Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Ktoś przekręcił klucz w zamku. Zza drzwi powiało świeżością korytarza, siatkami pełnymi zakupów i szarlotką sąsiadki. M. usłyszał ciężkie kroki żony zmieszane z delikatnym tuptaniem szmacianych bucików córki. Przez myśl przeleciało mu, że nie powinno ich tu być, lecz skoro już są, należy się nad tym choć trochę zastanowić. Przymierzył ze „snajperki” i trafił Szkopa prosto w czoło. Huk strzału, wzmocniony przez zestaw głośników, słyszeli pewnie wszyscy sąsiedzi do piątego piętra włącznie.
- Maciuś...
Zwróciła się do niego zdrobniale, więc sprawa musiała być bardzo poważna. Nadbiegali następni. Pociągnął ze „szmajsera”, kładąc ich pokotem pośrodku drogi. Na wszelki wypadek poprawił granatem, po czym wcisnął klawisz „esc”.
- Maciuś – powtórzyła Magda, brzmiało to bardzo pogardliwie – Tobie się chyba coś pomyliło.
- Co mi się pomyliło, kochanie? – zapytał głupio, choć już wiedział, o co chodzi.
Twarz Magdy posiniała gwałtownie. Złapała Laurę za rękę i zawróciła w stronę drzwi. Zerwał się z fotela, strącając ciepłą jeszcze klawiaturę na podłogę.
- Magda!
Odwróciła się na progu. Nigdy nie widział na twarzy kobiety większej pogardy. Spuścił oczy, pozwalając im odejść. Ale Magda jeszcze dodała:
- Laura, ten pan nie jest twoim ojcem. Ja nawet nie wiem kim on jest.
Postąpił dwa kroki do przodu.
- Laurka, nie słuchaj mamy. Mama jest zdenerwowana.
- Nie mów do mnie „Laurka”, ty ROBOCIE! – krzyknęła mała i śmiesznie nadęła usta.
Trzasnęły drzwi. Znikł zapach zakupów i świeżej szarlotki.
Z niesmakiem podniósł klawiaturę i wrócił do gry. Wszystkich Niemców na tym poziomie wybił. Pozostało przejść triumfalnie ulicami i znaleźć wejście w następny level. Bardzo szybko odkrył wyjście, wprowadził tam bohatera i czekał na podsumowanie. Czekając, myślał. Magdy nie było cztery dni. Wyjechała na wieś do teściów, żeby on mógł dokończyć remont.
Mieszkanie od dawna się o to prosiło. Bielutkie kiedyś ściany pokryły liszaje brudu, parkiet raził wystającą tu i tam odklejoną klepką, przez zwichrowane okno sączył się wiatr i chłód. A do tego stary piec gazowy przestał grzać wodę i należało wymienić go na Junkersa. Wspólnie z żoną podjęli decyzję, że czas najwyższy coś z tym zrobić. Po krótkiej wymianie zdań stanęło na tym, iż ona z dziećmi wyjedzie do rodziców na wieś, a on zakasa rękawy. Świetnie się składało, bo jej mama otrzymała właśnie solidną odprawę przedemerytalną, którą chciała przeznaczyć na jakiś zbożny cel. Pozostało więc jedynie zakupić materiały i od poniedziałku wziąć się za robotę.
Ostatni dzień przed urlopem M. poświęcił na porządkowanie spraw zawodowych. Przez całe przedpołudnie uwijał się jak w ukropie, ciesząc się, że już niedługo będzie mógł bałaganić do woli, śmierdzieć piwskiem i oglądać programy Playboya w Polsacie. O remoncie jeszcze nie myślał.
Kiedy wrócił z przerwy obiadowej, ze zdziwieniem stwierdził, że nie ma już w biurze nic do zrobienia. Zaparzył sobie kawy, a potem wszedł do Internetu. Przeglądnął nowinki na największych portalach i sprawdził swój biorytm na następny tydzień. Już miał się rozłączyć, gdy zahaczył okiem o link: PREMIERA. Return To Castle Wolfenstein. Sequel legendarnej gry FPP. Najnowsze przygody agenta B.J. Blazkowitza.
Spędził całe popołudnie na czytaniu zapowiedzi, recenzji i opinii rozentuzjazmowanych graczy. Wyglądało na to, że jego ulubiony bohater ze studenckich lat znów był w akcji. Doskonale pamiętał prymitywną gierkę, która dostarczyła mu przed laty tyle radości. Walczyło się w niej z hitlerowcami w dziwnych kazamatach, pełnych ukrytych drzwi i tajemniczych zakamarków, zbierało zagrabione kosztowności oraz pokonywało coraz silniejszych i lepiej uzbrojonych wrogów. Z poziomu na poziom było trudniej, ciekawiej, zabawniej. Po skończeniu gry pozostał w nim żal, że już po wszystkim. Nigdy potem nie zaznał takiej radochy – ani przy Quake’u, ani przy Bloodzie, ani nawet przy I.G.I. Covert Strike. Po studiach stracił na jakiś czas kontakt z komputerem, ożenił się i ustatkował. Raz jeden miał raptem miesięczny epizod uciechy przy Red Faction, ale wtedy Laury jeszcze nie było na świecie, a Magda często przebywała poza domem. W pracy też nie myślał o grach, bo stracić robotę w dzisiejszych czasach można było naprawdę łatwo. Nie myślał aż do tamtego czwartku.
Wszyscy powoli zbierali się do domu, a on jeszcze „donaldował” plik demo z pierwszym rozdziałem Wolfensteina. Kiedy go rozpakował i zainstalował, pani sprzątaczka już wkraczała do pomieszczeń z wyglądającym jak cyberpotwór odkurzaczem. Intro robiło niesamowite wrażenie. Prastare demony, wiedźmy, zombie – to wszystko przeniesione w czasy okupacji i okrutnych rządów spod znaku swastyki. Blazkowitz rozmawiał ze swoimi przełożonymi w USA o misji w Europie i wyruszał na spotkanie z hitlerowską bestią. Jak wynikało z początku pierwszego rozdziału, agent wpadł i został aresztowany. Teraz uciekał z celi, by przez labirynt kazamatów, eliminując po drodze kolejnych oprawców, wydostać się na dziedziniec zamku Wolfenstein...
O 21.00 zadzwoniła Magda.
- Co z tobą?! Kolacja dawno wystygła, Laura chce buziaka na dobranoc.
- Przygotowywałem Waldkowi papiery na zastępstwo. Już biegnę.
- Kup po drodze Ludwik i masło roślinne.
W piątek M. odwiedził Praktikera oraz Empik. Farby, pędzle, kleje oraz piec Junkersa załadował na przyczepę swojego Poloneza, lśniące pudełko Return To Castel Wolfenstein ukrył w bagażniku. Popołudniu odwiózł rodzinę na wieś i tłumacząc, że musi odpocząć przed remontem, szybko pognał z powrotem.
W przedpokoju potknął się o wiaderko z farbą i nabił guza o futrynę. Wściekły przeniósł materiały do pokoju Laury i trzasnął drzwiami. Wreszcie mógł spokojnie zająć się swoimi sprawami. Głodny za bardzo nie był, mecz w telewizji wydał mu się śmiertelnie nudny. Pomyślał, że sprawdzi, jak nowa gra będzie się spisywać na domowym pececie. Rozpakował folię, potem z namaszczeniem otworzył pudełko, w którym mieściła się tylko niewielka w stosunku do objętości opakowania płytka CD. Przed instalacją komputer poprosił o podanie hasła. M. sporo się naszukał, zanim znalazł plastikową wlepkę z kodem umieszczoną na pudełku. Wstukał kombinację liter i cyfr, po czym rozpoczął się proces powolnego wgrywania. Przy okazji zamienił sobie DirectX na bardziej zaawansowany. Najpierw włączył opcję „easy”, żeby się rozeznać w realiach gry, a mimo to sporo się namęczył, próbując pokonać kolejne pułapki i zaburzenia linearności fabuły, przygotowane przez twórców. Koło północy utknął w podziemiach zamku, gdzie pradawne zombie wykańczały żołnierzy SS i snuły się w świetle pochodni, szukając kolejnych ofiar. Trudno było je zabić – najłatwiej miotaczem płomieni, ale paliwo w nim zużywało się bardzo szybko. M. próbował na wszystkie sposoby wrócić z powrotem na górę. Po 4.00 nad ranem już wiedział jak tego dokonać, ale postanowił się trochę zdrzemnąć przed rozpoczęciem prac remontowych.
Spał ledwie 3 godziny. Śniły mu się dziwaczne stworzenia z dzidami, które wzięły go w koło i nie pozwalały z niego wyjść. Biegał wzdłuż okręgu i raz po raz odbijał się od łańcucha splecionych rąk. Zjadł sadzone jajka, napił się kawy i poszedł obejrzeć zgromadzone materiały budowlane. Nie wiedział od czego zacząć. Pomyślał, że jeszcze trochę się rozerwie przy komputerze, a potem raz dwa zrobi co trzeba i wróci do gry. Do wieczora przeszedł wszystkie rozdziały i dobre kilka godzin poświęcił na finałową rozgrywkę, w której należało rozgromić bestię ochranianą przez tłumek zombie. Przyszedł czas na poziom Im death incarnate – tylko dla zaawansowanych. Zachwycony M. zaczął wszystko od nowa na najwyższym stopniu trudności. Częściej sejwował, rozgrywka dłużej trwała, ale przyjemność też była większa.
Już w niedzielę popołudniu był gotów podjąć walkę w trybie multiplayer. Wszedł do sieci, wybrał postać, w którą chciał się wcielić i rozpoczął zmagania z innymi graczami. Z początku wcale mu nie szło, zginął kilkaset razy po parosekundowych manewrach, aż wreszcie, pod wieczór w poniedziałek, stał się pełnowartościowym członkiem elity. W ogóle nie jadł, spał po kilka godzin, ledwie widział na oczy, lecz nie zwracał na to uwagi. I nagle usłyszał odgłos klucza w zamku. Trzy dni minęły tak szybko. Tym bardziej, że dla atrakcyjniejszej formy raz po raz zmieniał tryb z multi na single lub odwrotnie.
Zgasił komputer i siedział zgarbiony. Bolał go kręgosłup w części piersiowej, coś kłuło w lewą łopatkę, w oczach miał rozmazane, kolorowe plamy. Zasnął dziwnie przekrzywiony. Minęło kilka godzin. Obudził go dzwonek telefonu. Zwlókł się, niczym wiekowy staruszek i z trudem odebrał.
- Chłopie, no co ty? Córkę mi z powrotem do domu sprowadzasz?!
- Mamo...
- Cicho. Nie byłeś łaskaw zadzwonić, to teraz ja mówię. Madzia dopiero co z domu wyjechała, a już włazi z torbami i beczy. Całe życie mi przed oczami przeleciało. Według mojego pamiętnika, 56 razy do matki zwiewałam. Wpadniesz na sernik, to ci dam poczytać. Teraz mamy ważniejsze sprawy...
- Ja spałem...
- Spałeś? To się obudź!!! Ale masz szczęście, że spałeś, a nie z rozmysłem milczałeś. Maciej, stare ludowe porzekadło mówi, że jaki ojciec, taki zięć. Córy dziwnym zrządzeniem losu biorą sobie chłopów na domową modłę. Mój ojciec uprawiał hazard, że nieraz do garnka nie było co włożyć, mój mąż chlał wszystko oprócz lepiku i smoły, ty się bawisz komputerem, ale jeszcze nie zdążyłeś niczego naprawdę popsuć. Ja mam dla ciebie radę. Ty zrób szybko ten remont. Kumpli chyba masz, chociaż choroba, możesz nie mieć, bo komputery to dla samotników zabawa...
- Mam!
- Świetnie. To dzwoń do nich prędko, piwo im postaw albo wódkę. Nie pijący jesteś, więc problemu nie widzę. Kolejka, gadanie o dupie marynie, pędzle w dłoń. I tak w koło Macieja, hehe. Do Junkersa ci pana Józia podeślę. Przysługę mi jest winien. Na środę domek będziecie mieli jak malowany, hehe. Przez ten czas Madzi przejdzie, a ty grzecznie zadzwonisz, że prosisz na salony. Stoi?
Wzruszony M. nie mógł wykrztusić słowa. Łzy zwilżyły mu zmęczone oczy, przynosząc niewysłowioną ulgę.
- I jeszcze coś. Zrób coś z tym komputerem. Sprzedaj, wywal przez okno albo się wybierz na jakąś terapię, jeśli to narzędzie pracy. Mój stary chodził albo go dowozili. Nic to nie dawało, ale ty może masz geny inne. Chociaż spróbuj.
Zamilkła. On też się nie odzywał. Oddechy w słuchawkach stwarzały dramatyczną atmosferę.
- Mamo?
- No?
- Jak jeszcze raz usłyszę od kogoś przykry dowcip o teściowej, zabiję...



PS. Wersja alternatywna...

...ktoś przekręcił klucz w zamku. Zza drzwi powiało świeżością korytarza, siatkami pełnymi zakupów i szarlotką sąsiadki. M. usłyszał ciężkie kroki żony zmieszane z delikatnym tuptaniem szmacianych bucików córki. Przez myśl przeleciało mu, że nie powinno ich tu być, lecz skoro już są, należy się nad tym choć trochę zastanowić. Komentował właśnie na www.poezja.org długi i zawiły wiersz Bezeta w jednym oknie, odszyfrowywał meandry prozy Freneya w drugim, a na GG prowadził dyskusję z OnaKotą na temat poziomu wierszy w Dziale dla Zaawansowanych... :)))

Opublikowano

Asher, przy żadnym Twoim tekście dotąd się tak nie ubawiłem! najbardziej ogniste dialogi - owacja na stojąco z tupaniem w rytm we will rock you :) no i takie wyróżnienie w psie :) postać teściowej iście mafijna, myślę że w dobrej komedii o sycylii by taką mamcią nie pogardzili :) uwagi czysto kosmetyczne: Return to Castle zamiast Castel, no i Wolfenstein to gra typu FPP a nie FPS. Ale to baaaaardzo mało znaczące :) Perełka, perełczka. Kłaniam się :)

Opublikowano

first person perspective. Pojęcie takie z pewnością istnieje, ale z kolei ja nie jestem na tyle na bieżąco z terminologią komputerową, żeby się upierać, że nikt nigdy nie powiedział first person shooter. Cholerka, wyrzuty sumienia teraz mam ;) niemniej utrafiłeś w samą dziesiątkę z tym Wolfem, bo to przez długi czas był mój numer jeden. No i za mamuśkę - jak już mówiłem - należą się oklaski. Podoba mi się też inicjał zamiast pełnego imienia - wszystko nabiera charakteru grubymi nićmi szytej kartoteki kryminalnej albo notatek podglądacza :)

ps. Zgaduję, ze podstawionemu podstawiłes od siebie umiłowanie konsumpcji jajek we wszelkiej postaci - M. też zasuwa sadzone na śniadanie, coś za często się te jaja pojawiają, żeby nie były znaczące ;) chyba bym zszedł najpodlejszą śmiercią po sadzonych na śniadanie ;)

  • 2 miesiące temu...
  • 11 miesięcy temu...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Abi wyciągnęła list ze skrzynki pocztowej, a delikatna faktura koperty w dłoniach przywołała uczucie czegoś niemal sakralnego – przesyłka była starannie przygotowana, a pismo tak piękne i precyzyjne, że od razu można było wyczuć w nim emocje nadawcy. List zaadresowano do Noela.

      – Ciekawe, od kogo…? – mruknęła do siebie, obracając kopertę w dłoniach z lekką nutą zazdrości. „Może od koleżanki? A może od kogoś, kogo kocha?” – zastanawiała się.

      Przez głowę przemknęła jej nieoczekiwana myśl: „Do tej pory nawet nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo polubiłam Noela…”

      Łączyła ich niewidzialna więź. Czasem wystarczyło jedno spojrzenie, by wszystko zrozumieć. Takie milczące porozumienie, które nie potrzebowało słów.

      Po powrocie do domu położyła list na stoliku w holu, ale ciekawość nie dawała jej spokoju. Postanowiła jak najszybciej przekazać go adresatowi.

      – Pójdziemy na spacer, co? – zwróciła się do Lisy, a ona natychmiast podniosła głowę, merdając ogonem w odpowiedzi.

      Już od dawna planowała założyć tę piękną błękitną sukienkę kupioną razem z Zoe, ale jakoś nigdy nie nadarzyła się odpowiednia okazja. Spotkanie z Noelem wywoływało lekkie drżenie jej serca i zdawało się doskonałym powodem do założenia kreacji.

      Przyjaciółki niedawno były na zakupach i kiedy Zoe dostrzegła w oknie wystawowym to cudo, wykrzyknęła z zachwytem:

      – Koniecznie musisz ją mieć! Gdy Noel cię w niej zobaczy, oszaleje z zachwytu!

      Abi uśmiechnęła się lekko, przeglądając się w lustrze. Już sama świadomość, że Noel zobaczy ją w zwiewnej sukience, a nie w szpitalnym uniformie, sprawiała, że jej serce podskakiwało z radości. Czuła w sobie coś więcej niż zwykłą radość – subtelny dreszcz sugerujący, że zaczyna jej zależeć na tym, by spodobać się właśnie jemu.

      Postrzegała Noela jako sympatycznego, ciepłego i wesołego chłopaka. Nie mogła dokładnie określić, co najbardziej przyciągało ją do niego – czy była to jego aura, dostrzegała podczas procesu zdrowienia i nabierająca powoli pięknych, delikatnych odcieni, czy może po prostu rodząca się między nimi więź. Każde spojrzenie, każdy drobny gest Noela sprawiały, że serce Abi zaczynało bić szybciej, a w jej głowie rodziły się ciche pragnienia.

      Zoe żartowała z typową dla siebie lekkością: „Właśnie tak jest, kiedy się kogoś kocha”. Abi uśmiechnęła się pod nosem, wiedząc, że jeszcze nie jest gotowa przyznać się do swoich uczuć, nawet przed sobą. Przecież nigdy wcześniej nie kochała w ten sposób – oprócz rodziców, ale to zupełnie coś innego. Klark był dla niej bardziej jak przyjaciel i opiekun, dawał poczucie bezpieczeństwa. Z Noelem czuła delikatną iskrę sympatii, może nawet pierwszy płomyczek miłości, której jeszcze nie odważyła się w sobie odkryć.

      Szła teraz dumnie ulicą, trzymając Lisę na smyczy, a w jej wnętrzu tliło się ciche podekscytowanie. Czy naprawdę zauważał jej drobne gesty? Czy dostrzegał radość, którą emanowała, czy to tylko jej wyobraźnia, podsycana ciepłem emocji? Wszystko wydawało się możliwe, a ona pozwalała sobie na tę subtelną euforię.

      Promieniowała szczęściem i spokojem, każdy krok niósł poczucie harmonii i nadziei. 

      „Tak mogłoby być wiecznie” – pomyślała, pozwalając sobie na krótkie, słodkie marzenie o tym, że świat wokół niej zawsze będzie tak pełen ciepła i drobnych radości.

      Kiedy dotarły do kliniki, Abi poczuła lekkie mrowienie w brzuchu. 

      Pewnym krokiem weszła do pokoju Noela, a jej serce przyspieszyło rytm. Lisa podskoczyła radośnie, witając się z chłopakiem, a potem spokojnie usiadła, obserwując panią z uważnością typową dla swojego wrażliwego charakteru.

      – Cześć, Noel – powiedziała cicho, uśmiechając się, choć nie mogła powstrzymać lekkiego drżenia w głosie. – Mam coś dla ciebie…

      Noel nie mógł powstrzymać zachwytu, kiedy ją zobaczył:

      – Dzień dobry, księżniczko! Co zrobiłaś z moją przyjaciółką?

      – Wariat! Halo, to ja, ta sama Abi – odparła radośnie, siadając przy łóżku.

      – Niby ta sama, a jednak inna… – Uśmiechnął się rozbrajająco.

      Uśmiech Noela był pełen zachwytu, niemal nieziemski. W jego oczach pojawiła się czułość i podziw, jakby zobaczył coś najpiękniejszego na świecie.

      Abi podała mu przesyłkę

      – Zobacz, to może być coś ważnego.

      Patrzyła, jak powoli chwyta kopertę, jak wpatruje się w jej oczy, szukając wyjaśnienia, zanim jeszcze przeczyta słowa adresowane do niego.

      Noel zaczął powoli czytać list, jego wzrok ślizgał się po starannym, pełnym emocji piśmie. Abi stała tuż obok, widziała, jak na jego twarzy pojawia się kalejdoskop uczuć: zaskoczenie, wzruszenie, a gdzieś w tle – delikatna nuta radości i ulgi. Dawno tłumione emocje zaczęły przebijać się na zewnątrz, a każda z nich potwierdzała wagę tego, co trzymał w dłoniach.

      Kiedy przeczytał ostatnie słowa, jego ręka opadła bezwładnie na łóżko, a oczy zaszkliły się. Spod powiek powoli spływały łzy, które łagodnie sunąc po policzkach. Nie był przygotowany na taką wiadomość – wyznanie łączące w sobie skruchę, miłość i nadzieję.

      Widząc jego wzruszenie, Abi pochyliła się nieco, delikatnie obejmując jego dłoń swoimi palcami. 

      Poczuła nie tylko współczucie, lecz także coś głębszego, ciepłego – sympatię, która zaczynała przekształcać się w subtelną bliskość. W tej chwili nie musiała wypowiadać słów, bo wszystko, co czuła, było wyraźnie obecne w jej spojrzeniu, w delikatnym uśmiechu, w sposobie, w jaki delikatnie trzymała jego rękę.

      Noel spojrzał na nią i odnalazł w jej oczach bezpieczeństwo, zrozumienie i ciepło, którego brakowało mu przez całe życie. I choć dopiero odkrywał własne emocje, to Abi poczuła, że ta chwila – ich wspólna, cicha bliskość – staje się początkiem czegoś niezwykłego.

      – Wszystko dobrze? – zapytała łagodnie, a w jej głosie pobrzmiewała troska i subtelna nuta ciepła.

      – Tak… – odpowiedział, ocierając łzy. – Nawet nie wiesz, jak bardzo dobrze… – Zawahał się, a potem spojrzał na nią z delikatnym uśmiechem. – Przeczytaj to, proszę.

      Kochany Syneczku.

      Bardzo długo zbierałam się na odwagę, żeby napisać ten list. 

      Nawet nie wiem, czy będziesz w ogóle chciał go przeczytać. Masz pełne prawo podrzeć go i wyrzucić już teraz. Żywię jednak cichą nadzieję, że zrobisz to dopiero po doczytaniu do końca. 

      Tak trudno mi ubrać w słowa to, co czuję. Pragnę tylko, żebyś wiedział, jak bardzo mi przykro. Nawet nie mogę sobie wyobrazić jak mocno zraniłam Cię swoim nagłym odejściem. Wtedy postrzegałam tę kwestię zupełnie inaczej i najważniejsze było dla mnie moje szczęście. 

      Dzisiaj już wiem, jak bardzo byłam samolubna i obojętna na uczucia innych. Odchodząc od Was popełniłam największy błąd mojego życia, ale czasu już nie cofnę i muszę żyć z tą świadomością do końca moich dni. 

      Nie proszę o przebaczenie, bo na nie nie zasługuję. Chcę tylko, żebyś wiedział, że cały ten czas byłeś zawsze w moim sercu, jako jedyna i prawdziwa miłość mojego życia. Brak kontaktu z mojej strony podyktowany był olbrzymim wstydem za czyn, którego się dopuściłam. Przez te wszystkie lata czułam się niegodna Twojej miłości, ale nosząc Cię w sercu żywiłam nadzieję, że wiedzie Ci się dobrze i że jesteś zdrowy. 

      Już od dawna zbierałam się na odwagę, by nawiązać z Tobą kontakt i pomógł mi w tym sen, który bardzo mnie zaniepokoił. Nie mogłam już dłużej zwlekać. 

      Nie wiem nawet, czy jeszcze mieszkasz z tatą, czy się przeprowadziłeś... 

      Ja nie jestem już z tym mężczyzną. Wynajmuję teraz mieszkanie w kamienicy mojej przyjaciółki Mai, zapewne ją pamiętasz. 

      Jest jeszcze coś bardzo ważnego, co powinnam powiedzieć Ci już dawno temu. Masz przyrodnią siostrę Karin, ona wie o Twoim istnieniu i często pyta o Ciebie. Moim jedynym marzeniem jest, żebyście mogli się kiedyś spotkać, poznać i porozmawiać. Odebrałam Wam tyle pięknych i szczęśliwych lat razem, ale może nie wszystko jeszcze stracone…

      Kocham Cię bardzo

      Mama

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...