Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

1

Mam nową manię.
Namiętnie gram w tenisa. Nawet w tej chwili pakuję gościowi piłkę w lewy narożnik stołu. Jest czterech przeciwników, każdy kolejny lepiej gra, ten, z którym teraz walczę jest drugi. Raz dałem mu radę, ale przyszło mi to z wielkim trudem. Każdy grający ma swoją publiczność, po trzech z kwadratowymi głowami, jak zdobędziesz punkt oni klaszczą wznosząc kanciaste ręce do góry. W każdym kolejnym meczu jestem kimś innym, raz bywam Tybetańczykiem grającym z żółtym małym komunistycznym Chińczykiem, innym razem Czeczeńcem rozgrywającym szybkie piłki z ruskim ubekiem. Jak mi się już skończą pomysły przeistaczam się w katolickiego Polaka, co rozgrywa decydujący bój z niemieckim satanistą. Technika jest prosta, czwórką i siódemką poruszasz się w lewo lub prawo, gwiazdką odbijasz piłeczkę, a jak chcesz podkręcić to po odbiciu naciskasz 4 lub 7. Raz próbowałem zagrać z najlepszym, ale już po minucie było 21 do 0 dla najlepszego. Dlatego muszę dużo trenować, bo on to całe zło na świecie, a ja chcę z nim walczyć i wygrać. Obiecuję wam jak wygram z czwartym, będzie zajebiście fajnie, będą wysokie renty, nie będziemy już umierać i wszyscy będą się kochać. Dlatego musicie trzymać za mnie kciuki, a ja zamierzam trenować z determinacją i wiarą. O Szamanie znów przegrałem! Szlag by to jasny i gwieździsty! Pi pi ri pi - grają muzyczkę mojej klęski. Z opuszczoną głową kończę rozgrywki.
Czas na kawę, papierosa i kontemplację, nazywam to trzy w jednym. Regeneracja plus metafizyka plus zdystansowanie. W tym celu trzeba przejść długim świetlistym korytarzem w stronę mrocznego pokoju sióstr. Po drodze spotkać można wielu ciekawych ludzi, a każdy z nich ma własną wersję tego świata. No, bo to, że ten świat nie istnieje chyba już wiecie? Wpadliście na to?
Z lewej z prędkością światła mija mnie Zbych, twarz pomarszczona, oczy rozbiegane w szaleńczej pogoni za papierosem. Koordynacja ruchowa szwankuje koledze, ponoć od dziecka, ale przywykł, pogodził się i teraz najczęściej mawia: spoko.
- Maks masz jakiegoś spoko papierosa dla mnie, mentolka jakiegoś znajdziesz, dasz kumplowi w potrzebie, ludzie powinni być bardziej spoko, pomagać sobie, wspierać się, częstować fajkami jak potrzeba. Maksiu nie bądź małym brzydkim chłopcem, daj fajeczkę?
Patrzy na mnie tym swoim wzrokiem, nie do przejścia. Dosłownie widzę samego siebie w wybałuszonych szkliwach jego aparatu do patrzenia. On już prawie płacze. Decyzja...
- Spoko Z. Masz, walnij sobie w płucko - wyciągam smukłego mentolowego Cristala z białym jak śnieg ustnikiem i daję Z. Niech ma coś spoko z życia.
Na mnie już czas, pędzę dalej.
Cel jest jasny. Strzelisty czajnik elektryczny, ciemno brązowy preparat, szklanka i cukier. W pokoju siostra Weronika z domu Nowicka ogląda M jak miłość, kobieta, dom, słońce, wesoła gromadka dzieci. Jej łzy rozpryskują się o biały kitel. Czerwone paznokcie wbijają się w podniszczone oparcie fotela. Cała jest w obrazie, dialogu, dźwięku, dokumentnie wpompowana w filmidło. Seriale o życiu, sadystyczna ironia losu. Chrzanić to. Wciskam ON, czekam, bulgocze, zalewam i jest. Ten aromat, wzniesiona para układa wzory faliste, bo Sebę piję wciąż...
Co u Ciebie Rysiu? Dobrze? To fajnie.
Najgorsza część ceremonii, trzeba to zanieść do świetlicy. Z mroku w światło, z światła w skondensowany czyściec pokoju uciech minimalnych.
Udało się pełen sukces nie wylałem żadnej kropli, jest mój stolik, moje krzesło, mój widok z okna. Nadciągnęła jesień, obsypała kawałek kulki papierowymi kartkami z pozdrowieniami od Pana B. Deszcz, wiatr i inne żywioły rozgościły się na pustych ulicach. I szybciej gaszą światło. Och! Jak wspaniale usiąść, wygasić te palące problemy wyimaginowanej reality i spocząć spokojnie w wygodnym krześle, popijając czarną parzoną po krajowemu przypalając dobrą fajeczkę. Relaksik, tutaj naprawdę nie ma ciśnień. Za oknem bez zmian, żadnych sensacji, wojen, Sodomy, klęski, niekontrolowanej apokalipsy. Czasem przykleją się jakieś nędzne problemiska, dociekiwania, przypomnienia, złowieszcze zapowiedzi upadku. To tylko slajdy, przeglądam je spokojnie, bez emocji, z małym uśmiechem pobłażliwości. Wracam do chwili, do jej potęgi, ogromu i nieskończoności. Gorący moment rozpuszcza śniegowe Było, czy Będzie. Teatralne rekwizyty i spektakularne oszustwa, zapadają się w siebie cicho i beznamiętnie. Stepowe wilki na małej smyczy. Łyk, sztach, myśl, trzy elementy. Oddech, uderzenie serca...jestem. Sedno sprawy, jestem? Jestem? Czy nie? Ktoś mnie widzi, ja widzę kogoś, rozmawiamy, ale mam wrażenie, że udajemy, wszystko udajemy, od początku do końca. Puść to! Puszczam, a i tak wraca. Tylko udaje, że odchodzi. Dajmy spokój dywagacjom.
Spójrzmy na Marka.

2

Siedzi rozkołysany, ni to płacze ni to uśmiecha się. Coś tam mamrocze do siebie pod nosem. Tak już ma. Nie wiem dokładnie, od kiedy. Jak go przywieźli był maksymalnie wkurwiony. Kolosalnie. Klął, na czym świat stoi. Leży, dogorywa. Miał swój plan, a oni go obrócili w niwecz, sprowadzili do jakieś wyssanej z palca teorii braku zdrowia psychicznego. Marek uważa, że to był najbardziej jawny ze spisków i tym samym potwierdzili to, co od dawna wiedział. A mianowicie Marko odkrył prawdę. Często mi powtarzał, że jak przypadkiem odkryję, o co chodzi, to żebym pod żadnym pozorem nikomu o tym nie mówił. Bo przeprowadzą interwencję i skończy się źle. Niczego nie odkryłem, a i tak jestem tu gdzie Marek, zatem jego teoria trochę zawodzi. Ale on mówi, że już mnie wyprali i nawet nie pamiętam, dlaczego tu jestem, podawali mi radioaktywne tabletki powlekane amnestyczną wydzieliną z gruczołów iluzorycznych i przeprawili w słodki świat niewiedzy. No może, sam nie wiem. Trzeba go zapytać.
- Co tam Maruś tak siedzisz i patrzysz sobie na ten za okienny prowincjonalny światek? - widzę jak mu drga gruba fioletowa warga i pulsuje cała lewa strona twarzy. Jest jakiś taki zapadnięty w sobie, wyobcowany, nieufny. Rozgoryczony porażką.
- To gówno Maks, cholerna pantomima, oszustwo gorsze od wszystkiego, zobacz te ptaki, co one mają zrobić? Mają jakiś kurewski wybór tego, co ich spotyka? Z nami jest tak samo, kto to kurwa wymyślił i po co? Po co Maks? - mówi do mnie, chaotycznie podpalając papierosa marki Level, podsinionymi gałami wbijając się w moją od dawna nie goloną twarz, zakrzepniętą umowną maskę.
- No wiesz, muszę pomyśleć, noo...niby Bóg, tak powiadają, że w sześć dni to wygenerował i już tak zostało, zamontował Adasia i Ewkę, diabeł się pojawił, jabłko, drzewo rozpoznania i bęc - cierpienie, śmierć, ten szpital. I tak się bujamy i czekamy na powrót króla, sąd i wtedy albo tu albo tam, góra dół, dół góra. To w sumie nie moja sprawa, co oni wymyślili, nie wiem czy to prawda, musiałbym zapytać wielkiego Generatora.
Marko się zamyślił, odpłynął i po chwili mówi:
- Chuj, dupa, bzdura, zasrane pączki w maśle, kabaret nakręcili i wyeksponowali dla mas, rozumiesz? Nie? Pismo, słowo na początku, ludzie księgi, nie? Jaki chuj ich podkusił, żeby sprzedać taką ściemę, żeby wmówić nam, że to słowo Boga, a skąd oni to wzięli, że Bóg gada słowami i to do nas gada? A nie na przykład do kosmitów, albo krasnoludów. A piekło stary to już najlepsze, gwóźdź programu, strzał w dziesiątkę. Oni tylko chcieli kontroli, porządku, uczynili z siebie uprzywilejowaną kastę kapłanów, zasmarkali nas tymi kaszalotami, że to niby Bóg albo bóg księgę im objawił. To, co do kurwy nędzy? Zabawę sobie wymyślił? Sadysta jakiś? Ja pierdolę - łapczywie rzecze Marko, wciągając dużego sztacha dymu w rozdygotane wnętrzności, jednocześnie wychylając sporego hausta zielonej herbaty. Poprawia przerzedzone kępki włosów i z uporem maniaka zakleszcza pole widzenia do mocnego spojrzenia na rozkołysane za oknem drzewo. Niemalże widać szaleńczy chaos jego myśli, jak uderzają z całą mocą o ścianki podrapanej czaszki. Wznosi palec do góry i rzecze:
- Bóg nie istnieje Maks, nie ma, to wymysł, jesteśmy tylko tymi marnymi ciałami, które nie mogą uwierzyć w to, że są skazane na unicestwienie i nikt i nic im nie pomoże, żaden zasraniutki święty z Lotaryngii. Dlatego postanowiłem im opowiedzieć o tym fakcie, podczas ich śmiesznej pseudo duchowej ceremonii, zdzieliłem w pysk tego czarnego wiarołomcę i tłumaczę im jak krowie na granicy, żeby się obudzili, przestali już bawić się w ten zabobonny teatrzyk, żeby zaczęli patrzeć na fakty a nie na upośledzone dogmatyczne wygibasy. Kurwa Maks, ale się zrobił cyrk, najpierw stali jak wryci, a później lawina poszła, przez chwilę czułem ból a później ekstazę prawdy, Maksiu ja jestem pewny, że prawda sama w sobie wyzwala. Doświadczyłem tego z całą jebaną mocą, wzniosło mnie do gwiazd. Wysoko Maksiu, bardzo wysoko. Wtedy ten zakłamany szarlatan powiedział do wiernych, by mi odpuścili gniew swój, że Jezus też wybaczył grzesznikowi, gdyż nie wiedział, co czyni. A ja Maksiu wiedziałem, dobrze wiedziałem, co robię i dlaczego, bo ja już nie wytrzymywałem tego kłamstwa. Kłamstwo ma króciutkie nogi i wypierdoli się o pierwszy lepszy dowód swej głupoty. Kapłani spłoną jak cienkie zapałki. Zobaczyli we mnie szaleńca i zamknęli, bo się boją. Boją się prawdy Maksiu.

Skończył.
3

Opadł jak kukła po stosunku seksualnym ze swym intelektem. Oddycha nierównomiernie, oszalałe spazmy wyjawienia tajemnicy tarmoszą go z boku na bok. Jest małą żaglówką na oceanie rozpaczy, nieopisanym triumfem światła nad ciemnością. To on Marek stoczył walkę z hordami zakłamanych armii, które jednak wbiły go na pal, wywróciły na lewą stronę, uczyniły niewiarygodnym. Jednak znalazł wrażliwe na prawdę ucho, w które wtoczył swe niezmordowane dowody prawdy, jedynej, ostatecznej i nieodwołalnej. W moje ucho. Tylko, co ja mam z tym fantem zrobić, ordynować dalej, schować, poddać w wątpliwość. Mam wrażenie, że Marko z rozpędu wyważył otwarte drzwi, wymyślił dobrze znany poemat, objawił jedną z miliona gówno wartych prawd. Pytanie...

No dobra, ale co dalej?

- Jak to kurwa, co dalej? - jego drobna twarz szaleńca wypełniła się gniewem po kanciaste brzegi. Zdawał się być rozpiętym w przestrzeni hologramem, odbiciem wykreowanym dla potrzeby chwili. Aktorem stworzonym tylko po to, aby wypowiedzieć tą właśnie kwestię.
- No załóżmy, że masz rację, nie ma Boga, wszystko to spisek, ty dodarłeś do prawdy i co? Co to za prawda, która uczyniła z ciebie roztrzęsioną galaretę, wygina ci umęczony umysł, stawia na przegranej pozycji? Po co to, komu? Gdyby nie było kłamstwa nie odkryłbyś prawdy, zatem czym jest kłamstwo? Idąc dalej, bez oszustwa nie było by docierania do prawdy i jej samej. Co tu stanowi istotę sprawy?
Marko, gwałtownie porusza głową, dyndającą niedbale na cienkiej szyi, fizjonomia nabiera rumieńców skupienia, kreują się kontrargumenty. Uwaga! Start...
- Pierdolisz coś Maksiu, za dużo myślisz, albo kombinujesz chcąc obronić stary porządek, ty też boisz się potęgi nagiego aksjomatu, jego oczyszczającej właściwości, co dalej...dalej...gówno dalej, nie ma dalej, nigdy nie było, twoje dalej, to tylko nie mów więcej Marku, bo się boję tego chaosu. Proste. Odwracasz bieg rzeki, musisz walczyć samemu, nadać temu własny sens, bez pomocy, tajemnych sztuczek, odgrzewanych definicji. Pierwotny punkt i pytanie, czym ty właściwie jesteś i po co? A doszedłem do miejsca, gdzie takie pytania nie mają już sensu, prawa bytu, uzasadnienia. To tylko nasza gra wymyślona by się czymś zająć, oszukać. Nie szukaj kapłanów, wejdź w siebie w swoją prawdziwą kondycję i rozejrzyj się wokoło. Ja też tu jestem. I jak się czujesz?
- Skoro tak, to jest w dechę, fajnie tu u ciebie Marko, przytulnie, tylko z lekka niedorzecznie.

W jednym momencie wszystko jakby się zatrzymało, zgęstniało, wzmocniło kontrast i moc. To musi wybuchnąć. Czekam...10,9,8,7,6,5,4,3,2...1 i...

- Ale ty jesteś kurwa głupi Maks, normalnie chuj mnie strzela gołą ręką, tłumaczę, wyjaśniam, perswaduję z anielską cierpliwością a ty kurwa nic, zero. Po japońsku napierdalam do ciebie czy co? Ty znać polski język? Ty wiedzieć, że ja ci tłumaczyć ważne sprawy, najważniejsze w dupę, kurwa jego mać. A ty mi tu z lipą wyskakujesz, jesteś ignorantem, zgubioną owieczką szukającą pasterza, małym dzieckiem na kolanach wuja pedofila. Wake up Maks!

Wake up!

- Panowie czas na leki! - jak echo powtarzał nieznajomy głos, dochodzący z czeluści kłamstwa.




Tymoteusz Paradyz
04-11-12 16:56

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

         
    • @Somalija nie siedzę w polskiej polityce, lubię zagraniczne źródła na świecie:)
    • @Somalija w dobie demograficznej zapaści polityka nie może być antykoncepcyjna;)
    • Prolog Ten dzień Zapach parzonej porannej kawy towarzyszył ich codziennym spotkaniom przy stole. Omawiali wszystko co mają w planach oddzielnie. Nie mogli pominąć, rzecz jasna, jak to zrobić, żeby zostawić odrobinę czasu dla samych siebie. Mieli jeden zasadniczy “problem”. Nim byłam ja. Kiedy nastał dzień moich narodzin ich świat zmienił się nie do poznania. Choć fakt oczekiwali mnie, a nawet nie mogli się mnie doczekać. Mimo to stałam się dla ich ciężarem. Dla ich ducha korzystania z życia w pełni. Oboje stali się świeczką, która jest uderzana przez podmuchy wiatru. Nie miał kto jej jednak osłonić. Pozostała sama.  – Kochanie, wiem, ale nie mamy z kim zostawić Stelli. Za cholerę nie oddam jej w opiekę moich rodziców. – Rzekł w końcu, nie podnosząc wzroku znad ciemnozielonego kubka. Przytaknęła głową. W jej oczach dawno zgasła ta iskra, która go przyciągała do niej.  – Czasami się zastanawiam, czy decyzja o dziecku była dla nas dobra. Kocham ją szczerze, naprawdę, ale brakuje dawnych nas.  Przez jego przełyk przeleciał ostatni łyk kawy. Odstawił kubek do zlewu. Spojrzał się na moją matkę i zaraz wyszedł z kuchni. Zarzucił na siebie czarny płaszcz, wziął do ręki skórzaną teczkę, taką jak widziałam w bajkach, w których występowali lekarze i wyszedł z domu.  – Zobaczymy się wieczorem, Allison. – Rzucił na odchodne chłodnym tonem. Matka wstała mimochodem od stołu, popijając jeszcze kawę przeszła do salonu, gdzie odpaliła telewizor i pogrążyła się w oglądaniu tanich seriali. A ja? Byłam w starannie przygotowanym za czasu pokoju. Przyznam szczerze, że był przepięknie wykonany. Mama miała naprawdę do tego rękę. Nic dziwnego, przecież jest projektantką wnętrz. Natomiast Tata był znanym chirurgiem. Oboje byli podziwiani, a ja zginęłam w ich cieniu. Nie byłam sobą, a jedynie ich dzieckiem. Nazywanie się dzieckiem tych ludzi też jest na wyrost, bo nawet nie było mi nigdy dane, aby się tak poczuć. Ojciec wrócił około dziewiętnastej, ja przez cały czas jego nieobecności nie zamieniłam ani słowa z mamą. Razy, gdy z nią faktycznie rozmawiałam można byłoby policzyć na palcach jednej ręki. Tata usiadł przy kwadratowym i drewnianym stole w kuchni. Matka chwilę później do niego dołączyła. Szeptali.  – Wpadłem na pomysł. – Zaczął – Powinniśmy oddać ją do domu dziecka albo zrobić wszystko, aby tam trafiła.  Matka parsknęła śmiechem.  – Oszalałeś, Jack. – Odezwała się z uśmiechem na twarzy. – Poważnie mówię. Pozbędziemy się jej i odzyskamy to co straciliśmy. Alice, wyobraź sobie. Zawsze chciałaś pojechać do Włoch. Będziesz mogła to zrobić niedługo, zamiast za kilkanaście lat. To najlepsze wyjście z tej sytuacji. – Chwycił jej rękę i przyciągnął do siebie. Złożył pocałunek na niej. Przez cały czas wpatrywał się prosto w oczy mojej matki. – Zostaw. – Wzięła rękę – Daj mi spokój. Od kiedy nie uprawiamy seksu, stałeś się nieznośny. – Nie przesadzaj. Mam ochotę, to ją ci sygnalizuję. – Powiedział niższym głosem. Moja matka wstała i opuściła kuchnię. Zniknęła za drzwiami sypialni, które zamknęła. To czysty sygnał, że tego dnia ojciec jest zmuszony spać na kanapie.  Z ust ojca wyszło jedynie przekleństwo. Było skierowane do mnie. Byłam pewna. Jego wzrok mnie przebił.  – Do pokoju. – Warknął do mnie.  Nie miałam innego wyboru niż tylko go posłuchać. Zamknęłam za sobą ostrożnie drzwi. Tata był zdenerwowany. Nie wolno go bardziej denerwować. Jedna z najważniejszych zasad w tym domu. Kilka miesięcy później  Moja mama zabrała mnie dziś do pracy. Pierwszy raz w moim życiu poczułam się jak jej córka. Moje serce nie mogło przestać dudnić przez całą drogę w obie strony.  Oglądanie mojej mamy, gdy pracuję było jedną z najprzyjemniejszych momentów spędzonych z nią. Nie mogłam wyjść z podziwu, jak operowała swoją wiedzą. Łączenie kolorów w taki sposób, żeby pokój zdobył do nie rozpoznania wygląd. Wtedy już zrozumiałam, że kochała tą pracę.  Relacja z tatą uległa też zmianie. Wczoraj przeczytał mi książkę. Kochali mnie. Upewnili mnie w tym. Szkoda, że tylko w tym okresie mojego życia. Nikt nie przewidywał, że wszystko się rozsypie za sprawą sytuacji. Jechałam z mamą. Z rąk wypadła mi lalka, którą otrzymałam od taty na jedenaste urodziny. Pamiętam jego radosne oczy, gdy przekazywał mi do ręki, a szczególnie kiedy chwalił się wszędzie i wobec, że sam ją uszył. Próbowałam podnieść zabawkę bez odpięcia pasa, ale nie byłam w stanie, więc odpięłam go. Moja mama coś do mnie mówiła, ale nie skupiłam się nad laleczką. Musiałam ją podnieść. To wyjątkowy prezent od rodzica. Nie powinnam pozwolić wtedy, aby upadła. Nigdy by do tego nie doszło.  Następne co pamiętam z tamtego dnia były migające w przerażającym tempie światła dużego samochodu, przypominał mi małą ciężarówkę, którą bawił się jeden chłopiec z mojej szkoły. Potem siedziałam z tatą w długim i chłodnym korytarzu. Z obu stron były zielone drzwi z metalową i okrągłą klamką. Na prawo były ogromne i szklane drzwi. Przez nie wyszła kobieta w białym fartuchu. Mój tata wstał z krzesła, przyczepionego do ściany. Kazał mi zostać na miejscu. Posłuchałam się go. Nie chciałam go denerwować.  Kiedy tata rozmawiał z kobietą, ja rozglądałam się po korytarzu. Zastanawiałam się, gdzie moja mama. Ojciec mówił, że niedługo wróci. Co wydawało mi się dziwne w tamtym momencie. Matka leżała na takim fajnym łóżku na kółkach. Spała przecież i zniknęła właśnie za tymi drzwiami. Pamiętam, jak moja głowa zaczęła tworzyć historyjki. Pierwsza z nich była o tym, że mama została podmieniona i stała się tą kobietą, która stała przed moim ojcem. Co wydawało mi się prawdopodobne, bo kobieta dotykała tatę po jego klatce piersiowej, tak jak moja mama robiła czasem. Z jednej strony nawet mi ją przypominała. Blond, długie i faliste włosy i rozległe piegi na twarzy. Do tego te urocze złote okulary.  Wreszcie tata podszedł do mnie i kazał zejść z krzesła. Kobieta przy nim była. Schyliła się do mnie i powiedziała słowa, które mnie wbiły w ziemię. Stałam tam przez chwilę, jakby mnie zamieniono w kamień, jak to bywało w bajkach.  – Nie martw się dziecinko, mów do mnie mamusia.
    • @Migrena   "Miłość to nie ogień, to ciepło które zostaje gdy przestaje się umierać" – to jedna z najpiękniejszych definicji miłości, jakie czytałem. Cały wiersz jak raport medyczny duszy. Precyzyjny, kliniczny język, a pod nim - drżenie. Hipotermia emocjonalna i ktoś, kto przywraca krążenie. Świetny!
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...