Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Marta Kotwica - Pamiętnik Weroniki


***

27 lipca 2004r.

Mam na imię Weronika. Mam 17 lat. Od 3 lat walczę ze zbędnymi kilogramami. Leczę się od 8 mies. w szpitalu, pod okiem specjalistów.
Piszę ten pamiętnik, bo tak kazała mi lekarka. Powiedziała, że to mi pomoże.
Nie wiem kiedy to się zaczęło. To nie ma początku. Nagle cię dopada i potem już nic nie jest takie samo.
3 lata temu umarła moja mama. Nie miałam najlepszego kontaktu z ojcem. Nie mogliśmy się dogadać, ciągle się kłóciliśmy.
Nagle mój świat się zawalił. Nic nie miało znaczenia. Czułam się nikim. Udawałam, że wszystko jest OK. Chciałam uwierzyć w swój sztuczny uśmiech. Dobrze się uczyłam, miałam przyjaciół, chłopaka. Ale myśli o zniknięciu, samobójstwie niszczyły mój świat. To były początki długotrwałego smutku - depresji.
Wczoraj rozstaliśmy się z moim chłopakiem... Czułam, że mnie nie rozumie, chciał pomóc, pytał czemu jestem taka smutna. Poza tym mieliśmy mało czasu dla siebie. To nie miało sensu.
Żyłam w swoim świecie, w innej rzeczywistości obok normalnego świata.
Przyjaciele próbowali mi pomóc. Ale na depresję nie pomaga pocieszanie ani dobre rady.
Chciałam wyglądać jak modelka. Chciałam być szczupła. Więc zaczęłam się odchudzać. Długo nie wiedziałam, że to choroba. Gdy dowiedziałam się, że to nie jest odchudzanie nie przejęłam się specjalnie.
Uznałam, że dobrym rozwiązaniem byłaby śmierć na raty. Ana mi ją gwarantowała. Oprócz tego, myślałam, będę się świetnie prezentować w trumnie. Chuda. Piękna.
Chcę umrzeć. Umrę z głodu.
Czuję taką radość, euforię, czuję się lżejsza niż powietrze, jaśniejsza niż niebo, tak czysta, chcę latać, szybować po niebie. Jestem chuda. Najchudsza. Jestem piękna.
Chciałam zniknąć, przestać istnieć, ale też chciałam żyć.
Moje oczy są zapadnięte, skóra jest żółtoszara, cienka jak pergamin i rozciągnięta ciasno między moimi kośćmi. Mogę policzyć moje wystające żebra, biodra i kolana odznaczają się pod ubraniami. Ważę 31 kg przy wzroście 175 cm.
Włosy wypadają mi garściami, ale to nic, najważniejsze, że podobam się sobie. Paznokcie rozdwajają się i pękają. Tylko stopy i ręce są jak z lodu, zimne. Chciałabym żeby były cieplejsze.
Wciąż próbują mnie leczyć. Zastanawiam się, po co? Nie chcę żyć. Nie chcę jeść. Parę dziewczyn w szpitalu nauczyło mnie mnóstwa sztuczek. Wcieram masło we włosy i paznokcie, chowam jedzenie w foliowych woreczkach.
Ta tortura, to umieranie z głodu, psychiczny strach, wyczerpanie, uczucie zimna przeszywającego kości to nałóg, którego nie mogę rzucić.
Tracę resztki poczucia własnej wartości. Czuję się nikim...
Teraz wszystko zależy od wagi. Jeden kg więcej - smutek, jeden mniej - radość.
Chcę po prostu uwolnić się od ciała i ulecieć, wysoko i daleko stąd.
Waga: 31, 3 kg


30 lipca 2004r.

Odwiedził mnie ojciec. Pokłóciliśmy się. On mnie w ogóle nie próbuje zrozumieć!
Powiedział, że przez moje głupie pragnienie bycia szczupłą stał się kłębkiem nerwów!
Zaczął mówić co to by było jakby żyła mama...
Nawet gdyby wiedział przez co musiałam przejść, nie zrozumiałby. On niczego nie rozumie. Moje wołanie o pomoc pozostaje bez odzewu. Potrzebuję pomocy, wsparcia. A on nie potrafi mi tego dać.
Odechciewa mi się czegokolwiek... po prostu życia. Z dnia na dzień, z godziny na godzinę jest coraz gorzej, a ja nie mogę sobie pomóc... lekcja życia...
Te problemy, ta depresja mnie przytłacza... nie potrafię sobie z nią poradzić. Brak chęci do życia... i te myśli... o samobójstwie...
Mam zawroty głowy, wszystko mnie boli. Cały dzień chce mi się spać. Karmią mnie prawie na siłę. Obiecują nagrody. Czuję wyraźnie każdy organ swojego ciała, przy przełykaniu każdy kęs jedzenia, który pokonuje długa drogę w moim ciele.
W nocy zamykamy się w pokoju z dziewczynami i ćwiczymy do 5 rano. Właściwie to one ćwiczą razem, a ja się dołączam na chwilę. Bo nie nadążam. Robią zbyt intenstywne ćwiczenia. Zbyt męczące. Bolą mnie mięśnie i stawy. Często upadam.
Nikt mnie nie akceptuje. Czuję pustkę...
Nie mogę złapać oddechu, a serce bije mi jak oszalałe, ale chudnę.
Dlaczego nikt mnie nie kocha...? Odczepcie się ode mnie wszyscy!
Proszę... zostawcie mnie w spokoju. Nie każcie śmiać się, żyć normalnym życiem! pozwólcie płakać i... zabijać się powoli... powolutku... w sidłach odchudzania... samotność mnie zabija...
Waga: 29, 6 kg


5 sierpnia 2004r.

Wczoraj rano lekarz powiedział mojemu ojcu, że nie zostało mi wiele czasu i, że może mnie zabrać do domu.
Jestem w domu.
Nie jestem pewna czy tego chciałam. Chciałam sama decydować o tym co jem i o tym kiedy odejdę. A teraz dowiaduję się, że umieram... że to już koniec, postawili na mnie krzyżyk... i nie mogę już powiedzieć, że chcę jednak nadal żyć.
Umieram. Naprawdę umieram... boję się... czuję się zawieszona w próżni...

Nie chcę umierać ale... nie lubię być przejedzona. Czuję lęk przed każdym kęsem. Bo po nim można przytyć.
Nie lubię zmian. Czuję się tu obco. Niby mój pokój, a taki jakiś obcy, pusty i zimny. Czuję się spięta. Patrzę na białe meble równo ustawione pod ścianą, na przeciwko łóżka. Pełno w nich ubrań. Za dużych już na mnie. Bo teraz jestem chudsza...
Na półkach stoją, poustawiane w rządku, szklane motyle. Zaczęłam je zbierać kiedy mama dała mi jednego z nich na 9. urodziny. Miał czerwono-karminowe skrzydła w czarne wzory. Nie mogłam się nim nacieszyć. Pamiętam jak chodziłam do parku i porównywałam go z żywymi motylami.
Spadł kiedyś z półki. Teraz ma posklejane skrzydła.
Przy łóżku stoi mała szafka nocna. Mam na niej fotografię moją i mamy. Mam 7 lat. Jesteśmy nad wodą. Mama pięknie wyglądała w swojej chabrowej sukience.
Mam duże okno, na prawie całej ścianie. Lubię w nie patrzeć. Tylko czasem... odwracam wzrok kiedy widzę zakochane pary...
Ściany przybliżają się do siebie. Pokój zacieśnia się coraz bardziej. Ciasno mi tu. Choć mam tyle przestrzeni dla siebie. Tak pusto i cicho.
W takich chwilach, kiedy jestem niespokojna, najczęściej myślę o jedzeniu... jestem głodna, ale nie chcę jeść... wstydzę się moich natrętnych myśli o jedzeniu. Napawają mnie obrzydzeniem do samej siebie.
Boli mnie gardło, żołądek, płuca, wątroba...
Kiedy chcę się schylić, boli.
Często śnią mi się pączki albo kurczak. Ale nie mogę tego jeść. Nie chcę i nie mogę.
Odkąd wróciłam do domu przytyłam całe 2 kg...! Czuję się nikim. Nie umiem nawet kontrolować własnego ciała. Czuję się nieczysta i gruba.
Waga: 32 kg


6 sierpnia 2004r.

Więc wróciłam do domu.
Zajmuje się mną Anna. To pani, którą przydzielili do mnie ze szpitala. Patrząc na jej włosy myślę, że jest bardzo stara.
Mam skurczony żołądek i wyniszczony układ pokarmowy dlatego Anna podaje mi wyciągnięte z lodówki zamrożone papki jedzenia, które muszę jeść co półtorej godziny. Nienawidzę pory posiłku. Nie chcę jeść. Anna do niczego mnie nie zmusza. Tylko przekonuje, że muszę jeść. Ale ja wiem, że nie chcę. I nie jem.
Mam już wszystkiego dość... czuję, że dopadła mnie depresja... powoli łapie mnie w swoje ostre szpony i rozdziera duszę na strzępy...
Kilka razy w ciągu dnia mdleję, jestem wyczerpana.
Depresja powraca falami. Nagle wszystko jest bez sensu i chciałabym odejść, rozpłynąć się w powietrzu. Dręczą mnie myśli samobójcze, nie mogę spać i często płaczę. Po co się męczyć... po co... przecież i tak odejdę...
Ale jestem czysta i lekka, a jednak... tak ciężko mi jakoś jakbym ważyła strasznie dużo... znów nie moge spokojnie oddychać. Serce trochę się uspokoiło, bo nie mogę już ćwiczyć. Nie mam siły. Idę się przespać.
Waga: 31, 8 kg


7 sierpnia 2004r.

Nie widuję się w ogóle z ojcem. Pracuje cały dzień i wraca do domu wtedy kiedy śpię.
Może to dobrze. Przynajmniej się nie kłócimy.
Wszyscy faceci są tacy sami: egoiści.
On chyba myśli, że za jakiś czas wszystko ze mną będzie OK. A ja się brzydzę jedzenia!

Wczoraj w nocy miałam koszmary. Czułam jak się duszę, jak pot oblewa moje ciało, wydawało mi się, że to już koniec. Tysiące noży wbijały się w moje ciało, a ja nie potrafiłam przeciwstawić się temu cierpieniu.
Po jakimś czasie poczułam jak ktoś przykłada mi coś zimnego do czoła, gładzi ręką moje długie ciemne włosy. I nagle zalała mnie fala błogiego spokoju. Wyrwanie z tych mąk umierania, z tego strasznego cierpienia duszy i ciała.
Świtało. Otwierałam powoli oczy. Zupełnie jakbym pierwszy raz widziała promyki słońca. Było tak jasne.
Pani Anna.
Została przy mnie. Dlaczego?
Mam takie ciężkie powieki. głowa opada mi bezwładnie na podbródek. Chyba się zdrzemnę. Tylko chwilkę.

Anna powiedziała, że spałam 1, 5 godziny. A ja w ogóle nie czułam się wypoczęta.
Potem namawiała mnie do jedzenia. A ja nie chciałam! Ale powoli, powolutku, przełknęłam to paskudztwo. Ciężko wdychać powietrze. Zastanawiam się nad każdym oddechem. Jest duszno. Gorąco i zimno. Czuje jak co chwilę fale ciepła zalewają moje ciało, a za chwilę ogarnia mnie ze wszystkich stron zimno. Czuję się słaba. Chyba potrzebuję więcej snu.
Waga: 31, 2 kg


8 sierpnia 2004r.

Dzisiaj Anna opowiedziała mi pewną historię.

Pewien uczeń codziennie pytał nauczyciela: jak mogę znależć Boga?
I codziennie otrzymywał od swego nauczyciela tę samą tajemniczą odpowiedź:
- Musisz go pragnąć.
Pewnego dnia nauczyciel i jego uczeń kąpali sie w rzece.
Nagle nauczyciel zanurzył głowę chłopca pod wodą i przytrzymał ją mocno przez chwilę, podczas gdy uczeń ropaczliwie próbował się uwolnić.
Następnego dnia nauczyciel spytał: - Dlaczego tak się szamotałeś, gdy trzymałem twoją głowę pod wodą?
- Bo rozpaczliwie szukałem powietrza.
- Gdy dana ci będzie łaska rozpaczliwego szukania Boga - znajdziesz Go.

Anna powiedziała, że modlitwa to jak dodanie skrzydeł. Próbuję odnaleźć tego, w którego istnienie nawet nie wierzę. Nie wierzę w to, że jest. Bo jeśli jest to czemu pozwala na to by byli tacy ludzie jak ja? By byli chorzy na anoreksję i nieszczęśliwi? Pogrążeni w depresji? I czemu pozwolił aby tak piękna miłość jak moja i Jego wygasła...?

Słyszę jak Anna otwiera lodówkę. Znowu pora posiłku! Chciałabym schować się pod łóżkiem i wyjść jak już będzie po wszystkim.
Waga: 30, 3 kg


9 sierpnia 2004r.

Dzisiaj jest dzień ciszy.
Anna krząta się po domu. Robi wszystko cicho, niemal bezszelestnie. Potrzebowałam tego spokoju, tej głębokiej ciszy.
Pada deszcz. Słyszę jak bębni okrutnie w szybę.
Jestem słaba, zmęczona, wyciszona...
Wyobrażam sobie powiększające się kałuże. Niewinne krople wpadają w nie delikatnie. Niebo płacze.
Słyszę szelest cichego strumnienia, płynącego pomiędzy kolejnymi nutami śpiewu ptaków, i krzyk wodospadu. Nagle kałuża jest pełna purpurowych liści. I widzę zamarznięte kałuże na szarym chodniku. Padające śnieżynki. Cztery pory roku...
Napełniłam się ciszą. Wsłuchuję się w nią poznając siebie.
Kiedy zostaję sama z ciszą między ramionami czuję się wolna, ale czuję pustkę... czuję jak bardzo jestem samotna...
Krople nikną w oczach, stają się coraz chudsze, chudsze... znikają... Przestało padać.
Zza chmury nieśmiało wyłania się słońce.
Milczenie też uczy.
Gdy pada deszcz obraz w wodzie na chodniku jest rozmyty, niewyraźny. Woda jest poruszona.
Ale gdy deszcz przestaje padać, gdy kałuże są pozostawione samym sobie dostrzeżesz w nich samego siebie.
Efekt milczenia: dostrzegasz samego siebie.
Poznaje siebie. Tak dogłębnie, od koniuszków palców... do granicy westchnień. Poznaję siebie taką jaką jestem. Nie taką jaką widzą mnie inni.
Waga: 29, 7 kg


10 sierpnia 2004r.

Tata nie był dzisiaj w pracy. Został ze mną. Karmił mnie i zajmował się mną cały dzień. Nie mówił prawie nic. Chyba nie wiedział co powiedzieć. Właściwie nie musiał nic mówić.
Z początku myślałam, że się mnie boi. Mnie albo mojej choroby, a może śmierci... ale potem pomyślałam, że wszystko robi tak cicho i delikatnie, i tak delikatnie mnie dotyka, bo boi się mnie skrzywdzić.

Nie widziałam dzisiaj Anny. Może chciała zostawić nas samych. Mam nadzieję, że jutro przyjdzie.
Waga: 29 kg


11 sierpnia 2006r.

Krople światła spłynęły na moją twarz i zobaczyłam jak niewyraźna postać odsłania błękitne zasłony, po których wiły się łodygi kwiatów i latały niebieskie motyle.
Anna usiadła na moim łóżku. Powiedziała, że chciałaby mi coś pokazać. Chciała zabrać mnie na spacer.
Wiedziała w jakim jestem stanie. Wiedziała, że boję się poznawać świat na nowo: oczami kogoś, kogo z każdym dniem jest coraz mniej. Mimo wszystko postanowiła zabrać mnie na spacer.
- Świeże powietrze tchnie w Ciebie nowe życie - powiedziała.
Droga z bloku na zewnątrz była ciężka. Anna najpierw zniosła mój wózek. Potem wzięła mnie na ręce. Otworzyłam usta żeby zacząć krzyczeć, że przecież jestem za ciężka, że mnie nie uniesie, ale popatrzyłam na to co ze mnie zostało... na moje suche gałęzie, które kiedyś były ciepłymi ramionami, a teraz z trudem mogę nimi poruszać, na moją zapadniętą, szarą skórę... i nie powiedziałam nic.
Spacerowałyśmy po alejkach w parku. Usłyszałam śpiew ptaków, który dla mnie brzmiał jak śpiewy aniołów.
Przez te pare dni, które wydawały się wiecznością nie wychodziłam w ogóle z domu. Zapomniałam koloru kwiatów i zapachu trawy.
Ze szpitala także nie pozwalano nam wychodzić. Mieliśmy możliwość jedynie przyjęcia odwiedzin kogoś z zewnątrz.
Przeszłyśmy obok placu zabaw. Zobaczyłam śmiejące się dzieci. Jedne huśtały się na huśtawkach, inne bawiły się na karuzeli. Śmiały się głośno i radośnie.
Popatrzyłam na dziewczynkę huśtającą się na żółtej huśtawce. I nagle zobaczyłam siebie. Jak mama huśtała mnie na huśtawce, bawiła się moimi włosami i plotła wianki z kwiatów. Jak bawiłyśmy się w księżniczki.
Anna, jakby widząc moje myśli, uzbierała bukiecik kwiatów i zaplotła wianek. Pachnący zielenią, polnymi kwiatami. Włożyła mi go na głowę. Zsunął mi się na czoło. Anna, odgarniając niesforne kosmyki moich włosów, poprawiła go.
Przystanęłyśmy obok fontanny. Anna nabrała trochę wody w dłonie i przysunęła je tak blisko bym mogła zanurzyć w niej wargi w wodzie.
- Wiesz, ta fontanna spełnia życzenia. Trzeba tylko bardzo mocno czegoś pragnąć - powiedziała - pomyśl życzenie - zachęcała mnie.
Pomyślałam, że jest coś, czego bardzo pragnę. Ale nie jestem pewna czy się spełni. Może za mało tego pragnę?

Słońce świeciło jasno, chcąc uczynić ten dzień pięknym i niezapomnianym.
Zobaczyłam motyla lecącego tuż obok mojego ramienia. Anna zamknęła go w swoich pomarszczonych dłoniach. Po chwili zaczęła powoli rozchylać dłonie. Zobaczyłam każdą plamkę na jego skrzydłach, przyglądałam się każdemu refleksowi światła. Usiadł na moim palcu. Czułam że trzymam coś kruchego, istotę, która jest tak delikatna jak płatek róży.
Poczułam się zmęczona, zupełnie jakby motyl nagle stał się ciężarem nie do uniesienia. Anna spojrzała na zegarek i uznała, że czas wracać do domu. Motyl odleciał.
Anna powiedziała mi, że byłyśmy na spacerze prawie godzinę. A ja czułam jakbym spędzała tam całe życie!
Potem znowu te obrzydliwe papki...
Nawet nie zauważyłam kiedy z południa zrobiło się popołudnie.
Poszłam spać chyba po jedzeniu. Bolały mnie kości, czułam się strasznie zmęczona.
Czułam się strasznie słaba. Nie pamiętam kiedy dokładnie znalazłam się w łóżku. Ale kiedy otworzyłam oczy, ona przy mnie była.
Ten dzień był niezwykły.

Anna to ktoś więcej niż pani, która ma za zadanie mnie karmić.
Waga: 29 kg


12 sierpnia 2004r.

Obudziłam się wcześnie rano, zobaczyłam słońce nad horyzontem, poczułam, że oddycham,a potem... uświadamiam sobie, że muszę żyć, nie wiem dla kogo, dla czego, ale muszę, jeszcze chociaż dzień, chociaż dwa.
Moje życie jest jak cieniutka niteczka - w każdej chwili może zostać przerwane.
Anna. Anna ma siwe włosy związane w srebrzysty kok. Koloruje mój świat. To dzięki niej zauważam ile trudu słońce wkłada w to żeby się przebudzić i żeby potem świecić tak jasno.
Wciąż nienawidzę pory posiłku. Najchętniej w ogóle bym nie jadła, ale postanowiłam walczyć.
Muszę żyć jak najdłużej, chwytać każdy dzień i wyciskać z niego jak najwięcej bo świat jest piękny. Może jeszcze nie jest za późno. Będę walczyć o życie, o zdrowie. Będę próbować żyć w miarę normalnie.
Uda się. Musi się udać. Jestem zmęczona. Za chwilę południe... jak tylko zjem na pewno od razu poczuję się silniejsza.
Waga: 28, 5 kg


13 sierpnia 2004r.


Jestem osłabiona. Boję się, że się nie uda. Że już zawsze będę chora. Ale... uda się! Bo walczę!
Staram się jeść wszystkie posiłki, co półtorej godziny.
Mam często zawroty głowy.
Chciałam podejść do motyli stojących na półce. Upadłam.
Ciężko oddycham. Z trudem przełykam ślinę.
Czuję się jak staruszka, bolą mnie kości i stawy...

Bałam się wspomnień. Myślałam, że to dobre dla babć i dziadków. Bałam się, że niepotrzebnie rozdrapię rany, które tak długo musiały się goić... a właściwie... nigdy nie miały szansy się zabliźnić...
Był moja pierwszą... ostatnią... jedyną... miłością...
Żałuję tych nieprzemyślanych gestów, nieczułych spojrzeń, pochopnych słów...
Tęsknię za nim. Czasem myślę o tym co by było gdybyśmy wciąż byli razem...
Boże, jeśli istniejesz... Dlaczego...? Dlaczego nie pozwoliłeś nam być razem? Dlaczego rozciągnąłeś drogę jak wstążkę, żeby jeszcze bardziej nas od siebie oddalić?
Miłość jest jak narkotyk... wciąga, nie można się od niej uwolnić... jak choć raz się jej spróbuje chce się jej więcej i więcej...
Pamiętam jak mówiłeś, że jestem aniołem... który otworzył Ci oczy w ciemnościach...
A teraz zostałam sama...
Usycham z tęsknoty... umieram z miłości...
Ukochana osoba zostaje w sercu na zawsze, nawet wtedy gdy tego serca już nie ma... pamiętaj o tym...
Kiedy dwie osoby się kochają to ich serca nie są osobno: moje we mnie, twoje w tobie... nie... są jednością...
Teraz już wiem, że cię kocham i tak naprawdę... zawsze kochałam... i... zawsze będziesz w moim sercu...
Jestem bezradna... trochę samotna... i zagubiona... ale JESTEM.
Waga: 28, 2 kg


14 sierpnia 2004r.

Widziałam piękny zachód słońca: bladoniebieskie chmury, różowe obłoczki.
Patrzyłam na to zachodzące słońce i myślałam... czy rzeczywiście tam, w górze są anioły?
Nikt nie wie co dzieje się po cichu we mnie samej.
Chciałabym jak najszybciej spotkać się z mamą.
Była taka pogodna, radosna... urodzona optymistka. miała siłę by walczyć o własne marzenia, by się nie poddać. Za to ją podziwiałam.
Nie mogę o niej zapomnieć. Zbyt wiele dla mnie znaczyła aby tak po prostu wyrzucić ją z myśli, z życia, z serca...
Nie zdążyłam jej podziękować.
Nie mogę się doczekać chwili kiedy znowu będziemy razem żartować, śmiać się.
Czasem wieczorem, gdy mi smutno, Anna czyta mi te książki, które lubiła mama, a ja próbuję śpiewać jej ulubione piosenki... próbuję, bo tak naprawdę z trudem oddycham...
Minęło już tyle czasu, a ja ciągle nie mogę pogodzić się z myślą, że jej już nie ma na tym świecie...
Mamo... dlaczego zostawiłaś mnie samą?
Kiedy odeszłaś... straciłam siłę, ochotę, chęć do życia...
Kiedyś, kiedy śmiałyśmy się, kiedy rozmawiałyśmy, czas zdawał się nie istnieć, a świat wydawał się pięknym snem.
Jesteś teraz wysoko. Pewnie patrzysz na mnie. Może nawet się uśmiechasz...?
Czasem trudno jest nie tracić wiary, nadziei na to, że się uda, że wszystko jeszcze będzie piękne...
Tyle razy byłam zła, że nie pozwalałaś mi na tyle rzeczy, nie zgadzałaś się ze mną.
Ale dałaś mi wspaniały dar jakim jest życie.
Gdybym wiedziała, że wtedy po raz ostatni Cię zobaczę, objęłabym cię mocno i modliłabym się do Boga, by pozwolił mi być twoim aniołem stróżem.
Smutno mi... dlaczego nie ma Cię przy mnie?
Tak bardzo Cię potrzebuję...

Czuję lęk. Nie wiem przed kim, przed czym. Ale wiem, że się boję. Ręce często mi się trzęsą.
Anna śpiewa mi piosenki, które kojarzą mi się z dzieciństwem.
Pomaga mi też przy pisaniu tego pamiętnika, bo ja nie mam na tyle siły by utrzymać przez długi czas długopis w dłoni.

Mamo, a może to Ty zesłałaś mi Annę?
Waga: 28 kg


15 sierpnia 2004r.

Kiedyś myślałam, że mam dość siły by zmienić świat. Porwałam się z motyką na słońce. Pomyślałam, że spróbuję zmienić chociaż tych, którzy mnie otaczają. Ale dopiero teraz zauważyłam, że zamiast zmieniać innych powinnam zmienić siebie.
Przecież bycie pięknym nie powinno być celem życia. Nie to się tak naprawdę liczy. Uroda przemija.
Zauważyłam, że wszyscy chcą żyć na wierzchołku góry, zapominając, że prawdziwe szczęście kryje się w samym sposobie wspinania się na górę.

Anna otworzyła okno żeby wpadło trochę światła i powietrza. Duszno. Bolą mnie nogi i ręce. Słyszę swój ciężki oddech.
Waga: 28 kg


16 sierpnia 2004r.

Gdybym mogła narodzić się ponownie, przeżyłabym życie w inny sposób.
Nie poddałabym się, walczyłabym z depresją.
Ustępowałabym ojcu, nie próbowałabym za wszelką cenę udowodnić swojej racji.
Zobaczyłabym jak wielką miłością darzą mnie moi przyjaciele, jak się o mnie martwią i do jakich poświęceń są zdolni.
Nie odpychałabym niewdzięcznie miłości, pozwoliłabym żeby jej skrzydła uniosły mnie wysoko, ponad światem aniołów.
Nie pogrążałabym się w depresji i nie raniłabym siebie myśląc, że nikt mnie nie kocha i nikomu na mnie nie zależy...
Mogąc zacząć wszystko od nowa, zawładnęłabym każdą minutą... patrzyłabym na nią tak długo, aż zobaczyłabym ją rzeczywiście... żyłabym nią... i nie oddałabym nigdy.
Teraz wiem, że każda chwila, którą Bóg mi daje jest skarbem.
Teraz wiem, że miłość wymaga zapomnienia o sobie, zaufania i całkowitego oddania.
Zdałam sobie sprawę z lęku, który uniemożliwiał prawdziwe uczucie, z nieuczynionych gestów, niewypowiedzianych słów, z miłości... którą mogłam kogoś obdarzyć, ale nie obdarzyłam.
Zdałam sobie sprawę z niespełnionych przyrzeczeń i z utraconego czasu.
Nie chcę ranić innych. Widzę jak cierpią patrząc na mnie, a raczej na to co ze mnie zostało... cień dawnej Weroniki.
Czuję się jakbym już była daleko... jakbym zostawiła tutaj tylko martwą skorupę...
Jestem zmęczona. Tak mi ciężko. Ciężko nawet kiedy leżę, nawet kiedy nie robię nic.
Liczę motyle na półce. Mojego karminowego mam na szafce obok łóżka.
Waga: 27, 4 kg


17 sierpnia 2004r.

Jestem słaba. Leżę na łóżku z oczami utkwionymi w złote gwiazdy poprzyklejane na suficie.
Anna pomaga mi w napisaniu tego co czuję.

Wiem już, nie dożyję swoich 18. urodzin. Wiem, że już niewiele czasu mi pozostało. Dopiero teraz rozumiem jak kruche jest życie i jak łatwo je stracić. Ale za późno to zrozumiałam.
Byłam za słaba. Nie poradziłam sobie z życiem... wbrew pozorom, życia także trzeba się nauczyć. Ten kto umie żyć jest szczęśliwy...
Teraz wiem... że jutro nie jest zagwarantowane nikomu. Być może dzisiaj patrzysz po raz ostatni na tych, których kochasz. Nie czekaj dłużej, zrób to co masz zrobić - dzisiaj, bo jeśli się okaże, że nie doczekasz jutra... będziesz żałował dnia, w którym zabrakło ci czasu na jeden uśmiech, na jeden pocałunek, że byłeś zbyt zajęty, by powiedzieć kocham.
Życie jest tak krótkie. Kiedy zamartwiasz się całymi dniami, to tak jakbyś miał przed sobą nierozpakowany prezent, który wyrzucasz...
Teraz już wiem... że życie to nie wyścig... poświęć czas na słuchanie muzyki zanim piosenka się nie skończy...
Jeśli nie zrobisz tego dzisiaj, jutro będzie takie samo jak wczoraj.

Dla mnie jest już za późno. Nie założę białej sukni... nie będę mogła nosić złotego krążka na palcu... zostanę sama na zawsze... sama z moją samotnością... nie będę mogła przeżyć 9 miesięcy oczekiwania, współtworzenia z Bogiem kolejnego cudu... i nigdy nie dostanę bukieciku więdnących polnych kwiatków, ani laurki z "tańczącymi" literkami "dla babci"... ani ciepłego buziaka pachnącego dzieciństwem...
Ale chciałabym zostawić po sobie ślad.
Jeśli dzięki tym zapiskom choć jedna osoba zrozumie jak straszną i wyniszczającą chorobą jest anoreksja, to nie umrę na marne.
Mam nadzieję, że może moja śmierć da początek nowego życia choć jednej osobie...
Jestem zmęczona życiem... chyba umieram...
Waga: 27 kg

*********

Obudziłam się. Anna znowu jest przy mnie. Jakaś inna. Jakby... jaśniejsza...

*********


18 sierpnia 2004r.

Weronika zasnęła. Śpi. Nie obudzi się już. Teraz jest jej lepiej...

Anna

Opublikowano

Dziękuję za miły komentarz :). Wlałam w to opowiadanie wiele własnych emocji i bardzo się cieszę, że zostało to docenione. Wiem, że ta tematyka nie każdemu odpowiada bo nie jest "piękna". Pokazuje raczej brzydotę świata. Ale jest prawdziwa :).
Czekam na więcej opinii :D.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


nie zgodzę się z tezą o pięknych tematykach i brzydkich. rozumiem że w domyśle było, że większość woli "piękną" tematykę, a tak przecież nie jest. 90% nowoczesnych tak-zwanych-za-przeproszeniem-powieści-czy-literatury eksponuje zło, strony epatują przemocą. bohater albo wychodzi z nałogu, albo się w nim pogrąża, bogactwo leksykalne polega na stosowaniu słów z członem "kur.." we wszystkich odmianach itd. myślę, że przykładów nie musze podawać.
po takim wstępie w kwestiach ogólnych przyznam się, że przeczytałem trochę pobieżnie, skupiając się na początku i końcówce. i też stwierdzam, za Asherem, że to nie mój klimat, ale trochę mi się podoba..

pozdrawiam
MZ
Opublikowano

Dziękuję za komentarz, MZ.
Wcale nie twierdzę. że "większość woli "piękną" tematykę". Napisałam tylko, że niektórym to po prostu może nie odpowiadać, ale nie podałam liczby tych osób ani ich przybliżonej ilości :).
Napisałam coś o dziewczynie i raczej dla dziewczyn, bo myślę, że kobietom takie problemy i wyrażanie w ten sposób uczuć są jednak bliższe.
Szczerze mówiąc nie wierzyłam zbyt w to, że komukolwiek się będzie chciało to czytać i nie mogę zapewnić, że warto :).

Opublikowano

Nie jestem kobietą, jednak twój tekst chyba dotarł do mnie, mimo pewnej rozwlekłosci. Nie rozumiem jednak przyczyny umiejscowienia tego wydarzenia w przyszłości, która i tak za dwa lata stanie się przecież teraźniejszością. Zabieg ten odbiera- moim zdaniem- poczucie autentyczności pamiętnika.
Znalazłem błąd:cięśko, zamiast ciężko.

Opublikowano

Wiesz... ja to pisałam z myślą właśnie o przyszłości. Bałam się, że to się może stać prawdą, bo jak na razie to tylko fikcja literacka. Ale to było jakby odwrócenie złego losu od pewnej osoby. Dzięki, za ten błąd :). Mam tam jeszcze pare rzeczy, które powinnam poprawić. Zrobię to w najbliższym czasie :). pozdrawiam

Opublikowano

Szczerze mówiąc nie zależy mi na tym aby ktoś potraktował ten pamiętnik jako fakty, a nie tylko fikcję. Zmieniłam 2006r. na 2004. Myślę, że żadnych poprawek nie będę już dokonywać, chyba, że ktoś mi wytknie jakiś istotny błąd :).

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Leona okrutnie smutne... i bolesne. Ufam, że PL ma się dobrze, naprawdę.
    • Moją równowagą jest smutek  Moją powagą jest smutek Moją prostotą jest smutek    Taki niski   Kiedyś w złych sytuacjach bardzo chciałem być radosny    Są antydepresanty  Ale nie ma tabletek na wywoływanie płaczu    Nie rozumiem tego a to dużo mówi    Ta złość która żyje we mnie musi odejść  Ta frustracja  Ta niezgoda    Ostatnio smutek nawiedził mnie w romantycznym okresie mojego życia młodości  Byłem outsiderem    Teraz smutek przychodzi do nienawiści, jakby przywołany przez nienawiść    Jest, mam wrażenie tyle nieodkrytych sfer w moim odczuwaniu    Po kolei, było tak: nienawiść potem bunt i złość, potem użalanie się nad sobą i bycie ofiarą   Potem destrukcja, potem znowu złość i cierpienie    Teraz poddanie się i smutek.   Najpiękniejszy, najdelikatniejszy on nie stwarza fałszu, on mi pokazuje prawdę taką jaką jest , wybacza zamiast karać.   A gdzie jest teraz sumienie i wewnętrzny krytyk?    Niewiem jak to osiągnąłem, pozwoliłem sobie na uczucie miłości i wdzięczności w relacji przyjacielskiej   Dla mnie smutek jest wolnością  Jest powrotem zakochanego    Teraz to widzę - upadek nastał kiedy niegdyś zacząłem szukać pocieszenia    Czy możliwe że..... skoro teraz mam wiek Chrystusowy to można to interpretować tak, że zaczyna się dobre życie a ten smutek jest związany z nadchodzącym opuszczeniem ukochanego Człowieka, Bliźniego?   I.... może momentem samowiedzy, iż śmierć nie jest dla mnie końcem, przejściem ani nowym początkiem    Jest opuszczeniem ukochanego Człowieka.              
    • z trudnością się wyrasta przy małej ilości światła każdy zakalec wie dokładnie jak bardzo trzeba się naszarpać o odrobinę miejsca   wzdłuż wszerz w górę   mechanizmy tego klimatu nie są zbyt skomplikowane chelicery hoduje się własne a posila się bardzo rzadko na wstręt już nie zauważając   ani na własną okrutność   bo w ciemnym świecie żyje zwykle ciemne pożywienie i niejasne są przypadłości jakimi kieruje się posiłek znajdujący się tuż obok   może szuka odskoczni   gdzie wino nabiera mocy a na półkach obok niego kurzą się graty pośrupane imadło lub emaliowany garnek które nie chcą urosnąć   i nigdy nie potrzebowały  
    • @Maciej Szwengielski - mało osób potrafi właściwie zinterpretować Kazanie na górze, a przecież są dylematy, które tylko serce rozwiązuje właściwie. Wiele u Jezusa opowieści zilustrowanych przykładami, w których zawarto stosowne wskazówki – to pewnik. Czasem ewidentnie widać, że w danej sprawie należy się pokierować sercem, bywa, że nie ma wątpliwości. Duchowni krytykują z ambony modernizm, twierdząc, że to odejście od prawdziwej wiary. Czasem jednak wydaje się, że i u konserwatywnych filozofów katolickich jest za dużo wniosków na wyrost, a u duchownych – za dużo formalności. Kto ma czas zatrzymać się każdego dnia i przeczytać fragmenty, chociażby o rozmowach Chrystusa z faryzeuszami? Przecież tam Nazarejczyk mówi do każdego z osobna, to nauki o sercu. Przez miłość do Boga i ludzi. Po co to komplikować? Nie ma sensu mnożyć bytów ponad miarę.
    • Dedykuję wszystkim Polskim Asom przestworzy, którzy walczyli o wolność i honor dla Polski – niech ich odwaga i poświęcenie nigdy nie znikną z pamięci współczesnych Polaków. Jan Jarosław Zieleziński -----------------------------------------------------------------------------------------   Historia ta o Sprawie i Ludziach Honoru, ze zdjęć starych, pożółkłych – prawie bez koloru, O polskich pilotach wojny strasznych dni, Wolnych i walecznych – tak jak fri-ou-fri*. To historia o Polsce i jej losach w przestworzach, O sile i braterstwie będzie tutaj mowa. Przypomniemy Polaków bohaterskie dni, Z polskiego dywizjonu – asów fri-ou-fri. A więc, żeby nie przedłużać i zacząć od razu, Zasiądźmy za sterami i dodajmy gazu! Wzbijmy się angielskim myśliwcem w przestworza, Cząstki cień historii usłyszeć zza morza... Witold Urbanowicz, będąc nazbyt szczery, na zawodach, z Niemcami miał niezłe afery, Lecz pomimo dąsów i szwargotu pytań, do poziomu sprowadził pana Messerschmidta*. Potem w Anglii, będąc jako wing commander, RAFu opieszałość poznał całą prawdę. Miast czym prędzej Niemcom przypiłować śrubę, Cierpliwości Polaków RAF testował próbę*. Kapitan Paszkiewicz przerwał passę marną. Skrzydłami zahuśtał, po czym krzyknął: „Za mną!” I tak oto RAF z końcem dni sierpniowych, dopuścił dywizjon do lotów bojowych*. Znowu nas wysłali nad londyńskie doki, Blenheimy beztrosko suną przez obłoki... Znowu pilot „Paszko” wszystko to ogarnął. Klucz poderwał słowami: „Do ataku! Za mną!” Jan Zumbach w manewrze samolot przechylił. Już ma Szwaba w muszce! Ale cóż to? Chybił? „Coż to się tu stało?! A niech to cholera! Blokady ze spustu żem nie zdjął gdym strzelał!”* Skręcając dość silnie, aby się nie zderzyć, Blackoutu* doświaczył, lecz zdołał to przeżyć. Lecz co się odwlecze – to już nie uciecze... Cyk-cyk-cyk! – do Heinkla*, dym za nim się wlecze. Kanadyjczyk John Kent nos często zadzierał, By o mały włos Niemiec go ostrzelał, Pan Henneberg Zdzisław na niego nurkuje, Browning Hurricane’a Szwabu nos „pudruje”. „Dzięki, Sir” – Kent mówi (już podczas powrotu), „Żeś mi Messerschmidta zmusił do odwrotu.” „Nie ma za co, lecz poprawkę proszę małą wnieść: Sześć było tych Niemców. Nie jeden, a sześć.”* Stanisława Skalskiego Cyrk był niezłą hecą, Messerschmidtów chmara – Szkopy dzielnie lecą. Garstka polskich asów z nieba na nich spada! Strach Niemców obleciał – biada Niemcom, biada. Innym razem Skalski po podniebnych szrankach: radiostacja milczy, skrzydło ma w kawałkach, Hurricane’em swoim, gdzie zbiornik przecieka, Dotarł do Leconfield – tam już spokój czeka. Mechaników zespół złapał się za głowę: (Samolotu z akcji zostało z połowę) „Dziękuj Bogu na mszy metrową gromnicą! Bo Twój Hurricane, kolego, dziurawy jak sito...”* Zdecydować się na manewr „martwego silnika”*, To doprawdy rozterka pełna wszelkich pytań. Zabronionym manewrem, odwagą się wsławić, By maszynę wierną od śmierci ocalić. Pan Mirosław Ferić zapisał się chwałą, stworzył rzecz tak prostą jak i niebywałą, Dziennik dywizjonu, co się rzucał w oczy, Jerzy Szósty – Król Anglii – też inkaustem zroszył*. Dywizjonu dziennik chłonął wpisów inkaust i zgłoskami złotymi historię zapisał. Zaiste, alianci mogli Polakom zazdrościć – Dywizjonu 303 zwanego „Kościuszkowskim”. Jan Zumbach fantazji ułańskiej dochował, Tuż przy śmigle Kaczora pięknie namalował. Luftwaffe spogląda na raport wieczorem: „Zestrzelił nas ten podły samolot z kaczorem.”* „Johnny” wrócił „zawiany” po balandze nocnej, Do raportu stanął, RAF wkurzał wciąż mocniej. Jego para rąk się jednak w walce nada, Poleciał na akcję i zestrzelił Szwaba.* Wtem RAF raport słyszy przesuwając plansze: „Spokojnie, koledzy, ja go ciut postraszę.”* I już Zumbach serią zaczyna swe szycie, Kolejny Messerschmidt pożegnał się z życiem. Pan Josef František, co odłączał z szyku, stał się w RAF-ie pierwszym z takich samotników. Nad kanałem na Niemców często on polował, i kulami śmierci gęsto ich częstował.* Hurricane, Spitfire i inne maszyny, Tak zabójczo piękne jak alianckie dziewczyny*, Siekające ogniem karabinów Browninga*, Dobrych niemal prawie jak system Gatlinga*. Historia ta ma jednak gorzkie zakończenie: W Jałcie sojuszników zdrada cicho drzemie. Przywódcy aliantów tamtych strasznych dni – Churchill, Roosevelt, Stalin – ci nas zdradzili*. Defilada zwycięstwa i wolności znaków, Wszystkie armie świata, ale... bez Polaków. Ach! Nie sposób zdołać zawiłości tłumaczeń, Na pytanie starszej Lady: „Dlaczego pan płacze?”* -------------------------------------------------- Wiersz napisany na podstawie książki Lynne Olson i Stanley Cloud pt. "Sprawa honoru".

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      -------------------------------------------------- Wyjaśnienia do wiersza: [fri-ou-fri* – jest to swoista gra słów – otóż: liczba 303 wymawiana po angielsku w slangu wojskowym fonetycznie dokładnie tak brzmi, czyli: „three ou three”, natomiast paradoksalnie można ją czytać również jako „free, O! free...”, co w wolnym tłumaczeniu można by przetłumaczyć jako: <Polscy Piloci> „niosący wolność, którą tak ukochali”.] [*"do poziomu sprowadził pana Messerschmidta" -> patrz: opis incydentu przyłapania niemieckiego konstruktora Willy'ego Messerschmidta podczas wkroczenia na polskie zawody lotnicze NIELEGALNĄ i NIEPRZEPISOWĄ drogą, za co Witold Urbanowicz "ukarał" go upokorzeniem w postaci położenia się na ziemi pod groźbą użycia broni przez strażnika lotniska, gdzie odbywały się owe zawody lotnicze -> patrz: książka pt. „Sprawa honoru”, strony: 57–58 (rozdział: „Polska „będzie walczyć”)] [*"Cierpliwość Polaków RAF testował próbę" -> patrz: opis odwlekania przez dowództwo RAF-u włączenia Polskich Pilotów do lotów bojowych -> patrz: książka pt. „Sprawa honoru”, strony: 120–127 (rozdział: „Bitwa w Northolt”)] [*"dopuścił dywizjon do lotów bojowych" -> patrz: moment, kiedy dowództwo RAF-u – w obliczu wysokich strat własnych pilotów angielskich i brawurowej i udanej akcji zestrzelenia Messerschmidta – w końcu sierpnia 1940 roku zdecydowało się dopuścić Dywizjon 303 do lotów bojowych -> patrz: książka pt. „Sprawa honoru”, strony: 127–128 (rozdział: „Bitwa w Northolt”)] [*„Klucz poderwał słowami: „Do ataku! Za mną!”” -> patrz: opis rozpoczęcia ataku na niemieckie bombowce (Blenheimy) przez klucz „żółty” prowadzony przez Kpt. Ludwika Paszkiewicza -> patrz: książka pt. „Sprawa honoru”, strony: 139–140 (rozdział: „Mój Boże, oni naprawdę ich koszą!”)] [*„Blackoutu” -> czytaj: „blekautu”. „Blackout” jest to chwilowa utrata przytomności spowodowana nagłym spadkiem dopływu krwi do mózgu, najczęściej w wyniku przeciążeń, gwałtownych manewrów lub skrajnego stresu. Objawia się ciemnym „zamgleniem” w polu widzenia i utratą świadomości, która zwykle trwa kilka sekund. [*„Blokady ze spustu żem nie zdjął gdym strzelał!” -> patrz: próba otwarcia ognia ze swoich karabinów Browninga przez Jana Zumbacha i jego reakcję -> patrz: książka pt. „Sprawa honoru”, strony: 140–141 (rozdział: „Mój Boże, oni naprawdę ich koszą!”)] [*„Heinkla” -> czytaj: „Hajnkla”. Heinkel He 111 był niemieckim bombowcem średniego zasięgu używanym w II Wojnie Światowej we wczesnych latach 40-tych] [*„(...) Nie jeden, a sześć.” -> patrz: opis ocalenia życia kanadyjskiemu pilotowi i jednemu z dwóch dowódców-nadzorców RAF-u Dywizjonu 303 (John Kent) przez polskiego pilota Dywizjonu 303 pana Zdzisława Henneberga -> patrz: książka pt. „Sprawa honoru”, strony: 146–147 (rozdział: „Mój Boże, oni naprawdę ich koszą!”)] [*„(...) Innym razem Skalski (...)” -> o bohaterskich wyczynach Stanisława Skalskiego i jego Polskim Zespole Bojowym (ang. PFT = Polish Fighting Team, znanym częściej jako „Cyrk Skalskiego”) możemy dowiedzieć się z wielu źródeł, m.in.: książka pt. „Sprawa honoru”, strony: 268–269 (rozdział: „Wojna toczy się w Polsce”), lub np. książka pt. „Cyrk Skalskiego”, autor: Bohdana Arct (również polski pilot RAF PFT)] [*„manewr „martwego silnika”” -> był to zabroniony przez dowództwo RAF manewr polegający na zrestartowaniu silnika przez jego wyłączenie (i czasem ponowne załączenie). Manewr ten był często praktykowany (mimo kategorycznego zakazu dowództwa RAF) przez doświadczonych, polskich pilotów, w dwóch przypadkach: 1. Ocalenia maszyny po ciężkiej walce, kiedy maszyna była tak poszatkowana kulami wroga, że silnik ledwo „dociągał” do lotniska i wówczas piloci wyłączali silnik, żeby w końcowych kilometrach wylądować niczym szybowiec, LUB 2. Manewr ten był wykonywany w celu zyskania przewagi nad przeciwnikiem atakującym z dużą prędkością z ogona, kiedy to, wyłączając silnik np. Spitfire’a, polski pilot wykonywał manewr niemalże natychmiastowego zatrzymania Spitfire’a w miejscu (opór powietrza na wyłączone śmigło był znaczny), kiedy to wrogi samolot, np. Messerschmidt, dosłownie w ciągu 3-4 sekund wyskakiwał do przodu, stając się bardzo łatwym celem. Wadami tego manewru była wysoka zawodność silników Rolls-Royce Merlin, które miały problem z ponownym uruchomieniem w powietrzu. Pamiętać też należy, że w przypadku awarii na zbyt małej wysokości pilot myśliwca ginął, ponieważ wówczas nie było jeszcze systemu katapultowania się na spadochronie, a pilot, który chciał się uratować, musiał to zrobić ręcznie: otworzyć kabinę, wyjść/wyskoczyć i... PRZEŻYĆ, bo dość często zdarzały się przypadki rozstrzeliwania praktycznie bezbronnych pilotów opadających na spadochronie -> patrz: str. 62, książka pt. „Sprawa honoru”, rozdział: „Polska „będzie walczyć””] [*„Jerzy Szósty – Król Anglii – też inkaustem zroszył” -> patrz: opis złożenia wpisu przez Króla Anglii Jerzego VI w Dzienniku Dywizjonu 303 -> patrz: książka pt. „Sprawa honoru”, str. 152 (rozdział: „Jak wiele im zawdzięczamy”)] [*„Zestrzelił nas ten podły samolot z kaczorem” -> Jan Zumbach na drzwiach swojego Spitfire’a na dziobie (a więc nieopodal śmigła samolotu) namalował Kaczora Donalda, wówczas popularnej bajki Walt’a Disney’a puszczanej jako filmy rozrywkowe w kinoklubach/messie oficerskiej -> patrz: książka pt. „Sprawa honoru”, zdjęcie na str. 117 (rozdział: „Bitwa w Northolt”)] ["Poleciał na akcję i zestrzelił Szwaba." -> patrz: Jan Zumbach, „Ostatnia walka”, wspomnienia pilota Dywizjonu 303 – opis zestrzelenia niemieckiego bombowca podczas Bitwy o Anglię.] ["Spokojnie, koledzy, ja go ciut postraszę." -> patrz: książka pt. „Sprawa honoru”, str. 150 (rozdział: „Jak wiele im zawdzięczamy”)] [*„Pan Josef František” -> był to pilot RAF-u czeskiego pochodzenia, ale pragnący latać w Dywizjonie 303 razem z – tak jak i on, nieco krnąbrnymi w kontekście sztywnych procedur RAF-u – Polakami. Zasłynął z tego, że często odłączał się z szyku, żeby „polować” na niemieckie samoloty, które „na oparach” paliwa wracały/uciekały w stronę niemieckich lotnisk -> patrz: książka pt. „Sprawa honoru”, strony: 119–120 (rozdział: „Bitwa w Northolt”), oraz strony: 154–157 (rozdział: „Jak wiele im zawdzięczamy”)] [*„alianckie dziewczyny” -> mowa o wszystkich kobietach sił Aliantów, które swoją bohaterską postawą dołożyły się do zwycięstwa Aliantów w II Wojnie Światowej (w tym Polkach z polskich formacji wojskowych w kraju, tj. AK, NSZ czy BCh)] [*„karabinów Browninga” -> mowa o karabinach maszynowych stosowanych na pokładach samolotów myśliwskich. Choć wymienione zostały tutaj karabiny Browninga (najczęściej kaliber .303/7,7 [mm]) jako przykład, warto wiedzieć, że myśliwce dysponowały większym asortymentem rodzajów broni, jak np. CKM = Ciężkie Karabiny Maszynowe kalibru .50 (12,7 [mm]), działka Hispano kalibru 20 [mm], a nawet rakiety i bomby] [*„system Gatlinga” -> mowa o nowoczesnym typie ciężkich karabinów maszynowych wykorzystujących tzw. system Gatlinga, gdzie system zamka, spustu i budowy lufy umożliwia strzelanie amunicją wysokokalibrową tak, jakby to był bardzo szybki karabin maszynowy. Najbardziej znane przykłady to M-134 Minigun, czy działko Vulcan montowane m.in. we współczesnych myśliwcach F-16 Fighting Falcon.] [*„(...) ci nas zdradzili” -> patrz: historia zdrady honorowych przyrzeczeń wojskowych opartych na faktach na przykładzie Teheranu -> patrz: np. książka pt. „Sprawa honoru”, strony: 275–277 (rozdział: „Wojna toczy się w Polsce”) oraz strony: 289–299 (rozdział: „Sprawa honoru”)] [*„Na pytanie starszej Lady: „Dlaczego pan płacze?”” - (czyt. "na pytanie starszej Lejdi: „Dlaczego pan płacze?”" -> patrz: opis defilady tzw. „wojsk sprzymierzonych” w kontraście do przepełnionego smutkiem Asa Polskich Pilotów Myśliwskich – Witolda Urbanowicza jako symbolu „zwycięskiej” Armii Polskiej, która na skutek nacisków Stalina i cichego przyzwolenia Roosevelta i Churchilla nie mogła uczestniczyć w zwycięskiej paradzie, która odbyła się 8 czerwca 1946 w Londynie -> patrz: np. książka pt. „Sprawa honoru”, strony: 15–18 (rozdział: „Prolog”)]    
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...