Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Hymn zwyrodnialca

Wieczór w mieście już zapada,
W parku zbiera się gromada,
Harpaganów wredna zgraja,
Nie chce grać już w cymbergaja.

Teraz bejzbol mamy w modzie,
Woź go zatem w samochodzie,
A jak trzeba wal każdego,
Z zawziętością psa wściekłego.

Świat z postępem idzie bracie,
Trudno jest wysiedzieć w chacie.
Bez emocji, bez dreszczyku,
Dziś już nikt nie robi siku.

Więc na haju bądź kolego,
Idź do knajpy na jednego.
Walnij sobie dopalacza,
A po koksie grzej do sracza.

Tam do żyły zrób szprycówę,
A gdy dojrzysz już żarówę,
Zatańcz przy niej swego walca
I hymn śpiewaj zwyrodnialca.

Umpa, umpa, umpa, umpa,
Wykończymy dzisiaj lumpa.
Bezdomnemu płaszcz spalimy,
Niech zamarznie tejże zimy.

Później babci dokopiemy,
Grosz z torebki zabierzemy,
Nie potrzebna babie renta,
Jeść nie musi nawet w święta.

Gdy na ziemię ją przewrócę,
To cierpienia starej skrócę.
Potem kopnę w brzuch niebogę,
A na koniec złamię nogę.

Nie popuszczę dziś nikomu,
Psu przywalę po kryjomu.
Kotu wyrwę z kity futro,
A jak będzie lepsze jutro,

Wyjdę w nocy na ulicę,
Do księżyca znów pokrzyczę.
Hymn zaśpiewam, będę grał,
Bom chłopaczek jest na schwał.

B.A.C. Stork

Opublikowano

Tylu błędów logicznych nie widziałem od czasów gdy Leon XII starał się udowadniać że ziemia jest płaska. Co nie zmienia faktu że widzę jaki był zamiar autora i szanuje że przynajmniej nie zeszpecił go wykonaniem. Wiersz jest beznadziejny ale technicznie nie mogę mu nic zarzucić.

Czyta się przyjemnie.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...