Beztroskie marzenia
-
Ostatnio w Warsztacie
-
I najważniejsze - czy ten plik kartek z kosza naprawdę wyrzuciłeś?
0
-
-
Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach
-
- 45 odpowiedzi
- 1 196 wyświetleń
-
- 41 odpowiedzi
- 1 010 wyświetleń
-
- 37 odpowiedzi
- 758 wyświetleń
-
- 36 odpowiedzi
- 796 wyświetleń
-
- 35 odpowiedzi
- 650 wyświetleń
-
-
Zarejestruj się. To bardzo proste!
Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.
-
Ostatnio dodane
-
Ostatnie komentarze
-
Przez violetta · Opublikowano
@Rafael Marius z pięknej toalety:) jutro mam ślub z stylu włoskim w plenerze w ciągu dnia do wieczora:) inaczej, bo w zieleni na zielonej łące pośród kwiatów i w koronkach drzew:) w nocy nie ma takiego efektu obcowania z naturą jak w dzień:) będzie to śliczny ślub:)Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.
-
Przez Tomasz.O · Opublikowano
w gwieździstym niebie nie było Ciebie w toni oceanu pustka bez Ciebie w wietrze gorącym i porywistym nie ma Ciebie w ogniu ogniska i dymie brak Ciebie na ulicy paryskiej, na prawym brzegu Wisły na Kazimierzu w Krakowie lśniącym historia na rogatkach miast na szczytach gór był tylko upiór mój miłości romantyczna w setkach spojrzeń w barze i metrze w ulicach gwarnych zaułkach niewiernych na nocnych traktach blichtru i sławy nie było Ciebie i nie ma sprawy W oczu błękicie burzy blond włosów nie ma Ciebie w biodrach tańczących piersiach gorących brak Ciebie w upojnej nocy i doświadczeniu Déjà vu nie ma Cie po co to życie tak atrakcyjne gdy Tej Jednej nie było nigdzie -
Przez Simon Tracy · Opublikowano
Przedświt pachniał dziś wonnym dymem, kadzidłem miłosnych uniesień i słodką nutą wróżb. Sobótka dobiegała końca. Zawezwane dusze czmychały przed pierwszym brzaskiem. Ich nogi bezszelestnie muskały młode paprocie. Ich głowy nikły z wątłym pluskiem w toni rzeki. Niektóre bierzyły po śladach północnic, hen w najdalsze połacie wyrwanych borom pól. Były i takie psotne zjawy co schować chciały się w ludzkich obejściach i chatach. W progach zatrzymywały je amulety i kręgi solne a także strażniczy wrzask deptanego Domowika. Wołał on na pomoc imię Łady i Dziewanny rozganiając zjawy na cztery wiatry. Byle dalej od wsi. Ogniska rozsiane gęsto przy brzegu, gasły z wolna. Drwa oddały już całe swe ciepło. Rozżażone bierwiona trzaskały jeszcze z cicha zapadając się coraz głębiej w popiół. Wianki te nie porwane z nurtem, były porozrzucane wszędzie wokół. Częściej zagubione w ekstazie tańca niż zerwane zwierzęcym pragnieniem kobiecych krągłości. Ludzie posnęli w kręgach. Upojeni miodem. Zdjęci czarem. Zmęczeni całonocnym świętem ku czci Kupały. Tylko żercy nadal medytowali w samotnym azylu leśnych uroczysk. Rozmawiali z drzewami i wodnymi pannami. Błagali duchy przodków o wstawiennictwo u Welesa. Tam plusnęła ogonem ryba. W gęstwi leśnej zaskrzeczał lis. Ostatni pochuk wydała płomykówka. Tarcza Swaroga wyjrzała zza horyzontu. Najkrótsza noc odeszła w pokoju. W tej samej chwili stojący przed swą chatą wojownik ujął w silne dłonie łuk. Zabrał ze sobą kilka solidnie wystruganych strzał o barwnych, sztywnych lotkach. Poprawił u pasa zakrzywiony nóż myśliwski. I z imieniem Roda na ustach wszedł pewnie w ciemny jeszcze bór. Nikt nie może naruszać świętości lasu w kupalne święto. Kto by tego nie uszanował i wstąpił z bronią do kniei tego zamęczyłyby wilki Leszego. A kto niewinne zwierzę by poranił lub zabić raczył. Tego cały ród wygasłby w męczarniach moru lub głodu. A Bieda klepałaby go po plecach do ostatka. Zresztą lepiej było zaczekać na pierwszy blask słońca który zamykał przejścia do Nawii. Świat umarłych nikł by żywi nie mogli do niego przystąpić. Dopiero wtedy las stawał się znów zielonym dobrodziejem. A wstępujący do niego myśliwi czuli, że wracają na domowe ścieżki losu. Bór, im dalej prowadziła wydeptana stopami myśliwych i szeptuch ścieżka, rozpoznawał znajome rysy człowieka. Drzewa witały go ukłonem gałęzi. Szelestem drobnych liści. Runo szemrzało niespokojnym echem, budząc z lękliwego, płytkiego snu płochliwe zające i wiewiórki. Dzięcioły już zaczęły swą pracę. Rytmiczny stukot przypominał swym tembrem odgłosy obijania mieczy o owalne tarcze. Myśliwy przeżył kilka potyczek i tysiące polowań. Polowania były trudniejsze. Wymagające cierpliwości i sprytu, w przeciwieństwie do chaosu bitew. Zwierzęta wyczuwały zazwyczaj, zbliżającą się śmierć i nigdy nie oddawały życia bez walki. Dlatego oddychał płytko, stąpał bezszelestnie. Oczy wbijał to w szarzejący dukt to w wielokolorowe runo. Szukał śladów. I po chwili znalazł je. Trop jelenia odbity był wyraźnie na piaszczystym wzniesieniu. Zwierzę zakopało się widać lekko w sypkiej przeszkodzie bo piasek był roztrącony na boki dość mocno. Jeleń skręcił w stronę rosnących tu gęściej dębów. Szukał strawy w postaci młodych pędów w trzewiach powalonych pni i przy połaci jagód, rozplenionych tu niczym fioletowe kwiatuszki. Myśliwy mocniej ścisnął łuk, bo usłyszał lekkie poruszenie w gęstwinie przed sobą. Upłynęła ledwie chwila gdy ujrzał także łeb z porożem wyłaniający się zza potężnego, pooranego zmarszczkami czasu pnia dębu. Jeleń cicho zaryczał i strząchnął się mocno. Nie wyczuł jeszcze woni ludzkiej. Myśliwy ukląkł za strzelistymi paprociami. Wziął strzałę. Nałożył ją i wygiął cięciwę gotów w każdej chwili ją zwolnić. Zwierzę dopiero teraz wyczuło niebezpieczeństwo. Jeleń rzucił się wstecz i skręcił tułów gotów do rychłej ucieczki. Będąc w połowie zwrotu, został trafiony w brzuch pierzastym pociskiem. Zaryczał przeciągle, smutno. I rzucił się w agonii przez las, tratując wszystko na swej drodze. Myśliwy powoli się wyprostował i spokojnie w pełnym skupieniu ruszył szlakiem świeżej krwi. Teraz wystarczyło czekać a gdy będzie trzeba, powtórzyć śmiertelny cios. Krwawy trop to znaczył teren nieprzerwaną strugą posoki to urywał się na kilka kroków by znów błysnąć szkarłatem na korze drzew czy liściach narecznic. Kluczył jak samo zranione zwierzę ale nie na tyle by zgubić pościg doświadczonego łowcy. Trafił idealnie i wiedział o tym że śmierć zwierzęcia jest kwestią bardziej minut niż godzin. Jeleń upuścił już wiele krwi i słabł sądząc po coraz mocniej i wąsko stawianych kopytach. Na jednym z buków pozostawił cały odbity w krwi bok. Ale jeszcze tym razem miał siłę by ruszyć dalej. Lecz nie na długo. Gęstwina rzedła. Nie dalej jak sto kroków, przejdzie zapewne w naturalną polanę lub porębę. Tam z pewnością odnajdzie martwe zwierzę. Myśliwy zarzucił łuk na mocarne plecy i pewniejszym chwytem objął rękojeść noża. Krwi było coraz więcej i prowadziła wprost w rozwidlenie. Gdy wyszedł na skraj poręby, pierwsze co uczuł to nagły, lodowaty powiew wiatru. Był jak boski szept. Zmroził mu kark a pot od razu wystąpił na jego skroniach. Źrenice stężały w skupieniu. Gdzieś z bardzo daleka dało się słyszeć jakby śpiew. To głosy dziewek. Akompaniował im głos fletni. Melodia była mu znana dobrze i bardzo wesoła a wręcz frywolna jak sama treść pieśni, której nie przystało śpiewać pannom na wydaniu. Wreszcie spóźniony korowód kupalny oddalił się na zachód. Zostawiając go na pastwę puszczy i ciszy. Dopiero teraz mógł skupić się znów na tropie. Prowadził do centrum poręby, gdzie zamiast spodziewanego, martwego byka, leżał w kałuży krwi człowiek. Spał lub był martwy. Leżał na wznak z lekko podkuloną nogą. Dopiero po chwili dało się stwierdzić, że nie była to jego krew a tropionego jelenia. Jej ślad się urywał a człowiek ów leżał dokładnie w miejscu w którym powinien spoczywać trup zwierzęcia. Zwierzę nie mogło dalej uciec a człowiek przywędrował widać z nieba bo brak było wokół jakichkolwiek śladów ludzkich stóp. Był młody jeszcze acz już silny jak tur. Długie jasne włosy spływały mu falą na muskuły. Delikatny zarost dodawał mu mężności. Ubiór jego był jednak przedziwny. Charakteryzował niewolników lub najbiedniejszych kmieci. Wszystko było okropnie brudne, podarte i znoszone do cna. Nie miał przy sobie pasa ani broni. Jedynie bukłak na wodę lub wino i co jeszcze bardziej przedziwne obok niego na trawie spoczywały też niespotykane bo kremowe skrzypce wykonane jednak jak najstaranniej i widać było, że są mu rzeczą w życiu najbliższą. Bard widać miejscowy lub wędrowny. Może przyłączył się nocą do jednej z grup biesiadników. Upił się a teraz pokutował kamiennym snem na odludziu. A może czar to jeszcze i widmowy zwid, co został tu z ludźmi bo Weles zatrzasnął przed nim wrota Nawii. Zwierzę było przy nim jeszcze przed kilkoma minutami, dlatego myśliwy i tak by go obudził i żądał wyjaśnień. Zanim jednak wykonał ku niemu choć nieśmiały krok. Chłopak otworzył oczy, przewrócił się niezdarnie na bok i jego wzrok spotkał się ze wzrokiem myśliwego. Patrzyli na siebie podejrzliwie długo, wreszcie chłopak zamierzał wstać ale jego dłoń spoczęła w kałuży krwi. Obejrzał najpierw ją a potem odskoczył jak oparzony, macając się po torsie w poszukiwaniu rany. Rozmazał po sobie całą krew. Zbladł i wyglądał teraz jak najprawdziwszy upiór. Spoglądał na łuk i nóż. Był przerażony i nie zamierzał tego ukrywać. Zerwał się jeszcze raz, porwał z ziemi skrzypce i przytulił je niczym dziecię do piersi. Postrzeliłeś mnie!? Bezbronnego!? Nie mam przy sobie nic, ani monet ani żadnych kosztowności. Myśliwy wystąpił przed niego i opuścił dłonie na znak dobrych zamiarów. Postrzeliłem jelenia, tropię go. A ślad jego krwi urywał się na Tobie. Skąd tu przybyłeś i jak? Nie dojrzałem wokół Twoich śladów. Czy widziałeś rannego śmiertelnie byka? Był tu na kilka minut przede mną. Szalał w agonii. Obudziłby Cię z pewnością. Wiem, że tu był spójrz ile upuścił krwi. Chłopak nie podszedł nawet o krok. Ale obejrzał krew wokoło i zaczął wierzyć w to że nie pochodzi ona z jego żył. Byłem tu przez całą noc. Grałem w samotności. Dla lasu. Aż sen mnie zmógł Dziś była noc kupalna. Nieroztropnie wchodzić z bronią w święty bór. Myśliwy podszedł jeszcze bliżej. Wszedłem do kniei wraz z tarczą Swaroga. Nie grozi mi nic od strony bogów. Nie tylko bogowie podążają ścieżką zemsty. A Ty nie rzekłeś, jaką z nich przybyłeś. Młodzieniec zawahał się chwilę. Przybyłem z odległej krainy. Bardzo odległej. Skąd wychodzi niewielu takich jak ja. Myśliwy skupił wzrok na instrumencie. A te skrzypce? Piękne i misternie wykonane. Nie drewno służyło do ich budowy. Grasz na nich dla duchów? Młodzieniec po raz pierwszy stanął w pełnym świetle i uniósł delikatnie twarz. Przypominał mu dawne czasy. Wojnę na południu, gród w ogniu i tożsamego młodzieńca, którego zabił celną strzałą w samo serce. To było dawno, lecz chłopak wydawał się zjawą tamtych dni. Ujął skrzypce niczym amulet i przemówił głosem głębszym, starszym, magicznym. To skrzypce umarłych. Wykonałem je sam z moich własnych kości. Twoja strzała strzaskała mi serce a kości były całe. Piękne i kremowe. Jak te skrzypce. Grając na nich otwieram bramę welesowych krain. Między nimi wędruję. W Nawii mój dom. A tu na ziemi, już tylko mój cel. Moja zemsta. Krwawa i sprawiedliwa. Twoja śmierć przyjacielu. Znów posłyszałem korowód. Wracał z pieśnią. Inną. Żałobną. Tragiczną i smutną. Jak ta godzina. Fletom i piszczałkom odpowiedziały skrzypce. Młodzieniec grał. A im dłużej grał tym szerzej otwierały się wrota zaświatów na skraju poręby. Wreszcie stanęły otworem. W ogniu i sadzy. Potępione dusze. Ich twarze ryczały w agonii. Ich ciała płonęły, zwęglone do cna. Korowód panien wyszedł zza drzew. Wszystkie były ubrane w białe, żałobne szaty. Ich paprociowe wianki nosiły ślady krwi. Bardowie byli okaleczeni. Bez rąk, nóg, oczu, trędowaci lub chorzy na dżumę. Ich szaty przeszły zgnilizną. Korowód prowadziły dwa ogary. Były upiorami Welesa. Wściekłe, pełne żądzy mordu. Ich pyski wypełnione ogniem. Skóra spalona i pokryta liszajem. Ogony ścięte u nasady. A oczy jak śmierć puste. Pewne swego szaleństwa. Doskoczyły do mnie. Nie imał się ich nóż ani strzała. Wieczór zapadł nad wioską. Jedynie w jednej chacie nie płonął ogień. Jej opiekun wyszedł spod progu, zapalił niewielki ogarek. Rozpalił ogień Oporządził izbę. Zgotował strawę. Posprzątał obejście. Jego pana nie było. Nie martwił się. Mogło go nie być i kilka dni. Łowy bywały długie i męczące. Domowik złożył dzięki do Roda o szczęśliwy powrót swego pana. Wtedy to ktoś załomotał w drzwi. Domowik ruszył ku progowi i otworzył. Na progu stała leśna panna. Naga. Jedynie w wianku. Bez słowa wręczyła mu zawiniątko w postaci dziwnych, kremowych skrzypiec i wianka z paproci. Wianek był cały zakrwawiony. Krew pachniała jeszcze świeżością. A skrzypce. Wyglądały jak wykonane z kości. A grały tak pięknie jak te które można usłyszeć czasem nocą w kniei. Mówi się, że korowody umarłych przygrywają sobie na takich. A wytwarza się je z kości tych, których dotknęła zemsta, zbłąkanych, nieszczęśliwych dusz. -
Przez andrew · Opublikowano
@Waldemar_Talar_TalarZaloguj się, aby zobaczyć zawartość.
-
Przez Marek.zak1 · Opublikowano
Bardzo mi się podoba, wiersz o fundamentach, potrzebie i sensie pisania i nie tylko, bo też życia, przemijania. Wiersz ma swój rytm i się dobrze czyta, a wątpliwości przeplatają się z tezami, co zatrzymuje i skłania zastanowienia. Pozdrawiam.
-
-
Najczęściej komentowane
-
Wiersze znanych
-
Najpopularniejsze utwory
-
Najpopularniejsze zbiory
-
Inne
Rekomendowane odpowiedzi
Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto
Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.
Zarejestruj nowe konto
Załóż nowe konto. To bardzo proste!
Zarejestruj sięZaloguj się
Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.
Zaloguj się