Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

W przeciwieństwie do tych wszystkich
dorobkiewiczów nigdy zaspokojonych
jakich znam i siebie jakiego znałem
ja już nie muszę się martwić ani całym
dorobkiem mojego życia ani żadnym -
po prostu nie może się już powiększyć
a zresztą uszczuplić też się nie może
bo taki to on jest ogromny że go nie ma
a nawet tylko wtedy jest kiedy go nie ma.

Opublikowano

jako luźna refleksja nad życiem i stosunkiem do własnej osoby podoba mi się - jako gorzka nieco refleksja, bo tak odczytuje.
jako wiersz niespecjalnie, bo dosłownie, a i nawet do składni można by się przyczepić; niezależnie czy to zamierzone językowe eksperymenta
- raczej wynik karkołomny

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


A znasz np. poetycką twórczość M. Białoszewskiego.

A co do wiersza, to nie językowe eksperymenta, to wypracowana forma.

No i przepraszam Cię, że nie jestem rygorystą (głównie co do utartej składni), a właściwie jestem rygorystą, ale tylko co do wysławiania się na swój (charakterystyczny) sposób, bo nie toleruję uniwersalizmu, czyli bezduszności słownej. Pozdrawiam
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


A znasz np. poetycką twórczość M. Białoszewskiego.

A co do wiersza, to nie językowe eksperymenta, to wypracowana forma.

No i przepraszam Cię, że nie jestem rygorystą (głównie co do utartej składni), a właściwie jestem rygorystą, ale tylko co do wysławiania się na swój (charakterystyczny) sposób, bo nie toleruję uniwersalizmu, czyli bezduszności słownej. Pozdrawiam


to nie tak. skoro pytasz się mnie czy znam Mirona Białoszewskiego eksperymenta lingwistyczne w poezji, to muszę powiedzieć że styczność nieosobistą miałem, lecz entuzjastą nazwać mnie nie można - chociaż biografia ujmująca. skoro koniecznie jakiś związek to bardziej Mirona prozatorskie dokonania. natomiast stawiając pytanie o to, wypadało by postawić znak zapytania, miast kropki, bo to nie kwestia uniwersalizmu w tym przypadku, lecz normy ortograficznej. za nic mnie przepraszać nie musisz, to ja za przeproszeniem powiem, że do Mirona - jakkolwiek osobiście oceniam jego dokonania - to daleko temu powyższemu "uduchowionemu" oryginalnością składniową dziełku
pozdrawiam

ps
mało taka forma do mnie mówi po ludzku; czy wypracowana to nie moja rzecz - ma mówić
od tego jest poezja - jak sądzę
Opublikowano

tomek87
Albo udajesz, albo naprawdę nie wiesz w czym rzecz. Bo nie masz pretensji do Białoszewskiego, że jest (w swojej twórczości) Białoszewskim. A masz pretensje (uwagi) do mnie, że ja jestem sobą. Białoszewski więc mógł przełamywać pewne reguły i konwenanse (literackie), a mi zarzucasz niewymowną formę. Tylko że w ogóle trzymając się ściśle norm i wymogów, wielu twórcom nie dałbyś rozwinąć skrzydeł.

I żeby nie było nieporozumień, daleko mi do Białoszewskiego, zresztą też daleko mi do wszystkich innych twórców.

Ani przez chwile nie wątpiłem, że znasz twórczość Białoszewskiego, więc dlatego zadałem pytanie retoryczne, czyli również takie na które nie oczekiwałem odpowiedzi.

I zapewniam Cię, że nie tylko Tobie moja forma mało mówi, ale zapewniam Cię też że są tacy, którym coś mówi.

Pozdrawiam.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Już zdążyłem tak dobrze poznać Ciebie, oczywiście poprzez Twoją twórczość krytyczną i poetycką (bo poetycka też ma sporo do powiedzenia), że bardzo dobrze wiem, że im gorzej oceniasz mój wiersz, to na pewno tym bardziej jest lepszy. Tak więc nie wiem tylko co pocznę, kiedy dla Ciebie mój wiersz, nie daj Boże, nie będzie bzdetem, a twórczość nie okaże się grafomanią. Ale co też ja się martwię, przecież Twoja zajadłość w stosunku do mnie jest tak ogromna, że chyba nigdy nie da Ci na mnie otworzyć oczy i zrozumieć swoje postępowanie. Pozdrawiam.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Każdy widzi to (ten mój wiersz) jak chce. To, co Ty tutaj wybrałaś, to według mnie jest tylko częścią dobrego. Ale, powtarzam, każdy zwraca uwagę na co innego, takie Twoje/jego/każdego święte prawo. Pozdrawiam.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


A to ciekawe, że ja nie mam krytycznego podejścia do siebie, pewnie jeszcze w przeciwieństwie Twojego krytycznego podejścia do samego siebie. I pewnie Twoje krytykanctwo nie jest typowe i zasadniczo w każdym komentarzu nie powtarza się jedno i to samo: grafomania i gniot. Takie to są mistrzowskie, pełne uzasadnienia Twoje komentarze pod moimi (żeby tylko moimi) wierszami. Ale też czego innego (nietypowego) po Tobie, przykładnym mitomanie i zawistniku, można się spodziewać. Pozdrawiam Cię
Opublikowano

wyjaśnijmy sobie że nie mam pretensji do zupełnie nikogo, całkiem poważnie uważam że każdy ma prawo do własnych zboczeń
do Białoszewksiego nie mam i do ciebie także nie. uważam że to wspaniałe iż jesteś sobą. uważam ponadto że naginanie reguł jest powszechnie znaną metodą stosowaną w celu osiągnięcia oryginalności wyrazu, i nie potrzebuje w tym zakresie pouczeń; chociaż nie mam pewności czy ta metoda dotyczy także składni. to że jesteś szczery i autentyczny cudowne o tobie świadczy, ale ja z tego powodu nie muszę być bezkrytyczny wobec wiersza, bo nie tylko na tym polega walor poezji. tu z kolei ja mam wrażenie dla odmiany że albo udajesz, albo nie wiesz w czym rzecz. sądzę także że nawet pytanie retoryczne domaga się znaku zapytania. zapewnienia nie są mi potrzebne i nie wiem czemu mają służyć. a teraz najważniejsze: nie wiem czy wiesz, ale MAM PRAWO DO WŁASNEGO ODCZUCIA, a ono jest takie, że nawet jeśli kombinatoryka styliztyczna, która jak powiadasz jest "wypracowanym stylem", to dla mnie ten styl jest w efekcie nieprzystępny a nawet /pomimo szrokiej poetyckiej formuły wyrazu/ boryka się na pograniczu niepoprawności
pozdrawiam

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Odpowiem Ci jeszcze inaczej. Za życia Norwida, czy tym bardziej Emily Dickinson ich twórczość napotykała zasadniczo na same trudności. Powiem więcej, im większy znawca stykał się z nią (z tą twórczością), tym większe było niego (tego znawcy szkolarskiego) oburzenie. Schematyzm myślowy może być przerażający, a przynajmniej pewnymi stereotypami nie da się, ani wyrazić, ani pojąć więcej.
A po drugie, już co do Ciebie, to nie odbieram Ci żadnego prawa, a przynajmniej nie roszczę sobie żadnego prawa do Twoich odczuć. I nawet niech już tak pozostanie, że Ty wiesz swoje i ja wiem swoje. Pozdrawiam.
Opublikowano

Wija ale otóż ja to wszystko wiem, sęk w tym że to jest dosyć pobłażliwa natenczas, a ogólnie megalomańska nieco perspektywa spojrzenia na swoje wiersze. rozumiem fortel - jest dosyć powszechny. pozdrawiam.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Pierwsze słyszę, że to jest fortel, a po drugie, nie działam podstępnie (możesz mi wierzyć, nie musisz). A co do megalomanii, owszem jestem megalomanem, ale jak mniemam w dobrej sprawie, nawet, a może tym bardziej dlatego, że nie jestem doskonały, a czasami wręcz jestem błędny, a i obłędny. Ale któż z nas jest doskonały.
Na zakończenie może jeszcze powiem żartobliwie, że np. E. Dickinson, jak już postawiła przecinek, to wszędzie, tylko nie tam gdzie powinna (gdzie się przepisowo należało), może też dlatego nadużywała, dla niektórych w sposób nieprzyzwoity, myślników. I czy przez to jej twórczość jest gorsza. (A pisał o tym tłumacz jej twórczości, zresztą tłumacz wybitny /przynajmniej jak dla mnie/). Pozdrawiam
Opublikowano

Gertruda Stein dla odmiany wcale nie zwykła używać znaków interpunkcyjnych, no chyba że innej możliwości już nie było. może pierwsze słyszysz że to jest rodzaj fortelu, ale słyszysz; no bo ja uważam że przyrównywanie się do wielkich ludzi pióra w tym obszarze ma coś z samoobrony, w szczególności jeśli idzie o słabe strony. nie od dziś wiadomo że bezkrytyczne postrzeganie autorytetów sprawia, że ich wady postrzegamy jako zalety. no ale cenie sobie to, że masz w tym względzie własne zdanie. pozdro

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
    • @Radosław   wiem Radosław …niestety to takie silne oddziaływanie jest …międzygalaktyczne ;)))) nie wiem jak mogę Tobie pomóc…? ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...