Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Kiedy nie mogę zasnąć, liczę długi. Liczę długo i o śnie mogę zapomnieć. Zapalam nocną lampkę, opieram się na łokciu, zerkam na uśpioną Czesię, potem idę do kuchni na papierosa. Siedzenie i gapienie się w okno niewiele wprawdzie pomaga, ale przynajmniej nie muszę się obawiać, że podczas wiercenia się na łóżku, obudzę żonę. Ona o niczym nie wie, jest przekonana, iż wyszła za faceta z głową na karku i cały ten luksus po prostu jej się należy. Wypalam pół paczki, wypijam kilka kaw, cały czas licząc. Urząd Skarbowy – 17 500 zł. Kwota główna. Do tego 14% odsetek karnych w skali roku. Jedyna pociecha, że już nie 40%, jak parę lat temu. ZUS – 21 430 zł. Za mnie, za Tadzia Paupera, za panią Zosię z sekretariatu, magazyniera i portiera na pół etatu. Banki – 13 400 zł bez odsetek, skutek nie spłacanego od dwóch miesięcy kredytu, 2800 zł debetu, 3250 zł z tytułu używanych kart kredytowych, 1340 zł raty leasingowej za naszego vana. 125 000 zł bez odsetek rozmaitym kontrahentom handlowym, telekomunikacji, dostawcom i usługodawcom. Tyle z grubsza, jeśli chodzi o bilans firmy. A z domowych dodatkowo za telefony, ogrzewanie, szkołę dzieci, kurs językowy za granicą, fitnesy i solaria Czesi, mojego golfa, konie i strzelnicę – razem ze 12 000.



Kiedy mam obliczoną całość, doliczam odsetki. Kilkaset złotych dziennie, co noc inna, coraz wyższa kwota. Łykam kilka tabletek na uspokojenie i wracam do łóżka. Niepotrzebnie. Kwadrans potem wstaję znowu i wracam do kuchni. Dym gryzie w oczy. Wietrzę, licząc przechodniów na parkingu przed blokiem. Ale co to za liczenie do trzech, czterech, pięciu? Nigdy nie mogę wypatrzyć ich więcej. Biorę z przedpokoju mój wielki portfel i zabieram się na oglądanie kart kredytowych. Dawno powinienem je pociąć, ale mi żal, bo bardzo je lubię. Najbardziej złotą Citybanku ze zdjęciem posiadacza. Jaki byłem wtedy dumny! Uśmiecham się lekko na fotografii, głowę trzymam wysoko, w moich oczach widać iskierki marketingowego geniuszu. Dalej oglądam Master Card, która służyła do robienia zakupów, American Express od płacenia w restauracjach, VISA od płacenia zagranicą, Lukas od zakupów AGD, różne VISY Maestro i Electron z dostępem do iluśtam kont firmowych i osobistych w 18 bankach. Wszystkie nieważne, bo albo zadłużone, albo bez środków, albo zajęte przez komorników. Te mniej ulubione oglądam na końcu. Ochłapy jakieś: lojalnościowe BP Partner, Vitay, Geant, rabatowe na noclegi, do zakupów w Świecie Książek i tak dalej.



Kiedy kończę oglądać karty, jest dopiero pierwsza, druga w nocy. Zaparzam trzecią kawę, wyjmuję kolejną paczkę papierosów i zastanawiam się, jak to wszystko, do cholery, mogło się stać. Tadzia Paupera poznałem w kasynie, gdzie obaj bezskutecznie próbowaliśmy wydrzeć ciotce Fortunie trochę sadła z boku. Tadzio przegrywał na ruletce, ja traciłem resztki ostatniej wypłaty przy Black Jacku. Wypiliśmy po parę drinków i od słowa do słowa, zostaliśmy przyjaciółmi. Tadzio robił interesy na wielką skalę, ale prześladował go pech. Trzy z czterech ostatnich jego firm zbankrutowały, czwarta była na żonę i choć prosperowała świetnie, on nic z tego nie miał, bo akurat zażądała rozwodu. Jeszcze tej samej nocy zgadaliśmy się, co do ewentualnej współpracy i natchniony osobowością Tadzia, porzuciłem ciepłą posadę na rzecz bycia samowystarczalnym biznesmenem. Plan był arcyprosty. Wypatrzyliśmy starą postkomunistyczną fabryczkę państwową i korzystając z kredytu, który zaciągnąłem pod hipotekę domu rodziców, nabyliśmy ją okazyjnie. Wcześniej wyczekaliśmy trzy przetargi, na które mało kto się stawił i dopiero wtedy zaproponowaliśmy naszą cenę. Tak powstała Hurtownia Detalu. Szybciutko przerobiliśmy hale na magazyny i zaczęliśmy rozglądać się za potencjalnym producentem Detalu, który mógłby zaoferować wiele za niewiele. Znaleźliśmy kilku, ale wybraliśmy jednego, żeby stać się autoryzowanym dystrybutorem. Na początek dostaliśmy całego tira Detalu i trzy miesiące handicapu na dokonanie zapłaty. Z kredytu hipotecznego zostało trochę grosza na reklamę, więc zaczęliśmy wybrzydzać i negocjować, aż udało się wydrzeć bandyckie upusty w telewizji, prasie i na bilboardach. I kampania poszła na całego. W ciągu tygodnia ustawiła się pod Hurtownią istną kolejka zainteresowanych, przez co musieliśmy wziąć na słowo honoru następne cztery tiry. Producent Detalu był zachwycony. Przed terminem zapłaciliśmy za pierwszą i drugą partię towaru, z każdym miesiącem podwajając zamówienie. Przez nasze konta płynęły strumienie gotówki, którymi chlapaliśmy się do utraty przytomności. Najlepiej zapamiętałem moją pierwszą wizytę w salonie firmowym znanego projektanta odzieży. Kupiłem od razu trzy garnitury i sześć koszul. Panie ganiały koło mnie, jak gdybym wydobywał ropę. Dostałem gratis kilka krawatów i pokrowców na garnitury, otwierano mi drzwi i strzepywano pyłki z płaszcza. Podczas obiadu w pewnej trattorii jakiś cudzoziemiec zachwycał się moim nowym garniturem i tym jak świetnie na mnie leży. Powiedziałem mu, że chwilowo nie daję dupy, ale chyba nie zrozumiał. W ogóle zakupy, obiady i wyjazdy służbowe odpowiadały mi najbardziej. Hurtownią opiekował się już wówczas pełnomocnik Zarządu, a my z Tadziem rozmyślaliśmy na tym, jak najlepiej zainwestować nasze pieniądze. Podczas trzeciego wypadu do Tunezji, Tadzio wpadł wreszcie na odpowiedni pomysł. Wracał właśnie z trzema prostytutkami z barabara na plaży, kiedy poznał właściciela sklepu z pamiątkami, który robił wielką kasę na gościach hotelowych. Od słowa do słowa Tadzio z Ahmedem ustalili, że wybudujemy fabrykę odzieży i będziemy wysyłać koszule na eksport, bo produkcja na eksport nie wymaga cła. Po dwóch tygodniach picia, palenia marychy i seksu z arabskimi małolatkami, mogłem już tylko kiwać na wszystko głową i uśmiechać się radośnie. Ałri Kasperciak – gud trainer, president Ben Ali- super, Tiunizi – fatntastik, wotr fijje, jor gyrls – de best, biznes isi fasil.



Kiedy wróciłem do kraju, zacząłem dokonywać stosownych przelewów, a Tadzio miał zadbać o status polsko-tunezyjskiej spółki o dźwięcznej nazwie Pol-Tun Textil. Od razu zamówiłem podwójną ilość tirów od Producenta, żeby wystarczyło środków na spółkę-matkę i nieodrodną córkę. Później musiałem zająć się domem, żoną i dziećmi, bo rodzina widywała mnie rzadko. Koniecznie chcieliśmy mieszkać w mieście, więc zamiast domu na wsi, zafundowaliśmy sobie na kredyt 100-metrowe, dwupoziomowe mieszkanie w uroczym bliźniaku na skraju osiedla. Dzieci kończyły właśnie prywatne liceum i trzeba było pomyśleć o odpowiedniej szkole wyższej. Żona proponowała Londyn, ja Paryż, a w końcu stanęło na lokalnym koledżu z pretensjami. Do tego dwa razy w roku kursy językowe w Anglii, na Malcie i w Holandii. Żona jeździła naszym starym Polonezem, ja vanem, a dla dzieci już szykowałem niespodzianki – hondę civic dla Kamila i seicento dla Jadzi, jednak warunkiem było ukończenie szkoły z wyróżnieniem. W tym czasie Tadzio dzwonił do mnie codziennie z informacjami na temat Pol-Tunu. Miałem wrażenie, że z każdym dniem coraz bardziej bełkocze. Papiery załatwione, robotnicy kończą fundmenty, mer Sousse osobście wizytje teren budwy, rrrbota nźle, bdzie dbrze, baczysz, wiesz, kchamcię, wiesz, szbko śłij dwatsiące dlrarów na wpaty dl chpaków... Posłałem pieniądze i zająłem się sprawami Hurtowni Detalu, bo akurat koniunktura słabła, a pełnomocnik spisywał się coraz gorzej. Inne hurtownie zaczynały same dowozić towar klientom, obniżać ceny i pewnego dnia kolejki przed bramą całkiem znikły. Zaniepokojony sytuacją wzmogłem wysiłki reklamowe, ale niewiele to zmieniało.



Kiedy dwa dni po ostatnim przelewie, Tadzio zadzwonił po następny, zaś rachunek od operatora komórkowego przekroczył 5 tysięcy, postanowiłem działać. Nie bawiłem się w czartery, tylko wybuliłem kartą kredytową za samolot rejsowy, w Tunisie wziąłem taksówkę i w ciągu kilku godzin byłem w Sousse. Tadzia nie było w hotelu, stary Mehmet z recepcji i barman Fouzi patrzyli na mnie krzywo, w domu Ahmeda były tylko kobiety, więc nawet nie wpuściły mnie za próg. Taksówką z Tunisu pognałem na teren budowy. Wysiadłem i padłem na kolana w błoto. Zamiast postawionych dwóch pięter bez więźby, zastałem głęboki dół oraz ledwie oszalowane fundamenty. Kierowca spokojnie przyglądał się, jak beczę i wyrywam włosy. Pewnie takich idiotów widywał częściej. Całe popołudnie spędziłem na objeżdżaniu restauracji hotelowych, kasyn i burdeli. Znalazłem gnoi w plażowej knajpce w Port El Kantaui, gdzie przy suto zastawionym stole, obściskiwali jakieś panienki. Wydarłem się tak, że wszystkie ryby zwiały pod Sycylię, ale oni słabo się przejęli. Bełkotali coś, żebym się wyluzował, strzelił dwie sety i dał sobie obciągnąć. Sety strzeliłem nawet trzy, a potem pognałem do Monastiru, skąd odlatywał najbliższy samolot do kraju. Na pokładzie zamawiałem drinka za drinkiem, notując rozpaczliwie szkice ratunkowe na wypadek plajty. Jeszcze zanim sam zacząłem bełkotać, zadzwoniłem do operatora komórek i zablokowałem Tadziowi rozmowy wychodzące. Nazajutrz odebrałem mu dostęp do kont i kart kredytowych. Nie miał pewnie za co wrócić, lecz wcale mnie to nie interesowało. Od samego rana słałem faksy i e-maile, likwidując wszelkie zobowiązania wobec tunezyjskich kontrahentów, Ahmeda poinformowałem, że może sobie z tą dziurą w ziemi zrobić co tylko zechce, a mera Sousse przeprosiłem za bombastyczne zapowiedzi przyszłych sukcesów. Dzwonili do mnie na przemian, doprowadzając do ślepej furii. W końcu wyłączyłem wszystkie telefony i zająłem się sprawami Hurtowni Detalu. Szybko okazało się, że i tu wpadłem w gówno po same uszy.



Kiedy tak siedzę w kuchni i myślę o tym wszystkim, szlag mnie trafia na nowo. Płakać jakoś nie potrafię, choć łzy cały czas pchają się do oczu. Czuję się, jakbym był w więzieniu, z którego ucieczka jest tylko jedna. Niestety, ten sposób załatwienia sprawy jest mi zupełnie obcy. A to wcale nie koniec. Czekają mnie jeszcze dotkliwe tortury, zabór mienia, jakie nagromadziłem w ogromnej celi, a nawet umieszczenie w karcerze, czyli prawdziwym więzieniu. Siedzę w przeogromnej klatce i bezradnie czekam. Przez ponad rok heroicznie broniłem firmy i swojej rodziny przed zakusami komorników. Negocjowałem, podpisywałem ugody, próbowałem działać w innych branżach. Wszystko na nic. Z pustego i Salomon nie przeleje. Gdy już raz człowiek upadnie finansowo, najczęściej w takiej pozycji pozostaje. Alkoholik, narkoman, bandyta, dziwka – mają szansę się podnieść, odkreślić przeszłość krechą i spokojnie spróbować jeszcze raz. Od nałogów i braku moralności nie ma aż tak dotkliwych odsetek. W finansach każdy dzień zwłoki przyciąga następnych padlinożerców i cała ta zgraja, kąsając na zmianę, liczy, że wreszcie zdechniesz.


Kiedy już od kawy bierze mnie na wymioty, wyjmuję z lodówki Walkera albo Danielsa, a jeśli nie ma (a coraz częściej nie ma), to Wyborową lub Wyborną i popijam z lodem. Od razu polepsza mi się humor. Przypominam sobie wszystkie znajome firmy, gdzie z dnia na dzień poprzedni właściciel stał się nic nie posiadającym prokurentem, pełnomocnikiem lub doradcą, a jego żona, kochanka, córka czy brat łapali za stery. Cóż, trzeba będzie Czesię wprowadzić w arkana i mieć nadzieję, że mnie potem nie porzuci. Mieszkanie pójdzie pod młotek, a my przeniesiemy się do mniejszego. Różnicę przekażemy komornikom albo wzmocnimy konto nowej firmy. Vana wykupimy przed terminem i postąpimy tak samo. Zresztą może będzie nam musiał wystarczyć Polonez. Wracając do łóżka, zerkam na wystający z szafy rąbek nowego futra Czesi. Już nie mam siły zastanawiać się, jak ona to zniesie i jak zniosą to dzieci.


Kiedy wreszcie zasypiam, dzwoni budzik.

Opublikowano

Pierwsze wrażenie - "a co to jest, jakiś biznes plan?". Jakoś odechciało mi się czytać, ale na szczeście przeszłam do drugiego akapitu i wszystko powoli zaczynało nabierać sensu.
Świetnie uchwycona beznadziejność sytuacji, w jakiej się znajduje bohater. Aż mnie się udzielił ten nastrój.
Ciekawe i nietuzinkowe opowiadanie.

Gratuluję i pozdrawiam,
Marion

Opublikowano

Jakoś nie mogłem wcześniej zająć się bardziej dogłębną analizą Twojego tekstu i dopiero teraz znalazłem spokojną chwilę, by sie tym zająć.
Pierwszy akapit, to jakby kopia z jakiegoś artykułu prasowego. Nie czuję w nim Twojej osobowości. Dalej jest już dobrze, choć odnoszę wrażenie, że pisałeś to w nadmiernym pośpiechu i stąd kilka błędów:
zagranicą- w tym konkretnym przypadku za granicą
karty magnetyczne- nazbyt ogólnkowe napisałbym jednak kredytow, lub płatnicze, choć wymieniasz również kilka innych
porzuciłem prace- porzuciłem posadę, zrezygnowałem z etatu (pracowałeś nadal)
po gimnazjum nie idzie się na studia- konieczna szkoła średnia i matura
Port El Kantaqui- o ile pamiętam Kantaui
szpetne panienki- może 'panienki" , lub po prostu brzydule?
Uff. Nie lubię krytykować, ale czynię to dla dobra Twojego i Twojej sztuki.
Pozdrawiam

Opublikowano

:)
Rezerwuję miejsce w kolejce. Oczywiście po autograf, przy okazji promocji książki "Jak stracić wszystko, będąc kreatywnym. Seria: Dla opornych" :D

Pozdrawiam, smakowało :)
Wuren

Opublikowano

Dzięki, Dr Wuren, zapisy od poniedziałku :)
Leszku, poprawione. Bardzo wdzięczny za pomoc, odwracam się d... od tzw sztuki i wracam do pisania o fotometrii reflektorów do pojazdów wolnobieżnych...

Opublikowano

...znów poszedł do kuchni liczyć te swoje długi, głupek...jutro ostatecznie powiem mu o swojej przeprowadzce do Jacka...on przynajmniej ma piękną willę z basenem i kupi mi nowe futro, dzieciaki też go lubią...
właściwie nie będę nic mówić, napiszę tylko karteczkę?..."Żegnaj-Czesia"

[Asher...pamiętaj o autografie!]

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • RONDO ALLA POLACA

      Jeśli Twój majestat żąda, bym
      Zamilkł jak po zachodzie ptak,
      Ciemności nie skalam głosem mym,
      Nie ubliżę nim urodzie dnia.

      Nic nie powiem już,
      Będę tylko trwał, aż
      Policzony będzie każdy oddech mój,
      Jeśli taka wola Twa.

      By głos nie zadrżał mi,
      Gdy z kurhanu złych sław
      Będę śpiewał Ci

      Z tego kurhanu lat,
      Śpiewał Chwałę Twą,
      Jeśli tylko dasz
      Wciąż śpiewać ją 

      Z tego kurhanu dni
      Twa chwała będzie grzmieć,
      Jeśli pozwolisz mi
      Mą śpiewać pieśń

      Na sam rozkaz Twój,
      Lub gdy wybór dasz,
      Rzekom daj nabrać wód,
      Wzgórzom radość wskaż.

      Niech łaska Twa udzieli się
      Sercom zgorzałym w piekielny czas
      Jeśli tak Pan chce -
      Chce uzdrowić nas

      I zgarnąć do rąk,
      Na rękach zacieśnić więź,
      Twym dziatkom tu,
      Jeśli Ty tak chcesz.

      W tych z lumpexu snach,
      Wszystkie w na zabój sznyt
      I dać, by śpiew pokonał strach,
      Jeśli zechcesz Ty.

      W Twych w szmaciankę grach
      I w strzelankach, gdzie każdy to wróg,
      I dać by odszedł strach,
      (Jeśli tak zechce Bóg...).

      Jeśli Twój majestat chce,
      bym nie mówił nic,
      Mój głos skryje się
      Jak w ciemnościach widz

      Nic nie powiem już
      Będę tylko trwał, aż
      Policzone będą me dni
      Jeśli taka wola Twa

      Jak pan Władza chce,
      Żebym zamknął ryj,
      Z chęcią zamknę się
      Jak w komórce stryj

      Jak tak, to tak
      Jak mam być twój błękitny ptak,
      Jak chcesz, zamknę się
      W klatce, jak papug ten

      To co?
      Stul pysk, bo....
      Z tulipana ci....
      Ci, ci, ciuciubabko,
      Won

      Casino Royale

      Wciąż pamiętam, w Chelsea Hotel, jak ty 
       Mężnie i słodko piałaś jak grecki chór 
      Na rozebranym łóżku dobrze robiąc mi
       A na ulicy czekał limuzyn sznur...

      To był powód, to był Nowy Jork
      W kolejce po szmal i po szał ciał
      To zwali miłością do mas śpiewających ten song
      Pewnie wciąż ją tak zwą, dla tych, co  jeszcze są...

      Lecz ty  uciekłaś jej, więc po co ten szum? 
      Po prostu poszłaś w drugą stronę, niż tłum,
      Uciekłaś, lecz ani raz nie słyszałem z twych ust:

      "Potrzebuję cię: nie, nie potrzebuję. Cię
      Nie potrzebuję; nie: jednak potrzebuję."
      Wiesz, całe to paplanie mnie denerwuje

      Pamiętam cię z  Chelsea Hotel wciąż:
      Podawano  z ust do ust twe serce wiecznieżyjące...
      I mówisz, że wolisz, jak przystojni są,
      Ale, że dla mnie zrobisz wyjątek...

      I twardo bierzesz w dłoń takich jak ja,
      Co jęczą pod jarzmem piękna,
      Po wszystkim ogarniasz się, i mówisz: „No tak:Urody nam brak, ale mamy pieśni dźwięki”...

      Uciekłaś, lecz ani raz nie słyszałem z twych ust:

      "Nie potrzebuję cię: nie, potrzebuję. Cię
      Potrzebuję; nie, nie potrzebuję."
      Twoje paplanie mnie wciąż denerwuje...

      Nie mówię, że kochałem najbardziej cię 
      Nie  zliczę ile razy wróbli trup padał gęsto 
      Dobrze cię pamiętam, z Chelsea Hotel 
      To wszystko, nawet nie myślę o tobie zbyt często...

      Pamiętam cię, z Chelsea Hotel, lecz jak przez mgłę,
      Brałaś wszystko, co leci, do ust, twoje wdzięki już gasnące...

      Wciąż biorą do ust twój biust więdnący...
      Wciąż mówisz, że wolisz, by przystojny był,
      Ale ten jeden raz zrobisz wyjątek... 

      "Potrzebujesz mnie: ja nie potrzebuję Cię
      Nie, potrzebuję; nie: nie potrzebuję."

      Ja też miałem w ustach smak 
      Na życie pieśnią tętniące..
      Też wolę, jak ładne są pół tak 
      Lecz dla ciebie zrobiłem wyjątek... 

      "Wcale nie żałuję: nie, jednak żałuję. 
      Trochę żałuję; nie: mi cię nie brakuje.
      Tango Anus

       

      TANGO ANUS 


      Tańcz mnie, poprzez strach,  po schronienia próg
      Wznieś mnie, gdzie mirtu gałązkę będę nieść,
      Gdy będę gołąbkiem, co leci, gdzie chce Bóg,
      Stańcz mnie w piękna płonących skrzypiec piec
      Stańcz mnie, gdzie miłość nie wytrzyma prób,
      Wtańcz mnie, gdzie miłości s grób..

      Pokaż mi swe piękno,
      Gdy świadczyć miał nie będzie kto
      Daj  poczuć, jak tętni
      W tobie Babilonu noc 
      Pokaż to, czego tylko granice znam, chodź,
      Wtańcz mnie, gdzie miłość traci swą moc..

      Tańcz mnie tam, gdzie nasz ślub, wciąż i wciąż
      Wytańcz mnie czule, zatańcz mnie po krag,
      Jesteśmy oboje mniejsi niż ta miłość, lecz też ponad nią 
      Wtańcz mnie, gdzie miłość ma granicę swą,
      Wtańcz mnie, gdzie miłość wie że koniec to...

      Dotańcz do tych dzieci, którym rodzić się nie dał czas,
      Przetańcz przez zasłony, które  starł pożegnań żar,
      Wznieś namiot azylu, choć pękła ich nić,
      Odtańcz  mnie tam, gdzie miłość nie znaczy już nic...

      Tańcz mnie poprzez strach,  po schronienia próg
      Wtańcz mnie w płonących skrzypiec piec
      Dotknij nagą dłonią lub łachmanem choć
      Tańcz mnie tam, gdzie miłości kres


      Tańcz mnie, gdzie miłość wchodzi w noc
      Wtańcz, gdzie zechce Bóg
      ""Tańcz mnie, po miłości kres..."


      z POPULARNE


      Wszyscy wiemy, że kości tu chrzczone
      Lecz rzucamy, zaciskając kciuk
      Wiemy, że wojna jest skończona;
      Wszystko świetnie: wygrał wróg...

      Wszyscy wiemy, że ta walka to sztos
      Biedni bez grosza, bogatym pęcznieje trzos
      Już taki los. Tak chce populi Vox...

      [Zwrotka 2]
      Wszyscy wiedzą, że łajba bierze wodę
      I myślą, że kapitan to łgarz
      Lecz w tych okolicznościach przyrody
      Zawsze tak, jakby ojciec lub pies ci zmarł....

      Wszyscy zapatrzen są w konta stan:
      Każdy na bombonierkę z dyskontu ma smak 
      I bukiet że stu róż
      Tak tu jest już...

      [Zwrotka 3]
      I wiedzą, że mnie kochasz niezmienne
      Wszyscy wiedzą, że tak dokładne jest
      Wiedzą wszyscy, że mi byłaś wierna
      Wyjąwszy tysiąc nocy +/- dwie

      Wiedzą, że Święty ci małżeński próg
      Lecz tak monitują do Twych ud
      Że przyjmujesx jak cię stworzył Bóg
      Taki masz drobny druk

      [Refren]
      Wszyscy wiemy, że taki klimat jest tu
      Taki razem ciągniemy drut
      Tak czytamy z nut
      Maestra Ubu
      Taki hołd składamy mu
      Nie licz więc na cud

      [Zwrotka 4]
      Oboje wiemy, że nigdy, jak nie teraz
      Wiemy, że na dwoje: albo ja, albo ty
      I wiemy, że jak żyć, to nie umierać
      Gdy wciągnąć kreskę Biała Śmierć, czarny film..

      Wszyscy wiedzą, że układ jest zamknięty
      Że murzynek Bambo zrobił swoje, jak z Nel Staś
      Nawet Kali ma nieswoje momenty
      I wszyscy odkładają wszystko na zaś

      [Zwrotka 5]
      I wszyscy wiedzą, że nadchodzi pandemia
      Wiemy, że po kościach rozeszła się, lecz...
      A nadzy on i ona na planecie Ziemia
      To dziś niezwykle niezwykła rzecz

      Wszyscy wiemy, jaki rozkład ról
      Lecz przy twoim łóżku będzie siedział mól,
      Który zaksięguje jak wół
      To, co wiemy już

      [Zwrotka 6]
      I wszyscy znają ten twój zapaszek
      I się zakładają, jak wcielasz im cel,
      Od krwawego krzyża na Górze Czaszek
      Do plaży na półwyspie Hel

      Wszyscy wiedzą, że przemija ten świat, 
      A Najświętsze Serce jest pełne łat
      Zaraz pęknie jak Albert brat,
      Totus Eium już od lat..

      [Refren]
      Wszyscy wiedzą, wszyscy wiedzą
      Tak to jest
      Wszyscy wiedzą
      Wszyscy wiedzą, wszyscy wiedzą
      Tak to jest
      Och, wszyscy wiedzą
      Wszyscy wiedzą, wszyscy wiedzą
      Tak to jest
      Wszyscy wiedzą
      Wszyscy wiedzą, wszyscy wiedzą

      ŚNIEŻYNKA I STRACH
      (Dialog na cztery kopyta)


      [STRACH]
      Przyszłaś do mnie dziś rano
      I obrobiłaś jak sztukę mięs.
      Tylko facet ci powie, jaki to
      Delikatny, jaki czuły gest.


      Tyś w lustrze jest odbiciem mym,
      Krwią z mojej krwi, poznam cię we स्नेह,
      Bo kto inny by mnie zechciał wziąć
      W tysiąca swych pocałunków toń?


      (Dla tych, którzy przywitali mnie)
      Nieważne, że droga nam dłuży się,
      Nieważne, że pod górę wciąż,
      Nieważne, że księżyc już zszedł
      I zapanował mrok.


      Nieważne, że gubimy szlak,
      Spisane jest, że spotkasz mnie.
      Na pewno mi mówiłaś tak
      Na pocałunków dnie.


      I kocham cię, gdy na słońca blask
      Jak lilia otwierasz płatki swe,
      A ja – to na wróble strach,
      Którego smaga deszcz.


      Strach, co strachliwie kocha cię,
      Choć ma z lumpeksu twarz,
      Ciało i wszystko, czym był i jest,
      Aż do pocałunków dna.


      Wiem, że znasz ten kłamstwa smak
      I oszustw bez zbędnych słów:
      Nauczyłaś się operować tak
      Na kolanach ojca i u matki stóp...


      Ale czy musiałaś się bić,
      By ulicę w ogniu przejść,
      Jeśli całe to nasze mieć i być
      Wisi u pocałunków tajnych miejsc.


      Numerki, odwyk i jasna rzecz:
      Wracam na Square du Blues.
      Chciałbym rzucić już tę robotę, lecz
      Podchodzi mi już do ust.


      Lecz o tobie myśl daje mi nabrać tchu,
      A akta sprawy twej kompletne są,
      Brak tylko w nich tego, czego nie zdziałałem tu
      Płynąc w pocałunków głąb.


      Nieważne, czy masz moc sił i dóbr,
      Czy opuściła cię moc,
      Czy napiszesz te kilka słów,
      Które słowiki cytują co noc.


      Nieważne, czy masz zaszczyt robić w HR,
      Czy nieregulowany czas,
      Rzucasz życie w kąt, bo masz
      Przeżyć pocałunków tysiąc pięć.


      Biegną poszły, a dziewczyny młode są,
      Bieg ten jest szansy wart.
      Los bierze stronę twą,
      Lecz szybko kończy się fart.


      Wezwanie: masz być jak widz
      W kinie, co twą pyrrusową klęskę gra,
      Lecz żyjesz, jak gdyby nigdy nic,
      Odbijasz się od pocałunków dna.


      Słyszę głosy ich na kufla dnie,
      Co czasem tak woła mnie.
      Jak ta orkiestra, co cover gra – czyżby to moja pieśń?


      Lecz gwardia nie cofa się;
      Gdy woła to, co kochasz, serce odpowie na zew,
      Choćbyś oddał tu swój życia skok,
      Tak świadczą nasz czas, nasza krew
      I tysiąca pocałunków twych mrok.


      Tak wiem: musiałaś kłamać
      I oszukiwać bez słów:
      Tak jak gdy ojciec na kolana cię brał,
      A matka tuliła do stóp...


      Wiem, że musisz tak kłamać im,
      By system ograć, zamiast się położyć na wznak,
      Lecz majątek nic nie gwarantuje ci,
      Gdy Cnota i Podstęp zerwą pakt.


      Prawdę wpędzili w szok, piękno wypędzili na bruk,
      Styl dawny ma dziś naftaliny woń,
      Bo Duch przeszedł przez próg
      W tysiąca pocałunków toń.


      A Wewnętrzne Światło twe, co
      Nie ma równych i ma gest?
      Garbię się w kolejną noc,
      Po tysiąca pocałunków kres


      Zaklinam los, nastrajam głos,
      I wracam na Avenue du Blues.
      Chciałbym rzucić to, lecz nie mogę, bo
      Jestem za cienki tchórz.


      Lecz czasem, gdy noc grzeczna jest,
      A my potulnie zapijamy żal,
      Burzymy się, zbieramy zabawki serc
      I odchodzimy w pocałunków dal.


      Tym pachnie ta o tobie myśl,
      Mam o tobie komplet akt –
      Poza tym, co mi nie umknęło dziś
      W pocałunków niski takt.


      Grałem z Dizem raz i z Dantem też –
      Brak mi było tego ich „coś”,
      Lecz raz czy dwa przygarnęli mnie,
      Wciągnęli w pocałunków blues.


      Odstawić wino chcę, jak Bóg chciał,
      Wchodzę w parkietu tłum gęsty jak w dym.
      Zespół wpadł już w weny twórczy szał,
      Serce nie cofnie się przed morzem win.


      Może musiałem jechać drogi szmat
      I obietnic tysiąc złamać, lecz
      Rzuca się wszystko, ot tak,
      By przeżyć twych pocałunków treść.


      Teraz jesteś jak Anioł Śmierć,
      Potem jak Parakleta szał,
      Czasem jak Zbawiciela Dech,
      Potem – w Belsen stos ciał.


      Nie ma odwrotu już od miłości gróźb,
      Czy meta to skoku w bok –
      Jak zaświadczono czasem i krwią
      W pocałunków równy krok.


      Przyszłaś do mnie tu skoro świt,
      Przyniosłaś słowo jak ciała strzęp.
      Tylko człowiek powie ci, że to nie wstyd,
      Tak delikatnie, czule zrobić wstęp.


      Tak delikatnie, czule w materię wejść.
      Tylko mężczyzna wie, nawet bez przejść,
      Że przynieść miłość jak kwiatu pąk –
      To przyjść bez pustych rąk.


      [ŚNIEŻYNKA]
      Tyś mój brat z lustra, krewny mój
      Z najczarniejszych snów.
      Kto, jak nie ty, by dał mi znój
      Podróży w tysiąc pocałunków znów?


      Czekałam, aż otworzysz się
      Na ulic skwar. Jeden z wielu tak...
      A ja jestem jak kula śnieżna łez,
      Tocząca deszczu z deszczem ślad.


      Topniejącą miłością wciąż kocham cię
      I fizis tą z drugiej ręki –
      Całą sobą, wszystkim, czym chcesz,
      Tysiącem pocałunków namiętnych.


      Cała ja, aż do granicy mórz,
      Przeniknięta przez seks,
      Widzę, że oceany tu wyschły już
      Modliszce, co we mnie jest...


      Docieramy na dziób,
      Syreną daję znak, że twej floty wrak
      Ma mi się rozbić tu
      Na tysiąc pocałunków. Odzewu brak.


      Przychodzisz do mnie co noc
      I ubijasz jak stek,
      Lecz baba powie ci, że większą moc
      Ma czułych obelg stek.


      Tyś mój w krzywym lustrze wizerunek jest,
      Jesteś jak koszmar śniony dzień w dzień,
      Jak zapomniany chrześniak, co już wchodząc w sień,
      Woła na ratunek i składa ci
      Na czole obśliniony pocałunek.


      (Dla tych, którzy mnie powitali w tym...)
      Weszliśmy tu nie do siebie jak w dym,
      Wgryźliśmy się w seks jak w steak tartare.
      Sami, choć dwoje nas jest, bo chce nam się wbić
      W ten słodko-kwaśny smaku czar...


      Mój bliźniaku z lustra, mój bliski krewny,
      Poznałbym cię przez sen.
      Kto, jeśli nie ty, przyjąłby mnie
      W tysiąc pocałunków namiętnych?


      Wzdychamy na los; poprawiamy włos
      I wjeżdżamy na Autoroute du Blues.
      Próbowaliśmy rzucić to nasze coś –
      Cóż, na inny rejs sił nie mamy już.


      Lecz śnieżynka i strach wciąż mają to... cóż,
      Miast miłości – z wyprzedaży twarz,
      Miast szału ciał – goryczy czar,
      A pocałunków czar dna dosięgł już.


      Lecz gonitwa trwa, wieczór młody wciąż,
      Śnieżynka i Strach wciąż nie są bez szans.
      Za chwilę wygramy, a potem raut –
      Dzisiaj zacznie się nasza passa pass!


      A kiedy wezwą nas, byśmy zdali rzecz,
      Jaką im odpowiedź dasz?
      Jakie życie? Życie poszło precz.
      Pocałunki? Ważne, co w kieszeni masz...


      A kiedy mnie wezwie On, bym spowiadała się
      Ze stanu, w jakim jest cały ten kram,
      Odpowiem: życie? Życie przeszło w cień,
      Lecz tysiąc pocałunków w kieszeni mam.


      Przyszliśmy tu w ostatnie dni,
      Podtarliśmy się o Twego Słowa strzęp.
      Skalaliśmy wszystko, to co dałeś Ty,
      Na Twą czułość ogarniał nas śmiech.


      Lecz delikatnie chcemy wciąż w tę materię wejść.
      Wiemy, przeszedłszy przez ucho Twych przejść,
      Że miłość trzeba nieść jak kwiatu pąk –
      I do Ciebie przyjść bez pustych rąk.

       

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...