Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Asertywność bywa definiowana z różnym zabarwieniem znaczeniowym, zależnym od profesji definiującego lub preferencji jak też żywionych przekonań. Pełnej zgodności czym ona ma być póki co nie będzie. I tak, Wikipedia podaje, że w psychologii termin ów oznacza posiadanie i wyrażanie własnego zdania oraz bezpośrednie wyrażanie emocji i postaw w granicach nienaruszających praw i psychicznego terytorium innych osób oraz własnych, bez zachowań agresywnych, a także obrona własnych praw w sytuacjach społecznych[1]. Jest to umiejętność nabyta[2].
Jakby tego było mało Wikipedia dodaje:

Asertywność to:

umiejętność wyrażania opinii, krytyki, potrzeb, życzeń, poczucia winy,
umiejętność odmawiania w sposób nieuległy i nieraniący innych,
umiejętność przyjmowania krytyki, ocen i pochwał,
autentyczność,
elastyczność zachowania,
świadomość siebie (wad, zalet, opinii),
wrażliwość na innych ludzi,
stanowczość,
samoocena[3].

Osoba asertywna ma jasno określony cel i potrafi kontrolować własne emocje, nie poddaje się łatwo manipulacjom i naciskom emocjonalnym innych osób[4].

Asertywność nie oznacza ignorowania emocji i dążeń innych ludzi, lecz raczej zdolność do realizacji założonych celów mimo negatywnych nacisków otoczenia, racjonalną dbałość o własne interesy z uwzględnieniem interesów innych. Asertywność to obok empatii podstawowa umiejętność wchodząca w skład inteligencji emocjonalnej. Diagnozy zachowań nieasertywnych dokonuje się na podstawie zablokowanych w autoprezentacji sfer komunikacji – blokady mówienia nie, wyrażania i przyjmowania opinii i krytyki, kontaktu z autorytetem i tłumem (trema), radzenia sobie z poczuciem winy[5].


Swego rodzaju ilustracją tak definiowanej asertywności są określone w Wikipedii:

Zachowanie asertywne

Zachowanie asertywne polega na uznawaniu, że jest się tak samo ważnym, jak inni, na reprezentowaniu własnych interesów z uwzględnieniem interesów drugiej osoby. Zachowanie asertywne oznacza korzystanie z osobistych praw bez naruszania praw innych.[6]

Charakteryzuje postawę akceptacji siebie, szacunku do siebie i innych.

Postawa asertywna towarzyszy ludziom, którzy mają adekwatny do rzeczywistości obraz własnej osoby. Stawiają sobie realistyczne cele, dzięki czemu w pełni wykorzystują swoje możliwości, a jednocześnie nie podejmują zbyt trudnych zadań, co ich chroni przed rozczarowaniem i krytyką otoczenia.

Człowiek asertywny swobodnie ujawnia innym siebie, wyraża otwarcie swoje myśli, uczucia, pragnienia. Czyni to w sposób uczciwy, bezpośredni, śmiało, bez paraliżującego lęku, akceptuje swoje ograniczenia, niezależnie od tego, czy w danej sytuacji udało mu się odnieść sukces, czy też nie. Potrafi odpowiedzieć nie, zażądać czegoś, co mu się należy, nie lęka się nadmiernie oceny, krytyki, odrzucenia. Pozwala sobie na błędy i potknięcia, dostrzegając swoje sukcesy i mocne strony. Gdy jest w centrum zainteresowania uwagi, potrafi działać bez niszczącego lęku. Akceptuje zmiany w sobie i innych. Potrafi się porozumieć z innymi, potrafi też dochodzić swych praw i egzekwować je.


Już takie jej ujęcie pokazuje, że asertywność to pojemne znaczeniowo słowo. Nic przeto dziwnego, że tak łatwo dochodzi do pomyłek przy ocenie cudzych zachowań znamionujących się asertywnością... Prócz tego, bywa dość często tak, że własne zachowania zwykliśmy uważać za asertywne, właściwe... Jak to zauważył Największy z wszystkich ludzi, bywa z nami tak, że to my jesteśmy mądrzy, asertywni, dobrzy itd, a inni niekoniecznie... Stąd Wieli Nauczyciel radził zająć się belką we własnym oku, miast ździebełkiem w cudzym.

Staram się być asertywny nie tylko wówczas gdy komponuję moje zestroje, przy czym do tej określonej w Wikipedii, uznawana przeze mnie chrześcijańska asertywność niezupełnie przystaje, stąd w obszarach w których nie ma z nią części wspólnej, bywa postrzegana jako jej zaprzeczenie...

Mając tę okoliczność na względzie uprzystępniam wyznawaną przez siebie chrześcijańską asertywność.

Zacznę może tak:

Proszę sobie wyobrazić, szanowny mój czytelniku, że wprost z tropikalnej wyspy przyleciałeś w okolice koła podbiegunowego. Wychodzisz z samolotu i od razu przenika cię lodowate zimno. Czy dasz radę się zaaklimatyzować? Tak, ale będziesz musiał dokonać szeregu zmian. W obliczu podobnej sytuacji stajesz, gdy masz do czynienia z kimś, kto dorasta do wymiarów pełni Chrystusowej - List ap. Pawła do Efezjan 4:13. Mając częsty kontakt z kimś takim, kto wcześniej był niezbyt asertywny, a nawet "nijaki", możesz odnosić wrażenie, że "klimat" jaki wokół siebie roztacza radykalnie się zmienił (zmienia). W tego typu sytuacjach prawdopodobnie skłonny jesteś myśleć: "Co się stało? Jeszcze niedawno "wyglądało na to, że go znam". Czy odczucie czegoś takiego musi oznaczać pogodzenie się z ochłodzeniem relacji? Nie. Nie musi. Zachowanie dobrych relacji (więzi) jest możliwe. Trzeba przy tym zrozumieć, co się dzieje z kimś, kto podlega fascynującemu, a zarazem burzliwemu rozwojowi.

Jestem dzieckiem Bożym, wychowywanym (korygowanym) Jego Słowem.

Per analogiam:
Naukowcy sądzili dawniej, że rozwój mózgu w zasadzie kończy się około piątego roku życia. Teraz uważają, że choć wielkość mózgu po tym okresie prawie się nie zmienia, zupełnie inaczej jest z jego funkcjonowaniem. Wkraczając w wiek pokwitania, młodzi ludzie przechodzą burzę hormonalną i zmienia się ich sposób myślenia. Na przykład małe dzieci zazwyczaj operują konkretami i postrzegają świat w kategorii czarne lub białe. Natomiast nastolatki potrafią myśleć abstrakcyjnie i brać pod uwagę głębsze aspekty rozpatrywanej sprawy. Nie inaczej jest z dziećmi Bożymi, na co wskazuje m.in. 1 list do Koryntian 13:11.
Tak pojmowane dzieci także wyrabiają sobie własne poglądy i nie obawiają się ich wyrażać. Coś podobnego mogą u mnie dostrzegać (systematyczni) czytelnicy moich zestrojów, czy też komentarzy. Czasami moja asertywność może zakrawać na bunt, brak taktu, zrozumienia dla innych. Bynajmniej jednak ani myślę sam od siebie, po swojemu wyrokować o cudzym życiu (postępowaniu), przeświadczeniach, wartości uczuć, zresztą tak samo jak nie życzę sobie czegoś takiego ze strony moich szanownych bliźnich. Pomny jestem, że to co ogólnikowo dotyczy innych, w pierwszym rzędzie dotyczy mnie samego.

Hipokryzja wstrętna dla Jedynego i Prawdziwego Boga, jest taką I dla mnie.

Biblia m.in. ukazuje niemądre postępowanie człowieka, któremu "nie dostaje serca", co między innymi oznacza brak rozeznania (Przysłów 7:7). Ktoś taki nie mając ustalonych przekonań, może być "miotany jakby przez fale oraz unoszony tu i tam każdym wiatrem nauki wskutek oszukaństwa ludzi" (Efezjan 4:14).
Świadom tego, staram się nie dopuścić, aby coś takiego przytrafiło się mnie.

Oto środki zaradcze przeciw czemuś takiemu:

1. ZDOLNOŚĆ LOGICZNEGO MYŚLENIA
Apostoł Paweł napisał, że "ludzie dojrzali (...) mają władze poznawcze wyćwiczone, aby odróżniać to, co właściwe, od tego, co niewłaściwe" (Hebrajczyków 5:14). Być może, szanowny czytelniku, myślisz w tym momencie: "Ale przecież już dawno Stempelek winien znać co jest dobre, a co złe". I masz rację. Zasadniczo wiem, lecz nadal pogłębiam te wiedzę (2 Tymoteusza 3:14). Znamienne jest to, że inne dziecko Boże, mianowicie apostoł Paweł zwrócił uwagę na to, że ludzi dojrzałych charakteryzuje coś więcej niż sama znajomość co jest dobre a co złe. Powracając do analogii: Małe dzieci po prostu nabywają wiedzy o tym, co dobre, a co złe, ale nastolatki starają się uzyskać "władze poznawcze wyćwiczone" - stając się dorosłe pod względem zdolności rozumienia (1 Koryntian 14:20; Przysłów 1:4; 2:11). Przecież w życiu dorosłym, nie o ślepe posłuszeństwo chodzi, ale o umiejętność logicznego myślenia (Rzymian 12:1, 2), na którym wspiera się tzw. zdrowy rozsądek. Wobec tego ja wam, a wy mnie pozwalajmy sobie na swobodne wyrażanie zdań, bez chamskiego "uciszania". Warto też nie reagować zbyt gwałtownie - nawet gdy to, co czytasz, wcale ci się nie podoba. Biblia zachęca: "Bądź prędki do słuchania, nieskory do mówienia, nieskory do srogiego gniewu" (Jakuba 1:19; Przysłów 18:13). Pamiętajmy też, że jak powiedział Jezus, "z obfitości serca mówią usta" (Mateusza 12:34). Jeżeli zdobędziecie się na "wyczytanie mnie" (neologizm), to dowiecie się, co naprawdę leży mi na sercu. Podczas wymiany komentarzy starajmy się nie wygłaszać kategorycznych stwierdzeń, lecz lepiej zadawajmy sobie pytania. Jestem pewien, że tak jest dobrze czynić, gdyż i Jezus poznawał punkt widzenia swoich uczniów, a nawet oponentów, pytając: "Jak myślicie?" (Mateusza 21:23, 28). Podobne pytania możemy sobie zadawać - szczególnie wtedy, gdy wyrażam pogląd odmienny od twojego, szanowny czytelniku.

2. POCZUCIE ODPOWIEDZIALNOŚCI
Ustanowione ograniczenia rzecz jasna zapewniają ochronę przed zagrożeniami i wykorzystaniem, ale według niektórych ekspertów pośrednio przyczyniają się do tego, że ludzie nie uczą się brania na siebie odpowiedzialności. W rezultacie wielu uważa, że ma "niezbite prawo do posiadania różnych rzeczy, że powinny być im podane na tacy, że po prostu się im należą”. Podobnie odnoszą się do uznawanych przez siebie poglądów. Taka postawa wydaje się naturalną reakcją na życie w świecie, w którym znacznie częściej zapewnia się rozrywkę, niż stawia jakiekolwiek wymagania. Dla kontrastu Biblia mówi o ludziach, którzy dość wcześnie wzięli na siebie poważne zadania. Na przykład Tymoteusz był dość młodym człowiekiem, gdy poznał apostoła Pawła, który wywarł na niego duży wpływ. Mimo to po wielu latach Paweł zachęcał go, żeby "rozniecał jak ogień dar Boży, który jest w nim", czyli całym sercem przykładał się do powierzanych mu obowiązków (2 Tymoteusza 1:6). Tymoteusz miał prawdopodobnie około 20 lat, gdy opuścił rodzinny dom i razem z apostołem wyruszył zakładać zbory i umacniać współwyznawców. Przeszło dziesięć lat później Paweł napisał o nim do chrześcijan w Filippi: "Nie mam (...) nikogo więcej o jego usposobieniu, kto by się szczerze zatroszczył o to, co was dotyczy" (Filipian 2:20). Świadom tego chętnie biorę na siebie obowiązki, zwłaszcza jeśli wiem, że wykonana praca, bądź przejawiana aktywność przyniesie konkretne efekty. Dzięki temu nie tylko przygotowują się do dorosłości reprezentowanej przez "pęłnię Chrystusową", dążąc do tego, aby w pełni wykorzystać swój potencjał.

Jeżeli więc moi czytelnicy odnosicie wrażenie, ze trafiliście do innej strefy klimatycznej, proszę postarajcie się odnaleźć w zaistniałej sytuacji, a to tym bardziej, jeśli macie już za sobą to, przez co właśnie przechodzę... Starajcie się asertywnie potraktować moją fazę dorastania jako sposobność, by 1) nauczyć mnie logicznego myślenia, w tych przypadkach, w których go nie wykazuję; 2) zapewnić mi wsparcie w dokonującym się we mnie rozwoju; 3) zaszczepić mi poczucie odpowiedzialności.

Dziękuję tym co są wobec mnie asertywni jak ja.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Wiechu J. K. I to zmienia w sposób daleki od pragnień a bliski emocjom, od których chciałoby się uciec. Wcześniej człowiek nie mógł wracać do wspomnień zaklętych w obrazie, teraz tak. Wraz ze wszystkimi szczegółami uwiecznionymi w zapisie. Nostalgia potem przygnębia. Ważny wiersz.
    • @Achilles_Rasti Dyskretny, ale pełen napięcia i życiowej mądrości. 
    • @Proszalny Wydaje mi się, że arbitralne stwierdzenie 'nie ma ja' i wysnuwanie z tego dalszych wniosków upraszcza problematykę, ale niewiele wyjaśnia. Możnaby zapytać: Biochemia mózgu napisała Twojego posta? Jony potasu krążą w neuronach i nucą: nie ma ja nie ma ja nie ma ja? Kto właściwie mówi?
    • Zło   Gdyby tak można zdefiniować zło, zaznaczyć jego granice, ściśle określić linię zła, granicę zbioru, można by wtedy opublikować te kryteria klasyfikacyjne i poczuć się wolnym od uciążliwej, stałej penetracji, analizy. Można by komfortowo spędzać czas nie troszcząc się o wiedzę czy to co było dotychczas, jest już złe, a może nie było nigdy dobre? Można powiedzieć, że z grubsza, dzięki Objawieniu ludzie wiedzą co jest złe. Można pokusić się tu o takie piktograficzne porównanie wiedzy o złu do zbioru liter, które na pierwszym planie są wyraźne ale na dalszym rozmywają się w szarej mgle. Powszechnie wiadomo, że złem jest zabicie drugiego człowieka, swego bliźniego, ale z drugiej strony powszechnie wiadomo, że nie wszyscy mogą przetrwać. Niejeden „nawiedzony” mówił, że „to jest jedyna, słuszna droga, a wszelkie odstępstwa są błędem i będą karane z całą surowością prawa”. Po czym historia, czyli sędzia czasu, a może czas sądzenia pociągały takich osobników do odpowiedzialności za dokonane zło, pojmowane przeważnie jako ruina kultury materialnej. Mówiąc językiem tłumów „nie ma co do gęby włożyć”. Z tych ruin i zgliszczy, niczym przysłowiowy feniks z popiołów, pojawia się „nowy” i „jedynie słuszny”, trwa „odbudowa” i chwile „powszechnej szczęśliwości”, określane jako dobro. Mizantropia na którą można tu zapaść, też zapewne można określić jako przejaw zła. Miotanie się od hossy do bessy, to też jakieś zło. Zło niewiedzy o złu, które wydaje się przerastać człowiecze możliwości i nie wiadomo dlaczego ten świat jeszcze trwa. Wszędzie ktoś narusza czyjeś „dobro”, czyni „zło” i spustoszenie. Dzięki pisanym kodeksom etycznym i tzw. „prawu” wiemy z grubsza jak postępować nie należy aby nie zostać posądzonym o złą wolę. Choć gdyby zapytać nagle kogoś czy to co uważa za „złą wolę” jest nią rzeczywiście, odesłałby nas z pewnością „do diabła” albo do poradni zdrowia psychicznego. Wielu filozofów zauważyło, że zło to pochodna „złej woli”, „złego charakteru”, „złego zaczynu”, „skażenia bytu ludzkiego”. Ich mniemania niejednokrotnie znajdowały swoje potwierdzenie w historii ludzkości. Zwycięstwa wielkich tyranów, despotów oparte o krwawą drogę do władzy na zawsze zapadną w ludzką pamięć jako totalitarne zło. Niektórzy upatrują zła we władzy, w dążeniu człowieka do panowania nad innymi. Ale z pewnością nikt nie powie, że władza rozumu nad namiętnościami to zło. Ktoś powie, że „czysty rozum” to zło, ale z pewnością nie władza rozumu nad namiętnościami. Można dodać z pewnością, że władza „zdrowego rozsądku” nad namiętnościami to jedyne dobro człowieka. To ów „zdrowy rozsądek” pomaga rozpoznać, które z objawień są dobre, a które złe. Z pewnością Łaska Boża oraz tzw. „sumienie” mogą stać się również pomocą dla tego dobra. Lecz znamy z historii przykłady ludzi bez sumienia. Dzięki „zdrowemu rozsądkowi” i Łasce Bożej oraz objawieniu człowiek może określić zło dość precyzyjnie poprzez swoje sumienie. Sumienie i „krnąbrna wola”, sumienie zaniedbane to z pewnością zło. Uniemożliwia ono trafne rozpoznanie i zdefiniowanie na czym polega w danej kwestii zło. Taki człowiek o nieprawym sumieniu lubuje się w sobie, nie potrafi pokonać własnego egoizmu, dla jakiejś tam „metafizycznej moralności”, jakiejś abstrakcji. Utarło się pojęcie „zło konieczne”. To tak jakby leczenie trucizną. Zło niedoskonałości nakazuje nierzadko korzystanie z takich połączeń pojęć: zła i konieczności, mimo, że większość wie o konieczności dobra (dobro konieczne). Czasem w świecie komedii spotykamy postacie o chwiejnym charakterze, skłonnych do egzaltacji, gwałtownych porywów czy omdleń, których w żaden inny sposób uleczyć się nie daje, jak tylko przemocą. Człowiek poszukując ideału natrafia na bariery nie do przebrnięcia, czy to przez formę bytu swego, czy przez powolność skojarzeń i nie może sprostać w rzeczywistości ideałowi moralnemu, etycznemu aby znaleźć owo konieczne dobro w postępowaniu. Mówi się „co nagle to po diable” i z pewnością coś w tym jest. Gdyby tak nagle upowszechnić klonowanie ludzi z dążeniem do eliminacji jednostek słabych i chorowitych. Czy to byłoby złe aby na świecie żyli tylko zdrowi, inteligentni i silni? Świat stałby się zdrowy, inteligentny i silny! To chyba logiczne. Świat nadludzi. Jakie to byłoby wspaniałe! Legendarne zło pierwszych rodziców ludzkości stanowi zagadkową zagadkę i tajemnicę tajemnic. Trudno nam uwierzyć w historię o wypędzeniu z Raju, choć z drugiej strony na każdym kroku widać konsekwencje tego błędu, tego zła, powielanego w każdej parze, mimo nowoczesnego, pozytywistycznego sztafażu. Legendarne zło Pandory, która uwolniła ze swego naczynia wszelkie nieszczęścia tego świata… . Legendarne zło Erosa, który nie posiada ani Dobra, ani Piękna i kombinuje, jak tu się przypodobać aby udało mu się nabrać kogoś, że ma jedno i drugie. Również legendarne zło jednego z dwóch braci: Kaina, jak bardzo dziś, w nowych czasach bije w oczy, w wielu regionach tego świata. Zło braci Józefa (Stary Testament), tak znakomicie przekazane przez dramaturgię współczesną i współczesną literaturę, to wciąż ta sama historia, powielana przez posiew diabła, szatana. A zło Sodomitów i Gomorian, tak pieczołowicie wynoszone na piedestał masowej kultury przez współczesnych ultra libertynów? Czy lepiej można oddać postać zła od takich mistrzów „pióra”, jak Sofokles, Eurypides, Ajschylos, J. Racine, P. Corneille, W. Shakespeare, F. Dostojewski, F. Durrenmatt, G. Greene? Ale i ich pewność o złu wynika z dość niejasnych przesłanek, których sami się obawiali i obawiają. Nie stawiają w swoich dziełach kropki nad i. Nie definiują zła ale znakomicie opisują i prezentują, a robią to z duszą na ramieniu, ponieważ zło jest ogromnie zaraźliwe. Gdy dobro jest tak trudne do osiągnięcia, tzn. wymaga pewnego wysiłku, zło zawsze jest łatwiejsze do osiągnięcia, łatwiej „lgnie do ręki”. Człowiek nieświadomy zbytnio zła, gdy sięgnie do dzieła przedstawiające zło, niejako automatycznie, a podświadomie zaraża się ideą zła, opisywaną przez autora dzieła. Co gorsza, idea ta puszczona w niepamięć odrazy i odrzucenia, znikając z horyzontu czytelnika nie obumiera lecz kiełkuje w ciemnościach na podobieństwo bladego ukwiału, na dnie Rowu Mariańskiego. Tak więc człowiek staje po raz kolejny pod krzyżem paradoksu: nie znać zła to znaczy je popełnić, znać zło to znaczy je popełnić. Jeśli nie wiadomo jak coś trzeba zrobić można to zrobić źle. Jeśli wiadomo jak robić nie należy, bo będzie to oznaczało taki to a taki skutek, ktoś może mieć złą wolę osiągnięcia takiego skutku. Jedną z najgorszych postaci zła jest niemoc jasnego rozumienia rzeczy, pogorszona percepcja, niedostateczna uwaga pod jakimś wpływem, pod wpływem jakiegoś czynnika. Brak ostrożności u alpinisty zabija go lub okalecza w oka mgnieniu. Podobnie u sapera, chwila zapomnienia, nieuwagi i… eksplozja zardzewiałego ładunku gotowa. Gdy zawodzi człowieka tak ulotny atrybut jak intuicja, może nie tylko atrybut, lecz także niejasne zjawisko, momentalnie popada on w jakiś konflikt, w jakieś uwikłanie, jakąś matnię. Może to być uwikłanie z szczęśliwym zakończeniem (happy endem), ale nie koniecznie. Zbytnia ostrożność, lękliwość, zdwojona czujność często prowadzi człowieka do obłędu, do utraty zdrowego rozsądku. Rzekomo wiadomo jak postępować nie należy, jak postępować należy, wiadomo o zachowaniu czujnej intuicji, jasnego umysłu, a zło i tak dopada człowieka w momencie, którego najmniej się spodziewa. W chrześcijaństwie, a zwłaszcza w Kościele Katolickim wyszczególniono zło i nadano mu nazwę „grzechu głównego”. Liczbę, ilość grzechów określono na siedem, ale tzw. „grzechów ciężkich” jest w tymże Kościele więcej. Ogólnie można przyjąć, że grzechów dopatrzono się na znaczną liczbę, wynikających z dziesięciorga przykazań, grzechów głównych, dwóch najważniejszych przykazań ewangelicznych, przykazań kościelnych, grzechów przeciwko Duchowi Świętemu. Z pewnością inaczej przedstawia się sprawa, problem zła w kościele protestanckim, z którym od wielu już lat toczy się bogaty dialog ekumeniczny w duchu jedności chrześcijan. Dialog ten owocuje wspólnym dobrem. Protestanci w swoich doniosłych rozważaniach teologicznych usiłują jakoś uporać się ze złem tego świata, choćby w zakresie definicji grzechu, definicji zła. Sokratyczna definicja grzechu uzmysławia nam kondycję umysłową człowieka względem zła, występku i grzechu. Głupotę określa jako grzech. Grzech powoduje utratę wiedzy o nim samym. Człowiek, który grzeszy, traci wiedzę o tym, że źle postępuje, ponieważ gdyby o tym wiedział nie czyniłby tego co złe ale to co dobre. Człowiek sprawia wrażenie, że pojmuje grzech, wie jak postępować powinien, a jednak postępuje tak, jakby tej wiedzy zupełnie nie posiadał, a to co mówił o swej wiedzy nie miało nic wspólnego z jego postępowaniem. W dawnym Kościele Katolickim, myśliciel religijny i teolog Pseudo Dionizy myślał podobnie, choć dla współczesnego człowieka śmiesznie i naiwnie bo widział ideę aniołów inteligencji. Dopiero w ostatnich latach swego wielkiego pontyfikatu, Papież Jan Paweł II napisał najbardziej znaczące dzieło dla całego Kościoła, mianowicie encyklikę „Fides et ratio”. Można powiedzieć, że świat ma jeszcze jakąś szansę ocalenia cywilizacji przed zagrożeniami i złem, określanym przez naukę jako „zagubiony paradygmat”. Że balansująca na krawędzi ateizmu cywilizacja pełna pychy (C.K. Norwid „Cywilizacja”), społeczności – robotów, zbiorowej patologii miejskich molochów, zdziczałych watach biedoty, otrzyma szansę nie tylko dalszej ale i jakościowo lepszej egzystencji, godnej człowieka. Że przeżyje jeszcze kilka pięknych chwil przed finałem, właśnie dzięki temu „zagubionemu paradygmatowi”, dzięki „Fides et ratio”. Współczesna, totalitarna cywilizacja, uzbrojona po zęby dzięki złu konstruktorów bomb ABC, „złu koniecznemu”, śpi na „beczce prochu” nie wiadomo jak długo jeszcze. Może przecież dojść do serii prowokacji, fali wzajemnych urazów i pretensji, za którymi czai się pieczołowicie kultywowana i realizowana idea walki z wrogiem.  Byle pretekst da możliwość ujścia, zniszczy tamę i doprowadzi do otwartego konfliktu. Żyjemy w świecie, w którym dobrem jest to, że zło uniemożliwia zło innym. Można powiedzieć, że czasy, gdy „zło zwyciężało się dobrem” bezpowrotnie minęły. Dziś ktoś jest „dobry” dlatego, że fizycznie, przez zło większe nie może zrealizować zła mniejszego. Jest więc pozbawiony wolnej woli i wyboru, sprowadzony do roli zwierzęcia, które czeka na okazję, kiedy będzie mogło się odgryźć, odkuć, wyjść na swoje i zniszczyć konkurencję. Myślenie innego typu jest uznawane za infantylizm lub chorobę. Przymus ekonomiczny wielkiego kapitału i jego długich macek wysysa z ludzi energię i nakazuje się cieszyć tym, że za swój ciężki wysiłek może w ogóle przetrwać. Zło wyzysku ponad sprawiedliwość (zob. Jan Paweł II „Centesimus annus”) zabija w człowieku nadzieję na godziwy byt, nie wspominając o luksusie. Ktoś, kiedyś obliczał ile to można by zrobić, gdyby sumę pieniędzy miast na zbrojenia przeznaczyć na „postęp”, ile to istnień ludzkich, które co dnia umiera z głodu mogłoby przetrwać. Tyle zła jest na tym świecie, a mimo tego on trwa… to zdumiewające… nieprawdopodobne.  
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...