Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Zima mroźna jak na Podlasiu, choć to jest Śląsk. Nic nie wisi w powietrzu prócz siarczystego mrozu
poza tym spokój i cisza, jedynie ja idę na "szychtę". Śnieg skrzypi pod stopami, jedynie taki tylko
słyszę wkoło siebie hałas, jest późny sobotni wieczór, pośpiesznie w jednym rytmie idę na nocną
"szychtę". W domach osiedlowych w oknach migocą telewizory jak nigdy nic. Z kominów ścielą się
dymy przy ziemi, czuć swąd. To mnie nie zraża, wręcz przeciwnie podoba się gdy palę papierosy.

Na przystanku autobusowym żadnego człowieka, jedynie po drugiej stronie ulicy dwóch pijaczków
za węgłem restauracji: "Pod Kasztanami", ledwie utrzymują się na nogach. Im "szychtą" będzie
łóżkiem? Mnie za godzinę nocka spędzona na poziomie: - 300 - [ 650 metrów pod ziemią ].
Przyjechał przewóz na przystanek, wsiadam do przewozu, w nim kilku kamratów jedynie, bo to nie
jest przewóz z KWK "Ziemowit", a od mego pracodawcy PRG Mysłowice.

Na kopalni prawie pusto tylko sami górnicy z PRG Mysłowice przed zjazdem na 22.00. Już zjeżdżamy
pod ziemię - szybem winda pędzi, równowagę utrzymują prowadniki, opór powietrza smaga po
roboczym ubraniu i raz po raz krople słonej wody biją po twarzy jak za karę - obryzgując ją, jak za
wyrok jakiś, czy za poniżenie gardząc ziemskim człowiekiem, że sięga poza naturę i ponad naturę.
https://plus.google.com/photos/103276734392610294633/albums/5415855263512013009/5425956586846096370?banner=pwa&pid=5425956586846096370&oid=103276734392610294633
Na dole idąc wentylacyjnym chodnikiem - powietrze przewiewa ubranie, a nawet i duszę. Noc na
powierzchni tym co mogą spać. Na dole dzień tym co muszą harować. Tam i tu ciemno, a różnica nie
do porównania, lecz rozumie tylko ten kto przeświadczył się na własnej skórze. W miejscu, gdzie
strop zacisnął chodnik tak, że trzeba przechodzić na kuckach, tu najbardziej boję się o życie.
Ale kogo prócz mnie to obchodzi, gdy w tym miejscu nie ma już Boga. To któż ciebie chłopie obroni,
jeśli sam się nie obronisz?! Najgorzej w tym czasie pomyśleć jest, że w tym miejscu w tej chwili
strop może zacisnąć się i zawalić nas na amen?! Tak pomyśleć to nawet z samej wyobraźni oszaleć
można lub co najmniej dostać "pietra" i już nie wrócić na dół. Otóż są i tacy, którym obraz tego
nieludzkiego miejsca jest straszniejszym od myśli, choć to nic nie ma wspólnego ze śmiercią.
Tacy już nie wracali na dół drugiego dnia, choć to nic nie ma wspólnego z tym, że: "drugi raz nie
wchodzi się do te samej rzeki". W miejscu roboty, [ nie pracy ] ciemno, głucho, hałas maszyn
górniczych i źle jest, jak po kacu alkoholowym, albo papierosowym lub z niewyspania się.
Ale tutaj na dole robota jest dla twardzieli, a nie dla "świrów", a tym twardzielem może być nawet
i mięczak, ale nie "świr". Wręcz przeciwnie tutaj tylko może być tym twardzielem mięczak, bo "świr"
tutaj nie przyjdzie. Kim kto jest prawda pokazuje tutaj, gdzie "ki diabeł"nawet chowa się po wnękach,
gdzie ciężar ziemi czuje się na karku i tutaj, gdzie nawet sam Bóg nie pomoże, bo Go tutaj już nie ma.
A więc jak kiedyś mawiał stary "baca": "Wierz w Boga, ale Bogu nie wierz!" - doradzając turyście,
który szedł w góry. Tutaj jest jeszcze gorzej, skoro nie ma dokąd uciec; nie ma gór, nieba, nie ma
chmur, tylko ciężar ojczyzny nad głową i nad górniczym karkiem. Nie ma okien tylko ociosy*, strop
i jedynie droga odwrotna, która też może się w którymś miejscu zawalić?! Idąc do przodu zawsze
napotyka się czoło chodnika, które przez Naturę 3,5 miliarda lat temu w skałę ukształtowało się
i stawia dzisiaj ludziom twardy opór. Chcesz mały człowieku mnie uszczypnąć, ugryźć, zdobyć to
kuj mnie, wierć, wysadzaj przez Alfreda Nobla wynalezionym dynamitem, aż mnie urwiesz - trochę
skały, może wtedy staniesz się mniej ludzkim, a za to więcej małym człowiekiem. Dynamit rwie
skały - zamieniając na urobek* - w nim miał i kamieni zwał, to jest siła rozumnego człowieka,
którego nie przyszłość czeka, a jedynie jeden metr do przodu w skale. W płucach dym i smród po
odstrzale dynamitu, duszność i słodkość w ustach. Na starość ser na płucach! A więc na świecie
musi być porządek, tylko nigdy nie mogą być wszyscy równi, bo nie będzie komu żyć i walczyć o
przetrwanie, kiedy jeden będzie zwalał na drugiego, że ty to rób, bo ja jestem równy tobie!
A równy jemu, będzie mówił, że jest równy jemu i nie będzie robić komu! Lecz prawda jest tylko
jedna, że umrzeć wszyscy musimy z taką różnicą, że nie w jednym czasie. Ale w razie zbrojnego
konfliktu - wojny pierwsi iść na śmierć zawsze muszą chłopi i robotnicy w ludzkiej masie.
W czasie cyklu roboczego, pot ze skroni ścieka strumieniami, do tego na plecach koszula mokra,
jakby zza węgła oblał mnie szatan jakiś podstępny. A kiedy ze stropu piaskowcem sypnie na plecy
staje się nieprzyjemna mieszanka na mokrej koszuli i na spoconej skórze. Ale kogo to obchodzi,
kiedy na powierzchni cisza przed burzą tylko z tym, że nikt o tym nic nie wie prócz wojskowych
wtajemniczonych. Tymczasem robota wre jak nigdy nic - te sam bóle - te same cierpienie - ten
sam codzienny pot - ta sama męka - ten sam uśmiech i ta sama radość, myśli czy pragnienia z taką
różnicą, że 650 metrów pod ziemią. Ale złośliwy powiedziałby: "Każdy ma taki los, na jaki zasługuje".
Powiedziałbym, że jest w tym prawda i nie prawda: wszystko zależy od myślenia i od sytuacji w
jakiej dana osoba się znajduje. Będąc w chodniku -300 = 650 metrów pod ziemią wydrążonym
przez człowieka, który jest panem Natury, przynajmniej tak mu się wydaje, może w każdej chwili
zginąć, jak marna glizda przywalona ciężątem Natury, kiedy mały człowiek ją drąży!... Jaki to strach
pomyśleć, a jednak my kamraci tutaj jesteśmy i jak rozumne krety gwałcimy uśpioną od 3,5 miliarda
lat Bożą Ziemię... Z biegiem końca "szychty" - cyklem wyrwano Ziemi Naturze jeden metr chodnika
drążąc do przodu - zabudowując przed spadaniem górotworów. Tym samym, mając świadomość
wykonania swojej roboty za wzorową i wypełnienia wytycznych z założenia przełożonych.
Z tą dumą, a jeśli nie dumą to z pewnością świadomości wykonania swego zadania, wracamy pod
szyb na szczęśliwy wyjazd na powierzchnię ku życiu, ku ludziom, ku Bogu i ku niebu, aby dotrzeć
do domu i spocząć w łóżku odpoczynku. Wyjeżdżamy windą niepewności, choć zawsze jest więcej
pewności przy wyjeździe, niż przy zjeździe, że dzięki Bogu następny dzień, noc przeżyło się szczęśliwie
i z pełną uciechą w duszy i w sercu, ślubów i śmierci, po prostu tam, gdzie radością wszystko stworzył
Bóg, nie jak na dole i nawet w windzie człowiek. Na dole ciemno, głucho, głośno, strasznie, śmiertelnie,
niebezpiecznie i martwo.

Na powierzchni zima - mróz -15 stopni Celsjusza. Na dole +30 stopni Celsjusza, a więc z różnicą +45
stopni Celsjusza w porównaniu do temperatury w przodku*. A kiedy z łaźni wyjdzie się na dwór -
od razu włosy zamarzają na głowie! Trzeba być hartem, żeby nie przeziębić się. Ale kogo to obchodzi
prócz mnie. Masz człowieku tak jak sobie wybrałeś, albo tak, jaki twój los tobą pokierował. Kogo to
obchodzi, że tak jest. Wracając do domu na pół śpiący po nocnej "szychcie", w przewozie przeciąg,
jak przy wentylacji. Przecież w sumie jest mroźna zima i w dodatku świta porankiem niedzielnym na
dzień dobry 13.XII.1981 roku. Szukam miejsca, gdzie przynajmniej czuć trochę ogrzewania w przewozie.
Tymczasem oczy zamykają się same i nawet rozklekotany przewóz nie rozprasza do drzemki.
Można zasnąć nawet na stojąco, aby tylko odwrócić uwagę skupienia. Robota w kopalni pod ziemią
robi swoje, w dodatku była nocna "szychta". Nie ma twardzieli, kiedy jest się żywą istotą. Twardziele
są tylko w barze pod wpływem alkoholu i na stadionie piłkarskim. Po "szychcie" w człowieku jest
zmęczenie i sen na czas ten.

Wysiadając w miejscu zamieszkania na przystanku autobusowym przy restauracji: "Pod Kasztanami"
w ludzi pusto, cisza, a tylko słychać jak zima oddycha... I choć widnieje porankiem, osiedle tętni tym
samym żywiołem jak przed "szychtą" z tym, że o poranku mróz silniejszy, jest bezwietrznie - dowodem
tego dym kłębiący z kominów przy lampach ulicznych i przy przy zmarzniętym śniegu. Prócz tego cisza
tylko coś wisi w powietrzu!?

Wchodząc na stancję stało się z zimna na dworze tak ciepło i przytulnie aż strzęsło mnie z tej tak
miłej na dobre sytuacji dla organizmu. Przed snem co może zjeść kawaler sam siebie żywiący?
A mianowicie kilka pajd chleba do tego pręt kiełbasy, która suszyła się między żeberkami centralnego
ogrzewania i herbatą popijając wody zagrzanej na grzałce elektrycznej. Po tym z pełnym żołądkiem
i z wysiłkiem nocnej "szychty" na grzbiecie miłe tylko łóżko jak sen, który zamyka oczy. A jeszcze do
tego i przy tym gra szpulowy magnetofon z którego tylko do mego ucha dochodzi muzyka: "AC/DC" -
choć tak twarda i dynamiczna, zarazem usypiająca jak narkotyk po nocnej "szychcie". I tak z tym
usnąłem - smacznie śpiąc od 7. rano - do samego południa niedzielnego w dniu 13.XII.1981 roku.
Budząc się w samo południe - załączam telewizor, który kupiłem za zarobione pieniądze w kopalni.
Co się dzieje? Same szumy na ekranie żadnego obrazu! Po jakimś krótkim czasie przychodzi gospodyni
stancji, pytając: - Czy u pana odbiera telewizor? Odpowiedziałem: - Nie! Byłem załączyłem, ale nie
ma obrazu, tylko same szum i śnieg na ekranie! Gospodyni: - U mnie tak samo! Ja: - To nie wiem
co jest? Z tym przeświadczeniem - po tej rozmowie, gospodyni zeszła na dół do swoich niedzielnie
południowych zajęć. Po tym w jakiś czas, po nasłuchaniu się piosenek wcześniej nagranych na
szpulowym magnetofonie, załączam telewizor i... ciągle gra hymn mojej Ojczyzny!... Po pewnym czasie
ukazuje się generał Jaruzelski - wygłasza do rodaków swoją przemowę, a raczej nakazy dyktatorskie
o stanie wojennym w naszym kraju! I z tym jakie są tego założenia, regulaminy, konsekwencje i w
końcu zmiany: [url]http://www.youtube.com/watch?v=IG4SbX26G60[/url]
Tak było! Jak dobrze tym, którzy nie pamiętają tego dnia.
[url]http://www.youtube.com/watch?v=TroenoOkXHo&feature=related[/url]

Na dzień dzisiejszy niektórym jest jeszcze gorzej, mimo mamy wolność. Grudzień 2009 rok.

Objaśnienia: ociosy* - z gwary języka górniczego śląskiego na język zrozumiały po prostu ściany.
urobek* - zwał piaskowca lub węgla po odstrzale górniczym - po prostu potocznie kupa ziemi.
w przodku, przodek* - po prostu chodnik, wyrobisko na dole w kopalni.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Waldemar_Talar_Talar Dziękuję za szczery komentarz, bo to wszystko prawda. Cóź mogę powiedzieć.. Trzeba nieustannie dbać o to, żeby w merytoryczny i przystępny sposób przekazywać wiedzę kolejnym pokoleniom, żeby wiedziały więcej.. żeby np. rozumiały PRAKTYCZNĄ część zastosowania "nudnej" historii, a mianowicie, iż historia to dziennik zdarzeń, który wykorzystany w odpowiedni sposób pozwoli oszacować przyszłość. Najciekawsze w tym jest to, że pisze to człowiek, który raczej ukochał przedmioty ścisłe: matematykę, fizykę, chemię, biologię, etc. ;) Pozdrawiam serdecznie! J. J. Zieleziński   @Poet Ka Jest mi bardzo miło, że mój skromny wierszyk się Tobie spodobał Poet Ko :) Pozdrawiam serdecznie! J. J. Zieleziński   @Berenika97 Mam dokładnie to samo zdanie. Uważam, że jako Polacy posiadamy na tyle intelektu i sprytu, że powinniśmy to wykorzystać. Nie na darmo słowo wywiad i kontrwywiad po angielsku to odpowiednio: inteligence i counterinteligence. ;) Dziekuję za przepiękny, rymowany komentarz, który mógłby być doskonałym uzupełnieniem tegoż wiersza. Bardzo to doceniam Bereniko. Pozdrawiam serdecznie! J. J. Zieleziński      
    • porwane w ry- trzepot lekkich skrzydeł w wietrze nawzajem przycią- wpadają w quasi-śnieżny puch w impecie zaginają sobie skrzydła skra, rzucona w ogień zapalniczka słońce najcieplejszego dnia w tym roku smugi jak opatrzność bo- stęk połyka jej sapiący oddech pot to rosa miłości skraplana z trudnej do wdechu, ach, pa- pary, pary.. w powietrzu... smuga jego cienia ledwo widoczna z zniknęła jacy oni muszą być czer- jej skrzydło muska jego skrzydło tracą na chwilkę swe impety on ucieka, od tego, że goni ona goni, za tym by uciekać gorący wiatr po- porywa ziarnka piasku na rzęskach osiada więcej puchu za słabe skrzydła by je złamać trzeba by je zmiąć, czy podrzeć wir..zakręcił        ...nie nie widzę nie widzę cię a wiszę, wiszę kiedy ćmy wskakują w ognie wskaż mi dro- gi, drogę, drogi, drogi zderzenie samymi paliczkami odrywa z obu część energii aż padną oboje na ziemię   ============ dla najlepszego efektu sugeruje się, aby osoba recytująca wykonywała w międzyczasie deskę.
    • Zamknięty na pustej łące. Uwierzył. Ma przy sobie śniadanie, lecz usłyszał, że odczuwa głód. Uwierzył i opada z sił. Cisną go buty, chociaż idzie na bosaka. Też uwierzył. Pada deszcz, lecz nie może zwilżyć ust. Kolejny raz uwierzył. Ma dziesięć centymetrów wysoka, a trawa cholernie wysoka. Tak rzekł Głos.   –– A on uwierzył? –– Skąd wiedziałeś? Prorokiem jesteś? –– Jestem mówiącą małpą. Wierzysz? –– Wierzę. –– Akurat… zwierciadłem. Wierzysz? –– Wierzę. –– Cholera jasna. Czy jest coś, w co nie wierzysz? –– Tak. –– Co? –– Nie wierzę, że mógłbym w coś nie uwierzyć. –– To jest sprzeczność. –– Wierzę, że nie jest. –– Hmm… a zatem nic dziwnego, że jesteś... kim jestem.   ***   –– A kim jesteś? –– Tym, w co wierzysz. –– A w co wierzę? –– Skąd mi wiedzieć, konkretnie w co? Jestem wszystkim. –– Jak to wszystkim? –– Skoro wierzysz we wszystko, a ja jestem tym w co wierzysz, to jestem wszystkim.   –– Nie chce wierzysz we wszystko. Chce mieć wybór. –– Trudna sprawa. Szczególnie dla ciebie. Kolejna sprzeczność. –– A wiesz, że zawsze kłamię? –– Skoro powiedziałeś prawdę, że zawsze kłamiesz, to nie zawsze, bo przed chwilą nie skłamałeś. A jeżeli skłamałeś, że zawsze kłamiesz, to też nie zawsze kłamiesz. –– Ale wierzę, że kłamię. –– Czyli nie we wszystko wierzysz, bo w niektórych kwestiach mogłeś mnie okłamać? To ja już nie wiem, kim jestem. –– Wierzę, ale to nie zmienia faktu, że przez to zmienię realny świat. Pozostanie takim jakim jest faktycznie. Moje wierzenie lub nie, tego nie zmieni. –– Zatem dla każdego innym, w zależności od kontekstu, związanego z jego pojmowaniem świata. Czyli każdy ma swoje małe światki, z którymi się boryka w jednym dużym, takim samym dla wszystkich, w sensie niezmiennych zasad. –– Niezmiennych? Czy aby na pewno? Wierzę, że nie.   –– Skoro wierzysz, że potrafisz kłamać, to nie wiem, czy mogę ci zaufać? –– Nie możesz. A wiesz dlaczego? –– Wiem. Bo ty sam sobie nie ufasz? –– A ty? –– Nie można do końca ufać teatrowi, w którym gra się główną rolę. Kurtyna może być podniesiona za wcześnie. –– Lub za późno zasłonić nasze przedstawienie, przed publicznością. –– Chyba, że jej nie będzie. –– Ważne, by mieć dystans do samego siebie i wciąż ten dystans pokonywać, czasami na bieżni autoironii, co daje zupełnie inna perspektywę, spojrzenia na bliźniego swego i świat wokół. –– Jest jeszcze sufler. –– A co ma sufler do tego? Wierzysz, że jest i zawsze słusznie podpowie? –– Wierzę, że trzeba nam skończyć przynudzać, bo żaden rozumny tego nie przeczyta, ze zrozumieniem.   –– Rozumny w jakim zrozumieniu? W porównaniu, do jakich umysłów? Racjonalnych, zwariowanych, roztropnych, praktycznych, szalonych, abstrakcyjnych, stąpających twardo po ziemi lub kompilacji tego wszystkiego, co wymieniłem i nieskończonej reszty możliwości –– Wierzę, że umysł nie może stąpać twardo po ziemi. –– Ale jego transporter szarych fałd, już tak. –– Chyba, że się poślizgnę na własnej pewności, bo za gładko. –– Pewności czego? –– Wszystkiego w co wierzę, że uznaję za pewne. –– Na przykład życia po tym, jak zwalisz… –– Kupę? –– Nie. Kopnę nogą w kalendarz, a kołek w ścianie, za bardzo przerdzewiały? –– To akurat nie jest pewne, to całe: po tym, aczkolwiek możliwe. Na to nie mamy żadnego wpływu. Pozostaje jedynie cierpliwie czekać i tu akurat jest pewność, że każdy doczeka swój rozkład jazdy. –– Dokąd?   –– A skąd mam to wiedzieć? Nie byłem, nie wróciłem, a jak będę, to nie wrócę. Można jedynie domniemać, że jeżeli nic tam nie ma i znikniemy zupełnie absolutnie, razem z tym wszystkim, cośmy dokonali jako rasa ludzka, to można takie założenie, bardzo skrótowo przyrównać do sytuacji, kiedy człowiek przeżywa wiele wspaniałych przygód i nagle doznaje totalnej amnezji i nic nie pamięta, z tego co przeżył. To równie dobrze, mógłby tego wszystkiego nie zaznać i wyszło by na to samo. Szczęście nie pamiętane w nas umiera. Przestaje być szczęściem. –– Zło nie pamiętane, też przestaje nas męczyć jak diabli. Bo ta cała rasa, taka święta nie jest. I my razem z nią. Tfu! –– Ale jest czasami potrzebne w sensie porównawczym, by wiedzieć, co nas dobrego spotkało i co nam się udało uniknąć, gdyż czasami o tym zapominamy. Niezapominajki mają lepiej. Rosną i wszystko pamiętają. –– Nie wiem czy lepiej, skoro tak. No dobra. Kończmy, bo zgłodniałem. –– Chcesz mnie zjeść? A może wszystkie rozumy? –– Zgadnij w jakim zrozumieniu, jestem rozumny? –– Tak głupkowato skończymy naszą wspaniałą, jakże nowotarską dysputę? Jak tak można? Czterema razami o rozumach?   –– No przecież jesteśmy aż i tylko ludźmi. Potrafimy równie mocno miłować lub przeciwnie. Taki kogel mogel, cały czas przez los, lub nas samych mieszany. Mamy rozum, ale nie całą wiedzę, by pojąć chociażby własny umysł i nie podcinać gałęzi, na której siedzimy, od strony pnia. Już nie wspomnę o tym, co poza naszym pojmowaniem.   –– A o czym nie wspomnisz? –– Co? Długo tak będziemy siedzieć i wspólnie milczeć. Nawiążmy wreszcie jakąś sensowną rozmowę. –– A o czym nie wspomnisz? –– Co? Długo tak będziemy siedzieć i wspólnie milczeć. Nawiążmy wreszcie jakąś sensowną rozmowę. –– A o czym nie wspomnisz?...        
    • @Na liniach czasu   lato z miodem   niebo z konstelacjami gwiazd   łąka złocista od kwiatów    lgną i tak przenikają się   jak miód na tej kromce chleba     dając smak ciepłych miesięcy   i kwiatów w słońcu stopionych
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...