Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

mój brat
był jak mały pluszowy miś z oberwanym uchem
na głowie liść
na plecach otwarta rana
ślad po wspinaczce na mury parkanu

byłem małym generałem
stałem na wzgórzu i kierowałem atakiem na krzaki
patrząc na natarcie
oddziały z kijem umorusane błotem

później dorośleliśmy
on opuścił moje wojsko
ale wciąż walczył na froncie
a ja stałem na wzgórzu w pozycji reportera
bez armii nawet najemników



patykiem w dłoni wydłubuję szramę
która ma przywrócić czucie

Opublikowano

Jedyny przychodzący mi na myśl pomysł na zagospodarowanie autarkii, to wypełnianie pustki po stracie, namiastkowe uzupełnianie brakującej "pluszowej" części.
Czegoś mi brak pomiędzy rozbudowanym wprowadzeniem a puentą...

Opublikowano

Noooo, to jest coś innego. Obrazujesz cienkim rysikiem, a wychodzi przyczynek do rozprawki na temat postaw, kwestii - geny czy wychowanie, a także poczucia winy w posumowaniu przeżytego. Ale...muszą istnieć nie tylko bohaterowie dramatu, ale i widzowie (to moje "pocieszanie"!:))) Dobre. Pozdrawiam. mb.

Opublikowano

Kiedy byliśmy sami,sami ze sobą, samowystarczalni, nikogo nie potrzebowaliśmy do naszych zabaw. Wystarczały nam nasze umorusane armie, uczucia były prawdziwe, nie potrzebowaliśmy masek, by się porozumieć. Ból bolał prawdziwie. Taka autarkia to raj utracony. Dobry wiersz. Pozdrawiam. Leszek

Opublikowano

Byłoby bardzo ładnie gdyby nie drobne wpadki stylistyczne (mówię to z przykroscią, bo bardzo nie lubie poprawiać kolegów po piórze).
na 'mury', allbo na 'parkan' jedno z dwóch - uniknie sie dopełniacza.
,patrząc na natarcie. oddziały z kijem (?) umorusane błotem'
'nawet bez armii najemników' - chyba lepiej

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...