Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

www.wiadomosci.onet.pl/forum.html?discId=11695620&threadId=92497073&AppID=15#forum:MSwxNSwxMSw5MjQ5NzA3MywyMzAwNzY2NDYsMTE2OTU2MjAsMCxmb3J1bTAwMS5qcw==

Polecam poklikać w linki, które znajdują się w tamtym komentarzu oraz w innych komentarzach (niżej na stronie) człowieka podpisującego się jako wierzacyplus.

Zastanawiające jest, że organizacje homoseksualistów albo aktywnie wspierają pedo-stowarzyszenia, albo przyjmują bierną postawę. Oczywiście, i wśród heteroseksualistów znaleźć można zboczeńców i oszołomów, ale ze wszystkich orientacji seksualnych tylko heteroseksualiści ostro sprzeciwiają się pedofilskiej propagandzie.

Tworzę ten wątek w celach informacyjnych. Wklejajcie tego newsa, gdziekolwiek się znajdziecie i wszystkim, których znacie.

Opublikowano

chodzi po prostu o to, czy jest większe prawdopodobieństwo, że para homoseksualistów będzie będzie molestowała dzieci niż para hetero.

Jednym z największych problemów ludzkości jest brak możliwości poznania obiektywnego zdania ekspertów, bo każdy ekspert ma swoje poglądy, jakby najpierw coś założył, a potem za szelką cenę udowadniał tezę. Jest grupa seksuologów, psychologów i psychiatrów, która bardzo mocno wspiera wszelkie formy współżycia seksualnego, nawet zoofilie czy pedofilie. Uznaje to po prostu za normę. Z drugiej grupa specjalistów leczących homoseksualizm. Wielu z tych ekspertów(z obu grup) wypowiada się w sposób propagandowy.

Nie znalazłem z necie obiektywnych badań w stylu ile jest procent homoseksualistów i jaki mają udział w gwałtach na dzieciach. Takie proste badanie by wszystko wyjaśniło...wszystkie badania są jednak ostro krytykowane przez drugą stronę propagandy.

Jest na pewno obiektywna rzecz taka, że homoseksualiści częściej chorują na AIDS i wpływ na to ma zarówno większa liczba partnerów seksualnych, jak i łatwiejsza transmisja przez seks analny. Jednak tak naprawdę nie wiadomo jak jest z tą liczbą partnerów seksualnych hetero i homo...i w jakim stopniu homoseksualiści mają bardziej rozwiązły styl życia. Na pewno wśród hetero jest także wielu ludzi uprawiających seks z kim popadnie.

Opublikowano

Homoseksualiści nie chorują częściej, to mit. Chorują osoby uprawiające seks bez zabezpieczenia oraz nie stosujący podstawowych zabezpieczeń w kontaktach z krwią (myślę, że znacznie większy odsetek osób zakażonych jest wśród narkomanów niż homoseksualistów). Według WHO 68% osób zarażonych HIV żyje w Afryce (region Sahary - Sub-Saharan Africa). Ciekawe, skąd tam tak wysoki odsetek homoseksualistów?..

Próba usystematyzowania pedofilii jako orientacji seksualnej nie stanowi jeszcze jej oceny moralnej. Nie twierdzę, że jest to słuszne lub nie, to kwestia naukowa, na której się nie znam. Ale podnoszenie krzyku z powodu sklasyfikowania pedofilii jako orientacji seksualnej to tak, jakby oburzać się z powodu zaklasyfikowania Yersinii pestis, wywołującej dżumę do królestwa bakterii, do którego należy Lactobacillus, służąca do kwaszenia kapusty. Ani Yersinia nie staje się przez to mniej niebezpieczna, ani Lactobacillus bardziej zabójcza. Etyka i systematyka to dwie różne rzeczy.

Pzdr., j.

Opublikowano

kontakt analny jest najbardziej ryzykowny i to jest fakt! i przez to męscy homoseksualiści chorują częściej. Proszę mi wierzyć znam się na tym, a jak czegoś nie wiem to umiem szukać informacji medycznych z racji, że od kilku lat studiuje medycynę.

proszę znalazłem świetna broszurę: www.aids.gov.pl/files/publikacje/2010_ABC_wiedzy_o_HIV.pdf

zacytuję broszurę:

"nie wszystkie rodzaje aktywności seksualnej są tak samo ryzykowne:
• najbardziej ryzykowne są kontakty analne (doodbytnicze),
których dokonują pary zarówno hetero- jak
i homoseksualne: bardziej dla strony biernej (ryzyko
zakażenia: 1 na 154 kontakty bez wytrysku, 1 na 70
kontaktów, jeśli dochodzi do wytrysku), ale niebezpieczne
są też dla strony czynnej..."

"kontakty waginalne są bardziej ryzykowne dla kobiet,
niż dla mężczyzn, jak wspomniano wcześniej; dla kobiety
uprawiającej seks z zakażonym HIV mężczyzną
ryzyko wynosi 1 na 1250 kontaktów, dla mężczyzny
uprawiającego seks z zakażoną HIV 1 na 2500 kontaktów"


oczywiście jeśli spojrzymy na cały świat z afryką to najczęściej chorują hetero. W krajach rozwiniętych obserwuje się trend, że hetero mają coraz większe znaczenie. Jednak MSM(mężczyżni uprawiający seks z mężczyznami niezależnie od tego czy twierdzą ze są homoseksualni) stanowią niewielka grupę społeczeństwa. Mimo, że MSM to niewielka grupa ludzi, w krajach rozwiniętych stanowi ogromną grupę zakażonych.

a kwestia zabezpieczeń to tylko częściowa ochrona, po prostu zmniejsza kilkukrotnie ryzyko zakażenia.

a to czy wśród zarażonych przeważają narkomani, MSM, czy inni to sprawa rejonu świata, czyli sprawa względna(zależna od tego ilu w społeczeństwie jest MSM, narkomanów). Ja nie mówiłem o ogólnych liczbach zakażonych HIV, tylko ryzyku zakażenia jakie niosą różne sytuacje.

nawet jeśli uznamy pedofilie za orientacje, to i tak czyny pedofilskie trzeba uznać za przestępstwo. Czyli tu się zgadzam, że etyka i systematyka to dwie sprawy.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



A kontakt analny z użyciem prezerwatywy w porównaniu z kontaktem "tradycyjnym" bez?..
Statystyki są bezlitosne - kontakty z zabezpieczeniem są mniej ryzykowne niż te bez, nawet, gdy są to stosunki analna. Poza tym stosunki heteroseksualne również bywają analne. Stwierdzenie, że najbardziej zagrożoną grupą są homoseksualiści jest niestety nie do końca zgodne z prawdą.
Poza tym nie widzę powodu, by ze stwierdzeń ogólnych o AIDS ograniczać się do krajów wysoko rozwiniętych, skoro w Afryce jest ponad dwukrotnie więcej osób zarażonych niż w całej reszcie świata.
A pedofilia, nawet jeśli uznać ją za religię, dalej będzie przestępstwem. I tu się zgadzamy :)
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Religia nie może być przestępstwem, natomiast agresywna krytyka religii owszem. Pedo-aktywiści do tego dążą: najpierw bombardować społeczeństwo tematem non stop, aż zobojętnieje, potem przeforsować kolejną "orientację seksualną", tym razem do dzieci, a potem już będzie z górki, bo żadnej orientacji seksualnej nie można dyskryminować. Na razie pedofilskie organizacje chcą obniżenia wieku przyzwolenia na czynności seksualne do lat 12., jak się na to przystanie, Bóg raczy wiedzieć, jaki będzie ich kolejny wymysł. To jest technika małych kroczków.

Pedofilia jest zboczeniem i nie można przystać na to, że zacznie być określana neutralnymi słowami. Wszystko może się zacząć od języka, to podstępna pedo-propaganda.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Religia nie może być przestępstwem, natomiast agresywna krytyka religii owszem. Pedo-aktywiści do tego dążą: najpierw bombardować społeczeństwo tematem non stop, aż zobojętnieje, potem przeforsować kolejną "orientację seksualną", tym razem do dzieci, a potem już będzie z górki, bo żadnej orientacji seksualnej nie można dyskryminować. Na razie pedofilskie organizacje chcą obniżenia wieku przyzwolenia na czynności seksualne do lat 12., jak się na to przystanie, Bóg raczy wiedzieć, jaki będzie ich kolejny wymysł. To jest technika małych kroczków.

Pedofilia jest zboczeniem i nie można przystać na to, że zacznie być określana neutralnymi słowami. Wszystko może się zacząć od języka, to podstępna pedo-propaganda.

Tak się zaciąłeś w swoich poglądach, że nawet nie jesteś w stanie czytać ze zrozumieniem.
Nie wiem, dlaczego religia nie może być przestępstwem a pedofilia tak - niektóre religie sankcjonują religijne mordy, to też jest ok?
Czy pedofilia zostanie uznana za chorobę, orientację, religię czy filozofię nie zmieni to faktu, że jest zła. Nie ma się co czepiać i popadać w histerię.
Codziennie media bombardują nas informacjami o morderstwach - zobojętniałeś?..
Dyskryminować nie można ludzi, nie orientacji, natomiast nie oznacza to zezwolenia na łamanie praw czy krzywdzenie innych. Nie można dyskryminować nikogo za to, że czuje pociąg do dzieci, bo nie ma na to wpływu, za to należy go karać za realizacje tego popędu.
Pedofile walczą o obniżenie wieku do 12 lat - walczyć sobie mogą, o co chcą. Należy się natomiast zastanowić, czy świat przypadkiem sam już tej granicy nie obniżył, skoro 12 i 13-latki ubierają się jak osoby dorosłe i uprawiają seks z z 14-latkami. W chwili obecnej 16-latek uprawiający seks z 15-latką jest z punktu widzenia prawa pedofilem. Nie pochwalam tego, ale czy naprawdę należy go wciągać na listę przestępców seksualnych? Gwoli ścisłości, Jagiełłę też można nazwać pedofilem (w wieku bodajże 24 lat ożenił się z 12-letnią Jadwigą) i jakoś nie słyszę, by go ktoś z tego powodu potępiał. Co nie znaczy, że to popieram.
Wracając do organizacji - co ma piernik do wiatraka? Walczyć sobie można o wszystko, a to, czy pedofilia zostanie uznana za orientację czy chorobę, czy cokolwiek innego nie ma nic wspólnego z tym, czy stosunki pedofilskie są złe czy dobre. To tak, jakby usprawiedliwiać gwałty, bo to przecież seks heteroseksualny.
Ponieważ, jak widzę, masz problem z przyswajaniem dłuższych tekstów, podsumuję:
1. Uprawianie seksu z dziećmi jest złe i powinno być karane.
2. Bez względu na klasyfikację aktywna pedofilia (rozumiana jako realizacja swoich popędów poprzez stosunki z nieletnimi) jest zła
3. Pedofil nie jest zły, o ile nie realizuje swoich popędów.
4. Mówienie na temat pedofilii jest zgodne z prawem i nie prowadzi do jej legalizacji.
5. Merytoryczna dyskusja na każdy temat jest zjawiskiem pozytywnym.
6. Szerzenie nienawiści i szczucie, co czynisz w tym poście, jest złe.
Jeśli już zaczynasz dyskusję na forum, bądź co bądź, dyskusyjnym, dyskutuj i chociaż czytaj, co inni piszą na dany temat. Zgadzać się nie musisz, ale przynajmniej używaj jakichś rozsądnych argumentów.
Opublikowano

Tak się po mnie przejechałaś, że zamknąłem się w sobie. Odchodzę i nie wiem, czy wrócę.

PS Przeczytaj w całości, łącznie z linkami, artykuł, do którego dałem odnośnik. Nie zgadzam się z tym, że nienawiść do zboczeńców jest zła. Merytoryczna dyskusja nie jest możliwa, gdy bombarduje nas pedo-propaganda (której najgłośniejszym wymysłem jest tzw. "dobra pedofilia").
W histerię należy popadać, bo nie gadamy o dupie Maryny. Język jest potężnym narzędziem i już sam fakt rozważania możliwości dopuszczenia neutralnych określeń pedofilii (a czymś takim jest "orientacja seksualna") prowadzi do zmian światopoglądowych u do tej pory niezainteresowanych sprawą obywateli. Jak się wmówi tłumom, że to coś takiego jak heteroseksualizm (wszak nie istnieje gradacja orientacji seksualnych), to łatwiej będzie zaakceptować intymne relacji dorosłych z dziećmi. Oczywiście, gwałty pozostaną wykluczone, chodzi tutaj raczej o 12-latki uwiedzione przez dorosłych.

Co do tego, czy świat sam już tej granicy nie obniżył, to jest bardzo ciekawy temat, ale powiedzmy, że na tyle szeroki, że nie będę go komentował (oczywiście jestem za tym, żeby w telewizji i na billboardach było mniej przemocy i seksu, żeby internetowe strony porno były płatne, najlepiej przelewem, a nie SMS-em itd.).

Opublikowano

chciałbym tylko dodać, że uznanie pedofilii za orientacje , nie jest jednoznaczne z uznaniem jej za coś normalnego. nawet jeśli biologicznie jest dopuszczalna, to przecież ludzie nie są zwierzętami. Z moich wypowiedzi nie było można jasno wywnioskować, że jestem za zdecydowanym leczeniem pedofilów, a nie za uznaniem ich za normalnych i zniżaniem wieku inicjacji.

2. istnieje poważne przypuszczenie, że homoseksualiści mają większe skłonności pedofilskie, jednak ja osobiście nie mogę powiedzieć, ze to teza. Trzeba by się zagłębić w specjalistycznej bibliografii, zeby na to pytanie odpowiedź. Nawet jeśli to prawda, to nie znaczy od razu, że każdy Homoseksualista to pedofil! I nie można nikogo brać z góry.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Pewien poeta postanowił wyruszyć w podróż. Znudziło mu się siedzenie w domu, przy wielkim biurku, gdzie zajmował się przez całe dnie pisaniem wierszy, których nikt nie rozumiał i nikt nie chciał czytać. Nieraz wieczorem, zmęczony całodniową pracą twórczą, wstawał od biurka, rozchylał wertikale w oknie i długo patrzył, jak wygląda z góry osiedle, na którym mieszkał. Domy jak wielkie potwory z klocków łypały na niego nieprzyjaźnie. Nad nimi chmury przybierały kształty fantastycznych zwierząt - smoków, krokodyli, latających ryb - ciemne kosmate figury na zielono-różowym, gasnącym powoli podobraziu. Poeta, obserwując ich dynamikę i ruch, zapragnął nagle również coś w swoim życiu zmienić. Był człowiekiem w sile wieku i nie chciał, aby przyszłość przesypała się przez jego palce jak litery nikomu niepotrzebnych wierszy, które pisał do szuflady. Poeta udał się więc w drogę. Kupił bilet na pociąg do stolicy, gdyż wydawało mu się, że tam będzie mu najłatwiej wybrać cel oraz kierunek dalszej podróży. Pomyślał, że następnie zdecyduje się na lot samolotem. Będzie wtedy mógł zobaczyć z bliska, jak obłoki przemieniają się na tle zachodnich zórz w przedziwne, groteskowe stworzenia. Jadąc pociągiem, poeta zapatrzył się w mijane krajobrazy. Droga wydała mu się dość monotonna: las - pole - wioska - las - pole - las. Zaczął padać drobny deszcz i naznaczył szyby pociągu drobnymi znaczkami, które poecie przypominały znaki diakrytyczne - kropki, kreski, ogonki... I nieoczekiwanie człowiek zasnął, ukołysany cichym szumem i stukaniem kół o szyny. A gdy obudził się - okazało się, że przejechał swoją stację, stolica została daleko w tyle za nim, a pociąg toczył się wolno przez kolejne pola i lasy, choć nie było już w nim ani jednego pasażera. Poeta trochę się zaniepokoił. Teraz nie miał pojęcia, dokąd zmierza. Chciał sprawdzić trasę na bilecie, ale okazało się, że bilet mu gdzieś się zapodział. Poszedł więc do przedziału konduktorskiego, aby dowiedzieć się, jaka jest najbliższa miejscowość, lecz przedział ten był pusty. "Co to wszystko ma znaczyć?" - zaniepokoił się podróżny, i w tym momencie usłyszał zgrzyt hamujących kół, a pociąg stanął na stacji w jakimś miasteczku. Poeta, trochę zdenerwowany, ale też nieco zaciekawiony, postanowił wysiąść. "Skoro tu mnie los przygnał, może to wszystko ma jakiś swój sens..." - stwierdził. Zabrał z przedziału walizkę, wyskoczył z wagonu i wyruszył rozejrzeć się po mieście.   Od razu zauważył, że to miasto było niezwykle osobliwe. Im głębiej zapuszczał się w jego uliczki, tym bardziej robiło się chłodniej, aż w końcu zaczął wiać lodowaty wiatr i padać śnieg. Poeta zdziwił się - przecież to był dopiero wrzesień, miesiąc, w którym zimowe zjawiska pogodowe należą raczej do rzadkości. Ale zapewne to jakaś anomalia. Uderzyło go jednak coś innego w owym nietypowym miasteczku. Sprawiało ono wrażenie niezamieszkałego i opuszczonego. Wszystko było w nim kompletnie zdewastowane. Rozbite latarnie nie dawały światła, na połamanych ławkach nie można było usiąść. w sklepach ze zniszczonymi witrynami nikt niczego nie sprzedawał. Drzewa pod nawisami śniegu ukrywały potrzaskane kikuty gałęzi. Na poboczach jezdni tu i ówdzie stały zepsute autobusy, straszące pustymi wnękami po potłuczonych szybach. Wszystko pokrywał biały puch, w którym nie było jednak nic miłego i wesołego. Cisza, którą przynosił, wydawała się przytłaczająca i pełna grozy. Poeta musiał tu zostać na noc, ale oczywiście nie znalazł ani hotelu, ani innego miejsca dogodnego na nocleg. Zobaczył przy jednej z ulic niewielką kawiarnię, oczywiście, jak wszystko w tym mieście, nieczynną i nieprzytulną. Ale miała przynajmniej całe szyby w oknach, wewnątrz znajdował się kominek, stoliki, krzesła, kilka foteli - człowiek ocenił, że można się w niej zatrzymać i . Obok kominka znalazł nawet nieduży zapas drewna, więc rozpalił wątły ogień. Nie przyszło mu to oczywiście łatwo, bo przecież jako mieszkaniec wielkiej metropolii nie był przyzwyczajony do palenia w kominku, ale jakoś sobie poradził, Z radością stwierdził, że stary, pokryty kurzem ekspres do kawy wciąż działa, no i można na kuchence ugotować wodę na herbatę. "Jakoś wytrzymam tu do rana..." - stwierdził poeta i poszedł spać. Nazajutrz poczłapał z powrotem na dworzec, ale nie znalazł tam ani kas biletowych, ani rozkładów pociągów; perony były zasypane śniegiem, a tory z obu stron urywały się i nie prowadziły już donikąd. Poetę ogarnęło przerażenie. Nie miał pojęcia, co teraz począć. "Jak ja wrócę do domu?" - zapytał sam siebie. "I czy w ogóle istnieje jakaś sposobność, aby się stąd wydostać?"   Ponieważ znikąd nie przyszła żadna odpowiedź, człowiek z powrotem powlókł się do swojej kawiarni. "Później może znajdę jakieś rozwiązanie. Przecież zawsze można pójść pieszo. Niech tylko pogoda się odmieni..." - westchnął. Przyglądał się po drodze zrujnowanym uliczkom, kamienicom bez świateł w oknach, porzuconym samochodom, i nagle zapragnął zrobić coś dla tego miasta. "Skoro tu chwilowo utknąłem, może uda mi się choć w niewielkim stopniu zrobić porządek, nawet w najbliższym otoczeniu" - stwierdził. Ale łatwiej powiedzieć, trudniej zrobić. Poeta nie posiadał przecież żadnych umiejętności, które mogły mu się teraz przydać. Nie potrafił zreperować lampy, wstawić szyby w okno, przybić solidnie desek do oparcia ławki. Przed drzwiami swojej kawiarni zobaczył przewrócony śmietnik. Chciał go postawić z powrotem na swoim miejscu, ale nie był w stanie go nawet podnieść. Śmietnik, choć zwykły, plastikowy, nieduży, zdawał się być przymarznięty do chodnika. Poeta próbował go oderwać od przemrożonej zaspy na wiele różnych sposobów, lecz jego wysiłki nie przyniosły żadnego rezultatu. Zmęczony i spocony mężczyzna wszedł na chwilę do kawiarni, zrzucił z siebie kurtkę i postanowił napić się kawy. Spoglądając przez okno na to widmowe miasto, otulone obcą, białą poświatą, nagle poczuł się wyjątkowo bezradny. Atmosfera otaczających go obiektów, które emanowały ukrytym smutkiem, udzieliła mu się i nieoczekiwanie odczuł potrzebę napisania jakiegoś wiersza. Wyjął z nieotwartej dotychczas walizki zeszyt, w którym sporządzał swoje poetyckie szkice, i stworzył w kilka minut wiersz o tym upartym śmietniku. Śmiał się trochę z własnego konceptu, gdy nagle zauważył, ku swojemu niebotycznemu zdumieniu, że śmietnik nie leży już przewrócony na ziemi, lecz stoi równo na miejscu, gdzie właśnie powinien stać. Zaskoczony tym odkryciem poeta stworzył po chwili wiersz o latarni, znajdującej się po drugiej stronie ulicy. Nie minęło kilka sekund, a latarnia nie była już popękana i wygasła, lecz zalśniła jasnoróżowym blaskiem. Poeta do wieczora pisał wiersze, a otoczenie kawiarni zmieniało się nie do poznania. Ławki jakby same się naprawiły, latarnie wesoło oświetlały chodnik, donice na kwiaty, ustawione równo wzdłuż krawężnika, tworzyły dumny harmonijny szpaler. W końcu człowiek poczuł się wyczerpany. Usiadł na jednej z ławek, aby trochę odsapnąć, i wtedy zobaczył, jak spomiędzy niewyraźnie majaczących w zadymce budynków wyłania się i zbliża do niego jakaś postać.   Była to dziewczyna, ubrana zadziwiająco lekko, jak na zimową porę, w lawendową sukienkę, letnie sandałki oraz biały półprzezroczysty szal. Kasztanowe włosy skrzyły się drobinkami światła, przyprószone wciąż padającym z nieba śniegiem. W jej ciemnych oczach było wiele powagi i nostalgii, ale też jakieś niewyobrażalne, nienazwane ciepło. Poeta w pierwszym odruchu chciał ofiarować dziewczynie swoją kurtkę, aby się ogrzała. Nie mógł znieść widoku jej nagich ramion, uderzanych bezlitosnymi podmuchami. Dziewczyna, widząc jego gest, natychmiast cofnęła się z lękiem. - Nie bój się - zawołał mężczyzna. - Chodź do mnie, przecież ty zaraz tu zamarzniesz, albo się rozchorujesz! - Nie czuję zimna. Dziękuję, że się martwisz, ale nie musisz - odpowiedziała dziewczyna. Jej głos był dziwnie spokojny, beznamiętny, jakby przypływający z daleka. - Okropna pogoda! - dodał poeta. - Powiesz mi, co to za miasto? I kim ty jesteś? Co ty tutaj robisz? Czy też tu się znalazłaś, tak jak ja, przez przypadek, i nie możesz stąd uciec? Dziewczyna spojrzała na niego milczącym wzrokiem. - To moje miasto. Ono jest mną, a ja jestem nim. - odrzekła powoli. - Każda uliczka, każdy dom, każde drzewo, każdy przystanek, każda studzienka - to część mnie. Wszędzie możesz mnie tu spotkać, jeśli zechcę. Przyszłam teraz do ciebie, bo ty jeden odkryłeś tajemnicę. - uśmiechnęła się lekko. - Jaką? - poeta rozłożył bezradnie ręce. - Nie widzisz, jak to miasto wygląda? - Widzę. Same rudery. Obraz nędzy i rozpaczy. Ale co tu się właściwie wydarzyło? - To miasto kiedyś tętniło życiem. Było młode i piękne, tak długo, dopóki ja byłam młoda i piękna. I bardzo ufna. - zaczęła swoją opowieść dziewczyna. - Możesz usiąść obok mnie?- spytał człowiek. - Mogę, ale nie usiądę - dziewczyna znów odsunęła się od niego. - Nie namawiaj. Poeta spuścił na chwilę głowę, ale w końcu zwyciężyła w nim ciekawość. - I co się później działo? Dziewczyna zmrużyła oczy, jakby próbowała je ochronić przed zbyt ostrym światłem słońca. - W mieście mieszkali ludzie, dzieci bawiły się na placach zabaw, w ogródkach restauracyjnych młodzi umawiali się na randki, po ulicach jeździły autobusy i tramwaje, wesoło dzwoniąc lub posapując, w parkach kwitły kwiaty, drzewa owocowały, ptaki wiły gniazda w żywopłotach. Pory roku następowały po kolei - wiosna, lato, jesień, a zimy były krótkie, łagodne i radosne, pełne śmiechu dzieciarni na sankach i zapachu korzennych ciasteczek. - Dlaczego to wszystko nagle się skończyło? - Przyszli oni. Mężczyźni - dziewczyna zdawała się drżeć z ukrytego strachu, a w jej oczach rozbłysły łzy. - Wabiła ich moja uroda, moja delikatność i urok mojego magicznego miasta. Twierdzili, że to najcudowniejsze miejsce na ziemi, gdzie pragną zamieszkać i odnaleźć szczęście. Najpierw mówili, że mnie kochają. Obsypywali mnie podarkami, całowali, pieścili... Obiecywali, że zostaną tu ze mną na zawsze, a dzięki temu miasto będzie o wiele piękniejsze. Ale nie było w nich prawdziwej miłości. Niszczyli po kolei wszystko, co mogli. Wydawało im się, że w ten sposób zmuszą mnie do uległości i oddania, a podczas gdy tylko powoli mnie zabijali. W końcu odchodzili, zabierając ze sobą kawałek mojego serca. Została już we mnie tylko malutka jego cząstka. Tak maleńka, że sama czasem nie wiem, że ją mam. Ale jestem teraz jak to miasto, połamana, rozbita, potłuczona na kawałki. Poeta nic nie odpowiedział. Ogarnęła go ogromna złość, a jednocześnie współczucie dla napotkanej dziewczyny. Ona tymczasem kontynuowała swoją historię. - Ty jeden, nie wiem, jak i dlaczego, znalazłeś sposób, aby coś tutaj uleczyć. Poczułam to. Poczułam ciepły prąd w moim ciele. Dlatego możesz mnie teraz widzieć i słyszeć. Twoje słowa mają wielką moc. Słowa zawsze mają moc,a zwłaszcza słowa poetów i pieśniarzy. Tylko dzięki nim możesz tutaj być i tylko poprzez nie możesz coś uczynić dla mojego miasta i dla mnie. Poeta uśmiechnął się do dziewczyny. - Chodź ze mną do kawiarni. Postanowiłem w niej chwilowo zamieszkać. Zrobię ci kawę - powiedział, ale dziewczyna pokręciła przecząco głową. - Nic od ciebie nie chcę. I o nic mnie nigdy nie proś, bo na pewno tego nie spełnię - dorzuciła chłodno. - Ale dlaczego? - chciał się dowiedzieć mężczyzna. - Boję się ciebie. Boję się twojej siły i odwagi. Boję się, bo twoje wiersze są gorące, szczere, i wszystko mogą zmienić. Już zmieniają. To miasto... - uczyniła szeroki zamach dłonią, wskazując na okoliczne domy i latarnie - Nie widzisz, jak z iluzji ruin staje się prawdziwe? I to tylko dlatego, że ty tego zapragnąłeś? Poeta powoli zaczynał rozumieć, co chciała mu powiedzieć. Po chwili ciszy spytał pokornie: - Możemy się jeszcze jakoś spotkać? Dziewczyna wyciągnęła rękę w kierunku niewielkiego mostu, majaczącego w oddali za plątaniną uliczek i zmarniałych koron drzew. Most był pęknięty na dwoje, a między jego połówkami płynęła na wpół zamarznięta rzeka. - Naprawisz? - spojrzała mu nieśmiało w oczy. - No jasne! - zawołał poeta z zapałem. - Jutro rano będzie, jak nowy. - Możemy się tam widywać. W połowie mostu, Tylko pamiętaj, żebyś nigdy nie żądał niczego więcej. Poza tym, rozgość się w moim mieście. Rozgość się słowami, oczywiście. Możesz sobie pisać wiersze do woli i naprawiać zepsute auta - zaśmiała się, jakby z ukrytą goryczą, i odeszła.   Następnego dnia poeta skierował swoje kroku w kierunku mostu, z wymyślonym o świcie specjalnym wierszem. Udało mu się na nowo połączyć dwa brzegi lodowej rzeki solidną kładką. z ozdobnymi barierkami. Wszedł na nią śmiało i zatrzymał się w połowie. Nie czekał nawet pięciu minut, gdy nagle nadeszła napotkana poprzedniego dnia dziewczyna. Wydawała się podniecona rozgorączkowana, ale jednocześnie ogarnięta skrywanym starannie lękiem. - Przyniosłam ci ciastko - powiedziała, podając poecie talerzyk z niewielkim kawałkiem czekoladowego tortu. - Lubię je robić. Codziennie inne. Dekoruję je, wymyślam nazwy. To jest Wiśniowe Marzenie - szepnęła ciepło. - Na pewno pyszne! - zawołał wesoło mężczyzna. biorąc z jej rąk talerzyk. Gdy skosztował ciasta, poczuł, że dziewczyna staje mu się niewytłumaczalnie bliska. I w tym momencie zdał sobie sprawę, że pragnie ją uszczęśliwić. Znów stworzyć dla niej jasne, wesołe, miasto, pełne ruchu i gwaru. Otoczyć ją wszystkim, co dobre i piękne. - Ach, Poeto! - zaśmiała się dziewczyna. - Mówiłam ci już, twoje słowa są tu mile widziane. I mnie jest przyjemnie czasem popatrzeć na chodnik bez dziur, latarnię, która tańczy skąpana we własnym świetle, nowiutkie lśniące okna kamienic... Dziękuję, że jesteś tu, z twoimi wierszami - odrzekła znowu. - Gdyby tylko ta zima w końcu odpuściła - rzucił poeta pod nosem. Dziewczyna odparła ze spokojem. - To nie jest takie proste. I uśmiechnęli się do siebie.   Od tego ranka, poeta i jego tajemnicza przyjaciółka codziennie widywali się na tym moście. Dokładnie w jego połowie, tak, jak się wcześniej umówili. Ona przynosiła mu ciasteczka, a on swoje wiersze. Czytał jej utwory o wszystkim, co było dla niego ważne. Nie tylko o rzeczach z jej miasteczka, ale także o tym, co było częścią jego własnego życia- o swoim osiedlu, o swoim domu, o swoim biurku, o sklepie, gdzie kupował pieczywo i o kasztanowcach przed blokiem, z którymi równolegle dorastał. Dobrze im było razem, chociaż przychodziły chwile, w których on zbyt długo patrzył w jej oczy, a ona wtedy zdawała się go odpychać - nie słowem, nie gestem, ale jakąś wewnętrzną energią, która mówiła jego tęsknocie - nie.   Któregoś dnia, podczas jednego z ich zwyczajowych spotkań, zrobiło się nadzwyczaj zimno. Śnieg padał wyjątkowo gęstymi, mokrymi płatkami, a wiatr wwiercał się w skórę milionami kłujących cierni. Poeta zawsze nosił przy sobie zeszyt na wiersze i kawę w małym termosiku, tak na wszelki wypadek. Teraz uznał, że ten "wszelki wypadek" właśnie nadszedł. Zerkał na dziewczynę w lekkiej sukni i nie mógł znieść widoku, jak śnieg oblepia tę cieniuteńką tkaninę grubym, lodowatym kożuchem Odruchowo nalał kawy do kubeczka i podał jej, mówiąc - Napij się, zanim mi zamarzniesz na kość. Dziewczyna, która siedziała spokojnie obok niego, nagle zerwała się z głośnym krzykiem. - Nie! -Rozgrzejesz się, przecież jest mróz i wieje tak, że aż urywa głowę. O co chodzi, przecież to tylko kawa? - Nie chcę niczego od ciebie - rzuciła dziewczyna, nerwowo splatając palce. - Nie nalegaj. Nie mam żadnych potrzeb, pustych miejsc, pragnień.. W tym mieście niczego mi nie brak. Dobrze, że twoje słowa trochę je upiększyły, naprawiły to i owo, ale niczego więcej od ciebie nie przyjmę. Miło mi się rozmawia z tobą, i to wszystko. - Pragnę wiedzieć - odparł poeta, zasmucony. - Pragnę zrozumieć... Co robię nie tak? - To nie twoja wina - powiedziała cicho dziewczyna. - Robisz wszystko jak najlepiej. Czuję to. Lecz skąd mogę wiedzieć, że tak będzie zawsze? Mam wszystko, co trzeba i potrafię się cieszyć z tego,co mi przynosi czas- rzuciła na odchodne, i po raz kolejny zostawiła go samego, z setką pytań w głowie i powoli kiełkującym w nim bólem, którego sam nie rozumiał.   Od tego spotkania minęło już trochę czasu. Człowiek oczywiście dalej przychodził na most, a dziewczyna pojawiała się, z każdym dniem coraz piękniejsza, przynosząc coraz bardziej wykwintne i smaczne ciastka. Któregoś ranka poeta, idąc w kierunku mostu, szczęśliwy i rozradowany perspektywą nadchodzących chwil, które miał spędzić w towarzystwie swojej przyjaciółki, wpadł na pomysł napisania o niej wiersza. Ledwie ją zobaczył, natychmiast pobiegł ku niej roześmiany i powiedział. - Słuchaj, moja kochana, przyszło mi dziś na myśl, że ułożę wiersz dla ciebie i o tobie! Mam ze sobą papier i coś do pisania,  a zwrotki prawie ułożone w głowie. Dziewczyna nigdy nie wydawała się tak wystraszona, jak w owej feralnej chwili. Ale poeta jeszcze spoglądał na nią ze sztubacką ufnością i oznajmił: - Wiesz, bo ja cię po prostu kocham. Dziewczyna ostrożnymi krokami zaczęła wycofywać się z mostu w kierunku swojego brzegu. Talerzyk z przyniesionym dla jej towarzysza ciastkiem wypadł jej z rąk. Okruchy porcelany zmieszały się z okruchami ciasta. - Nie! Nie! - zawołała stanowczo. Żadnych wierszy. Ile razy ci mówiłam, żebyś niczego mi nie próbował mi ofiarowywać? - Co jest nie tak?- rzekł zdumiony mężczyzna. - A moja miłość... Ona nic dla ciebie nie znaczy? Dziewczyna wciąż cofała się, spoglądając na niego niemal z gniewem. - Jeśli to zrobisz... Jeśli cokolwiek od ciebie przyjmę... Jeśli pozwolę ci stworzyć wiersz o mnie... - mówiła urywanymi zdaniami. - Znów to miasto i ja... wrócimy do życia. Nie pojmujesz? To będzie normalne miasto, takie, jak tysiące innych. A ja będę dziewczyną, również taką, jak tysiące innych. Pokocham cię. Zaufam... Będę twoja. I to miasto stanie się twoje. A ty... - Ja też będę twój - przerwał jej poeta. - To, o czym mówisz, jest przecież takie piękne, więc skąd tyle obaw i skąd ta odmowa? Dziewczyna już zeszła z mostu, stała daleko,  lecz jej głos zdawał się wybrzmiewać poecie głęboko w jego uszach. - Będzie tu znów wiosna, lato, jesień... Tak, będzie wiosna. rozśpiewana, oddychająca za nas czystym światłem. Teraz mnie oswajasz, uśmiechasz się, A przyjdzie czas, kiedy zerwiesz kwiaty, wyszarpiesz ławki z alejek, ciśniesz kamieniami w latarnie. Zniszczysz mnie tak, jak oni, jak tamci... Nie potrafię już być znowu otwarta na żaden płomień z zewnątrz. Bo w przyszłości będziesz umiał mnie słuchać, nie będziesz umiał być delikatny, nie będziesz miał dla mnie litości. Pewnego dnia zrobisz, ze mną, co zechcesz, a ja... Poeta podbiegł do niej przez most. Uklęknął przed nią, choć sam sobie wydał się teatralny i śmieszny. - Najmilsza, ale ja nie jestem nimi. Jestem sobą. I daję ci właśnie siebie, już nie ciepłą kurtkę, gorącą kawę w kubku, wiersz opowiadający o twoim wrażliwym i szlachetnym sercu. Nie mam nic więcej... tylko moją miłość... i siebie - powtarzał. -Wiem. - powtórzyła. - Dziękuję. Doceniam. Ale teraz mam pod dostatkiem rzeczy niezbędnych. I niech tak zostanie. - Powiedz - dociekał mężczyzna - w czym jestem gorszy? Jakie popełniłem błędy, że nie zasłużyłem, żeby oglądać wiosnę w twoim mieście, choć oni wszyscy mogli...? - Ja... gdyby to się spełniło... przecież wtedy byłabym żywa! Żywa, rozumiesz? - No to chyba dobrze?- poeta pokręcił głową. Nawet nie wiedział, że łzy mu lecą z oczu, gdy wpatrywał się w jej znieruchomiałą, zastygłą twarz. - Boisz się życia? Czy boisz się na końcu umrzeć? - Boję się cierpieć - wyznała po dłuższej chwili. - Ochronię cię. - mężczyzna wstał, i jeszcze raz podjął próbę zbliżenia się do dziewczyny, pochwycenia jej za ręce. - Będę Cię chronił przed wszystkim co mogłoby cię zniszczyć lub poranić. Wierzysz mi? Nie wierzysz! - Nie ochronisz mnie przed sobą samym - odpowiedziała i pobiegła w kierunku miasta, spowitego dziwną siwą śreżogą, w której kotłowały się drobne, kłujące płatki śniegu. Poeta powrócił do swojej kawiarni, strudzony i złamany czymś, czego nie dał rady ogarnąć. Usiadł przed kominkiem i długo nic nie mówił. Słowa dziewczyny powracały do jego uszu jak bumerang. Wciąż miał przed oczami jej rozpaczliwie szukający ucieczki i schronienia, bezbronny wzrok. Chodził jak oszołomiony między kawiarnianymi stolikami i uderzał w mnie pięściami, przewracał krzesła, zrzucał na podłogę serwety i popielniczki. Momentami myślał z czułością o swojej przyjaciółce, momentami z wściekłością o tamtych - o tych, wszystkich łotrach, którzy odebrali jej to, co miała najcenniejszego i pogrzebali za życia jej wrażliwe miasto.   Następnego dnia dziewczyna nie pojawiła się na moście. Na poetę czekał tylko talerzyk z ciasteczkiem. Podobna sytuacja powtórzyła się podczas jego kolejnych wizyt. Chciał ją przeprosić, zostawiał dla mniej listy na pustym talerzyku, ale ona odpisała mu tylko jeden raz: "Nie przepraszaj. ". Wreszcie do niego dotarło, że stracił ją na zawsze i że już jej więcej nigdy nie ujrzy. Nie wiedział zupełnie, co ma dalej robić. Pewnego poranka, gdy poszedł dla odzyskania równowagi na dłuższą przechadzkę, zawędrował w okolice stacji kolejowej. Postał na niej przez chwilę, bezmyślnie gapiąc się w brudną pryzmę śniegu leżącą na przeciwległym nasypie. Wtedy usłyszał z daleka gwizd lokomotywy, a po dłuższej chwili na stację wjechał jakiś pociąg i zatrzymał się majestatycznie. Był zabłocony, pokryty warstwą łuszczącej się taniej farby, ale prawdziwy. Stał i jakby czekał, aż ktoś wsiądzie do środka na tym pustkowiu. Poeta zawahał się. Jechać? Nie jechać? Ale dziewczyna? Co pomyśli, kiedy jutro znajdzie na moście talerzyk z niezjedzonym ciastkiem, zamrożonym na kość? Może jeszcze nie wszystko stracone? Może, gdy pozna jego wybór, zobaczy jego starania, jego wierność, jego nadzieję - wszystko jeszcze się odwróci? Prawdziwa miłość nie może się poddać. Trwa i daje o sobie świadectwo każdą sekundą tego cierpliwego, ciepłego trwania. I mężczyzna zawrócił. Idąc ku swojej kawiarni, usłyszał, jak za jego plecami pociąg rusza z głośnym stukotem i sapaniem w dalszą drogę.   Po powrocie poeta napalił porządnie w kominku, przygotował duży dzbanek herbaty i usiadł przy jednym ze stolików.  Sięgnął po swój zeszyt z wierszami i długo nad czymś się zastanawiał. Jego ramiona,kiedyś mocne i pełne energii, pochylały się coraz niżej i coraz boleśniej nad matowym blatem. Zegar w kącie sali wybijał kolejne kwadranse, w półmroku słychać było skrobanie długopisu o papier. To poeta  pisał utwór o sobie samym. Całą noc spędził nad kartkami papieru, a świt zastał go śpiącego z głową opartą o stół.   Co napisał? O czym? Dla kogo? Tego można się tylko domyślać.   Podobno poeta wciąż przychodzi o umówionej godzinie na most, aby zabrać zostawione tam troskliwie ciasteczko. Wieczorem, grzejąc się przy ogniu (którego rozpalanie idzie mu teraz znakomicie), zaparza dużą kawę i zasiada solennie do tej słodkiej kolacji. Kilka razy wydawało mu się, że w ciemności i w gęstniejącym za szybą śniegu dostrzega postać dziewczyny, ognisty błysk jej włosów, fiolet sukienki, biel szala. Ale gdy wychodził na zewnątrz i próbował ją przywołać, odpowiadała mu tylko noc.      
    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      @Kamil Olszówka Smutne jest, że duże grono naszych najbliższych z tamtych lat już nigdy więcej nie zasiądzie z nami przy wspólnym stole. Odeszli we mgle przemijającego czasu.  W czasach obecnych sztuczne choinki biorą górę, lecz nie zastąpi to zapachu naturalnego świerka, a ja pamiętam, że nasza choinka zawsze zamiast gwiazdy miała szpic czy też czub.
    • Jestem gdzieś pod twoim oddechem Pod twoimi palcami uczę się żyć.   Dziwnego pokarmu mi trzeba Miły Nie wiesz ty o mnie nic   Dziwnego pokarmu mi trzeba Miły  
    • @infeliaTy włożyłaś pracę i pomysł, a ja tylko przeczytałam i spodobał mi się, zresztą nie pierwszy raz :)

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @Alicja_Wysocka To ja dziękuję.
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...