Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

fałszywy odczyt przesyłu danych
wyobraźnię nalewa w manierkę
myśli odbitych w krzywym zwierciadle
nabitych w iluzji butelkę
...
a w domu kolorowe
śpiewają kanarki

w chińskie osiem
wykrzywiona mina
splunął
niewdzięczna robota
dłużej nie wytrzyma

końcem swojej drogi
kolejna dziś
drewniana skrzynia
niesmakiem
włożona siłą
do ciasnej chłodziarki
by nie zgniło

bolące nogi z samego rana
i to zimno wszechobecne ...

na wieku napis
ALFREDO GOMEZ
CUBA HAWANA
przeszły go dreszcze
coraz ich więcej
pomyślał
splunął raz jeszcze

wieczorem pójdzie do tawerny
złapie trochę luzu, potańczy
koniecznie

kątem oka, mimowolnie
znów spojrzał na napis
HURT SPEDITION
NIE RZUCAĆ
brzmiał zapis
na skrzyni pełnej
świeżych pomarańczy

Opublikowano

"myśli odbitych w krzywym zwierciadle
nabitych w iluzji butelkę"

rozumiem że rym rządzi ale czemu z taki skutkiem?
pozdrawiam.

Opublikowano

praktycznie nie wiem nic na temat Alfredo Gomeza, oprócz tego, że jest malarzem... i maluje bardzo kolorowo...
Dlatego nie wiem jak się odnieść, fajnie, że poruszasz temat.
biograficzne wiersze chwytają w łatwy sposób, bo nawet jak są kiepskie, to zaciekawią samą osobą...
pozdrawiam :)

Opublikowano

Iskier, bardzo podoba mi się zastosowany zwrot nastroju i treści. Początkowo wydaje się, że chodzi zakład pogrzebowy, o pakowanie kolejnego nieboszczyka w trumnę a tu nagły zwrot w następnej strofie. Bardzo mnie ten chwyt ujął. Pozdrawiam.
J.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...