Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Kiedy byłem potrzebny - byłem
i kiedy nie byłem potrzebny - byłem
może i jak głupi - ale byłem
a co miałem - nie być -
odmówić sobie - żałować tego
czego nawet nie miałem dla siebie - siebie.

Nie pomyślałem nie zastanowiłem się
i nie odmówiłem sobie - niczego dla ciebie.

Ale dobrze - może nawet za dobrze
wiedziałem że jutro to ja będę
potrzebował od ciebie tego
na co - będąc na twoim miejscu -
nie mogę się doczekać
skoro doczekałem się jutra - dzisiaj.

Opublikowano

Fred
Alfredzie, jakie Ty masz pojęcie o poezji. Pewnie tylko szkolne czy szkolarskie. Bo czyż tak nie jest, że właśnie w powtórzeniach (w grze słownej) jest cały urok tego wiersza. Zresztą podobnie jest z moim wierszem, ale już tydzień temu zamieszczonym w dziale dla wprawnych pt taki dotyk . Bo tak w ogóle mówiąc, to nie interesuje mnie w wierszach to, co jest zwyczajnie ograne, czy wręcz sztampowe. Poszukiwania i nowości są solą i bez mała całą przyjemnością (w) twórczości (przepraszam, że mi się rymnęło), przynajmniej dla mnie. Pozdrawiam.

Opublikowano

" w powtórzeniach (w grze słownej) jest cały urok tego wiersza" - tak zacytowałam sobie dla zabawy! Bo ten "wiersz" uroku ma tyle, co tylko Tobie się wydaje. Nie chce być więcej. On jest z samych błędów podstawowych złożony! Bez urazy - pozdrowienia.

Opublikowano

olga fil
Pierwsza zwrotka, być może swoją drogą, ale przede wszystkim całość ma swoją i swoistą wymowę, bo przecież domyka pewną historię, czy jak kto woli, fabułę (treść). Pozdrawiam.

Opublikowano

Wiju! (Wuju?) Nie porzerabiaj Freda na Alfreda, bom nie Alfred tylko Ferdynand, ale tu ma być Fred. Zostawmy moje pojęcie o poezji, zajmijmy sie Twoim wierszem, bo to on jest tematem dyskusji, a nie moje pojęcie. Jak widzisz nie jestem w swoich odczuciach odosobniony, a to już o czymś świadczy. Rad bym poczytał i pochwalił jakiś Twoj lepszy wiersz, ale jakwidzisz to jeszcze nie tym razem.
Nie obrażaj się na opinie krytyczne,bo to do niczego nie prowadzi.
Pozdrawiam
FrednieAlfred ;)

Opublikowano

Fred
Za złe zinterpretowanie Twojego nicka (ksywy, skrótu) po prostu przepraszam. Cóż, pomyliłem się w swojej domyślności (jestem człowiekiem, raczej starej daty i nie ma w mojej omyłce żadnych podtekstów, czy tym bardziej złośliwości). Co do mojego wiersza i Twojej krytyki, sadziłem, że się to zbiegło, przynajmniej w tym miejscu. A co do tego, że nie jesteś odosobniony w swojej krytyce, nawet mnie nie dziwi, bo od kiedy to tłum musi mieć rację, ni wszystko musi się wszystkim podobać. Wiem już bardzo dobrze, że zawsze znajdą się tacy i tylu takich, którzy mnie przekrzyczą. Owszem, wolałbym żeby Ci się podobała moja twórczość, ale siebie nie przeskoczę. No i niech każdy już jest jaki jest, w końcu też nie to co inni, tylko to co się samemu robi, najlepiej świadczy o każdym. Pozdrawiam.

Opublikowano

O żadnym przekrzykiwaniu nie ma chyba mowy. Ja nikomu nie przywtarzam ani nikt mnie. Nie mam też żadnego powodu aby akurat Twoje wiersze krytykować. Nawet Ciebie nie znam.
Nie ma jednak powodu do smutku. Pisać można się nauczyć. To jest tak jak z szyciem butów czy produkcją mebli. Określony sposób działania. Takie rzemiosło. Nie twierdzę, że ja to umiem, ale opiniując wiersz kieruję się własnym wyczuciem. Ktoś kto nauczył się pisać będzie poetą, pod jednym warunkiem: że ma coś ważnego do powiedzenia. :)

Opublikowano

Fred
Może z grubsza i tylko z grubsza (w pewnym stopniu) rzecz ujmując zgadzam się z Twoim ostatnim wywodem. Ale to/tu nie chodzi tylko o rzemiosło, bo rzemiosło, czyli pewna poprawność, to za mało a przynajmniej nie wszystko. Bo czy to mało jest twórców, którzy nie potrafią wznieść się ponad rzemiosło (w gruncie rzeczy ponad określoność, czyli najczęściej przeciętność i sztampę), nawet/tym bardziej/ w najbardziej interesującym temacie utworu. Tacy twórcy nie mają po prostu w sobie tego, na co jest dziesiątki nazw, a ja po prostu nazywam to polotem. Pozdrawiam.

  • 3 miesiące temu...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Krótki, ostrzegawczy szmer poprzedził huk, który rozszedł się w ciemności podziemia, głośny do tego stopnia, że z nadmiarem wypełnił pustą do tej pory przestrzeń zmysłów. Ryk żołądka fabryki jeszcze chwilę kaskadował, a Karol zdał sobie sprawę z tego co właśnie usłyszał - jedna z wielkich gór węgla musiała runąć na ziemię.

      Odurzony dziecięcą fascynacją, chłopiec z powrotem włączył latarkę, otrzepał spodnie, i ruszył w drogę powrotną. Wszystkie pomieszczenia zdawały się jałowe, ich osnowa tajemniczości leżała poszarpana w strzępach tłustych pajęczyn, lecz kiedy wreszcie Karol skierował wzrok latarki na drzwi pierwszego pokoju, ciemność nie ustąpiła ani kroku. Pierwszy raz dzisiaj jedenastolatka ogarnął prawdziwy strach, nie ten napędzający wolę walki, czy wzniecający pożądanie zakazanego, ale najprostszy, dziecięcy strach, ten sam, który każe chłopcowi bać się wilkołaków lub kosmitów. Przez chwilę, Karol stał wpatrując się w ścianę czerni, nie wiedząc nawet co ze sobą zrobić, aż instynktownie rzucił się ku zaspie wyrzucając z niej pojedynczo kolejne grudki węgla. Każdy wyrzucany kamyczek zdawał się być od razu zastępowany następnym i następnym, a niektóre zwalały do środka jeszcze więcej gruzu, aż rozsypywał się on pod butami chłopca. W panice Karol odrzucił latarkę, nadal żarzącą się w rogu pokoju, aby obiema rękoma wyryć sobie drogę przez zaspę. Kolejnymi, długimi zamachami wyrzucał sprzed siebie garści kamienia, jakby płynął w ciemności, jak niedoświadczony pływak - nieważne ile energii nie wkładający w swe ruchy, zastygły w miejscu. Chłopiec poczuł na sobie ciepły dotyk, a kiedy spojrzał w dół, zobaczył, że wokół jego paznokci zbiera się krew. Karol cierpiał na tę przypadłość, przez którą mdlał na widok własnej krwi. Jej mezalians z węglowym pyłem odbierał mu powoli wzrok. Musiał zrobić sobie przerwę, lecz praktycznie całą posadzkę pokoju pokrywały rozrzucone grudki węgla, przeszedł więc on do następnego pokoju, gdzie padł dopiero na ziemię, wychładzając się z pierwszego przypływu adrenaliny. Próbując racjonalnie myśleć, zdjął z siebie zimową kurtkę, pod którą zdążył się już porządnie spocić, wytarł w jej futro brudne dłonie i ustabilizował oddech. Przez jego gardło przeszedł najbardziej donośny krzyk na który mógł się zdobyć. Wzywał pomocy w regularnych odstępach, a jego ślina gęstniała z każdym kolejnym przełknięciem.

      Rozpłakał się. Spływające, gorące i ciężkie łzy, wytyczyły ślady w czarnym pyle pokrywającym jego policzki. Nie miał czasu się wstydzić, szlochał prawdziwie rozdzierająco, to znów przechodził w przerywany oddech, mamrotał pod nosem, lub trwał w całkowitej ciszy, gdzie tylko lekkie spazmy oznaczały rozpacz. Rozbolała go głowa, a ciemność przed nim zaczęły wypełniać finezyjne kształty i kolory, przypominające wygaszacz ekranu z domowego komputera - fioletowe i niebieskie wstążki zwijały się wokół Karola, kurczyły i pulsowały, uciekały na chwilę, i wracały z drugiego krańca wizji. Rozłożył się na posadzce, i mógłby przysiąc, że gdzieś w tle rozlega się kolejny szkolny dzwonek. Zatkał uszy palcami, a hałas trwał w najlepsze. Jak alarm przeciwpożarowy, nieprzerwany brzęk wdrążał się w jego mózg, tupot uczniowskich kroków na schodach wybijał marszowny, wojskowy krok, jakiegoś pośpiesznego i niecierpliwego wojska, głodnego krwi i śmierci. Tupot. Tupot. Trupot. Nieprzerwane bębny kołatającego serca. Karol zerwał się na równe nogi, a jego głowa pozostała na ziemi. Formy przed oczami przypominały lany w andrzejki wosk. Świetliste kontury składały się w rude gwiazdozbiory. Rude. Nitki rudych włosów trzepotały na wietrze ciała szklistego. Karol nachylił się, żeby je pocałować, a one odfrunęły pod sam sufit, nęcąc go po kolei swoją bliskością, tylko po to, aby uciec w ostatnim momencie. Zlizana z warg sól zdawała się teraz smakować owocową pomadką do ust. Truskawki. Kiedy jego mama usługiwała sąsiadom, aby zarobić na związanie początku miesiąca z końcem, zabierała go ze sobą do ogródka, on plewił chwasty, a ona zbierała z krzewów owoce - dojrzałe i ponętnie czerwone w skwarnym, letnim słońcu. Jego dłonie w roboczych rękawiczkach nie mogły się równać jej, czerwonym i gładkim, jak wyrobiony w korycie rzeki kamień.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...