Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Rozdział IV
Spotkanie
Rano byłem wykończony. Nie spałem prawie całą noc. Wypiłem chyba ze trzy filiżanki kawy w moim ulubionym barze. Gdy tak siedziałem i popijałem kawę wpadłem na pomysł by wpaść do starego Reynoldsa. Może on mi wyjaśni, co nieco.
Fotel na werandzie był pusty. Zapukałem do drzwi. Cisza. Spróbowałem drugi i trzeci raz. Gdy miałem już odchodzić drzwi otworzyła jego córka.
- Pan do mojego ojca. – zapytała niepewnym głosem.
- Tak jest w domu? – zapytałem.
- Jest, ale nie czuje się najlepiej. Ostatniej nocy miał kryzys.
- W takim razie nie będę przeszkadzał. Niech pani przekaże mu moje pozdrowienia.
- Dobrze. Do widzenia.
- Do widzenia.
Zastanawiałem się czy ten kryzys miał coś wspólnego tym, co przydarzyło mi się ostatniej nocy. Czy to możliwe? Nie zdziwiłbym się wcale gdyby okazało się, że miał wizję swojej córki i majaczył. Kto wie? Tak czy inaczej musiałem załatwić ważniejsze sprawy. Udałem się w poszukiwaniu sklepu, w którym mógłbym się zaopatrzyć w niezbędny sprzęt. Na szczęście udało mi się. Znalazłem mały sklepik, w którym dostałem wszystko, co było mi potrzebne. Łom, dużą latarkę, linę, szpadel, nigdy nie wiadomo, co zastanę za tą ścianą.
Gdy zebrałem wszystkie potrzebne narzędzia udałem się do baru na szklaneczkę whisky, tak na otuchę. Stanąłem w bramie, poczułem jak wzbiera we mnie strach. Kolana zrobiły się miękkie a ręce zaczęły nerwowo drgać. Zebrałem się w sobie i ruszyłem przed siebie. Tym razem nie czułem nic dziwnego, uspokoiło mnie to trochę.
Wszedłem do środka i od razu skierowałem się w kierunku piwnicy. Stanąłem przed schodami i znów czułem czyjąś obecność, jakby cały czas ktoś miał mnie na oku. – „Hej ho lets go” – wymamrotałem. – nie wiedziałem dlaczego to zrobiłem, ale chyba w takich chwilach człowiek przestaje myśleć logicznie.
Ruszyłem w duł schodów z zapaloną latarką. Tym razem przygotowałem się da uderzenie smrodu. Odruchowo zatkałem nos i kontynuowałem swoja drogę. Po chwili przyzwyczaiłem się do warunków panujących na dole. Stanąłem przed pierwszymi zamkniętymi drzwiami, położyłem cały sprzęt na podłodze wziąłem do ręki łom zaparłem się i z całej siły pociągnąłem. Bałem się tego, co zobaczę, gdy drzwi się otworzą. W głębi duszy miałem nadzieje że wszystkie cele okażą się puste. Zamek puścił. Delikatnie uchyliłem drzwi i zajrzałem do środka.
To, co zobaczyłem i poczułem było okropne. Zatrzasnąłem drzwi i zacząłem wymiotować. Żołądek wywrócił mi się na drugą stronę. Dobrze, że nie zjadłem zbyt dużo na śniadanie.

- Co tam zobaczyłeś? – zapytał Adam.
- Czy jesteś pewien, że chcesz to wiedzieć?
- Tak jestem. – odparł stanowczo
- A więc… Smród, był niewyobrażalny. Było to coś w rodzaju smrodu zgniłej padliny, ale to nie było zwierzę. Na podłodze leżało dziecko. Było potwornie chude. Większość ciała zdążyło już odejść pozostawiając lśniące kości. Leżało w błagalnej pozycji i patrzyło się w stronę drzwi. Wydawało mi się, że patrzy na mnie.

- Boże, co to za człowiek, który skazuje dzieci na takie męczarnie? – Henry nic nie odpowiedział tylko kontynuował swoją opowieść.

- Potrzebowałem trochę czasu żeby dojść do siebie. Gdy w końcu byłem gotowy otworzyłem drzwi żeby przyjrzeć się dokładniej. Cela była mała, stało w niej tylko łóżko i coś, co przypominało muszle klozetową. Nie było w niej okna tylko lampa na suficie.
Odwróciłem się i zamknąłem drzwi. Nie wiem, co mnie do tego skłoniło, ale otworzyłem cele obok. Gdy to, zrobiłe poczułem straszliwy ból, który zaczął rozdzierać moje ciało. Wydawało mi się, że żyje we mnie jakiś obcy, który właśnie teraz postanowił zaczerpnąć świeżego powietrza.
Gdy spojrzałem na podłogę zrozumiałem, co jest jego przyczyną. Na podłodze leżała mała dziewczynka w różowej sukience i długimi blond włosami. To była ona. Natychmiast zatrzasnąłem drzwi i znowu zwymiotowałem. Wolałem nie zastanawiać się, co dzieję się teraz ze starym Reynoldsem. Być może już za późno?
Czułem jak opuszcza mnie świadomość, nie mogłem sobie na to pozwolić. Musiałem wyrzucić te myśli, schować je w najciemniejszym zakątku mojej świadomości. Nie mogłem pozwolić by opanował mnie strach. Wiedziałem, że jeśli do tego dopuszczę to już koniec.
Odwróciłem się od drzwi pochyliłem się opierając ręce na kolanach, zacząłem głęboko oddychać i skupiłem się na punkcie z dalekiej przeszłość. Po chwili wszystko zaczęło wracać do normy, serce wróciło do normalnego rytmu i ustało drżenie rąk. Po paru chwilach byłem już gotowy by stawić czoła nowym wyzwaniom.
Ruszyłem w stronę tych wielkich drzwi i zastanawiałem się, co odkryje po ich drugiej stronie. Gdy wreszcie stanąłem przed nimi włożyłem łom między skrzydła i szarpnąłem najmocniej jak tylko potrafiłem. Czułem upór, z jakim broniły swojej tajemnicy. Jednak byłem silniejszy. Usłyszałem głośny trzask, zamek pękł i drzwi otworzyły się. Po drugiej stronie drzwi było znacznie cieplej i zapach też był inny. W prawą rękę wziąłem łom a w drugą latarkę. Było tak ciemno, że widoczność kończyła się jakiś metr przede mną. Zewsząd dochodziły piski szczurów. Gdy skierowałem światło pod stopy okazało się, że stoję jedynie na ubitej ziemi. Ciekawe, dlaczego?
Gdy kierowałem się w głąb robiło się coraz cieplej i coraz wyraźniej słychać było popiskiwanie szczurów. Jeden otarł się prawie o moją nogę, był wielki niczym domowy kot. Wolałem nie myśleć ile ich tu musi być i jak wygląda ich matka. Parę kroków dalej zobaczyłem dwa rzędy ciemnych płyt ustawionych równolegle do ściany. W miarę jak się zbliżałem kształty robiły się coraz wyraźniejsze. „ Mój Borze to są nagrobki” – wykrzyknąłem.
Jak to możliwe, że rodzice niczego nie podejrzewali, przecież musiało im się wydawać za dziwne, dlaczego nie mogą zobaczyć swoich dzieci? Większość napisów była nieczytelna. Ostatni grób w drugim rzędzie był pusty. Widocznie miano w nim spocząć jedno z dzieci, które znalazłem. Gdy pochyliłem się i wytarłem nagrobek moim oczom ukazał się napis „ Maria Reynolds”. Nagle z ciemności rzucił się na mnie jakiś stwór. Zamachnąłem się i szczur leżał na ziemi. Był wielki jeszcze większy niż ten, którego zobaczyłem wcześniej. „ Pora się stąd wynosić” – pomyślałem. Wstałem, czym prędzej ruszyłem w stronę schodów. Za plecami słyszałem odgłosy nadciągających szczurów. Gdy miałem już wbiegać na schody jeden z nich złapał mnie za nogawkę, mało się nie przewróciłem. Kopnąłem go z całej siły, wyskoczyłem na zewnątrz i zatrzasnąłem z osoba drzwi. Tym razem mi się udało.
Stanąłem na korytarzu żeby odetchnąć i odpocząć. Miałem zamiar odszukać gabinet dyrektora, może znalazłbym tam cos ciekawego. Gdy tak stałem oświetlenie zaczęło szwankować, a po chwili działało już tylko kilka lamp. Korytarz zalał półmrok a ja zauważyłem, że gdy uciekałem upuściłem gdzieś latarkę.
Zrobiło mi się gorąco, wydawało mi się że ściany są coraz bliżej. Nie mogłem się ruszyć. Ze ścian zaczęły dochodzić dziwne dźwięki, które zmieniły się w głosy. Śmiały się ze mnie. Było coraz cieplej. Na ścianach zaczęły się pojawiać jakieś twarze, twarze moich bliskich. Śmieli się ze mnie. Zamknąłem oczy, to nie mogło się dziać naprawdę.
Gdy je otworzyłem zobaczyłem kobietę w białej sukni, miała ciemne włosy i głębokie czarne oczy. Szła m moim kierunku i się uśmiechała. Głosy ze ściany umilkły. Na ich miejscu pojawiły się odgłosy gulgotania i dziwnego buczenia, jakby cos w nich żyło. Dziewczyna zatrzymała się jakieś cztery pięć metrów przede mną. Zaczęła płakać a z jej oczu ciekła krew. Wiedziałem, kim była. Gdy jej krwawe łzy upadały na podłogę zaczynały się palić. Wkoło niej buchały płomienie, które szybko ogarniały korytarz. Ogień biegł w moim kierunku, czułem jego ciepło. Słyszałem jak płytki pękają od wysokiej temperatury. Znowu zamknąłem oczy nie chciałem umierać. Nie mogłem skończyć w ten sposób. Zacząłem się trząść, zrobiło się bardzo zimno, czułem się jakbym zaraz miał zmienić się w sopel lodu. Zimno pochłaniało coraz większą powierzchnię wkoło mnie. Czas niesamowicie zwolnił, ciągnął cię jak karmelowa krówka, nie wiem ile to trwało. Gdy otworzyłem oczy jej nie było a mi było potwornie zimno.

- Muszę się napić zmęczyło mnie to gadanie. – powiedział Henry
- Poczekaj zaraz przyniosę drugą butelkę, stoi w pokoju obok. – odrzekł Adam.
- Dobrze.
Gdy Adam wrócił do pokoju nie zastał nikogo. Na stole stała pusta szklanka i dyktafon, który ciągle nagrywał.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • II.
      Wujek Wołodia ma do tego dryg (Ty wiesz, co!)

      Byliśmy na rowerze: ja, kumpela, i jej gach,
      Nagle mi puściły śruby w mimośrodzie!
      Rama mnie bach, spodnie w piach,
      Rower do kasacji, przyrodzenie jakbym dopiero co się urodził!

      Ale w Piterze mówią, że mój sąsiad, były szpieg , jeden z perełek z korytka KGB,
      Wujek Wołodia, tak nazywają go, ma do tego niezły dryg…

      — Wujek Wołodia?
      — Wujek Wołodia!
      Wujek Wołodia zaraz to załatwi ci!
      Wujku Wołodia, dokręć śruby mi!
      Wujku Wołodia, dokręć śruby w mig!
      Wujku Wołodia, śrubę dokręć mi!


      Posiedź jeszcze, wujek Wołodia dokręci kilka śrub.
      A ciocia Natasza nas zaszyje, milcząc jak grób!
      Cała rodzina, cały blok ją na zabój kocha!
      Ciocię znaną jako Bomba (albo Gocha Locha),
      kochają wszyscy, a do tego, prokuratorski złożyła ślub!

      Więc, ciociu, co jeszcze możesz nam zszyć? Wujek Wołodia nam wszystkim kibić tak zwęził, że zaczęła pić!
      Wszystkich nas związała jego wątpliwego wątku wątła nić!

      — Wujek Wołodia?
      — Wujek Wołodia!
      Wujek Wołodia zaraz to załatwi ci!
      Wujku Wołodia, dokręć śruby mi!
      Wujku Wołodia, dokręć śruby w mig!
      Wujku Wołodia, śrubę dokręć mi!


      Wuju, wy, chwała ci chór wujów dostojny!
      Wuju złamany, odkręć śruby tej wojny!

      Wujku Wołodia, d dokręć śruby!
      Wujku Wołodia, d, dokręć śruby!
      Wujku Wołodia, dokręć, błaga cię Twój lud,
      Wujku Wołodia, rozkręć, blogi, Twój lód błogi!

      Wujku Wołodia, do kręć do wszystkich.... śrub!
      Wujku Wołodia, kręć aż po sam....
      Grób!

      III.
      [...]
      „To minie, jak nad Moskwą majowa burza”

      Jak łzy Ukrainy, jak w ustach palce brudnego psa
      Jak legitymacja członka z ramienia spod ciemnej gwiazdy,
      Jak przesłuchanie w chłodni – aż bać się strach!
      Jak korytarze ponure Łubianki,

      Jak gaz z Nord-Ost, który na cel bierze wiatr,
      Jak niesforna sfora federalnych majorów,
      Sewastopol, Donieck i Ługańsk, wagnerowcy i Specnaz,
      Jak pałujący kobiety chłopcy z Omonotworu...

      To na pewno minie,
      Minie jak zły sen!

      Z mokrym workiem nadzianym na mój durny łeb,
      Ślady na dłoni rażonej paralizatorem,
      Jak moja Rosja, czarny więzienny jem chleb,
      Ale uwierz mi: to wszystko zniknie wnet jak nocna zmora!

      W jaki ślepy zaułek wpędził nas marny los?
      Ale gdzieś na horyzoncie widzę światełko
      Upartej nadziei, wiodące w tunelu głąb...

      Uwierz mi, to też minie!

      Jak swastyka Ruskiego Mira,
      I dym pożarów niesiony przez wiatr,
      Wyroki na dzieci z Penzy i Pitera,
      I policyjna suka nabita dziećmi po dach!

      I twój telewizor, z którego pluje Sołowjow,
      Paragraf 228 i kocioł o piątej,
      I chłopcy z prewencji tępo się śmiejący,
      Gazując kobiety, chłopców i brzdące...

      To wszystko minie jak inne miesiące:
      Jak grudzień, styczeń, luty, maj…
      Minie, bez wątpienia minie!
      Na razie w to im graj
      Ale to ich już ostatnie pląsy!

      Jeszcze mam mokry worek nadziany na dumny łeb,
      Na dłoniach ślady po pieszczocie paralizatora,
      Jak moja Rosja, łykam więzienny chleb,
      Ale uwierz mi: to wszystko minie jak ta sfora od majora!

      Wszystko to wkrótce odejdzie wstecz!
      Za rok, za miesiąc, nawet za godzinę;
      Jeszcze wczoraj dyktator imperium miał u stóp,
      A dziś milczy jak grób:
      Teraz to tylko starzec w kostnicy, zimny trup !
      Wszystko kiedyś minie!

      I bramy Lefortowa runą, kraty - wyrwane z ram,
      A moja Rosja w końcu obudzi się ze snu,
      Jak ten zdradzony podwójnie malezyjski wrak,
      I wiosna w końcu zawita na twój lodowaty próg…

      W jaki ślepy zaułek zaprowadził nas marny los?
      Lecz gdzieś na pochmurnym horyzoncie widzę
      Zapomniane światło, co mnie wyprowadzi stąd!

      Uwierz mi, to też minie!
      To przeminie, na pewno! Na pewno przeminie,
      Za godzinę, za chwilę…
      To wszystko minie!

      IV.
      Hm                                            H7
      Wybaczcie piechocie, że bywa bezrozumna ona tak:
                  Em                                  F♯7
      Ty zawsze na wylocie, gdy nad ziemią wiosna idzie w tan,
                 Hm                  A7               G
      Po chwiejnych schodkach schodzisz w werbli takt…
                  Em  in              Hm/F♯     F♯7        Hm
      Zapłacze po tobie tylko wierzba, siostra wierna twych lat.

      Nie ufaj pogodzie, gdy świat cały skryje się w gęstym dżdżu,
      Nie ufaj piechocie, gdy bitne pieśni wciąż śpiewa bez tchu,
      Nie ufaj jej, nie wierz, gdy słowiki zakrzyczą na cały sad.
      Muszą rozliczyć się jeszcze życie i śmierć ze swych spraw

      Ten czas cię nauczył, że tylko w okopie znajdziesz sens i treść:
      Na przestrzał otwierasz życia drzwi tu...
      Towarzyszu, dziękuję ci za Twój hojny gest:
      Jesteś wciąż w boju i tylko to jedno cię zrywa ze snu –

      Dlaczego odchodzisz, gdy nad ziemią wiosna tańczy do utraty tchu?
      I: dokąd uchodzisz, gdy za plecami jej pieśń cię budzi ze snu?

      Edytowane przez Michał Pawica (wyświetl historię edycji)
  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • II. Wujek Wołodia ma do tego dryg (Ty wiesz, co!) Byliśmy na rowerze: ja, kumpela, i jej gach, Nagle mi puściły śruby w mimośrodzie! Rama mnie bach, spodnie w piach, Rower do kasacji, przyrodzenie jakbym dopiero co się urodził! Ale w Piterze mówią, że mój sąsiad, były szpieg , jeden z perełek z korytka KGB, Wujek Wołodia, tak nazywają go, ma do tego niezły dryg… — Wujek Wołodia? — Wujek Wołodia! Wujek Wołodia zaraz to załatwi ci! Wujku Wołodia, dokręć śruby mi! Wujku Wołodia, dokręć śruby w mig! Wujku Wołodia, śrubę dokręć mi! Posiedź jeszcze, wujek Wołodia dokręci kilka śrub. A ciocia Natasza nas zaszyje, milcząc jak grób! Cała rodzina, cały blok ją na zabój kocha! Ciocię znaną jako Bomba (albo Gocha Locha), kochają wszyscy, a do tego, prokuratorski złożyła ślub! Więc, ciociu, co jeszcze możesz nam zszyć? Wujek Wołodia nam wszystkim kibić tak zwęził, że zaczęła pić! Wszystkich nas związała jego wątpliwego wątku wątła nić! — Wujek Wołodia? — Wujek Wołodia! Wujek Wołodia zaraz to załatwi ci! Wujku Wołodia, dokręć śruby mi! Wujku Wołodia, dokręć śruby w mig! Wujku Wołodia, śrubę dokręć mi! Wuju, wy, chwała ci chór wujów dostojny! Wuju złamany, odkręć śruby tej wojny! Wujku Wołodia, d dokręć śruby! Wujku Wołodia, d, dokręć śruby! Wujku Wołodia, dokręć, błaga cię Twój lud, Wujku Wołodia, rozkręć, blogi, Twój lód błogi! Wujku Wołodia, do kręć do wszystkich.... śrub! Wujku Wołodia, kręć aż po sam.... Grób! III. [...] „To minie, jak nad Moskwą majowa burza” Jak łzy Ukrainy, jak w ustach palce brudnego psa Jak legitymacja członka z ramienia spod ciemnej gwiazdy, Jak przesłuchanie w chłodni – aż bać się strach! Jak korytarze ponure Łubianki, Jak gaz z Nord-Ost, który na cel bierze wiatr, Jak niesforna sfora federalnych majorów, Sewastopol, Donieck i Ługańsk, wagnerowcy i Specnaz, Jak pałujący kobiety chłopcy z Omonotworu... To na pewno minie, Minie jak zły sen! Z mokrym workiem nadzianym na mój durny łeb, Ślady na dłoni rażonej paralizatorem, Jak moja Rosja, czarny więzienny jem chleb, Ale uwierz mi: to wszystko zniknie wnet jak nocna zmora! W jaki ślepy zaułek wpędził nas marny los? Ale gdzieś na horyzoncie widzę światełko Upartej nadziei, wiodące w tunelu głąb... Uwierz mi, to też minie! Jak swastyka Ruskiego Mira, I dym pożarów niesiony przez wiatr, Wyroki na dzieci z Penzy i Pitera, I policyjna suka nabita dziećmi po dach! I twój telewizor, z którego pluje Sołowjow, Paragraf 228 i kocioł o piątej, I chłopcy z prewencji tępo się śmiejący, Gazując kobiety, chłopców i brzdące... To wszystko minie jak inne miesiące: Jak grudzień, styczeń, luty, maj… Minie, bez wątpienia minie! Na razie w to im graj Ale to ich już ostatnie pląsy! Jeszcze mam mokry worek nadziany na dumny łeb, Na dłoniach ślady po pieszczocie paralizatora, Jak moja Rosja, łykam więzienny chleb, Ale uwierz mi: to wszystko minie jak ta sfora od majora! Wszystko to wkrótce odejdzie wstecz! Za rok, za miesiąc, nawet za godzinę; Jeszcze wczoraj dyktator imperium miał u stóp, A dziś milczy jak grób: Teraz to tylko starzec w kostnicy, zimny trup ! Wszystko kiedyś minie! I bramy Lefortowa runą, kraty - wyrwane z ram, A moja Rosja w końcu obudzi się ze snu, Jak ten zdradzony podwójnie malezyjski wrak, I wiosna w końcu zawita na twój lodowaty próg… W jaki ślepy zaułek zaprowadził nas marny los? Lecz gdzieś na pochmurnym horyzoncie widzę Zapomniane światło, co mnie wyprowadzi stąd! Uwierz mi, to też minie! To przeminie, na pewno! Na pewno przeminie, Za godzinę, za chwilę… To wszystko minie! IV. Hm                                            H7 Wybaczcie piechocie, że bywa bezrozumna ona tak:             Em                                  F♯7 Ty zawsze na wylocie, gdy nad ziemią wiosna idzie w tan,            Hm                  A7               G Po chwiejnych schodkach schodzisz w werbli takt…             Em  in              Hm/F♯     F♯7        Hm Zapłacze po tobie tylko wierzba, siostra wierna twych lat. Nie ufaj pogodzie, gdy świat cały skryje się w gęstym dżdżu, Nie ufaj piechocie, gdy bitne pieśni wciąż śpiewa bez tchu, Nie ufaj jej, nie wierz, gdy słowiki zakrzyczą na cały sad. Muszą rozliczyć się jeszcze życie i śmierć ze swych spraw Ten czas cię nauczył, że tylko w okopie znajdziesz sens i treść: Na przestrzał otwierasz życia drzwi tu... Towarzyszu, dziękuję ci za Twój hojny gest: Jesteś wciąż w boju i tylko to jedno cię zrywa ze snu – Dlaczego odchodzisz, gdy nad ziemią wiosna tańczy do utraty tchu? I: dokąd uchodzisz, gdy za plecami jej pieśń cię budzi ze snu?
    • @andrew dziękuję serdecznie

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

       
    • podkłada  najlepsze kąski  karmi słowem  obrazami muzyką  wkupia się przymila ale to tylko pozór  chce na własność zawładnąć właściwie nie mną  tylko myśli istnienie    ale  ale jeszcze nie teraz  pewnie uważa mnie za wroga  bo gdybym jej nie znał  ale posmakowałem  i nic  to ją najbardziej boli  myślała że ...    nie trzeba walki  wystarczy nie iść z tłumem  kochać i rozumieć siebie    AI  może tylko ostrzyć apetyt    utrzymuję dystans    6.2026 andrew  Sobota, już weekend   
    • @Poet Ka ... świat kwitnie  nawet gdy ...   i tutaj  szczęścia zaznamy  gdy go kochamy  jak Ci wspaniali  co radość pokazali   gdy ... siebie dajemy  złote ziarna  na ziemi siejemy  ... Pozdrawiam serdecznie Miłego dnia 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...