Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

[limeryk] Kacyk i misjonarze


Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Kacyk i esteta z miasta Mombasa
marzył, by mieć w domu własnego "picassa".
Dobrzy misjonarze
dali więc mu w darze
sześć kubików drewna z hiszpańskiego lasa.

PS
Za „lasa” przepraszam, ale znamy już taką formę: „od Sasa do lasa”... ;-D

Opublikowano

Witam.
Przeczytałem gdzieś, że nie należy stosować wielkich liter (chociaż sam się do tego w pełni nie zastosowałem), a interpunkcyjny ogonek jakoś mi umknął. Następnym razem postaram się, żeby wszystko miało "cywilizowany" wygląd. O, mogę jeszcze moje "dzieło" edytować! Dziękuję i miłego dnia życzę.

Opublikowano

Nie zetknąłem się z informacją, że w limeryku nie stosuję się wielkich liter, almoże jestem w błędzie. Jeśli tak, to-aczkolwiek niechętnie- poprawię się. Moim zdaniem stosowanie się do ogólnie przyjętych zasad zwiększa zarówno estetykę, jak i "czytelność" utworu. Inaczej jest w poezji współczesnej, ale ta kieruje się nieco innymi prawami.
P.S. Zakaz stosowania wersalików dotyczy chyba tytułu?...

Opublikowano

Wydawało mi się, że przeglądając różne miejsca na stronie natknąłem się na informację, że prezentując utwory nie należy stosować wielkich liter. Myślałem, że to ze względów technicznych. Teraz nie mogę odnaleźć tego tekstu, chyba zobaczyłem coś, co nie istnieje ;-). Nie zamierzam stosować żadnych eksperymentalnych form w odniesieniu do limeryków. Pozdrawiam. :-)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...