Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

widać, że łaskawym był czas
gdy z dzieci-kwiatów przedzierzgali się w rodziców-chwasty

błysk jej koronki i jego sygnetu skrzyżowały się nad menu
zapadł wyrok - vegetariana
i przeglądali tak na wylot raz ser raz swoje życia
nie wychylając się poza widnokrąg ciasta

napis ssang yong na kluczykach zdradza miłośników
dalekowschodniej estetyki hare kriszna
przeciwsłoneczne litery gabbana potwierdzają
autentyzm podróbki

zmierzyła mnie przyciemnionym szkłem znad widelca
uśmiech zastyga w obawie o trwałość kilkudniowej warstwy

a on - biedny blady milczący
satelita wokół królowej słońca
ale ładny taki wymuskany był

jego wzrok lotem koszącym próbował pozbawić mnie kiecki
to spojrzenie miało jednak klasę - napinało guziki
tak sobie pomyślałam (a lubię sobie czasem pomyśleć)

cóż warte by było życie bez kawy i lat siedemdziesiątych

Opublikowano

"chwile popijane kawą", które działają na wyobraźnię. Fajna treść, podoba się.
Czytając, pomijałam drobiazgi, /ukośniki/.
(...)
"i przeglądali /tak/ na wylot raz ser raz swoje życia
(...)
/ale ładny taki wymuskany był/ . . . ten wers, niekoniecznie, dla mnie
(...)
tak /sobie/ pomyślałam (a lubię sobie czasem pomyśleć)"

Pozdrawiam.

Opublikowano

Przekładając na prozę... widzę taki obrazek, kawiarniany pewnie.
Starzy hipisi z długimi włosami i zaprzeszłymi ideami. Archaizm, wywołujący zainteresowanie, wręcz zdziwienie wśród innych gości, poprzez odmienność.
Fajnie uchwycona chwila w przerwie między łykiem kawy, a letnią obserwacją chmurek nad kawiarnią.
Podoba mi się poprzez inność tematyki.
Pozdrawiam serdecznie popijając letniawą już kawę

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...