Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Najpierw odrzućmy kilka mitów, a właściwie już stereotypów, że gdyby nie Unia, to nic by nie zrobiono w Polsce. Propaganda doby obecnej cały czas wmawia Polakom poczucie niskiej wartości. Takie stwierdzenie nie jest prawdą tak samo jak to, że komuna wprowadziła nas w nowoczesność. Komunie zawdzięczamy zacofanie (dla porównania patrz akapit choćby o Kuala Lumpur str. 152, rozdz. Ochrona Przeciwpowodziowa), a Unii Europejskiej wyższe koszty wszystkiego. Przecież ta ogromna machina UE nie jest za darmo. Do tego dochodzi armia urzędników w kraju oraz eurodeputowani, komisarze i różni ideolodzy unijni. Niech się nikomu nie wydaje, że urzędnicy unijni są wolontariuszami, chyba że za ciężką forsę. To jest dopiero kasta ludzi, która pokona wszelkie przeszkody, byle złapać pieniążek, za który z niczego nie rozliczą.
Oczywiście otrzymujemy przeróżne „dopłaty” z Unii, ale ich przecież nie przynosi Święty Mikołaj. Te pieniądze nie rodzą się w biurowcu unijnym nawet w niewielkiej części. Jeśli ich się nie włoży, nie wypracuje, to ich nie będzie. Mało tego. Każde EURO jest obłożone kosztami biurokratycznymi Unii. Gdybyśmy kupowali Euro w kantorach, byłyby tańsze.

Drodzy Czytelnicy. Nikt nikomu na tym świecie niczego nie daje jak dobry wujek czy słodka Mama. Dzieciństwo już minęło. Pora zdać sobie sprawę, że z pustego i Salomon nie naleje. Za wszystko my sami płacimy. Mało tego. Płacimy jeszcze za koszty korupcji, łapówki, przerosty biurokratyczne, błędy rządzenia, realizacje wirtualnych pomysłów na koszt podatnika, nietrafne decyzje, zaniechanie budowy zabezpieczeń przeciwpowodziowych, szkody popowodziowe itd. Spore wydatki, nieprawdaż? Płacimy niestety jeszcze za zachcianki, ambicje polityków, zagraniczne wycieczki z rodzinami polityków i wiele innych. Bez wahania zabierają własnej ludności, by przeznaczyć na dzisiejszy własny dwór lub uszykowanie przyszłego. To miliardy euro. Mogłyby być dla głodnych? Najwyżej będą trochę bardziej głodni.

Jest jeden człowiek, któremu jesteśmy winni głęboki ukłon. To prezydent USA Ronald Reagan. Jego stanowczości, niezłomności trzeba się nisko pokłonić. Człowiek, który zlikwidował deficyt budżetu Stanów. Uruchomił ogromny rozwój gospodarczy, techniczny i technologiczny. Było za co!!! Sowieci nie wytrzymali. Nie było już w Rosji komu i czego odbierać od ust, a Amerykanie okrzyknęli Reagana największym prezydentem wszechczasów USA. Cóż, gdyby ktoś zlikwidował deficyt Polski, dług Polski, też bym wołał, że jest geniuszem. To ponad 800 mld złotych – osiemset miliardów.
Reagan wiedział, rozumiał, co to jest komunizm, kolektywizm, do czego zmierza. Komu jak komu, ale jemu od nas Polaków, od tych, co czują jeszcze jak Polacy, co poczuli tę nie do opisania lekkość wolności należy się wdzięczność. Również od młodych. Dzięki niemu przez chwilę poczuliśmy smak wolności.

Nie dajmy sobie wmówić, że wszystko w tym kraju powstaje dzięki krasnoludkom, co najwyżej dzięki leniwym biurokratom. Szkoda. Wszystko od 65 lat powstaje w tym kraju dzięki ogromnemu poświęceniu ludzi, dzięki ogromnej ich pracy, jakże często nieopłaconej i niedopłaconej. Gdyby było inaczej, to płaca nie wynosiłaby 20-30% płacy unijnej, przy cenach porównywalnych. W ekonomii nie da się zbyt długo oszukiwać. Zaraz przekręt wyjdzie i ujawni się z całą brutalnością.
NIKT NAM NICZEGO NIE DAŁ I NIE DAJE. UNIA TEŻ.
ZA WSZYSTKO SAMI PŁACIMY I DO TEGO ZNACZNIE WIĘCEJ NIŻ INNI, BO PAŃSTWO JEST NIEWYDOLNE, BARDZO KOSZTOWNE.

Wysłuchałem przemówienia polskiego Ministra Spraw Zagranicznych w Berlinie (2011) w Niemieckim Towarzystwie Polityki Zagranicznej, choć miałem wrażenie, że przemawia Minister Unii Europejskiej czy innego państwa. W pełnej rozciągłości zgadzam się, że formuła UE powinna być zmieniona. Okazała się błędna. Ona zawsze była błędna. Z założenia. Wszyscy o tym wiedzieli. Nie można tworzyć organizacji politycznej pod płaszczykiem organizacji gospodarczej. Nazwać trzeba rzecz po imieniu. Dodatkowo przyjęto w domyśle, że włodarze poszczególnych krajów, urzędnicy są ludźmi odpowiedzialnymi. Tak, przynajmniej powinni być odpowiedzialni za swoje decyzje. Tymczasem okazało się, że z chwilą rozszerzenia Unii wszyscy umyli ręce. Szczególnie od traktatu lizbońskiego, który już był sporządzany jako zawiły, pokrętny. Nie przypadkiem był tak długo i z oporami ratyfikowany. Pogubiono sens, cel istnienia UE jako związku gospodarczego. Teraz mamy pokłosie kiepskich ustaleń. Ekonomii nie da się oszukać tak jak obywateli krajów UE.

Starano się sprokurować coś na kształt superpaństwa. I idea ta ciągle żyje. Świadczy o tym wspomniane wyżej przemówienie. Idea ta z wielu względów jest błędna. Cele poszczególnych krajów nie są takie same i nie będą takie same. Zgubiono najlepszą z formuł: Jedność w różnorodności. Mało tego: Piękno w różnorodności. Powrócono do koncepcji ciągle żywej nie tylko na Wschodzie, ale może jeszcze bardziej na Zachodzie. Komunistycznej jedności. Jeden wzór, jeden produkt, jeden ogórek byle prosty. Jeden sposób myślenia, a właściwie bezmyślności powielany w milionach. Ein Volk, ein Reich,…. To nie może się zrealizować bez zaprowadzenia systemu policyjnego, totalitaryzmu. Obojętne czy z dominującym jakimś jednym państwem, czy sztucznym międzynarodowym tworem. Koncepcja taka jest wbrew naturze, wbrew potrzebie wolności. Historia nie zna przypadku, by jakieś imperium się nie zawaliło, by jakieś wielopaństwowe twory, federacje przetrwały. Zawsze jakaś jedna nacja chce dominować, zdobyć przewagę. Moment powstania samej myśli o prymacie jakiegoś państwa już jest początkiem końca takiej struktury. Jeszcze gorzej, jeżeli jakaś obłędna idea jest forowana dla idei tylko. Potem rozpoczyna się korozja pychy, głupoty, próżności, lenistwa, rozpasania wszelakiego, w końcu pospolitej, prymitywnej zdrady, złodziejstwa na bezgraniczną skalę. To tylko kwestia czasu. Nie trzeba szukać przykładów. Te procesy trwają na całym świecie. Nikt nie chce być wasalem, poza zdrajcami, najemcami, namiestnikami.
Unia Europejska jest sytuacją jak z ciastkiem. Ktoś chce mieć ciastko i zjeść ciastko. Nie udaje się coś takiego. Nie może się udać. Współcześni, unijni komuniści, niektórzy mówią socjaliści, chcą w miejsce organizacji gospodarczej, działającej na klarownych zasadach ekonomicznych przemycić superstrukturę – quasi państwo wielonarodowe z superrządem ubezwłasnowolniającym rządy narodowe. Być może, że jest to niektórym rządom, notablom na rękę. Dyrektywy są wydawane w Brukseli. Nie trzeba myśleć, rządzić, tylko się uśmiechać. Z pracy zamiast wysiłku pozostaje tylko przyjemność. Chyba są tacy leniwi, którym taki model rządzenia bardzo by odpowiadał.
Waga poszczególnych krajów w UE jest różna i będzie różna. Zmartwiło mnie jednak, że polski Minister nie przemawia jak polski urzędnik, tylko jak rzecznik obcego państwa, obcej organizacji. Wszystkie słowa wyrażały troskę o organizację międzynarodową w obliczu kryzysu. Nadmieńmy, kryzysu wywołanego przez nieodpowiedzialnych urzędników zarówno unijnych, jak i poszczególnych krajów oraz bankierów. Czy tego nie widać, czy tego Minister Spraw Zagranicznych nie wie? Czy wysoki status urzędnika państwowego ma powodować przemilczanie winy takich i podobnych urzędników krajowych i unijnych? Niby dlaczego? Nie padło ani jedno słowo o odpowiedzialności tych ludzi, o pociągnięciu ich do odpowiedzialności. Czyli tak samo jak w komunizmie, można się bawić na koszt podatników w rządzenie, w superstruktury, jakieś kolejne Rady Wzajemnej Pomocy Gospodarczej, tworzyć nowy „rubel transferowy” zwany teraz euro. Mówić, że jest fajnie, a kosztów nie liczymy, bo to nie zgadza się z teorią. Teraz już za dużo kosztuje.
Instytucje ratingowe (grudzień 2011) obniżyły wiarygodność finansową nawet Niemcom i Francji. Wydawałoby się, że niezachwiane filary. Proszę zważyć, co powyżej pisałem o emitowaniu pieniądza. Wszyscy włodarze chcą lekko żyć na koszt społeczeństwa. Najwyższa forma komunizmu. Ma się wszystkiego według potrzeb, a do tego władzę i cały dwór. Teraz i instytucje ratingowe się nie podobają, to im się zaknebluje usta. Jeżeli o czymś się nie mówi, to tego nie ma. Już w ciągu swego życia ten wariant rozwoju gospodarczego przerabiałem. Najefektywniejsza metoda osiągnięcia raju na tym padole.

Co właściwie powiedzieć w tej sytuacji? Było to do przewidzenia! Może uda się reanimacja, ale ten twór będzie wisiał jak koń na pasach, wymagając coraz kosztowniejszej terapii.
Wszystko pada z tych samych powodów. Nie ma prymatu ekonomii. Jest jakaś ideologia, idea-fix. Wiek XX był pod znakiem ideologii wprowadzanej raz z Zachodu, raz ze Wschodu. Metodą była wojna. Teraz zmieniła się metoda. Ma być podporządkowanie gospodarcze. Cóż z tego, jeżeli efekty są opłakane. Gospodarki silne, prężne, dominujące poradzą sobie z dodatkowymi kosztami, zresztą one są beneficjentami cały czas, słabe zaś nie wytrzymają. Widzimy, że urząd brukselski, strasburski jest pretekstem do dorwania się do intratnych synekur. Urzędników są tysiące zatrudnianych na świetnych warunkach. Miały one powodować powstanie super kasty znakomitych pracowników. Jeżeli tacy pracownicy nie potrafią selekcjonować przepisów pozostawiając jedynie istotne, a bzdurne, nieistotne, utrudniające funkcjonowanie odrzucić, odrzucić wszystko, co jest balastem, nie potrafią zapewnić przestrzegania ustaleń istotnych dla organizacji gospodarczej, to organizacja jest obarczona wadami. Do tego tysiące nowych etatów klasy próżniaczej tworzy się w poszczególnych krajach. Jak dotychczas jest to jedyny skuteczny sposób na zmniejszenie bezrobocia, ale nie na finanse państw. Zamiast kreować dochody, kreowane są wydatki – zaprzeczenie idei organizacji gospodarczej – wspólnych pożytków.

Ciągle czekam na bilans Unii Europejskiej. Powinien być głośno ogłaszany. Sens istnienia będzie wówczas, jeżeli będą korzyści. Nie może być inaczej.

W całym przemówieniu polskiego Ministra Spraw Zagranicznych nie znalazło się nawet słowo, nawet pytanie nie tylko o interes własnego kraju, ale o interes poszczególnych członków UE. Po co jakaś niezwykle kosztowna organizacja, jeśli nie wiadomo jaka ma być korzyść jej członków. Dlaczego mamy ratować euro, pogrzebane przez urzędników unijnych? Niech mi nikt nie mówi, że otrzymywaliśmy dofinansowanie z UE. Proszę policzyć, ile otrzymywaliśmy, ile wpłacaliśmy, ile ponosiliśmy kosztów w kraju w związku z tymi dopłatami? Okazałoby się, że suma wydatków była większa niż dopłat. Po co było tę żabę jeść? Nikt nie chce powiedzieć prawdy, podać rzetelnych danych. Rzuca się jakieś hasło i leci za nim jak z bielmem na oczach i po drodze rozbija głowę. Gdzie jest rachunek ekonomiczny, gdzie jest polska racja stanu? To nie jest racja stanu żadnego kraju Unii Europejskiej tylko idee-fix współczesnych kosmopolitów, którym nie wywietrzała z głowy idea jednego państwa na świecie. Pogrzebali całkiem niezłą organizację gospodarczą. Jakość przeszła w ilość jak w komunie. Niegdyś funkcjonowała EWG, przestała.

Odczytajmy więc cel takiej struktury. Jest to interes tysięcy urzędników na koszt obywateli Unii Europejskiej. Największy interes mają ci stojący najwyżej w hierarchii, ideolodzy, dla których nie liczą się koszty, ludzie tylko idea. Prymat polityki nad gospodarką ujawnia się w całej pełni. Gospodarka przegrywa, ludność krajów też.

W Unii, w Polsce manipuluje się informacją. Obraz przykrawany jest do celów polityków, a nie celów krajów unijnych. Do tego cel polityków poszczególnych krajów wcale nie jest taki sam. Wśród tych polityków nie brakuje zaprzańców, którzy bez wahania zdradzą własny kraj. Niech nikomu się nie zdaje, że jest inaczej. Politycy to nie święci młodziankowie.
Potrzebna zaś jest rzeczywiście organizacja ułatwiająca wymianę gospodarczą, wspólne przedsięwzięcia. Coś, co ma ekonomiczny sens, co może przynosić korzyści. Co powinno przynosić korzyści. Prymat ideologii nad gospodarką zawsze doprowadzał do ruiny. Jeśli pan Smith, Goldstein czy inny ryzykuje swoje pieniądze to jego sprawa. Jeśli te pieniądze ryzykują albo nie dopilnują bankierzy, ministrowie, premierzy to oni powinni odpowiadać za swoją działalność, albo też jej brak. Innego wyjścia nie ma. Ratowanie tworu, który jest niesprawny niczego nie poprawi. Jedynym efektem może być tylko zwiększenie kosztów, wtrącanie krajów w ruinę.

Słyszymy, że trzeba ratować euro. Dlaczego? Czy porównał ktoś wariant kosztów z euro i bez euro? Nie. Tak się komuś wydaje. Lepsza już jest wróżka. Oby choć ładna. To jest dopiero demagogia. To jest robienie w konia setek milionów ludzi. Panie i panowie przywódcy. Trzeba powiedzieć, że nie zdaliście egzaminu. Wszyscy razem i z osobna. Teraz razem wciskacie kit. Nikt nie ma odwagi powiedzieć, że król jest nagi. A wracać do czytania bajek! I przynajmniej wstydzić się.

Anglicy nie dali się wciągnąć w tę gloriadę euro. Koncepcja wspólnej waluty dla diametralnie różnych gospodarek jest obarczona błędem. To co jest dobre dla silnych, nie musi być dobre dla słabych lub odwrotnie. Niewątpliwie wiele mogliby powiedzieć na ten temat tegoroczni nobliści z ekonomii Sims i Sargent. Może wartoby najpierw opracować model czy modele makroekonomiczne, dokonać symulacji, a potem podejmować decyzje.

Powołanie urzędników kontrolujących finanse państw jest kolejną fikcją rozwiązania kłopotów. Czy w poszczególnych państwach nie było do tej pory odpowiednich służb finansowych? Były. I co? Ano nic. Może teraz będzie inaczej? Niby dlaczego? Czy te poprzednie służby kontrolne zostaną zlikwidowane? Zapewne nie, bo dlaczego? Jaki będzie zatem efekt? Wyższe koszty, więcej urzędników. Zasypie się ten rów pieniędzmi naiwnych, a raczej bezsilnych podatników i wystarczy aż do nowego trzęsienia finansów. Nie może się nic zmienić. Nikt przecież nie podał nowej funkcji kryterium. Wykonuje się tylko jakieś nerwowe, kosztowne ruchy. Widmo rozszerzenia kryzysu jest zbyt przerażające, by podjąć racjonalne działania. Zawsze tak jest, gdy za ekonomię biorą się amatorzy, co gorzej ideolodzy. Gorzej, gdy nie przestrzega się żadnych zasad, nawet tych uchwalonych uprzednio przez samych siebie. Unia Europejska wymaga bardzo głębokiej restrukturyzacji, odciążenia struktur biurokratycznych, przyjęcia twardych reguł od których nie może być odwołania, taryfy ulgowej, zdecydowanego potanienia. Nikt tego nie zrobi. Nie dlatego, że nie można tego zrobić. Odciążenie tej bizantyjskiej budowli mogłoby zmniejszyć znaczenie wielu notabli. Wielu mogłoby się okazać zupełnie zbędnymi. Innego powodu zupełnie nie potrzeba.
Ustalenie wymagań to nie jest problem. Problemem jest ich egzekwowanie. Jest być może sposób, którym byłoby wpłacanie kaucji, która przepada, gdy warunki nie są wypełnione. Ile razy się uda ta sztuka?

Chęć wydawania pieniędzy bez ograniczeń przez rządy państw i notabli unijnych jest przemożna. Zresztą dotyczy nie tylko strefy euro. Setki miliardów złotych długów zaciągnął rząd polski w ciągu kilku lat od 2008 roku. Chciałbym usłyszeć szczegółowy, konkretny plan ratowania polskich finansów. Usłyszeć, co już zrobiono. W zamian Minister Sikorski proponuje wejść z deszczu pod rynnę. Proponuje ograniczyć suwerenność krajów unii czyli tym samym Polski. Nie dotyczy to Niemiec, których Bundestag jeszcze przed traktatem lizbońskim uchwalił prymat ustaleń krajowych, niemieckich przed ustaleniami unijnymi. Nasze zaś władze aż rwą się, by ograniczyć niepodległość Polski. Widać jednak, że ani przynależność do UE, ani przynależność do strefy EURO nie zabezpiecza przed kryzysem gospodarczym. Mało tego. Prowadzi do jeszcze większego rozpasania pozornie na koszt innych.

Pech, że gospodarka kopie dopiero po pewnym czasie nie jak prąd elektryczny. Szkoda.
W tym momencie wszyscy są oszukiwani zarówno euroentuzjaści, jak i eurofobi tyle, że euroentuzjaści to lubią.

Ktoś się żachnie, że to nie jest prawda. Niestety jest, bo Unia Europejska miała być związkiem gospodarczym, a jest przede wszystkim politycznym. Gdyby było tak, jak teoretycznie powinno być, nie byłoby dziś kryzysu finansów czy euro. Kryzys, który wybuchł w USA nie miałby specjalnego wpływu na UE, gdyby ta cała gigantyczna biurokracja i decydenci nie stworzyli obrazu wirtualnego. Wszyscy się puszyli jak indyki, a teraz nikt nawet się nie zająknie, że przyczyną krachu była fikcja biurokratyczna, która nie odzwierciedlała rzeczywistości. Królowało kłamstwo, gigantyczne zadłużenia i drukowanie pieniądza bez pokrycia.

Umowy gospodarcze zazwyczaj są przestrzegane. Przypadki niewywiązania się z umów są obwarowane kosztownymi karami. Kiedy prymat mają kwestie polityczne, nikt nie patrzy na koszty. Jest polityka, a nie ekonomia.

Zatem wymieńmy choć kilka „dobrodziejstw” unijnych dla Polski:
1. UE zażądała około 2 lata temu, by ceny w Polsce Rząd polski zrównał z unijnymi. Rozpoczęła się polityka dewaluowania złotego czyli dodrukowanie pieniądza. Euro też drukowano, zatem drukowanie złotego musiało być jeszcze szybsze. Było to na rękę rządzącym, szczególnie w bieżącym roku 2011, bo deficyt budżetowy lawinowo się pogłębiał, a nie było woli pohamowania tej nierównowagi. Teraz bez przerwy winduje się ceny. Wartość złotówki spada od 2008 roku, co nie jest winą Szwajcarów, że franki szwajcarskie drożeją. Złotówkę cały czas się deprecjonuje, a winą obarcza Bogu winnych Szwajcarów, którzy pilnują swojej waluty jak zawsze. Polski rząd psuje zaś programowo polski pieniądz. Oto środki tej operacji:
a) podnoszenie podatków bezpośrednich, pośrednich, akcyz i różnych opłat o podobnym charakterze,
b) podnoszenie cen mediów energetycznych.
Czynniki te są wystarczające do uruchomienia spirali cenowej. Nie ma produkcji, handlu bez transportu, energii. Wszystko właściwie jest obłożone jakimiś podatkami. Mało tego. Tę spiralę nadal ekipa rządząca rozwija. Co to znaczy? Nic innego tylko zabranie wszystkim pracującym część ich płacy i oszczędności. Ceny płacy nikt nie kwapi się podnieść. Wyrównanie dochodów dokonają sobie sami przedsiębiorcy. Ludzie żyjący z pracy rąk czy głów nie mają takiej możliwości. Gdyby wybuchły strajki, to rząd jest przygotowany do siłowego rozwiązania problemu. Żadna władza, szczególnie ta teoretycznie pochodząca „z ludu” (działacze), nie krępowała się używania brutalnych metod. Kreowanie zajść stadionowych jest próbą generalną rozwiązań prawnych i organizacyjnych na wypadek strajków, manifestacji.

2. UE zażądała, by nie ingerować w stocznie w Trójmieście i w Szczecinie, nie dofinansować ich. Przez lata nic nie robiono. Nie postawiono dobrych menagerów na czele firm. Utopiono stocznie na progu odwracającego się trendu rozwojowego przemysłu stoczniowego. W tym samym czasie kanclerz Angela Merkel wspomagała stocznie w Bremie, ingerowała w przemysł i nikt nie wymagał ani nie groził sankcjami, jeśli rząd Niemiec zechce ratować miejsca pracy. Niemcy mają zagwarantowane bardziej uprzywilejowane przepisy (byłe tereny NRD). Rząd polski bez mrugnięcia oka poświecił stocznie, 60 tysięcy miejsc pracy i 60 tysięcy losów ludzkich. Równe prawa nie obowiązują w Unii Europejskiej. Warto sobie to uzmysłowić nim zacznie się krzyczeć „hurra”.

3. Rząd polski zmierza do pogłębienia integracji z Unią Europejską, a jak ujawniono o stworzenie jakiejś federacji. (Z Niemcami i/lub Rosją). Nie chodzi o ekonomię, tylko o politykę. UE jest współczesną Międzynarodówką. Idea utworzenia tworu panświatowego nie wygasła, tylko formuła się zmieniła. Znaczy to, że klasa panująca w Polsce ma się uwłaszczyć, a pozostali mają nań pracować. Ustrój powszechnej szczęśliwości nie udał się. Zbyt wielu chciało być szczęśliwymi, a zbyt mało pracować na tę szczęśliwość. Teraz założono, że tylko niektórzy będą jako przedstawiciele żyć w raju, bez podatków, bez obciążeń, ponad prawem. Właściciele będą mieć firmy w Polsce, tutaj nisko płatni pracownicy będą wypracowywać zyski, a rozliczenia podatkowe będą dokonywać w rajach podatkowych. Jeżeli przepisy będą niewygodne, wówczas ekipa sprawująca władzę zmieni je, co już jakiś czas temu zaprezentowała zmieniając Kodeks Handlowy tylko dla jednego z miliarderów polskich, aby nie został postawiony w stan oskarżenia za naruszenie prawa.

4. Funkcje kontrolne finansów mają przejąć urzędnicy . Spada zatem odpowiedzialność sprawujących władzę w państwie na jakichś urzędników. Nikt nie będzie mógł powiedzieć, że koalicja rządząca czegoś niedopilnowała, tylko superrząd w Brukseli.

5. Doprowadzono do dewaluacji złotego. Do 2008 roku złoty się umacniał, potem wartość jego spadała. Przyczyną tego było życie państwa na kredyt i realizowanie polityki Brukseli. Zaciągnięto ogromne pożyczki, które skonsumowano, wydano na zbyt kosztowny aparat biurokratyczny, rozpasanie urzędników, służbowe wyjazdy zagraniczne całymi rodzinami, bezwstydne podwyższanie uposażeń najwyższych notabli, dyrektorów i rad nadzorczych przedsiębiorstw państwowych, brak umiaru w stawianiu i wyposażaniu siedzib różnych urzędów oraz mnóstwo innych wydatków ponad stan. Jest jeszcze możliwy wariant - Nauru. Doprowadzić do bankructwa kraj. Kiedy nie będzie zasobów, nie będzie sposobu zwrotu długu i wyspę, ziemię przejmie wierzyciel. Ludność nie będzie miała wyjścia, bo ziemia przez eksploatację fosfatów na Nauru nie nadaje się do rolniczego wykorzystania. Ludzie nie mają nawet za co importować żywności. Nie potrzeba wojny. Mieszkańcy zostali zniszczeni i wyrzuceni jak zużyty produkt.
Dziwna zbieżność. Prawo Geologiczne i Górnicze znowelizowane od 1 stycznia 2012 roku dopuszcza wywłaszczanie dotychczasowych właścicieli na terenach objętych koncesjami. Innymi słowy świadkowie ewentualnej rabunkowej gospodarki będą usuwani. To nie jest byle poletko. To są tereny obejmujące tysiące kilometrów kwadratowych ziem rolniczych. Wszystkie tereny objęte koncesjami liczą dziesiątki tysięcy kilometrów kwadratowych. Polska liczy ok. 312 tys. km2. Szanowni posłowie! Wielkość terenów i waga problemu powinna była chociaż zastanowić i spowodować uchwalenie jakiegoś ograniczenia. To bez wykształcenia chłop, gdyby ktoś miał mu urzędować pośrodku pola jak na swoim i jeszcze mógł go wyrzucić z jego ojcowizny nie zgodziłby się na takie uregulowanie. To się jednak uchwala. To jest bezprawie, chociaż nadaje mu się formę ustawy. Bez komentarza.

6. Co z euro? Kurs euro jest ustalany w niemieckim banku zwanym Europejski Bank Centralny we Frankfurcie nad Menem. Gospodarka niemiecka jest dominująca. Po prostu Niemcy produkują najwięcej w Unii, razem z Francją. Ich wpływ na ustalanie kursu euro w stosunku do innych walut jest przeważający. Dlatego też ustalony kurs będzie najbliżej ich potrzebom. Niebagatelny wpływ wynika z faktu, iż bank emisyjny euro jest bankiem niemieckim. Nie ma takich Niemców, którzy by podejmowali ustalenia wbrew swemu państwu czy narodowi, czego nie można powiedzieć o niektórych politykach innej nacji. Zresztą kto wie, kto jest jakiej nacji.

Próba ratowania euro przez państwo, którego waluta nie jest euro to jakiś masochizm. To wtrącanie kraju i jego ludności w nędzę. To nie jest solidarność. Solidarnością byłaby pomoc w przypadku kataklizmu i to rozumiem. W tym przypadku jest to niefrasobliwość, nieodpowiedzialność polityków. Cały kryzys wynika z nie przestrzeganie postanowień z Maastricht. Ten kryzys sprokurowali bankierzy i politycy najwyższego szczebla. Nie dajmy sobie wmówić czegoś innego. Najpierw postanowiono wdrożyć ekonomiczny bubel w postaci euro, potem zaś nawet nie przestrzegano tego, co sami wielcy politycy uchwalili. Jakoś to będzie. NIE BYŁO. Nie widzę powodów, by nasz 65 lat wykorzystywany i grabiony kraj jeszcze do tego dokładał naprawdę duże pieniądze. Kto mi dołoży, gdy mi zabraknie na lekarstwa, czynsz i inne opłaty? Z czego państwo dołoży tym, co nie będą mieli na minimum utrzymania?

7. Wymiana pieniędzy w Polsce zapowiadana jest na 2015 rok. Są dwa cele wymiany pieniędzy. Jeden jest ideologiczny – wspólna waluta – bo nie ma żadnego uzasadnienia zmiana pieniędzy. Wręcz przeciwnie. Są natomiast ogromne koszty wprowadzenia nowych monet i papierowych nominałów.
Warto zapamiętać kurs wymiany 4,4812 zł/eur. w dniu 2.12.2011, by kiedyś porównać z kursem wymiany.

Drugim celem jest pokrycie kosztów ekipy rządzącej, zmniejszenie zadłużenia kosztem tej ludności, która nie wyprowadzi kapitału z kraju. Najbogatsi natomiast mogą jeszcze na tym zarobić. Tyle, że ten biedny będzie musiał mniej zjeść, a bogaty postawi sobie jeszcze jedną rezydencje lub wpłaci kolejny milion na konto. Ot, taka proza liberalizmu, bywa że jeszcze z dodatkiem libertynizmu.

Właściwie nie mam nic przeciw liberalizmowi. Wzdrygam się jednak na formę. Liberalizm nie zwalnia z obowiązku wobec państwa, żeby nie powiedzieć wobec Ojczyzny, nie zwalnia z przyzwoitości, z wrażliwości, ze skromności w rozpasaniu i wielu innych eleganckich zachowań. Nie oczekuję ascezy, zresztą po co? Nie chcę jednak, by naprawdę bogaci ludzie uchylali się od obowiązku łożenia na państwo – legalnie płacąc uczciwie podatki. Prawda, że to fanaberia? Nie chcę, by ułatwiano wyprowadzanie kapitałów za granicę za jakieś dowody wdzięczności dla siebie, dla organizacji, dla klubu. Chciałbym, aby ci, co zarabiają miliony mieli satysfakcję z tego, że łożą na swój kraj. Niech postawią przedszkole, żłobek, halę gimnastyczną, dom kultury, cokolwiek trwałego, niech będzie imieniem fundatora, niech założy fundusz na finansowanie jakiegoś MDK. Będzie satysfakcja, że nasz sąsiad, obywatel naszej miejscowości zrobił coś wielkiego dla swych „ziomali”. Jakiż wieloraki sens. Mamy już rodaków z bardzo dużymi kapitałami. Potomkowie ich mają co trwonić. Budowla przekazana społeczeństwu, miastu, jakiejś społecznej organizacji, szkole mimo nawet starań, tak szybko się nie rozsypie. Doprawdy można mieć wielką satysfakcję. Oby tylko nie dać tego dobra w ręce urzędników.
Jeżeli najbogatsi nie płacą podatków albo niewiele, to może warto zmienić uregulowania, by płacili uczciwie w swoim własnym kraju, w Polsce, chociaż może według niższej stopy procentowej niż wynoszą obecne uregulowania. Nowa droga od korupcji do normalizacji. Potanienie wyjścia z korupcji też może służyć uczciwości.

Organizacje międzynarodowe gospodarcze są bardzo potrzebne, tylko niech takimi będą, a nie końmi trojańskimi niechcianych idei.
http://forsal.pl/artykuly/476520,unia_europejska_nie_dla_malych_panstw.html
http://forsal.pl/artykuly/466159,rybinski_rozmontowanie_systemu_emerytalnego_to_de_facto_bankructwo_panstwa.html
http://forsal.pl/artykuly/498858,koniec_z_suwerennoscia_gospodarcza_panstw_strefy_euro.html
http://forsal.pl/artykuly/404115,wiekszosc_bankructw_w_polsce_jest_sfingowana.html
Podaję tylko kilka linków do ciekawych i porażajacych materiałów, niestety prawdziwych i smutnych, opowiadających o tym, jak los ludności Polski został pokpiony w takt odbijania piłki.
Niech się nikomu nie wydaje, że wejście w strefę euro jest panaceum na wszelkie dolegliwości. Wręcz odwrotnie. Będzie dyktatem największych gospodarek i stawiane będą twarde warunki. Obawiać się trzeba, że złoty róg został już przehulany. Równia pochyła recesji trwa już od 2008 roku. Teraz się o tym po wyborach zaczyna mówić. Przedtem było cudnie. Zielono mi. Wmawia się ludziom, że zielona wyspa podnosi się wraz z poziomem wody, a nawet szybciej. Taki rozwój przez recesję, po prostu plus ujemny. Pamiętajmy, że beneficjentami w UE są najsilniejsze gospodarki. Za wszelką unijną pomoc, nowe unijne kraje zapłaciły zanim jeszcze zostały przyjęte do UE, udostępniając rynki zbytu.

Najbardziej żal, że mamy mądrych ludzi, mądrych ekonomistów, choć może nie tych, co się pchają na afisz. Ludzi, którzy mogliby opracować program wyjścia z recesji, którzy mogliby dobrze zarządzać gospodarką narodową. Mamy różne gremia demokratyczne, co nie znaczy fachowe. Jeżeli zejdzie się dwóch półgłówków w sposób „demokratyczny”, to nie znaczy, że będzie z tego cała głowa, tak jak i z kochania inaczej nie przybywa ludności. Warto by w imię tolerancji, w imię naszej nie gorszej przyszłości, wszyscy w końcu zdali sobie z tego sprawę, i tacy i siacy. Może naprawdę być dużo gorzej, najprawdopodobniej już jest dużo gorzej, ale unijnym zwyczajem nie informuje się społeczeństwa. Przemilczanie niewygodnej prawdy jest cichą unijną pragmatyką. O czym się nie mówi, tego nie ma. Jak dzieci lub zbrodniarze. Również jak zdrajcy.
Już się mówi o wzroście cen paliw o 40%-50%. To znaczy wszystkiego! Wszystkiego, o czym się nie mówi.

Dzisiaj (7.11.2011) otrzymałem informację o Islandii. Wcześniej nie wiedziałem. Nie podano w polskich mediach nawet kilku zdań prawdziwych. Rząd Islandii ogłosił bankructwo. Ludność się zbuntowała. Odmówiono jak jeden mąż posłuszeństwa rządowi, rząd stanął za swoim społeczeństwem odmawiając posłuszeństwa Unii. Podał się w całości do dymisji. Ogłosili bankructwo. Islandczycy i ich rząd odmówili uczestnictwa w wirtualnej unijnej rzeczywistości, unijnej bladze. Każde państwo ma inne warunki geograficzne, demograficzne, gospodarcze. Urzędnicze, unijne wymagania mogą tylko przyprowadzić kraje Unii do katastrofy. Odmówiono Holandii i Wlk. Brytanii spłaty kredytów w wysokości 3,5 mld. EURO. Islandczycy nie chcieli spłacać przez 15 lat długów. Bankierzy uciekli za granicę. Są państwa, które zamiast wydać kanciarzy i oszustów jeszcze im udzielą azylu. Pewnie wcześniej bankierzy przetransferowali pokaźne kwoty na konta bankowe krajów udzielających azylu. Myślą, że wtedy jest wszystko cacy. Nie jest. Pamiętajmy o tym.

Na koniec kilka zdań jakby spinających całość niniejszych wypowiedzi. Zacząłem od etyki. Tym samym skończę. Unia odrzuciła preambułę nawiązującą do korzeni chrześcijańskich, etyki chrześcijańskiej. Tym samym oczywiste byłoby wymaganie uczciwości, skromności, prawdy, generalnie szlachetności charakteru. Tymczasem makiawelizm się szerzy.

Teraz wszyscy mędrcy wołają, że koniecznie trzeba naprawić Unię. Kto zatem ją zepsuł? Czy to nie ci sami, co teraz mieliby ją naprawiać? Czy to analfabeci, ludzie niewykształceni? To przedtem nie wiedziano, że nie wolno brać kredytów, gdy zdolność kredytowa wygasa? Mało tego. Nie udziela się wówczas kredytów. Dlaczego setki milionów Europejczyków ma teraz uwierzyć tym samym ludziom, że będzie inaczej, a za 10 lat będziemy mieli za co kupić chleb i coś do chleba? Europejczycy jednak nie wiedzą tego, co my, Polacy już od wielu lat wiemy: RZĄD SIĘ WYŻYWI.
Jeśli nie rozumiemy czegoś w polityce, w żaden sposób nie możemy sobie na „zdrowy rozum” wytłumaczyć, to zadajmy sobie podstawowe pytanie „O czyją rację stanu chodzi?”

Odpowiedzmy: „Czyją jest racją stanu” zamknięcie dostępu do portu w Szczecinie, budowa rurociągu północnego, wysprzedawanie lub nawet wydawanie za marne kwoty wszelkiego majątku polskiego, wieloletnie niszczenie polskiego majątku, zawarcie w 2010 kontraktu na gaz z Rosją mając w Polsce ogromne złoża gazu ziemnego(!!!) udokumentowane od pół wieku, dlaczego nie przeciwstawia się ucieczce przedsiębiorstw do rajów podatkowych, dlaczego oddano polskie złoża gazu ziemnego (1,5bln m3) amerykańskim firmom, dlaczego jest taka nierówność wobec prawa, dlaczego w Polsce de facto i de iure nie ma demokracji i mnóstwo innych kwestii. Nazwanie psa koniem nie czyni z niego rumaka. Nie ma niezawisłości sądów, nadużywane są immunitety w sprawach pospolitych, nie ma kar za zaniechanie działania, niewykonanie swoich obowiązków, łamanie wręcz prawa przez urzędników państwowych.
Polska czy Unia Europejska? Odpowiedzi szukałem. Pytałem, odpowiadałem, nazywałem po imieniu, czasem wręcz wzdrygając się, bo rysująca się odpowiedź powodowała wręcz mdłości, gniew i wstyd. Teraz odpowiedzi udzielono nie tylko ex catedra ale również aus Berlin. Pan Sikorski określił wreszcie, a potwierdził pan Tusk: Nie Polska. To ma być jakaś federacja. Nie do końca określono tylko pod czyim przewodem.
Polskie przysłowie brzmiało: „Niedaleko pada jabłko od jabłoni”.

Opublikowano

Nie warto o tym pisać i czasu marnować.Każdy doskonale wie,że unia dała nam masę ograniczeń i bzdurnych przepisów.A już w szczególności w tak długim wywodzie o tym pisać.Nim ktoś dobrnie do końca zapomni połowe tego co przeczytał. W pełni popieram ten wywód,a nawet można byłoby więcej napisać,ludzie mają gdzieś to wszystko,w szczególności to młode pokolenie.Im zależy na kasie,prochach,alkoholu,k...,itp,itd. Unia się rozpadnie a euro zniknie.

Opublikowano

Dawno nie czytałem tak prostego, a jednocześnie prawdziwego tekstu. Jest w nim wszystko, co należy powiedzieć o faktach związanych z ostatnimi latami funkcjownownaia Europy i Polski. I nie dziwię się, że ten teks nie jest na blogu, a znalazł się tutaj- jest on czymś więcej niż politycznym komentarzem, chociaż momentami takim się staje. Jest on harmonijną refleksją snutą z pozycji kogoś, kto zobaczył do końca widok ze swojego okna ... i bardzo mu się ten widok nie spodobał.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
    • @Radosław   wiem Radosław …niestety to takie silne oddziaływanie jest …międzygalaktyczne ;)))) nie wiem jak mogę Tobie pomóc…? ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...