Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Jeżeli już wyszedłem
z takich majaków
(co to są takim przejściem)
jak z tamtego świata

no to co mam narzekać
czemu zazdrościć -
co gorszego od czego
może mnie teraz spotkać

bo co by nie spotkało
nie mnie a kogoś
zwiedzie i ogłupi do reszty
(aż mi znowu głupio będzie)

że nie po myśli jego
moje losy się plączą
że nie jego rękami
moje życie się przędzie.

  • Odpowiedzi 47
  • Dodano
  • Ostatniej odpowiedzi

Top użytkownicy w tym temacie

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Owszem, nikomu nie ułatwiam życia, ale też nikogo nie zmuszam do niczego, a już broń Boże (żeby) do tego, żeby podobały się moje wiersze, czy żeby odnajdywać w nich to, czego nie ma, bądź czego w nich nie znajdzie, zwłaszcza ktoś z góry nastawiony na jedno. Pozdrawiam
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


tu wcale nie ma poezji tylko nieudolne,aż do znudzenia namolne użalanie się nad sobą
Ręczę Ci, że nigdy się nad sobą nie użalałem, a choćby dlatego, że po prostu nie jestem do tego stworzony i nie wiem jak się to robi. Jednak pewnych faktów z mojego życia nie jestem w stanie wykreślić, czy zapomnieć. I może Ty nigdy nie, ale ja byłem już śmiertelnie chory. I pół biedy, kiedy nieprzytomny, ale już odzyskiwanie przytomności, czy jaki kto woli świadomości (np. w stanie pooperacyjnym) odciskało się bólem i piętnem również na mojej psychice, czego nikt postronny nawet nie jest w stanie sobie wyobrazić. I o tym właśnie mówi wiersz, ale też mówi o tym, że zawsze ktoś chce być mądrzejszy ode mnie, jakoż zawsze ktoś może się mądrzyć. I niektórzy, tacy właśnie jak Ty, mądrzą się do potęgi, aż mi samemu głupio, że się tak głupio mylą. Pozdrawiam
Opublikowano

niektórzy z "recenzentów" nie są wstanie wyjść poza próg swojej chałupy egoizmu..kisząc swoje umysły....więc wgłębienie się w sens przekazu jakiegoś utworu jest im obce lub znikome.... ale chlapanie na wszystko dookoła ,to zapewne dewiza na poprawę własnego wizerunku...niestety gumowce wieśniaka zawsze będą ubabrane w gnoju...Także drogi WiJa stałych oponentów swojej twórczości możesz nie brać do głowy....-dla mnie poza tytułem jest O.K

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Czy Ty się dobrze zastanowiłeś co mówisz, bo czymże jest moja pasja i upór (jak nie przede wszystkim tym, co robię codziennie od dobrych kilkudziesięciu już lat) wobec Twojej determinacji (jak na razie kilkumiesięcznej) ścigania mnie po portalu i dezawuowania wszystkiego chyba, co tylko tu zamieszczę. I zapewniam Cię, że o każdym każdego twórcy utworze można powiedzieć, tym bardziej bez uzasadnienia, że jest gniotowaty, chyba że jedynym uzasadnieniem Twoim być może zaślepienie własną twórczością, zresztą podparte zachłyśnięciem się pierwszymi sukcesami na tymże polu. Pozdrawiam
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Nie widzę racjonalnego powodu, żebym miał zaprzestać tego, co robię, a nawet jest wręcz odwrotnie, widzę miałkość krytyczną moich oponentów, co mnie dopinguje. Ale dopingują też mnie pozytywne oceny mojej twórczości literacko-krytycznej (jakich to ocen, że tak powiem, też mi czytelnicy nie szczędzą) Pozdrawiam
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Mam specyficzny sposób pisania, i rozumiem, że komuś moja twórczość może się nie podobać, No i pewnie wielu się nie podoba i nie ma w tym nic dziwnego. Ale ludzie, jak to ludzie, zawsze znajdzie się kilku, którzy ze wszech miar będą mnie odsądzali od czci i wiary, jakoż właśnie odsądzają. Co jednak nie znaczy, że negatywnie wpływają na moją twórczość, bo już prędzej pozytywnie. Ale dystans do tego, co się robi zawsze trzeba mieć i to jest dopiero sztuka (nie lada jaka). Pozdrawiam.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Ja nie podziwiam :)
Żeby podziwiać, a nawet żeby choć coś zobaczyć, musiałyby Ci się na pewne sprawy otworzyć oczy, ale Tobie wygodnie jest być, tyle ślepym, co zaślepionym (najbardziej) sobą. A któż jest bardziej zaślepiony, niż ten, kto wysługuje się łatwiźnie i dziadostwu, i to jeszcze, jak nikt bardziej dosiadając czyjegoś konika (że niby na nim daleko zajedzie). Pozdrawiam
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Ja nie podziwiam :)
Żeby podziwiać, a nawet żeby choć coś zobaczyć, musiałyby Ci się na pewne sprawy otworzyć oczy, ale Tobie wygodnie jest być, tyle ślepym, co zaślepionym (najbardziej) sobą. A któż jest bardziej zaślepiony, niż ten, kto wysługuje się łatwiźnie i dziadostwu, i to jeszcze, jak nikt bardziej dosiadając czyjegoś konika (że niby na nim daleko zajedzie). Pozdrawiam
Wija wypisujesz zwyczajne pierdoły.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Żeby podziwiać, a nawet żeby choć coś zobaczyć, musiałyby Ci się na pewne sprawy otworzyć oczy, ale Tobie wygodnie jest być, tyle ślepym, co zaślepionym (najbardziej) sobą. A któż jest bardziej zaślepiony, niż ten, kto wysługuje się łatwiźnie i dziadostwu, i to jeszcze, jak nikt bardziej dosiadając czyjegoś konika (że niby na nim daleko zajedzie). Pozdrawiam
Wija wypisujesz zwyczajne pierdoły.
Niech Ci będzie. Wypisuję, zapewne w przeciwieństwie do Ciebie. Pozdrawiam
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Każda chyba twórczość w większym lub mniejszym stopniu podpiera się manierą, jeżeli tylko styl, bądź charakter, czy(li) swojskość, chociaż po części składają się z manier. Ale nawet twórczość która pełna jest maniery(zmów), nie musi być twórczością zmanierowaną (jeżeli tylko jest twórczością, że tak powiem – otwartą). I ja nie mam nic przeciwko temu, żeby było ładniej, ale dla mnie ważniejsze jest to, żeby twórczość prawdziwie, tj. chociaż w miarę wiernie (nie więc wydumanie, czy sztucznie /czyli za bardzo literacko/) oddawała, czy odzwierciedlała rzeczywistość. Ale co bym nie mówił (mówiąc) o twórczości, najważniejsze jest to, żeby twórczość nie była do przesady. Ale też trzeba wiedzieć, że w takim samym stopniu do przesady może być to, co jest za bardzo ograniczone, jak i to, co nie jest w ogóle ograniczone. Być może obowiązuje tu zasada złotego środka, ale nie jestem tego taki pewny, a przynajmniej zbyt rygorystyczne założenia dobre są do pewnego stopnia. Ale najgorsze, a może i najlepsze jest to, że sprawy nie da się dobrze rozważyć, tym bardziej dokładnie rozważając.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Każda chyba twórczość w większym lub mniejszym stopniu podpiera się manierą, jeżeli tylko styl, bądź charakter, czy(li) swojskość, chociaż po części składają się z manier. Ale nawet twórczość która pełna jest maniery(zmów), nie musi być twórczością zmanierowaną (jeżeli tylko jest twórczością, że tak powiem – otwartą). I ja nie mam nic przeciwko temu, żeby było ładniej, ale dla mnie ważniejsze jest to, żeby twórczość prawdziwie, tj. chociaż w miarę wiernie (nie więc wydumanie, czy sztucznie /czyli za bardzo literacko/) oddawała, czy odzwierciedlała rzeczywistość. Ale co bym nie mówił (mówiąc) o twórczości, najważniejsze jest to, żeby twórczość nie była do przesady. Ale też trzeba wiedzieć, że w takim samym stopniu do przesady może być to, co jest za bardzo ograniczone, jak i to, co nie jest w ogóle ograniczone. Być może obowiązuje tu zasada złotego środka, ale nie jestem tego taki pewny, a przynajmniej zbyt rygorystyczne założenia dobre są do pewnego stopnia. Ale najgorsze, a może i najlepsze jest to, że sprawy nie da się dobrze rozważyć, tym bardziej dokładnie rozważając.

Dobra, wiesz, niezbyt miałem czas na czytanie twojego komentarza - pierwsze zdanie powiedziało mi wszystko, jak zwykle. Masz tendencję taką jaką masz, strasznie niemądrą; buchasz stylem niepotrzebnie tam gdzie nikomu zupełnie nie jest to przydatne, bo o tym że coś sensownego, dorzecznego mówisz mowy nie ma. Lubisz uwzględniać i relatywizować, tylko nie wiadomo po co niby, bo to niczego nie wnosi, nic nie mówi, jest najzwyczajniej bez sensu. Wszystko potrafisz wytłumaczyć, objaśnić - kota ogonem i zadkiem do rozmówcy obrócić. W takich okolicznościach każda sugestia dotycząca tego, że niepotrzebnie silisz się na sztuczną oryginalność i wychodzi mizeria, nie ma sensu, bo zaraz objaśniasz zamysły jakie tobą kierowały, mówisz że wszystko przemyślane i celowe było, a jak nie celowe, to też ma swoje uzasadnienie, mimo, że niecelowo wykonane. I tak wokół piaskownicy okrążenia się z tobą robi. Filozofia taka. Twoja.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Każda chyba twórczość w większym lub mniejszym stopniu podpiera się manierą, jeżeli tylko styl, bądź charakter, czy(li) swojskość, chociaż po części składają się z manier. Ale nawet twórczość która pełna jest maniery(zmów), nie musi być twórczością zmanierowaną (jeżeli tylko jest twórczością, że tak powiem – otwartą). I ja nie mam nic przeciwko temu, żeby było ładniej, ale dla mnie ważniejsze jest to, żeby twórczość prawdziwie, tj. chociaż w miarę wiernie (nie więc wydumanie, czy sztucznie /czyli za bardzo literacko/) oddawała, czy odzwierciedlała rzeczywistość. Ale co bym nie mówił (mówiąc) o twórczości, najważniejsze jest to, żeby twórczość nie była do przesady. Ale też trzeba wiedzieć, że w takim samym stopniu do przesady może być to, co jest za bardzo ograniczone, jak i to, co nie jest w ogóle ograniczone. Być może obowiązuje tu zasada złotego środka, ale nie jestem tego taki pewny, a przynajmniej zbyt rygorystyczne założenia dobre są do pewnego stopnia. Ale najgorsze, a może i najlepsze jest to, że sprawy nie da się dobrze rozważyć, tym bardziej dokładnie rozważając.

Dobra, wiesz, niezbyt miałem czas na czytanie twojego komentarza - pierwsze zdanie powiedziało mi wszystko, jak zwykle. Masz tendencję taką jaką masz, strasznie niemądrą; buchasz stylem niepotrzebnie tam gdzie nikomu zupełnie nie jest to przydatne, bo o tym że coś sensownego, dorzecznego mówisz mowy nie ma. Lubisz uwzględniać i relatywizować, tylko nie wiadomo po co niby, bo to niczego nie wnosi, nic nie mówi, jest najzwyczajniej bez sensu. Wszystko potrafisz wytłumaczyć, objaśnić - kota ogonem i zadkiem do rozmówcy obrócić. W takich okolicznościach każda sugestia dotycząca tego, że niepotrzebnie silisz się na sztuczną oryginalność i wychodzi mizeria, nie ma sensu, bo zaraz objaśniasz zamysły jakie tobą kierowały, mówisz że wszystko przemyślane i celowe było, a jak nie celowe, to też ma swoje uzasadnienie, mimo, że niecelowo wykonane. I tak wokół piaskownicy okrążenia się z tobą robi. Filozofia taka. Twoja.
Jeżeli już prowadzę dyskusję, to mogę się chyba wypowiedzieć tak, jak uważam, nawet jeżeli nie w pełni (bo by za dużo mówić), ale przynajmniej w miarę otwarcie i rzeczowo. Inną i nie inną sprawą jest to, czy moje wypowiedzi (wiersze i komentarze) są zarazem szczere, sensowne i przekonywujące, ale skoro ja sam uważam, że są rzeczowe, to muszą chyba być przynajmniej szczere i sensowne, nawet jeżeli są strasznie chaotyczne. W każdym razie ja się nie silę na oryginalność, tym bardziej sztuczną (tylko po prostu i nie po prostu taki już jestem, jaki jestem). Bo jeżeli już się nie silę, to pewnie nie silę się na wyplenienie pewnych manier (naleciałości), które po części też składają się na charakter, czy(li) oryginalność. I jest właśnie tak, że wręcz boję się tego i owego usunąć z mojego stylu, żeby nie powstała mizeria, czyli coś nijakiego, wypośrodkowanego, a być może nawet i bezdusznego. I mam też specyficzne zdanie na temat idealizmu, czy perfekcji, co się wiąże z powyższym, ale tego już mi raczej nie da się poruszyć w dwóch, trzech zdaniach. Pozdrawiam

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Zegarek na piekarniku wybił szesnastą. Słońce jeszcze nie zdążyło wstać, a cztery cyferki wisiały zawieszone pośrodku niczego, głosząc w eter jedyne w co mogły wierzyć, w istotę swojego istnienia - w to, że jest właśnie godzina szesnasta. Przeszedłem po cichu korytarz, stawiając ostrożnie ciężkie, zimowe buty, przekręciłem ostrożnie zamek i wydostałem się na klatkę schodową.

      Czerwone diody tym razem pokierowały mnie ku włącznikowi światła z małą ikonką Schrödingera - z żarówką albo może z dzwoneczkiem, co mogło mi się okazać dopiero po naciśnięciu przycisku. Oczywiście zaryzykowałem, a włącznik zamiast budzić nad ranem sąsiadów rutynowo włączył światło. Okropne to wszystko. Czuję, że wracam na tarczy, i ranię w tym samym momencie, że wyżywam się na swojej własnej naiwności. Nie chciałbym jej teraz budzić, nie chcę, żeby o tym wiedziała, ale mogę o niej myśleć jedynie jak o substytucie namiętności prawdziwej, takiej namiętności po której nie boli mnie głowa, takiej po której nie muszę brać prysznica, a najlepiej takiej, po której mógłbym już umierać. Jeżeli sen to półśmierć, a samotność to ćwierćśmierć, to miłość musi być jej trzema czwartymi. 

      Odwróciłem się do drzwi, starłem rękawem wypisane w kredzie "M + B" i w lepszym nastroju zbiegłem po schodach. To była moja pamiątka na pożegnanie - "K" jak Kalipso, na przestrogę dla wszystkich chłopców szukających w tym życiu pociechy, choć to jedynie kropla w morzu, jedne z miliona drzwi Ogygii, gotowych do połknięcia każdego żeglarza błądzącego między Kazimierzem a Grzegórzkami, Krowodrzą a Łobzowem, między swoją ostatnią miłością z liceum a snem wiekuistym. Czy ja byłem w jakikolwiek sposób lepszy od tej niezaspokojonej męskiej masy? I tak, i nie.

      Zawahałem się jeszcze przez chwilę, po czym otworzyłem drzwi na ulicę. Poranek był paskudny (chociaż zazwyczaj takie poprzedzają najpiękniejsze dni), wiatr podrywał brudną, szarą mgłę ciskając mi ją, niezależnie od tego w którą stronę bym nie poszedł, prosto w twarz. Czułem jak powoli woda przesiąka moje włosy, które coraz to cięższe zaczęły przylegać mi do głowy. We wrześniu mógłbym uznać taki Kraków za czarowny, lecz teraz, w październiku, już absolutnie mi to zbrzydło. Jesień potrafi być urocza, niby najlepsza kochanka, a najlepsza kochanka to taka, po której aż miło jest wracać do żony, i ja także zachciałem już wracać do lata.

      Pierwsze kroki wbiły mnie w marynarkę. Z głową schowaną w kołnierzu zaplanowałem przeciąć na wskroś stare miasto, o tej godzinie nienaturalnie puste, kiedy już ci bawiący się najgorzej wrócili dawno do domów, a najszczęśliwsi skończyli na afterparty z Morfeuszem. Na ulicach, gdzieś pomiędzy nocą a dniem, pozostali tylko ludzie tak samo jak ja ambiwalentni, z tym samym dziwnym poczuciem solidarności nakładamy dla siebie prawdziwe śniadanie mistrzów - wyrzuty sumienia. Z jednej strony mogłem pozostać wczoraj w Itace, spędzić wieczór na rozwiązywaniu starych kolokwiów lub przy lepszej czy gorszej książce, zrobić sobie ładną kolację albo posprzątać pokój. Z drugiej, jeżeli już się w to wpakowałem, mogłem pozostać u niej do rana, dać się jej złapać za gębę kochanka, a może poopowiadać jej o "wolnych duchach" i "potrzebie rozłąki", powołując się przy tym na jakiegoś romantycznego poetę, po czym wyjść na pierwszy tramwaj do domu. Może i unikam aktualnie odpowiedzialności, ale zbrodnia już została dokonana, pytanie tylko, czy ona będzie jeszcze chciała do mnie wydzwaniać. Mógłbym ją zablokować, oczywiście, ale ona w żadnym stopniu na to nie zasłużyła, wolę nie uciekać od gilotyny, bowiem nie wierzę w istnienie zbrodni bez kary. Jeżeli nie zostanę ukarany, nie będę zbrodniarzem, zostanę po prostu “dupkiem”, albo “chujem”, co byłoby zdecydowanie gorsze. Zbrodniarzy się resocjalizuje, ale chujem pozostaje się do końca życia. 

       

      Spacer zawsze uważałem za rodzaj modlitwy, za sposób wprowadzania siebie w ten sam trans, który inni osiągają powtarzaniem zdrowasiek albo buczeniem w pozycjach jogi, w trans wybijany po kolei na betonie, prawa, lewa, prawa, lewa, prawa, lewa. Cały świat zamyka się w tych dwóch słowach, wszystko i wszyscy są ode mnie oddzieleni tylko pewną ilością lewych i prawych, ja jestem wszechświatem doświadczającym samego siebie, więc kroczę, i muszę kroczyć, lewa, prawa, lewa, prawa. 

      Pamiętam czasy lepsze, czasy zauroczeń, nowych doznań, czasy, kiedy ludzie sami wyciągali do mnie dłonie, ale to nie ma znaczenia, pomiędzy miłością a rozstaniem jest tylko x lewych i prawych.

      Uciekłem, skończyły się czasy Feaków, gościnności, zabawy, igrzysk, odpłynąłem na ostatnim statku, na tramwaju zwanym dorastaniem, z nosem spłaszczonym na szybie i jednorazowym biletem. Im dalej patrzyłem, tym bardziej mi się wydawało, że stoję, ale teraz, patrząc pod nogi, muszę uważać, aby nie stracić gruntu pod nogami, i cały czas próbuję za nim nadążyć - lewa, prawa, lewa, prawa, lewa, prawa.

      Kompletnie przemoczone włosy odgarnąłem z twarzy, wracając przez sekundę do klnięcia na krakowską pogodę, na brak kaptura, a przede wszystkim, na tę całą sytuację, na młode dziewczyny, na pożądanie, na bary na Kazimierzu, na szybki seks, oraz oczywiście - na samego siebie. Na mojej drodze krzyżowej mijałem kolejne stacje, pamiątki minionych wieczorów - bary, pasaże, uliczki, teraz wszystkie martwe, na tyle wiernie oddające obecny stan mojego ducha (ach! czy to nie pretensjonalne?), że potrzebowałem chwili aby uświadomić sobie, że już za jakiś czas one z powrotem będą tętnić życiem, wypełnią się paczkami studentów, lanym piwem, dymem papierosów, głosami mniej i bardziej zrozumiałymi, rozmowami o wszystkim i o niczym, flirtami i odrzuceniem, słowem - życiem. 

      Złowieszcze to memento mori. Nic nie płynie, tylko ja przemijam, konsekwentnie kończąc i zaczynając następne ulice, a krakowskie bary będą trwać wiecznie. Nigdy nie skończy się zabawa, choć dla mnie zabawy już nie ma, nigdy nie przestanie grać muzyka, chociaż ja już nie mogę jej słuchać. Nieustanne bicia perkusji, przechodząc mi przez tors, nadały mojemu sercu tempo, którego wiem, że nie będzie ono w stanie utrzymać. Następne wspomnienia zaczęły po kolei wypływać na wierzch, przykrywając sobą teraźniejszość, którą zamalowano jak na starych obrazach, aby na jej miejsce postawić coś o wiele piękniejszego.

       

      Teatr “Bagatela”. Jakieś pięć minut temu miałem tutaj dostać w mordę. Mówi się, że słowa pijanych to myśli trzeźwych, więc to tutaj można szukać wniosków na temat społeczeństwa, nie w książkach, książki to myśli pijanych, o tym co mówią trzeźwi. Ja doszedłem do wniosku, że ludzkość w zasadzie dzieli się na trzy grupy - na tych głupich, tych którzy chcą kogoś kochać oraz tych, którzy chcą dać komuś w pysk. W każdej chwili dnia te trzy grupy muszą mieszać się ze sobą, trwać pod wspólnym sztandarem pracy, aż wreszcie tutaj - pod afiszem “Umrzeć ze śmiechu” mogą one wreszcie odsłonić swoją prawdziwą twarz (bo co to jest za przyjemność walić w gębę). Kolejny mój powrót do Itaki, moja personalna odyseja, w której zawsze docieram do celu, a jednak nigdy nie kończę tam wracać, pokazuje tylko, że najmądrzej jest pewnie być jednym z tych głupich. Ciepła, lipcowa noc zostawia mi słodko-gorzki posmak na ustach, ten rodzaj nostalgii, który zaczyna się już w drodze powrotnej do domu, nostalgii tępej i niewymierzonej w żaden konkretny cel, rozchodzącej się stłumionym jękiem po całym ciele. Utknąłem za ostatnią kropką na końcowej, wpół zapisanej stronie rozdziału, tylko ja i biel pustej kartki oczekujący na to, aż wszechmogąca ręka przerzuci nas na następną stronę.

       

      Teatr “Bagatela”. Znowu, i znowu. Czytam ulicę Krupniczą jak najsłodszą wiadomość, rozkładam zdania na słówka, każde z nich po kolei przeżuwam, aż wypuści z siebie wszystkie cukry, po czym puste, pozbawione już sensu litery wypluwam na chodnik. W ten sposób dotarłem do momentu, gdzie “Krupnicza” nie znaczy już nic. Znaczyła pierwszy semestr studiów, znaczyła dziewczyny których imion nie będę tutaj wymieniać, znaczyła porażki i sukcesy, wschody i zachody, a więc dzisiaj nie może znaczyć już niczego.

       

      Minąłem studzienkę Badylaka. Już jakiś czas temu, ale wtedy musiałem przejść koło niej obojętnie. Idealne miejsce na jakąś cyniczną refleksję, może “Jego śmierć ma w sobie całą patetyczną bezpłodność męczeństwa, całą jego zmarnowaną piękność.”? Kto to powiedział? Nie pamiętam, nie żeby to miało znaczenie. Może sam pokuszę się kiedyś o podobny koniec, ale na pewno nie dziś, nie da się pięknie cierpieć w tej obrzydłej mżawce. Każdy jeden płomyk, który miałby zapewnić mi oczyszczenie, zdusiłyby kolejne warstwy tej brudnej, zimnej wody, każda kropelka po odparowaniu zostawiałaby mi szumowiny na skórze. Okropne. Echo moich kroków wracało do mnie zdwojone ze zdobionych fasad kamienic. Miałem ochotę gwizdać, ale popękane wargi mogły jedynie ranić siebie nawzajem fragmentami suchej, stwardniałej skóry. Z zażenowaniem schowałem mój “dziubek”, aby minąć jakąś postać na ulicy. Zarys kurtki z futrem okazał się być kobietą w średnim wieku. Spojrzała na mnie tym samym wzrokiem pełnym zniecierpliwienia, którym patrzy się na ludzika oznaczającego czerwone światło na pasach. Ludzie w tym mieście nie potrafią się do siebie uśmiechać. 

       

      Ulica Czysta. Faktycznie, o tej godzinie prosi się o żartobliwy komentarz. Mogę teraz poświęcić chwilę na sporządkowanie myśli zeszłego wieczoru, przede wszystkim na otworzenie się przed wami. Nie mogę ciągle kryć się za wodospadem błahych refleksji, z pozoru wszystkich “głębokich”, ale w praktyce służących jedynie do przyćmienia mojego ego, rozmycia konturów pomiędzy mną a tłem, nawet jeżeli ma to być tło tak piękne, jak stare miasto w Krakowie. Od początku - nazywam się K., urodziłem się wczoraj po dziewiętnastej, i za około 20 minut zamierzam umrzeć. Oczywiście na potrzeby tej historii. Nie oznacza to bynajmniej, że aż tak się zamierzam dla was poświęcić, po prostu jedynie w tych ramach czasowych istniałem jako “K”, myślałem i chodziłem jako “K”, z “K” powstałem i w “K” się obrócę. Wierzę, że wszechrzecz jest miarą człowieka. Przejdźmy do głównego problemu - do niej. Podoba mi się ta zagrywka, odwoływanie się do niej w ramach opowieści jako po prostu ona. W języku polskim nie postawię the przed jej rzeczownikiem, a więc muszę dla niej poświęcić wszystkie inne kobiety w moich zdaniach (nawet jeżeli ma to być nawet “ta” kostka brukowa). Nie będę strasznie przedłużać, nazwać rzecz po imieniu to jest zniszczyć trzy czwarte uroku poetyckiego, nieprawda?. Jakoś tak. Brunetka, okulary lennonki, czarny sweter, trochę piegów (generyczny opis? może. generyczny romans.). Uśmiechała się tylko dolną wargą, i chyba tym uśmiechem zabrała mnie do siebie. 

      Nigdy nie uważałem się za typ romantyka. Znaczy, nigdy nie uważałem się za typ osoby mogący romantyka udawać. Flirt wychodził mi żałośnie, a zainteresowanie, nieważne jak szczere, miało w sobie coś z teatralnej przesady. Mówiąc krótko, nie byłem nigdy psem na baby. Nie będę więc zmyślał - nie mam pojęcia jak udało mi się znaleźć w tej sytuacji. Zawsze z tego powodu unikałem alkoholu, odczuwałem, że zmieniając swoją osobowość tracę część swojego jestestwa, że to nie ja staję się bardziej wygadany i pewny siebie, ale że oddaję kontroler starszemu bratu, który musi pomagać mi przejść za trudne dla mnie poziomy, że w jakiś quasi-fetyszystyczny sposób przyglądam się zabawie innego faceta, tym bardziej bolesnej do oglądania, ponieważ zdaję sobie sprawę jak niewiele mnie od niego dzieli, jak trywialne powinno być dla mnie wyjście “do ludzi”. Co mnie skłoniło do tego, żeby dzisiaj się zwrócić do starszego brata o pomoc? Nie wiem. Znowu nie wiem, paskudna narracja. No cóż, człowiek jako jedyny szuka we wszystkim logiki, i jedyny się jej wymyka. Księżyc nie kaprysi na ciągłe zmiany, a Wisła nie upija się na Kazimierzu. Możemy się bawić w psychoanalizę (może i ona nawet ma coś z mojej matki?), ale wydaje mi się to bezsensowne, uznajmy więc, że napiłem się dlatego, bo tak musiało się stać, gdybym tego nie zrobił, to leżałbym teraz w łóżku, a więc musiałem się napić żeby móc tutaj być, tyle wystarczy. Niektóre rzeczy nie wydarzają się z przyczyny, pchają one jedynie akcję do przodu, są wypadkowymi tego co było przed nimi, i tego co spowodują. Wszechświat generalnie dąży do entropii, a nam strasznie ciężko to zaakceptować, wysyłamy sondy za pas Kuipera, desperacko krzyczymy w eter Ordnung muss sein!, a wszechświat ciągle zostawia nas na wyświetlonym.

      Mógłbym próbować odegrać teraz parę z tych rozmów, które musiały się między nami odbyć, ale boję się, że postawię siebie w zbyt pozytywnym świetle. Nie będę układał dialogów dla ciekawszej, zabawniejszej, śmielszej wersji mnie, to byłoby po prostu fantazjowanie, jak przeżywanie idealnych form odbytych już rozmów przed pójściem spać, odgrywanie ich w idealny sposób, gdzie nie dość, że jestem subtelnie flirtowny, sugestywny i zabawny, to jeszcze dostaję zawsze dokładnie taką odpowiedź o jaką proszę. Nie mogę się zdecydować czy takie marzenie jest żałosne, czy jest to coś, czego powinienem się wstydzić, w końcu każdy tak przecież robi, w momencie gdy zaczyna się postrzegać interakcje międzyludzkie jak przestrzeń do odnoszenia “porażek” i “sukcesów”, to naturalne, że człowiekiem zaczyna kierować ambicja, że chce się tylko “wygrywać”. Jak na społeczną istotę, człowiek potrzebuje nabyć całkiem sporo umiejętności, które mogłyby się wydawać wrodzone. Ja, na przykład, ostatnio próbowałem nauczyć się cierpieć. Już brzmi okropnie, co? Cierpienie paradoksalnie nie jestem naturalnym stanem człowieka, może bywało kiedyś, przed pierwszymi eposami, w czasach gdzie nic jeszcze nie było symbolem, a cierpieć można było jedynie “na prawdę”. Lecz dzisiaj? Ból wrzuca człowieka w szufladkę “cierpiącego”, ramy w których trzeba niezręcznie wyginać i kurczyć nogi, schylać się i garbić, gdzie nie można już zrobić niczego, aby to nie było pretensjonalne. Cierpienie jest w domyśle infantylne, i choć artyści trąbią nam o tragizmie na prawo i lewo, nigdy nie malują oni cierpiących, malują cierpienie samo w sobie, a człowiek powinien być w tym systemie jedynie kukłą, wycenianą na podstawie tego, jak autentyczne potrafią być jej ruchy. I ja też się na tym łapię, rzucam frazy pensjonarskie i szalenie dziecinne, aż zaczynam się zastanawiać, czy nie taki jest sens wyrażania siebie. Oczywiście, jeżeli zależy nam na artyzmie, należałoby postawić na dojrzałość, ale autentyczność? Autentyczność jest prosta i infantylna, nie boi się chodzić utartymi ścieżkami, bo autentyczność nie jest romantyczna, jest światopoglądowo neutralna i nie należy do nikogo z nas, nie boi się cytować Balzaka, harlekinów, albo tekstów Beatlesów, jest duchem epoki w skali wszechświata, zeitgeistem łączącym całą cywilizację trwającą jedynie błysk w zwartą, jednolitą masę. Prawdziwe uczucia to cztery grunge’owe akordy, kartki z tyłu zeszytu, i co po niektórzy artyści o tym wiedzą, starają się to fałszywie odegrać, ale poza autentycznie cierpiącego nie jest niczym ponad kolejną pozą. Jeżeli ukochany napiszę ci sonet, to znaczy, że cię kocha, jeżeli napisze ci sto sonetów, to znaczy, że kocha sonety.

       

      Warkot przejeżdżającego samochodu wyrywa mnie z powrotem na aleję Mickiewicza. Stanąłem posłusznie przed przejściem, rzucając spoufalające spojrzenie czerwonemu ludzikowi po drugiej strony ulicy, takie, którym można obdarzyć publicznie skompromitowaną, powszechnie nielubianą osobę, aby pokazać, że tak naprawdę nie żywisz do niej żadnych złych uczuć, ale jesteś tylko częścią tłumu.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach




×
×
  • Dodaj nową pozycję...