Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

I to jest zbawienie? prawde mówiąc inaczej je sobie wyobrażam ;)

pierwsza strofa wtórna,zbyt dobrze znana myśl,mało oryginalne słowa.
Dalej dużo lepiej, chociaż trochę przypomina to haiku :P

puenta jakaś taka śmiertelnie poważna ;)
ale zrozumiała.

Ogólnie + - za ten wiersz ode mnie
Pozdrawiam serdecznie
Coolt

Opublikowano

Mess, ależ ja wcale nie mam zastrzeżeń
Twój odbiór jest Twoim odbiorem
a mi nic do tego :D
chciałam tylko przedstawić sugestię:
przemijania...zamiast umierania

ponieważ już po wklejeniu naszła mnie myśl
że umieranie brzmi zbyt patetycznie

jak myślisz?

pozdrawiam

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



powiem to po złodziejsku - w przyrodzie nic nie ginie - jedynie zmienia właściciela

a teraz od strony fizycznej - nawet przy tzw. temperaturze -273 stopni C - lub jak kto woli 0 Kelvina - pkazuje się, ze jeśli nie naruszymy struktury cząstki to ona cały czas istnieje - drży - jednym z możliwych drżeń - rotacyjnym, harmonicznym czy też spinem

patrząc jednak od strony poetycznej bardziej do "zbawienia" się czepłem - za co uniżenie proszę o wybaczenie

MN
Opublikowano

też nie skojarzyłem tego umierania z przemijaniem - teraz jak już wiem, nawet bardziej podoba się "umierenia", ale włąśnie pod warunkiem że wiem o co chodzi... ale chyba jednak lepsze będize przemijanie...
tytuł jak najbardziej - nawet bym powiedział ze świetnie pasuje (nie wiem jak daleko się mogę zagłębić, zeby nie przeiterpretować... ale mojemu sercu również bliższe jest włąśnie takie "zbawienie"...)
pozdrawiam

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...