Przed oczyma mignął mu tylko bury bohomaz skał, zderzył się ciałem ze ścianą, lecz w tej samej chwili Jegor chwycił jego miotające się swobodnie w powietrzu ręce. Wciągał oszołomionego Sepentriona, nagle, gdy ciało Arkadija znajdowało się już niemal w całości na stałym podłożu, spory kawał skały ukruszył się pod ciężarem dwóch mężczyzn. Jegor uskoczył przez zawalającą się ziemię, ciało Arkadija znów wisiało. Ataman skupił w sobie całe siły i jednym szerokim ruchem przyciągnął strażnika do siebie, tym razem bez przeszkód.   Seweryn stanął przy krawędzi, jego skok nabrał dodatkowych trudności. Trasa znacząco się wydłużyła przez skruszenie się skały. Kapitan kręcił głową w beznadziei, mógł się tylko cofnąć i poszukać innej drogi, w samotności.    - Nie dam rady przeskoczyć, szczelina zrobiła się zbyt szeroka - krzyknął do Jegora.   - Musisz, nie mamy innego wyjścia.   - My?   - Bądź co bądź, potrzebujemy się wzajem. To jak, zaufasz mi?   - Nie mam innego wyboru.   Gdy to mówił, cofnął się o parę kroków, zrobił tak mocny rozpęd, jak tylko mógł. Powietrze gładziło go po skurze, gdy szybował tuż nad przepaścią, nie czuł kompletnie żadnej materii pod podeszwami baczmagów. Dłoń trzymał otwartą, wysoko w górze, strach tym razem nie zamalował mu twarzy. Z gruchotem zbił się ze ścianą, czuł mocny ścisk na przedramieniu, on także zacisnął na czymś równie mocno dłoń. Linię podłoża miał przy piersi, skulonymi nogami odpierał się od skalnej ściany, jedną ręką podciągał się o krawędź przepaści, za drugą wciągany był przez Jegora.   Stanął na równe nogi, obaj mężczyźni byli zdyszani. Między nimi na podłożu, plątał się wracający do przytomności Arkadij. Jego również postawili w pionie. Szli ramię w ramię, Halyjczyk i Lechita. Sepentrion chwiał się przed nimi.   Wkrótce wkroczyli do nietypowej groty, której ściany mieniły się pod ogniem łuczywa niczym gwiazdozbiory. Ten widok z miejsca oczarował by kogoś z wrażliwą artystyczną duszą, ba nawet może i zainspirował do spisania ambitnego poematu. Lecz nie to grało w duszy obecnych tam ocaleńców, to byli zahartowani żołnierze, skupieni jedynie na przetrwaniu obecnej sytuacji. Beznamiętnie maszerowali pod gwieździstym sufitem, nie zważając na obecne tam piękno nawet na krótką chwilę.    Wtem powróciło tykanie, ale tym razem różniło się ono, było wyraźnie cięższe. Byli teraz w dość wąskim korytarzu, łatwiej byłoby się im obronić ogniem, niż w otwartej grocie. Czekali więc na impakt w najwęższym odcinku.   I wtedy z gęstej ciemności ponownie wyłonił się rój, ale Jegor odczuwał dużo większe zagrożenie. Czuł to, ale nie mógł jeszcze świadomie pojąć, z czym się musi zmierzyć. Umysł Halyjczyka rozjaśnił się w końcu, gdy przez korytarz śmignęło kilka mrówek obok siebie, a jedna większa od drugiej.    - To żołnierze! - wydusił z siebie ataman.   Chwycił za pełną butelkę alkoholu i bryznął zawartość hen przed siebie, rzucił pochodnię. Ogień buchnął niemal pod sufit, lecz tym razem kwilenie usłyszeć było można sporadycznie. Wielkie mrówki kroczyły przed siebie niepowstrzymane.   Zdawało się już, że to koniec, że tym razem trzeba niechybnie salwować się ucieczką. Mrówki przestępywały przez pląsające płomienie i były coraz bliżej. Jegor próbował się już wycofać, ale nagle na przód wyskoczył Seweryn. Wyciągnął spod kożucha zgrabioną prochownicę i cisnął ją prosto w ogień. Grzmot podobny do gniewu Peruna odbijał się między ścianami. Mrówczy łeb roztrzaskał się na drobne kawałki, gdy styknął się z eksplozją prochu.   Jegor wrócił na front korytarza, razem z Sewerynem rzucali następne wory pełne prochu, mieli ich niemały zapas z głównej jamy kopalni. Rzucono chyba z sześć prochownic, mrówcze ciała latały w strzępach po jaskini, obryzgując twarze ocaleńców rozgrzaną w ogniu krwią. Reszta roju ponownie się wycofała w głąb. Byli ocaleni.   Obaj mężczyźni dyszeli teraz przeraźliwie, ich zapasy kurczyły się z każdym starciem. Jegor ruszył już do przodu, Seweryn łapał jeszcze chwilę powietrze, a Arkadij stał cały ten czas osłupiały ze strachu. Halyjczyk zajrzał w głąb korytarza, przystawił ucho do ściany. Nie widział nic, ani nie słyszał żadnych nadchodzących kroków. Odwrócił się do towarzysza, lecz nagle bach! Coś przyćmiło mu widok, runęło na niego z sufitu, a on wierzgał się teraz na podłodze. Jeszcze jeden żołnierz ostał się, gdy próbował ominąć płomienie. Jego żuwaczki bezlitośnie próbowały zgnieść czaszkę Jegora, lecz ataman w ostatniej chwili zdążył je złapać w dłonie. Całą siłę skupił teraz w ramionach, ale ścisk żuwaczek był niewyobrażalnie mocny. Mimo wszelkich prób rozszerzenia uścisku, te zwężały się coraz bardziej. Mięśnie ramion Jegora bolały, jakby były rozrywane na strzępy. Jego kończyny wiotczały, siła go opuszczała. Nagły trzask, Jegor zwolnił ramiona i zapadła ciemność.   Otworzył oczy, wciąż leżał na ziemi. Na nim zwiotczałe truchło mrówczego żołnierza, zrzucił je z siebie. Odsłaniając sobie widok, dotarło do niego, że nad nim stoi Seweryn ze wzniesioną lufą arkebuza, jeszcze dymiła od świeżego wystrzału. Seweryn opuścił broń i wyciągnął rękę do Jegora, tamten stanął na nogi.   Niespodzianie do tej dwójki dołączył Arkadij, jego wzrok zmienił się nieco, nie przepełniała go już aż tak pogarda.    - Muszę jednak przyznać, że mości panowie uratowali mi już niejednokrotnie życie. To… jak panowie nieugięcie walczą… Proszę odpocząć, pójdę na zwiad.   Arkadij oddalił się, a Seweryn z Jegorem przycupnęli na ziemi, musieli nieco ochłonąć.   - Czemu tym razem nie działał na nie ogień? - pytał Seweryn otrzeźwiony już po akcji.   - To żołnierze, mają znacznie grubszy pancerz, do tego jeszcze nie mają gruczołów kwasowych. Robotnice używają łatwopalnego kwasu, by zmiękczać skały i drążyć w nich tunele. Przy okazji, gdy nie mogą znaleźć pożywienia, wchłaniają w ten sposób minerały. Ten kwas nie potrafi jednak trawić złota.   - Złota? A co ma złoto do tego?   - Spójrz wokół siebie, na tę grotę. Wszędzie w skale rozproszone są pyłki złota, mrówki zlepiają w samorodki i wydalają całkowicie oczyszczone. O spójrz tam w kąt! - i Jegor wskazał kilka drobnych, błyszczących kulek leżących pod ścianą.   - To znaczy, że jeśli wybilibyśmy całą kolonię, pozbawilibyśmy Sepentrionów wydajnego źródła złóż dla tej kopalni? I nie mieliby jak finansować wojny!   - Dokładnie tak.   Seweryn powstał, przestępował z nogi na nogę. Drapał się po głowie, wyglądał, jakby dostał kolejnego ataku migreny, nic jednak bardziej złudnego. Stanął nagle sztywno przed Jegorem, wziął głęboki wdech i rzekł stanowczo.    - Jesteśmy już głęboko w mrowisku, może głębiej niż powinniśmy być. Zmierzyliśmy się już kilkukrotnie z zagrożeniem, o niemało przepłaciliśmy to życiem. Mam jednak prośbę. Zejdźmy jeszcze głębiej i wyplewmy te cholerstwa do gołej ziemi. Potrzebuję twojej pomocy, sam nie dam rady. Złożę do wojewody wniosek o twoje ułaskawienie jeśli się na to zgodzisz.   - Daruj sobie swoje łaski, jeszcze nie jedno narozrabiam na stepach. Jeśli chcesz wybić całą kolonię, najłatwiej będzie uderzyć w królową. Bez matki, wszystkie mrówki pomrą w najwyżej tydzień.   - Czyli zgadzasz się?    - I tak chciałem zabrać stąd kilka samorodków, a przy gnieździe królowej jest coś znacznie cenniejszego. Wchodzę w to.   - Nie marnujmy w takim razie czasu.   - Tylko Arkadij nie może się o tym dowiedzieć, może wciąż być lojalny wobec cara i z pewnością przeszkodzi nam, jeśli coś wypaplamy.   - Racja, ale chyba wiem jak wywieźć go w pole.   I zmierzali w głąb gniazda, a na karkach czuli narastające napięcie. Wkrótce napotkali wracającego z patrolu Sepentriońskiego towarzysza, złączyli się na powrót w jedną grupę i nie zatrzymywali się już więcej. Pomniejsze korytarze przecinały się coraz częściej, główny korytarz przekształcał się w coraz szerszą jamę. W końcu jama przekształciła się w główną salę, z której wybiegały odnogi tak liczne, że przetrwańcy zapomnieli, z której przybyli. Jedno z przejść było znacznie większe od pozostałych, kończyło się ono skrajną pochyłością, oblepioną w całości śluzem o osobliwej woni. To właśnie tą drogą postanowili ruszyć dalej wojownicy. Zbliżyli się doń i spojrzeli po sobie. To był czas ostatecznych wyjaśnień.    - Arkadiju - zaczął Seweryn - nie chcieliśmy ci mącić w głowie, lecz nadeszła pora ci coś wyjaśnić. Gdy kopalnia została opanowana przez mrówki, niemal wszyscy zginęli podczas szturmu. Wszyscy poza nami dwoma. Chcemy pomścić naszych poległych pobratymców, a tam w dole znajduje się właśnie źródło całego zamieszania. Czy zechcesz nam towarzyszyć?   - Wszyscy? - głos zadrżał Arkadijowi - nie, nie mogę z wami tam pójść. To nie moja walka, to czyste szaleństwo. Ledwo sobie daliśmy radę podczas przeprawy, a tam ma być coś gorszego? Mogę dla was jednak zostać na czatach. Będę pilnował tyłów, jednak jeśli nie wrócicie do mnie w kwadrans, odejdę stąd bez was.   - Niech i tak będzie - rzekł beznamiętnie Jegor - czas nagli, pora ruszać.   Zjechali na podeszwach po stromiźnie. Zjeżdżalnia miała dobre kilkanaście metrów. Dotarli do dna, a ich oczom otwierało się leże królowej kolonii. Sama monarchini zdawała się być w uśpieniu, lecz zbudziła się, wyczuwając nadciągające, obce zagrożenie.    - Bogowie, to coś jest wielkie jak żubr! - wydukał z siebie Seweryn.   Bestia powstała na swych sześciu odnóżach. Wielka królowa poczęła szarżować w kierunku kapitana i atamana, obaj mężczyźni dobyli szabel. Seweryn uskoczył w trymiga na bok, Jegor stanął teraz naprzeciw wielkiej mrówki, mierząc ostrzem prosto w łeb. W ostatniej chwili wymachu, królowa zakleszczyła jednak klingę Halyjczyka między żuwaczki. Ataman siłował się, by wyciągnąć szablę z potrzasku. Czuł jak żyły pulsowały mu w ramionach, gdy napinał mięśnie do kresu swej wytrzymałości, magma lała się mu przez tętnice.   W tym czasie Seweryn podbiegł od boku i niestępioną jeszcze szablą odciął jedną z nóg mrówki. Ta zaryczała z bólu i rozstrzaskała ostrze Jegora. Na ten ryk wezbrało się rozległe szmeranie, tykanie patyków o kamienną podłogę. Halyjczyk nie dał się zdezorientować nagłym obrotem sytuacji, królowa wychynęła łeb w jego stronę i kłapnęła żuwaczkami, niczym dwie iskrzące o siebie kosy, tamten jednak uskoczył w prawo. Do sali ześlizgnął się nagle Arkadij.    - Nadciągają! - krzyczał wypluwając płuca - Nadciągają! Pomocy!   Sepentrion był w panice, jego twarz była jak z najgorszego malowidła. Wbiegł wprost przed rozwścieczoną monarchinię mrówek, ta znów kłapnęła żuwaczkami, a Arkadij został przecięty na pół w pasie. Krew bryznęła jak z rozbitego jajka, twarz Sepentriona zamarła, nie wydał z siebie nawet jęku bólu. Jego dwie połówki padły na ziemię poszerzając taflę szkarłatnego bajora.   Tuż za Arkadijem zbiegło się kilku mrówczych żołnierzy. Jegor odwrócił się gwałtownie. Wypalił do jednego z potworów z arkebuza, z trzema następnymi musiał zmierzyć się ostrzem pękniętym.   Seweryn rzucił się natomiast na ziemię i przeturlał pod tułowiem królowej. Wstając z kolan, zamachnął się i odrąbał czystym cięciem drugą środkową nogę. Królowa nie mogła już utrzymać własnego ciężaru i padła z hukiem na ziemię, unieruchomiona. Kapitan nie marnował czasu, gdy tylko zauważył, że Jegor ma kłopoty, ustrzelił żołnierza z arkebuza i skoczył na pomoc.   Zostało jeszcze dwóch mrówczych żołnierzy. Jegor nie mógł się za żadne skarby przebić złamaną szablą przez ich pancerz. Wtem jednak Seweryn wpadł na jednego ze stworów z uzyskanym w biegu impetem. Żołnierz wywrócił się plecami do ziemi, a Seweryn wbił sztych szabli prosto w miękki brzuch.   Została ostatnia mrówka, która szarżowała wprost na Jegora. Ataman odpędzał się resztkami klingi, lecz roztrzaskane ostrze za żadne skarby nie potrafiło choćby zarysować pancerz owada. W końcu jednak Jegor postanowił wetknąć między żywaczki potwora palące się łuczywo. Mrówka chwilę próbowała przegryźć drewniany trzonek, lecz w tym czasie Jegor odbiegł na kilka metrów, Seweryn widząc co się dzieje, rzucił wprost w ogień swoją ostatnią prochownicę. Mały worek prochu przefrunął po sali, zatoczył w powietrzu łuk i niechybnie zbliżał się do źródła żaru. Już jeden jęzor ognia musnął go lekko i nagły błysk oświetlił salę. Nastąpił huk, a łeb żołnierza rozwarł się na dwie połówki.   Zagrożenie zostało zażegnane, lecz w kącie sali kwiliła jeszcze ranna królowa. Dwaj mężczyźni podeszli do niej i gdy ta rozwarła żuwaczki w przypływie bólu, wojownicy wbili w jej gardło swe szable po sam jelec. Stwór szybko znieruchomiał i ucichł.   Kroczyli obok siebie na koniec sali. Ściana, brak wyjścia. Seweryn chciał się wycofać na rampę, lecz Jegor nie zatrzymywał się. Coś małego i białego wiło się po kątach. Jegor uniósł to przed swą twarz, było wielkości jego przedramienia i nieustsnnie się poruszało.   - To larwy mrówek? - pytał Seweryn.   - Nie inaczej.   Jegor wzniósł oburącz lawrę ponad głowę i niespodziewanie ścisnął ją w dłoniach. Przezroczysty sok wypływał z miękkiego, pomiętego ciałka, a Jegor spijał każdą kapiącą kroplę.   - Co ty wyprawiasz!? Te larwy karmione były ciałami górników, obok których pracowałeś!   - Taka jest natura, ich materia wróciła do obiego, a ja chcę znów tę energię zapożyczyć. Czy wiesz ile takie larwy muszą w sobie trzymać składników odżywczych, by wyrosnąć na takie bydle, jak tamte? Jestem wykończony po całym dniu walki, a to działa jak niezwykły otrzeźwiacz.   Jegor przetarł nadgarstkiem wyrastające spod jego nosa, wilgotne krucze pióra, kilka kropel larwiego napoju spływało mu jeszcze z warg na zarośniętą brodę. Wyciągnął zza pazuchy pustą butelkę po gorzale, podszedł do następnych larw i wycisnął jeszcze dwie. Butla była napełniona po sam korek przezroczysto zielonkawym płynem.    - A to na później. Chcesz trochę?   - To poniżej jakichkolwiek norm!   - Hah - Jegor zaśmiał się pod nosem - nie umoralniaj mnie. Właśnie wyrżnąłeś całą kolonię mrówek na swoje widzimisię. Ja po prostu też chcę coś z tego mieć. Niejeden szlachcic z zachodnich stepów zapłaci mi fortunę z choćby naparstek tego napoju.   - Robiłem co musiałem dla swej ojczyzny, by na tych ziemiach mógł panować spokój i porządek. Ty z kolei nie kierujesz się absolutnie żadnymi zasadami poza własnym dobrobytem.   - Porządek? Zasady? Czy nie widzisz do czego one prowadzą? Tam ponad nami, wznosi się obóz ciemiężców, czy takiego porządku szukasz? Rygoru?   - Istnieje jednak umiar. Nie wszystko musi być sprowadzane do ekstremów.   Dudniący szmer przerwał im niespodziewanie rozmowę, nie byli pewni skąd dobiegał. Czy po drugiej stronie ściany była jeszcze jedna komnata? Czy coś nadbiegało z rampy?    - Mniejsza z kłótniami - uciął Jegor - coś nadchodzi i powinniśmy się stąd jak najszybciej ulotnić.   Ruszyli wspinać się po rampie. Lepka powierzchnia pomagała się im utrzymać w miejscu, lecz wzrastał w nich niepokój. Nie mieli już prawie żadnych zapasów, a szmer stawał się coraz bardziej donośny i rozległy. Gdy byli już u szczytu, od razu rzucili się do biegu. Kręcili się po korytarzach, raz w prawo raz w lewo, raz ciaśniej, raz szerzej, ale nigdy wstecz, gdyż szmer nie odstępował ich na krok. Znaleźli się nagle w ślepej uliczce, desperacko rozglądali się i macali ściany w poszukiwaniu szczelin. Seweryn spojrzał w górę. Na końcu korytarza znajdował się szyb prowadzący pionowo w górę.   Jegor pierwszy zaczął się wspinać. W szybie było jak w kominie, jego pierś i plecy nieustannie stykały się ze skałami. Trudno było zgiąć kolano, czasem wisiał w powietrzu, tylko dzięki sile swych ramion. Byli prawie u szczytu, jasność blado przebijała się przez sufit, lecz nagle Jegor spostrzegł, iż wyjście zapieczętowane jest lodową czapą.   - Wyjście zamarzło na kość! - Jegor rzucił informację w dół.    - Kuj sufit szablą! - krzyczał Seweryn - Szybko, są już tuż, tuż!   - Nie mam, królowa mi ją roztrzaskała.   - Dam ci swoją, czekaj!   Seweryn oparł się stopami i zadem, by nie runąć w kominie. Ciężko było wyprostować u szczytu ramiona w łokciach, a co dopiero wyciągnąć sztywną szablę z równie sztywnej pochwy. Szło to mozolnie, Pilecki co rusz musiał zmieniać ustawienie ramion, a płaz szabli niebezpiecznie prześlizgiwał mu się. Najpierw po piersi, a później po karku. Pałasz w końcu był wyciągnięty, lecz trzeba było go jeszcze podać i obrócić sztychem do góry, nie dźgając przy tym towarzysza, ani siebie. Kapitan wyprostował rękę najmocniej jak mógł, trzymał szablę za płaz, aż Jegor wreszcie złapał.    Sztych i głownia obijały się o ściany pionowego szybu. Jegor próbował obrócić pałasz raz trochę wyżej, raz trochę niżej, ale nie mógł znaleźć dość szerokiego miejsca. W końcu chwycił za sztych rękawicą, okazało się, że miejsca starczy, ale tylko tuż przy obojczykach Jegora. Ostrze niemal ocierało się o gardło Halyjczyka, a gdy już pionowo je prostował, zaciął nawet lekko skórę. Teraz jednak nie zważał na stróżkę krwi, rył z całych sił sztychem w lodzie.   Drobne promienie przedzierały się już przez czapę, szczelina nad głowami powiększała się, była już na tyle duża, by pomieścić Jegora, a więc i Seweryn się zmieści. Ataman wystawił rękę ponad jaskinię, rzucił w śnieg szablę i kurczowo złapał się krawędzi szczeliny. Podciągnął się, był na powierzchni. Podał rękę towarzyszowi, postawił go obok siebie. Rozświetlona jama ukazywała gnające za nimi chmary mrówek. Jegor chwycił szablę i wraz z Sewerynem pierzchli hen za horyzont.   Biegli chyba z dwa kwadranse, nie oglądali się, w końcu jednak i halyjski hart ducha się wyczerpał i Jegor przystanął, odwrócił się do zostawionych przez nich na śniegu śladów. Nie widział nic, prócz okalających ich drzew.    - Chyba je zgubiliśmy, jesteśmy bezpieczni - mówił zdyszany ataman, próbował złapać oddech.   - A co teraz? Sam w obozie mówiłeś, że jesteśmy na pustkowiu.   - Nie zostało nam nic innego, niż iść na zachód, aż do skutku. Chyba, że chcesz tu siąść, zamarznąć i umrzeć z godnością.   - Nie, godnie by było walczyć do końca.   - Też tak sądzę - Jegor rozpiął najwyższy guzik kożucha i wyciągnął coś zza pazuchy - obiecałem ci chyba zostawić coś na ból głowy. Masz, zostało jeszcze pół butelki gorzały.   - Ha! Przydałoby się czymś rozgrzać - Seweryn pociągnął łyk z gwinta.   I ruszyli wkrótcę ku zachodowi, torując baczmagami śnieg, wprost do chylącego się za horyzont różawego Słońca.
    • @violetta   Violetta …ale z Ciebie koleżanka…:( potrzebuję Ciebie a Ty sobie śpisz…:( nie wiem jak można spać :( w taką noc;) 
    • @tie-break No, sporo ostatnio chodzę po moim mieście. Albo jeżdżę bez celu autobusami. I też tak czuję, że się we mnie zapisało.  Dzięki!
    • @hollow manZnakomite :) Jak śpiewał Niemen - "mam tak samo jak ty". Miasto jest mną, a ja jestem miastem. To jeden z moich ulubionych tematów na wiersze, w których miasto to nie tylko przestrzeń życiowa, czy też wygodna metafora do wszelkich człowieczych przypadków, ale coś dojmująco ludzkiego w swojej strukturze, funkcjach, dynamice, różnorodności zachodzących w nim procesów. Miejska tkanka odtwarza to, co dzieje się w naszych głowach.
    • @violetta   gdzie jesteś Violetta?
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...