Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Kiedy dwadzieścia trzy lata temu, zamieszkałam na wrocławskim osiedlu, patrzyłam z przerażeniem na metaliczne drzewo, pośród betonowych bloków, do których, przez okna wdzierał się gwar i hałas, nie milknącego miasta. Zapach spalin, czuć było najbardziej latem. Wtedy ulice pustoszały. Tramwaje pędziły po szynach mostem Trzebnickim, kołysząc się na zakolach torów, wlatywały rozkrzyczane na cicho drzemiące Osiedle Polanka. Wyrywały ze snu senne bloki, sennych ludzi i psy, wyprowadzane pośpiesznie na spacer. Ludzie szli zaspani do pracy, niosąc gazety, czekali na przystankach na podjeżdżające tramwaje. A potem powracali do domów zmęczeni, z pełnymi siatkami nadziei. Nieśli ze sobą, uśmiechy na każdą okazję, razem z tysiącem potrzebnych drobiazgów.
Aby nie zwariować, całymi dniami wybiegałam na balkon. Był to jedyny, mój pas ratunkowy, który chronił mnie, przed uschnięciem z tęsknoty za domem rodzinnym, kochanym lasem, łąkami i polami, pełnymi śpiewu skowronka. Muzykę lasów zamieniłam na jazgot współczesnej muzyki, galopującego miasta. Noce były bardziej łaskawe i tajemnicze. Cienie, wyrastały przy pobliskich latarniach, jak grzyby po deszczu. Upływały lata, gasły i zapalały się lampy, a ja stawałam się coraz bardziej podobna do metalicznego drzewa. Umierałam.

UŚMIECH DZIECKA

Dopiero, po urodzeniu syna, mój dom wypełnił się bardziej radosnymi odgłosami. Przeróżni ludzie pochylali się nad kołyską, mówili głosem nienarodzonych dzieci.
Kładli na stołach, pełnych butelek z ciepłym mlekiem, stosy niepotrzebnych rzeczy. Szafy pękały od dobrobyt. Przez cały dzień latałam na miotle, pomiędzy talerzami, kupkami o różnorodnych kolorach, zastanawiając się nad tym, jak to możliwe, że taka mała kruszyna, potrafiła tak szybko zaburzyć kosmiczny porządek świata. Wszystkie planety ciotek, babć i dziadków oraz członków bliższej i dalszej rodziny, zmieniając swój dotychczasowy bieg, krążyły dookoła jednej, maleńkiej planety, mojego syna Pawła. Laluni, jak mówiły na niego siostry szpitalne. Kiedy przychodziło lato, pakowałam do torby wszystkie najukochańsze książeczki, zabawki, ciuchy i wyjeżdżałam z synem, na wieś. Ileż tam było radości. Biegał za kolorowymi motylami, słuchał grania pasikonika, albo przynosił dla mamy, kwiaty zerwane na łące. Godzinami opowiadał, o poznanych zwierzętach, o których potem opowiadałam mu bajki, w długie zimowe wieczory. Mąż, kochający miasto i mniejsze natężenie, wszystkiego co żywe, łażące, kąsające, szczypiące, wolał omijać wiejskie zagrody. Poranne pianie koguta, nie przypominało mu nigdy, muzyki Chopina. Upływały lata, dom na wsi opustoszał. Wszyscy jego mieszkańcy zmarli. Nawet pies Czarek. Z tęsknoty, przeniósł się do krainy wiernych psów. Potem, widywałam jego podobiznę bez względu na pogodę, na płynących nad lasem chmurach.

GDZIE ZOSTAŁO SERCE?

Powroty do miejskiego domu, były zawsze pełne płaczu. Woda z łez, przez całe lata zasilała rzekę Odrę. Po wrocławskich wałach, spacerowały rasowe pieski, wyprowadzające z domów, panów na spacery. Patrzyli oni, oczyma zazdrosnych jeleni, na przechodzące obok młode i zgrabne łanie, zmierzające w stronę sklepików z piwem. Za nimi, młodzi mężczyźni, niosący w plecakach całą wiedzę pobliskiego liceum, szli na przygiętych nogach, zgodnie z wyznacznikiem liczb całkowitych. Potem kołysali się na nich pod pobliskimi drzewami, w zależności od ilości wypitego piwa. Wały nad Odrą, stawały się miejscem spotkań uczącej się młodzieży, gdzie nikt nie pobierał opłat, za mikroklimat miasta. A kiedy nocą, robiło się ciszej, zasypiały bloki, na podwórko wychodziły dzikie koty. Płakały głosem niekochanych zwierząt. Do późna w nocy, nawoływały się, lub gryzły o kawałek chleba, wyrzucony przez okno. Nikt jednak z mieszkańców osiedla, nie wsłuchiwał się ze szczególnym zainteresowaniem, w mało znaczące odgłosy, dobiegające z podwórka, ponieważ osiedle to, uchodziło za jedno z bezpieczniejszych we Wrocławiu.

LASY I DRZEWA

Skoro nie mogłam powracać do mojego ukochanego lasu tak często jak tego pragnęłam, las zaczął przychodzić do mnie. Było to zasługą spółdzielni, która dostała dotacje na zieleńce i drzewa. Posadzono na podwórku małe drzewka, krzewy i kwiaty. Aż któregoś dnia zauważyłam, że konarami dosięgają do ostatniego piętra. Szczególnie strzeliste topole. Rodzina białych brzóz, roztańczyła pod moim oknem, płaczącą wierzbę. Patrzę teraz z przyjemnością na ten mini las, pośrodku miejskiego osiedla. Dobrze, że jest. Dzięki niemu mogę rozpoznawać pory roku. Słyszeć śpiew ptaka, zanim ktoś go nie spłoszy hałasem. Dzieci mogą bawić się w cieniu drzew, starsi ludzie rozmawiać o chorobach i polityce. I chociaż to płuca osiedla, nic nie potrafi zastąpić mi mojego prawdziwego lasu, w którym mieszkają dawni przyjaciele z dzieciństwa, duchy drzew.

Zimą rzadko wyjeżdżam poza Wrocław, ale kiedy nadchodzi lato, jak ptak, powracałam do drogich mi okolic. Włóczę się po starych kątach, polach i drogach. Odwiedzałam przyjaciół i mój ukochanym las. Widzę jak wiele zmieniło się na gorsze. Nikt nie porządkuje powalonych drzew, nie chroni lasu przed intruzami, którzy co roku, wycinają, dorodne jodły przed świętem Bożego Narodzenia. Coraz mniej w lesie jest grzybów, jagód i pachnących poziomek. Więcej śmieci, tam zostawianych. Na ostatnim, spacerze, jakaś smutna melodia spowiła las:

KOCHAJ TE BRZOZY ZA DOMEM, CO PRZYSTANĘŁY W RZĘDZIE,
I LAD I DROGĘ DO LASU, CO BEZ NICH BĘDZIE?









Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...