Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

(bez znieczulenia)

Nie wierzę w zaklęte rewiry.
Nie wierzę w słowa grzeczne i układne.
W pobożne życzenia,
w bezbożne kurhany i menhiry,
i w gesty, manifesty
ani w oczy urocze,
kredką podkreślone,
i przez to - zbyt ładne.

Nie wierzę też autorytetom,
bo tu nie mam ich już wcale.
Bogu wierzę, bom go wykołysał w sobie.
Na świat patrzę trzeźwo,
bo wiem doskonale,
że duszę Nomada mam,
otuloną w przewiany słońcem
płaszcz Derwisza.

I wszystko mi jedno,
co kto o mnie sądzi,
i jak długi jęzor
na plecach mi wiesza.
I wszystko jedno,
kto opodal błądzi,
i czy na odcisk stóp zbolałych staje,
a zaraz potem obłudnie pociesza.

Już mi nie pachną tęsknotą oliwkowe gaje.
Laurem nie stroję wysrebrzonej głowy.
Czekam na falę piasku, która jak się zdaje,
ku nam – rusza,
i na wiatr jakiś kosmiczny, dziejowy.

Nie wierzę w usprawiedliwione czyny
ani też w myśli mych wszelkie osądy.
(Chichot hieny spokój mój zagłusza.)
Przeczuta - Kairem… kroczy wiosna ludów.

Ruszyły w pustynię garbate wielbłądy,
ale nawet i to, kamyka w piersiach nie porusza.
Idea sprawiedliwości nie wymaga cudów.
Jednak cudu łaknie - obolała dusza.

05032011

Opublikowano

Na świat patrzę trzeźwo,
bo wiem doskonale,
że duszę Nomada mam,
otuloną w przewiany słońcem
płaszcz Derwisza.

Lustereczko powiedz przecie, kto jest najpiękniejszy w świecie... ;)
Narcyzm nachalny i zabójczo nudny...

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Nie sądzę. Dawniej dewizą filozofii, określającą jej granice było stwierdzenie: "tam, gdzie się zaczyna Bóg, kończy się filozofia". Dziś filozofia, a także inne dziedziny nauki (i to bardzo ścisłe) szukają dowodów na istnienie Boga. Sprzeczność? Żart? I to w czasach powszechnej laicyzacji:)
Odsyłam zatem do opracowań naukowych profesora Sedlaka.
Pozdrawiam
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Nie sądzisz , że to już mało? Nie mówię tylko o sobie. Ofiara dokonała się prawie 2000 lat temu. Natura ludzka jest jak koryto meandrycznej rzeki. Żadna regulacja i prostowanie, jeżeli nie powtarzane co jakiś czas, nie jest w stanie zmienić jej natury. Nie bez powodu J. Paweł II ( i nie tylko On) przykładał taką wagę do powtórnej ewangelizacji. A pamiętasz ten fragment w Biblii, kiedy Mojżesz wrócił do swego ludu z kamiennymi tablicami? Co ten lud w tym czasie robił? A przecież przez chwilę tylko był nieobecny.
Pozdrawiam Kredens
(Stary - nie przechodzi mi przez gardło. Wybacz, tego członu Twego pseudonimu nie będę stosował).
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Nie sądzisz , że to już mało? Nie mówię tylko o sobie. Ofiara dokonała się prawie 2000 lat temu. Natura ludzka jest jak koryto meandrycznej rzeki. Żadna regulacja i prostowanie, jeżeli nie powtarzane co jakiś czas, nie jest w stanie zmienić jej natury. Nie bez powodu J. Paweł II ( i nie tylko On) przykładał taką wagę do powtórnej ewangelizacji. A pamiętasz ten fragment w Biblii, kiedy Mojżesz wrócił do swego ludu z kamiennymi tablicami? Co ten lud w tym czasie robił? A przecież przez chwilę tylko był nieobecny.
Pozdrawiam Kredens
(Stary - nie przechodzi mi przez gardło. Wybacz, tego członu Twego pseudonimu nie będę stosował).
Co jest złego w słowie Stary? Ale mniejsza o to, pisz jak chcesz, mnie to nie przeszkadza.
Co do zasadniczego pytania , Nie sądzisz , że to już mało? , to potrzebna jest tu bardzo długa wypowiedź i zrozumienie Biblii , a zwłaszcza Ewangelii. Ja nie powołuję się na żadne autorytety , albowiem wszyscy zgrzeszyli i wszystkim chwały Bożęj brak . Tak jest w Piśmie . To po pierwsze , a poza tym wiara w ofiarę Jezusa to wszystko co człowiek potrzebuje do zbawienia, to największy cud Boga dla nas. Ale ludziom to nie wystarczy , jeszcze potrzebują tylu rzeczy - spowiedź , uczynki, święci - czy łotr na krzyżu miał na to wszystko czas ?- nie, on tylko uwierzył i wyraził skruchę.Zbawieni bowiem jesteśmy z łaski. To tak najkrócej o prawdzie zawartej w Ewangelii.
Pozdrawiam Stary Kredens
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Nie sądzisz , że to już mało? Nie mówię tylko o sobie. Ofiara dokonała się prawie 2000 lat temu. Natura ludzka jest jak koryto meandrycznej rzeki. Żadna regulacja i prostowanie, jeżeli nie powtarzane co jakiś czas, nie jest w stanie zmienić jej natury. Nie bez powodu J. Paweł II ( i nie tylko On) przykładał taką wagę do powtórnej ewangelizacji. A pamiętasz ten fragment w Biblii, kiedy Mojżesz wrócił do swego ludu z kamiennymi tablicami? Co ten lud w tym czasie robił? A przecież przez chwilę tylko był nieobecny.
Pozdrawiam Kredens
(Stary - nie przechodzi mi przez gardło. Wybacz, tego członu Twego pseudonimu nie będę stosował).
Co jest złego w słowie Stary? Ale mniejsza o to, pisz jak chcesz, mnie to nie przeszkadza.
Co do zasadniczego pytania , Nie sądzisz , że to już mało? , to potrzebna jest tu bardzo długa wypowiedź i zrozumienie Biblii , a zwłaszcza Ewangelii. Ja nie powołuję się na żadne autorytety , albowiem wszyscy zgrzeszyli i wszystkim chwały Bożęj brak . Tak jest w Piśmie . To po pierwsze , a poza tym wiara w ofiarę Jezusa to wszystko co człowiek potrzebuje do zbawienia, to największy cud Boga dla nas. Ale ludziom to nie wystarczy , jeszcze potrzebują tylu rzeczy - spowiedź , uczynki, święci - czy łotr na krzyżu miał na to wszystko czas ?- nie, on tylko uwierzył i wyraził skruchę.Zbawieni bowiem jesteśmy z łaski. To tak najkrócej o prawdzie zawartej w Ewangelii.
Pozdrawiam Stary Kredens
Coraz bardziej przekonuję się, że "Stary jednak do Ciebie nie pasuje, choćby po Twojej wypowiedzi. Twoje poglądy przypominają kogoś znanego mi i bardzo sympatycznego. Wracając jednak do tematu, dodam tylko, że również z ludzkiego punktu widzenia - łotr nie miał wyboru, bo nie miał czasu. Decyzję jakąś musiał podjąć w obliczu strachu przed nicością lub męką wieczną. Wybrał więc nadzieję, jak człowiek pełen lęku. Ale trzeba też zauważyć, że łotrów było dwóch. Ten drugi wybrał przeciwne stanowisko, więc Twój dowód jest niepełny i w istocie do końca niczego nie wyjaśnia. Poza tym ripostując, właściwie argumentujesz słuszność moich poglądów na tę sprawę, począwszy od zdania : "A jednak ludziom to nie wystarcza, potrzebują..." Ten właśnie problem porusza mój wiersz. O to w nim chodzi, chociaż dla wielu to i tak mało:) Nie zgodzę się też, że sama wiara w zbawienie przez mękę Jezusa wystarczy i załatwi osobie wierzącej - niebo, raj, wieczną szczęśliwość. Jakoś tak już jest, że zawsze musimy udowadniać swoje racje, pieczętować czynami swoje poglądy i postawę życiową, czasem nawet narażając się ludziom o innych sprzecznych poglądach. Jednym słowem - dawać świadectwo. Idee, żeby nie zaginęły, trzeba pielęgnować i kultywować, w zasadzie w całości. Wygoda, nie narażanie się publiczne swymi poglądami jest właściwie asekuracją, minimalizmem i forma wygodnictwa, tak po prostu, bo i tak mi wystarczy, że uwierzyłam. Piszę tak, choć sam nie jestem wolny od tego, ale jednocześnie zdaję sobie sprawę, że właśnie taka postawa minimalizuje i deprecjonuje poglądy, chociażby z deklaracją wyznaniową, choć nie tylko. To właśnie w znacznej mierze prowadzi do widocznego już i u nas laicyzowania się społeczeństw. Stąd właśnie wciąż kolejnych proroków nam trzeba.
Pozdrawiam Kredens
(Czy mogę zapytać o Twój kolor? Nie chodzi o kolor poglądów? )
Opublikowano

Mój dowód nie jest moim dowodem, tylko słowem z Ewangelii, która sama się broni , bo i owszem
był i drugi łotr i on też mógł skorzystać z łaski ,ale tylko szydził, i chciał aby Jezus uwolnił ich i siebie skoro ma taka moc. Wiedział o tym. Pytanie tylko po co?
Gdyby tak się stało , to czy zmieniłby swoje życie ?
Po co chciał zejść z krzyża ? On widział tylko to co na ziemi nie otwierał się przed nim szeroki horyzont nieba . Tylko pielgrzymami jesteśmy do domu Ojca a,śmierć zyskiem jest . Owszem dopóki będziemy w ciele jesteśmy grzeszni , ale Jezus zostawił nam Ducha Świętego , to z jego mocą pokonujemy słabości i nie zapominamy o niebie. Apostołowie bez jego działania też byli słabi . Piotr zaparł się Jezusa . Dopiero po Działaniu ducha Świętego mieli Moc głoszenia Ewangelii , przedtem się bali. Tak toczy się bój w okręgach niebieskich o każdego z nas, ale dla każdego może być dzień łaski lecz nie każdy będzie wybrany . To tajemnica i nie mnie o tym rozsądzać . Wszystko to kwestia wiary , lecz wiara to nie uczucie , to posłuszeństwo i zaufanie. to bardzo trudne , ale tak właśnie jest w naszym codziennym życiu, czyż nie ?
( a mój ulubiony kolor to fioletowy, fiołkowy ale i wiele innych, chociaż nie wiem dlaczego pytasz )
Pozdrawiam Stary Kredens

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Widzisz, kiedy byłem bardzo młody uwielbiałem błekity. Teraz wolę czerwienie. Nie sądzisz, że to sporo mówi o nas? Ja dzielę włos na części i wciąż szukam. Ty jesteś zasadnicza i pewna gotowych prawd. Prezentujemy skrajnie przeciwne postawy, ale coś nas łączy. Czerwień + błękit = fiolet:)
Jestem także malarzem.
Wolę większy przedział manewru dla człowieka. Ty znalazłaś w Biblii uzasadnienie dla swych racji, ja dla swoich. Obie postawy wydają się dobrze uzasadnione.
Pozdrawiam Cieplutko

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Bożena Tatara - Paszko Poglądy sumienia chowają, idiotyzmy wprowadzają, idioci im klaskają, bo koryta pełne mają .   Pozdrawiam serdecznie 5 Miłego dnia 
    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...