Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano
Różowa zapalniczka – proza porno


18+


Wstęp


Tekst powstał na bazie utworu "Klub 1969" i stanowi jego rozwinięcie. Dedykuję go moim przyjaciołom, którzy poniekąd zainspirowali mnie do sięgnięcia po pióro/długopis oraz klawiaturę i sklecenia kilku zdań.



1

Klub 1969 mieścił się w piwnicach starej kamienicy czynszowej. Wejściówki trudno było dostać, ale po ich zdobyciu cały trud zostawał nagrodzony dawką niesamowitej hippisowsko – psychodeliczno – funkowo – bluesowej muzyki, klimatem wolnej miłości i przyjaźni. W ciemnych obszernych wnętrzach prócz plakatów znanych muzyków przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych rozświetlanych co jakiś czas błękitem, czerwienią, purpurą oraz zielenią, znajdowały się dwa barki zaopatrzone w trunki. Pomieszczenia wypełnione były tajemniczą atmosferą, mocą, otwartością serc. Na scenie pojawiały się każdego wieczora (za wyjątkiem poniedziałków i czwartków) dwa zespoły, które prezentowały materiał żywiołowy. Resztę nocy bywalcy spędzali na zabawie przy płytach gramofonowych. Pięknym zwyczajem było obdarowywanie kwiatowymi naszyjnikami osób, które pojawiły się samotnie w klubie. Można było dostać ten prezent i zostać poprowadzonym przez uroczą dziewczynę do barku, a czasami nie kończyło się na tym „poprowadzeniu”… O innych urokach tego miejsca nie należy wspominać, ale zapewne każdy może się domyślać, że nie samym tańcem człowiek żyje. Często te dodatkowe smaczki powodowały, że ostatnie osoby opuszczały lokal o dziewiątej rano. Słowo „opuszczały” jest oczywiście umowne. 1969 to było miejsce, gdzie czas się zatrzymywał.
W klubie zanikały wszelkie nacjonalizmy i kompleksy narodowe, nie rozmawialiśmy o polityce, bo wydawała się nam paradoksalnie nudna i przewidywalna w swej nieobliczalności. Rozłożeni na wygodnych sofach w czerwonej Sali, sączyliśmy Martini i śledziliśmy notowania bukmacherskie. Debry miasta Krakowa jak zwykle zapowiadały się ciekawie. Historia zobowiązywała.
Dziś w setliście dominowały brzmienia podszyte soulem albo bluesem jak Bobby Womack, Edwin Starr oraz Tadeusz Nalepa, a także klasyka rocka z Jefferson Airplane na czele. Przy takim repertuarze nie sposób było siedzieć drętwo. A że miejsca w klubie było sporo i kusił parkiet, to nie pozostawało nic tylko odstawić szklaneczki, by dać się porwać dźwiękom "Somebody to love". Bawiliśmy się niczym małe dzieci – osobno a jednak wspólnie, nasze więzi powoli się zacieśniały. Ciało obok ciała. Coraz bliżej. Zapachy pięknych kobiet pachnących jak świeże owoce. Ich przenikliwe spojrzenia. Takiej magii można było zaznać tylko tu. Świat na całą noc stawał się mało istotny ze swoimi krętactwami, tandetą i męczącą konwencją. Ruszaliśmy w przeszłość, bo teraźniejszość nie dawała nam wytchnienia. W tej ucieczce znajdowaliśmy chwilowe ukojenie ulotne niczym impresja. Warto jednak było choć na moment dać się poprowadzić nurtowi pozytywnych zjawisk. Piątki były bardzo intensywne. Płynęliśmy niczym woda w rwącym potoku. Najważniejsza była improwizacja. Żywiołowe, nieplanowane imprezy wypadały najlepiej.
- Hej Czerwonecki, na dzisiejszy bal potrzebował będziesz małą dawkę kwasu. Pozwól, że twój gringo zajmie się zorganizowaniem panienek. Ostatnio poznałem bliźniaczki. Miodzio!
- Ufam ci jak bratu.
Abel miał dar przekonywania ludzi. Zazwyczaj zdobywał to, co chciał. Być może zawdzięczał ten stan rzeczy swojemu niskiemu głosowi, który mistrzostwo modulował. Gdy się odzywał, kobietom miękły nogi i rozszerzały się źrenice, co stanowiło tylko krok do bliższej znajomości. Chłopak miał talent. Był znakomitym badaczem nastroju, dostarczał świetnych „suplementów diety” znacząco poprawiających samopoczucie, poznawał atrakcyjne panie tak jak te bliźniaczki. Podsycił nimi mój głód seksualny. Musiały być świetne w łóżku. Erekcja – ejakulacja – opad. Tak to powinno się skończyć.
Łyknąłem ćwiartkę lsd. Ktoś złapał mnie za rękaw i spytał czy nie mam więcej. Zaprzeczyłem i ponownie trafiłem na przeludniony parkiet. Tańczyłem, a rzeczywistość się powoli rozpływała. Pomieszczenie zaczęło wirować. Drwiło ze mnie usuwając spod nóg podłogę. Zataczałem się jak pijak. Jakimś tylko cudem nie upadłem. A muzyka powoli cichła, oddalała się echem odjeżdżającego pociągu. Zanikała w uszach, choć nie chciałem by tak się działo. W mgnieniu oka zapanowała wokół mnie pustka. Nie było ani Abla, ani bliźniaczek. Ciemności przykryły klub. Poruszałem się po omacku jak niewidomy. Błądziłem palcami, aż w końcu natrafiłem na ścianę. Oparłem o nią chude, zmęczone ciało i zastygłem w oczekiwaniu. Cisza jest przerażająca szczególnie wtedy, gdy nic nie można zobaczyć. Wyobraźnia pracuje w takich sytuacjach ze zdwojoną siłą, produkując szereg historii oraz niezliczonych domysłów.
- Jest tu ktoś? – krzyknąłem.
- Uważaj! – oczekiwane jak manna słowo drastycznie przeszyło mnie od stóp do głowy. To było prorocze ostrzeżenie. Coś mnie wywróciło. Leciałem krótko i szybko, a w finale uderzyłem głową w twardy przedmiot.
- Dobry towar.
Ten głęboki głos należał niewątpliwie do Abla, a tym twardym przedmiotem było krzesło. Jak się później okazało, przez jakiś czas chodziłem jak lunatyk pomiędzy barem a parkietem. Wyglądałem dosyć zabawnie.
- Idę do domu – rzuciłem na odchodne mojemu menadżerowi nastroju - Abelowi. Wieczór dobiegł końca. Przynajmniej dla mnie.


2

- Codziennie ginie kilkadziesiąt gatunków zwierząt, a ty pierdząc zabijasz kolejne.
- Pierdzę, bo lubię. Dzięki temu jestem sobą.
- Nie, nie, nie! Stop. Powtarzamy cały dialog – wtrącił reżyser.
- Ależ panie Wojtku, nigdy nie zgodzimy się na to, aby w scenie z lesbijkami i krokodylem wystąpili dublerzy z amerykańskiego boysbandu.
- Tak. Są za grubi i wyglądają jak skrzyżowanie Eminema z Shaquillem O`Neillem.
- Poczekajcie panowie. W tych „basenowych” ujęciach muszą występować czarni goście w turbanach, by nikt nas nie posądził o rasizm.
Czułem, że poczucie mojej dumy narodowej powoli zamiera. Z każdym kolejnym filmem sponsorowanym przez rząd amerykański coś we mnie pękało. Może to przez te stare samoloty przywiezione na plan, może przez to że musiałem grać wyluzowanego prezydenta, który podczas palenia nie zaciąga się marihuaną. A przecież miałem być główną postacią opowiadania pochwalającego życie, bez gorzkiej ironii i zbędnych aluzji oraz tych wszystkich gier czytelniczych, słownych wyprzedzeń/uprzedzeń, zahamowań.
Erekcja – ejakulacja – opad. Na planie filmowym jest dobrze, dopóki człowiek nie wykona erekcji – ejakulacji – opadu z dziewczyną reżysera. Gorzej jeśli się jeszcze pozna przy okazji tajemnicę producenta związaną z jego orientacją seksualną. Zatem nie było wyjścia. Jedynym rozsądnym krokiem zdawała się ucieczka z miejsca strasznej zbrodni na polskiej kinematografii. Głupio tak samemu ulotnić. Zabrałem ze sobą odtwórcę jednej z ról – Parkulesa. Trzeba było dać nogę, później rękę, głowę i… zwiać. Wialiśmy, wialiśmy jak tornada, które są karą za niegospodarność człowieka – najgorszego gatunku na ziemi.
Uciekałem i ciągnąłem ze sobą mojego przyjaciela. Prawdziwi bohaterowie znajdują się już w domach starców, bo wykończyły ich misje pokojowe. Wolałem, więc pozostać pomagierem Parkulesa, tego niesamowitego, dzielnego herosa. Ostatniego w tym kraju gwiazdora. Wszyscy wiemy, że mitologia grecka została wymyślona w Hollywood przez twórcę kreskówek Walta Homera. Ja zostałem wymyślony przez rodziców i spłodzony przy „Casablance”, a przynajmniej tej wersji zawierzyłem na początku i trzymam się jej do końca.
Ale jak to w ogóle było? Przespałem się z kobietą reżysera. Dość gruba i leniwa, zbyt atrakcyjna jak na mój gust. Cóż. Stało się. Gdy robiliśmy to na biurku do tyłka przykleił się kawałek papieru. Nie mogłem oderwać, więc go tam pozostawiłem. Skończyłem pracę nad wypasioną cipką, założyłem dżinsy i wylazłem z przyczepy bosa. Wstąpiłem jeszcze do WC. Tam udało się usunąć kartkę z pośladka. Przeczytałem fragment:

[u]Instrukcja 200-B-U.S. Corp. – V602 – TDWPKK- Mess.[/u]

Do prezydenta Polska.

Szanowny pan Gasicki, my wam oferujem wiza do nasz country w 2029 year w zamian za tarcza [czytać aneks 104 p. 05]. Dodatkowo dajemy obietnica wspierać polska kinematography, która jest w dole. Rambo 10-12 kręcić będziemy w Suwalki [czytać aneks 102 p.01].

Aneks 104.
p. 01 Wy macie dobry reżyser. On kręcić krótki metraż o niedźwiedziach polarnych. Mieszka w Suwalki. Witold Garowski. Będzie kręcić Ramba. Trzy części.
Vol. I Rambo walczy z polska nazista.
Vol. II Rambo - dekadent.
Vol. III Rambo i Górale. Soundtrack ma być country. Kamera przywieziemy, bo wy macie tylko jedna. Zepsuta. Nasz konsultant – check it!
p. 05 Tarcza to zysk dla Polski. Będziecie bezpieczna. Tyle wam obiecamy.


Straszna literfikcja. To nie może się wydarzyć – pomyślałem i wyrzuciłem kartkę. Pan Henio posprząta. Tak. To był jedyny człowiek na tym planie, który robił coś pożytecznego.
Czy to już wszystko? Nie. Skłamałem. Była też inna przyczyna mojej nagłej ucieczki z filmu. Piątego dnia zdjęciowego wieczorową porą odwiedził mnie brunet.
- Jest pan pasożytem. Nędzny twórca, który nawet studiów nie skończył. To pan śrubuje stopę bezrobocia. Przejdę do konkretów. Postanowiliśmy się tym zająć. Pojedziecie w góry razem z tą gwiazdką kina porno – Parkulesem, by inwigilować opozycję na Podhalu. Co tydzień mam otrzymywać raporty. Tu macie akta Bezkrwawej Moniki. To wasz główny cel obserwacji. Zbliżcie się do niej jak najbliżej. Jeśli do końca wakacji zdobędziecie od niej jakieś informacje, jesteście wolni. Dajemy nasze słowo. Pomoże wam też Witold Garowski. Bierzcie z niego przykład. To porządny chłopak. Artysta.
Brunet nie dopuścił mnie do słowa. Bredził o jakiejś górskiej opozycji. Czy on powiedział, że „śrubuję stopę”?
Nie miałem wyboru. Siedzeniu w Łodzi groziło problemami z reżyserem, którego dziewczyna przyssała się niedawno do mojego fallusa. Wszystkie znaki na niebie i ziemi, w piekle oraz czyśćcu nakazywały mi jechać w góry do Poronina, do Zakopanego. Miałem dotrzeć do jakiejś opozycjonistki. Domyślałem się czym to grozi. Czekała mnie rozmowa z wredną babą, która wyciśnie mój mózg jak cytrynę i popije tequilą. Może powinienem jej skopać dupę i uciec? Może ona powinna mi skopać dupę i uciec? Kim jest Witold Garowski?


3

- Choćbym się zesrał na stojąco i ciepłym gównem wysmarował wszystkie ściany, to i tak nie powstrzymałbym mojego popędu seksualnego – powiedział Parkules, gdy wsiadaliśmy do srebrnego klimatyzowanego autokaru. Wiedziałem, co jego słowa oznaczają. Na pewno zabrał ze sobą kilka paczek prezerwatyw.
- Wziąłeś gumki?
- Pytasz. Mam ich cały plecak.
To mi wystarczyło, aby rozeznać się w zamiarach mojego kompana – byczka z Cabansiti. O godzinie dwunastej dotarliśmy do stolicy Tatr.
- Nie potrzebujecie pokoju? – zaczepiła nas starsza kobieta. Nie zdążyliśmy wyjść z autokaru, a już ktoś chciał nam coś sprzedać, zaoferować. Tanie pokoje, tanie jedzenie, tani seks, tani alkohol. Cena piwa wystawiona przed sklepem monopolowym nie pokrywała się z tą na butelce. Sprzedawczyni mgliście się tłumaczyła, że zapomnieli dokonać uaktualnienia. Drogie noclegi, drogie posiłki, ekskluzywne kluby nocne w centrum Zakopanego, drogi alkohol. Parkules wyszedł ze sklepu zdegustowany.
- Kurwa! Popierdoliło ich. I jeszcze się mnie o dowód pytają. Co za chujnia.
- Popatrz na tych turystów. Jedni srają pieniędzmi. Pozostali odkładają cały rok, by móc później rozwalić wszystko w tydzień. Jak widzę niektóre mordki, to wcale się nie dziwię, że miejscowi tak zdzierają z nich kasę. Niestety… - zaciągnąłem się ohydnym mentolowym papierosem, bo lubiłem w głowie odgrywać sceny filmowe z papierosem w głównej roli - Górale też nie są bez winy. Widziałeś kiedykolwiek tak zaśmiecony przystanek? Butelki, puszki, papiery. Jeszcze powinien ktoś na to wszystko nasrać. Doskonała wizytówka polskiej turystyki – przystanek autobusowy pełen gówna.
- Ty tyle nie gadaj tylko się napij – zaproponował Parkules.
- Masz rację.
Wypiliśmy po piwie za przystankiem jak przystało na prawdziwych żuli, choć oczywiście za takich się nie uważaliśmy, ale tego typu zachowania można było jednoznacznie interpretować. Tak zapewne uczynili ludzie czekający na autobus. W tej chwili nie miało to większego znaczenia. Było upalne lato. Wypadało czymś zgasić pragnienie.
Poszliśmy zatłoczoną ulicą na Krupówki, gdzie znaleźliśmy wolny stolik i zjedliśmy góralski kebab (tak, takie coś naprawdę istnieje i jest w sprzedaży). Siedzieliśmy wyciągnięci na plastikowych krzesełkach i obserwowaliśmy zblazowanych turystów. To zdjęcie z facetem przebranym za misia, przejażdżka wymęczonym od słońca kucykiem, góralskie kapele przygrywające do kotleta z frytkami, bo kotlet z frytkami to danie regionalne. A na samym środku ulicy tak samo jak na Floriańskiej w Krakowie dwóch cwaniaczków wręcza dziewczynom róże, a później każe za nie zapłacić. Każdy sposób jest dobry, by wyłudzić dudki. A waluta to podstawa. I Parkules jeszcze uśmiechnięty, nadal ma parę stów w portfelu. Rozgląda się za ładnymi kobietami, pochłania bułkę wypchaną po brzegi mięsem i patrzy jak kucyk słania się na nogach. Kolejne dziecko chce się przejechać. Nie ma sprawy!
- Dość tego siedzenia. Musimy dostać się do Poronina. Najłatwiej będzie wrócić na przystanek i poczekać na busa.
- Dobra. Mamy piwo. Hahaha!
Oczywiście nie mogliśmy znaleźć naszego pensjonatu. Mieszkańcy Poronina również nam nie ułatwili sprawy informując, że należy wysiąść przy cmentarzu. Dwa kilometry snucia się w poszukiwaniu miejsca spoczynku, ale nie o kryptę chodziło, tylko o wygodne łóżko. Gorąco!
- No rewelka. Pokój z widokiem na las… krzyży – ironizował Parkules.
- Kto wpadł na tak genialny pomysł, aby wszystkie ulice nosiły tę samą nazwę?
- Jak za zakrętem nie będzie naszego domku, to się tu pierdolnę na trawie - tak jak stoję – i wypiję browar. O popatrz! Tam nad rzeczką. Wyśmienite miejsce, by się zwłóczyć.
Jak powiedział, tak zrobił. Ściana modrzewi i jarzębiny piętrzyła się na kilkanaście metrów, zasłaniając nam widok na wierchy. Bezlitosny cenzor krajobrazu zdawał się szeptać – tego przybyszu nie wykupiłeś. Wprawdzie masz pełen komfort, intymność, czyste powietrze i aksamitną wodę, aby móc dostrzec najważniejsze uroki tego miejsca, musisz podnieść swój tyłek z leżaka i przejść dwa kilometry krętą górską ulicą.
Po czterdziestu minutach trafiliśmy do pensjonatu. Szybko załatwiliśmy formalności,
nie wdając się na dłużej w nudne gadki z właścicielką i poszliśmy do pokoi. Leżąc na łóżkach sączyliśmy piwo. Stopy piekły, ubrania śmierdziały zapachem potu.
W górach spędziliśmy kilka dni. Ograniczaliśmy się do picia. To znaczy ja się ograniczałem. Parkules co wieczór przyprowadzał jakieś panienki, które po gadce-szmatce dosyć łatwo przystawały na kontakt płciowy. Niezbyt mnie to ruszało. Siedziałem znudzony na tarasie. Czasami tylko podglądałem teatr cieni na szybie w drzwiach do pokoju, w którym odbywały się orgietki. Patrzyłem na to jak na sygnalizator świetlny. Czekałem aż zapali się zielona lampka i kolejna dziewczyna opuści naszą kwaterę. Czekałem aż Parkules przemaszeruje dumnie przede mną z pełnym lateksowym zbiorniczkiem. Siedziałem i czekałem. To trwanie w marazmie miało swój cel – rozmyślałem o „Bezkrwawej” Monice”. Znana mi tylko z ustnego przekazu opozycjonistka miała się zjawić w miejscowości lada dzień. Czas nieubłaganie mijał. Parkules przemykał przez pokój, w dłoni dyndał mu kondom wypełniony materiałem genetycznym. Co on chciał udowodnić? Bił seksualny rekord świata?
Któregoś popołudnia zadzwonił telefon. Gość w słuchawce powiedział kilka słów i rozłączył się. Witold Garowski zapraszał do Suwałk.
Parkules początkowo nie chciał opuszczać gór, erotycznej idylli jaką sobie tu urządził, jednak momentalnie zmienił zdanie, gdy usłyszał z moich ust nazwisko Garowski.
- Stary, kurwa. Garowski to mój guru. Prawdziwa legenda. Panienki szczają na jego widok. Jest zimny, opanowany i niewiele mówi. Marzę o tym, aby u niego zagrać.
- Kręci pornosy? – spytałem. A Parkules zaczął gestykulować i ekspresyjnie wypowiadać się na temat dorobku podlaskiego reżysera.
- „Ptyś – wielka trylogia suwalska: Kosmiczny anal w Okuniowcu, Braciszek w akcji i Wielka penetracja mrocznych miejsc”. No nie mów, że nie znasz? – oburzył się. Przejął się i obruszył. Pierwszy raz podnieciło go coś, co nie posiadało waginy. Podjarany wizją angażu u Garowskiego szybko spakował plecak. Mój kompan obmyślił też plan: autokarem do Krakowa, numerek z cipkami w MaCu, z Balic na Okęcie, mała orgia w stolicy, a później pociągiem do Suwałk. Zaprotestowałem.
- Weźmiemy samochód i pojedziemy bezpośrednio do Garowskiego.
- Niech będzie – ku mojemu zdziwieniu Parkules zgodził się. Perspektywa poznania kultowego i magicznego reżysera zatriumfowała.
Podróż była długa i męcząca. Dostaliśmy dwa mandaty. Mój szalony kierowca był ich kolekcjonerem. „Wykroczenie, to moje drugie imię” – mawiał.
W Suwałkach było zimno. Padał deszcz. Na szczęście nie musieliśmy na Witolda Garowskiego zbyt długo czekać. Zjawił się na czas. Dziwny, nieco zmieszany, lecz nie wstrząśnięty.
- Witam! – krzyknąłem i zacząłem ściskać kultowego reżysera, którego moja ofensywa zmieszała jeszcze bardziej. Zdawało mnie się, że nawet jego kolor twarzy przypominał biel świeżo pomalowanej ściany.
- Cześć – rzucił chłodno Witold.
Udaliśmy się w trójkę do wielkiej willi na obrzeżach miasta. Szliśmy w milczeniu.


........
Opublikowano

Jakoś nikt się nie wyrywa z komentarzem, to trudno - będę pierwsza :(
W moim odczuciu opowiadanie jest sentymentalne i bardzo „młodzieńcze”. Niektóre fragmenty mnie szczerze rozbawiły.
Sądzę, że biorąc pod uwagę objętość całości, dawkowanie tego tekstu w porcjach nie jest złym pomysłem. Pozdrawiam - Ania

Opublikowano

Podejrzewam, że duża ilość kolokwializmów powoduje taki odbiór tekstu, który w swojej wymowie raczej jest mało trywialny czy infantylny. Ale z tym sentymentalizmem to grubo przesadziłaś. Zwłaszcza po tym co się później dzieje... Zresztą co ja będę. Na końcu wydacie wyrok.

Opublikowano

1) W zdaniu „Wejściówki trudno było dostać, ale już po wejściu do środka cały trud zostawał nagrodzony…” – zaraz po tym, kiedy napisałeś, że wejściówki trudno było dostać, piszesz, że po wejściu… - zamiast, moim zdaniem, napisać, np. „ale po ich żmudnym (czy jakimś tam)załatwianiu, cały trud zostawał nagrodzany …
2) W tym samym zdaniu „…zostawał nagrodzony dawką niesamowitej muzyki, klimatem wolnej miłości i przyjaźni” – zbyt enigmatycznie i zupełnie niepotrzebnie, moim zdaniem, znalazło się tu słowo „dawką”. No bo jaką dawką? Zupełnie wystarczyłoby napisać, że zostawał nagrodzony taką to, a taką muzyką.
3) „W ciemnościach obszernych wnętrz prócz plakatów znanych muzyków przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych rozświetlanych co jakiś czas błękitem, czerwienią, purpurą oraz zielenią, znajdowały się dwa barki zaopatrzone w trunki.”
Opis nienaturalny. Ja po napisaniu takiego zdania, zapytałbym sam siebie, czy tak bym opisał knajpę swojemu koledze, gdybym z nim rozmawiał. Z pewnością nie. Ponadto napisałeś, że w ciemnościach znajdowały się plakaty i dwa barki. A przecież barki znajdowały się w ciemnych wnętrzach a nie w ciemnościach. Poza tym, plakaty nie znajdowały się we wnętrzach, tylko na ścianach. Mógłbyś napisać, że wisiały wewnątrz, gdyby tekst wskazywał na możliwość zawieszenia ich poza wnętrzem, np. w przypadku opisu jakiejś wielkiej wystawy plakatów, gdzie część prac znajdowałaby się dajmy na to na dziedzińcu zamkowym.

4) „Pomieszczenia wypełnione były tajemniczą atmosferą, mocą, otwartością serc.”
Dla mnie zdanie zupełnie niepotrzebne. Poprzednie zdania wystarczająco mi to zasugerowały.
5) „Na scenie pojawiały się każdego wieczora (za wyjątkiem poniedziałków i czwartków) dwa zespoły, które prezentowały materiał żywiołowy i pełen energii.” – Nie potrafię sobie wyobrazić muzyki żywiołowej, która pozbawiona byłaby energii. Ponadto, czy rzeczywiście każdy zespół, który tam występował grał muzykę żywiołową? Nie chce się wierzyć. A jeśli to prawda co napisałeś, to warto byłoby uwiarygodnić ten zapis i napisać, że właściciel skrupulatnie dobierał zespoły, lub coś w tym stylu.
A skoro ciężko było załatwić wejściówki do knajpy, to jest niemal jednoznaczne z tym, że bohater opowiadania nie co wieczór tam bywał. Więc skąd wie? A jak rzeczywiście wie, to niech napisze skąd wie. Tak, żebym ja czytelnik zaczął w końcu wierzyć jego słowom.
6) „Resztę nocy bywalcy spędzali na zabawie przy płytach gramofonowych.” – Jaką resztę? Nigdzie nie napisałeś ile czasu trwały koncerty. Jak dla mnie, zdanie w kontekście poprzedniego zdania od czapy.
7) „Pięknym zwyczajem było obdarowywanie kwiatowymi naszyjnikami osób, które pojawiły się samotnie w klubie. Można było dostać ten prezent i zostać poprowadzonym przez uroczą dziewczynę do barku, a czasami nie kończyło się na tym „poprowadzeniu”…” – Po pierwsze, jako czytelnik już jestem po koncercie, w trakcie zabawy przy płytach, aż tu nagle autor z powrotem ciągnie mnie do wejścia gdzie zapomniano mi zarzucić na szyję kwiatów. To powinno się znaleźć kilka zdań wcześniej! Napisałbym: „pojawiały”. To w końcu był zwyczaj z tymi kwiatami, czy go nie było? Bo w następnym zdaniu piszesz „można było dostać prezent” z czego wnoszę, że można go było też nie dostać. To jak w końcu z tym było? Albo zwyczajnie zmień coś w zdaniu, tak żeby sensownie zdania ze sobą współgrały.
8) „O innych urokach tego miejsca nie należy wspominać, ale zapewne każdy może się domyślać, że nie samym tańcem człowiek żyje.” – czemu nie należy wspominać? Cóż to za beznadziejny kronikarz z tego bohatera. No pisarzem, to on nie będzie skoro takie ciekawostki zatrzymuje dla siebie ;-) Ponadto, „każdy może się domyślać” ? Jak to strasznie brzmi! Napisz, po prostu „Każdy wie, że nie samym tańcem człowiek żyje.”
9) „Często te dodatkowe smaczki powodowały, że ostatnie osoby opuszczały lokal o dziewiątej rano. Słowo „opuszczały” jest oczywiście umowne.” – Nie rozumiem, czemu słowo „opuszczały” jest umowne?
10) „1969 to było miejsce, gdzie czas się zatrzymał.” – chyba „zatrzymywał”?

To były moje uwagi odnoszące się tylko do pierwszego akapitu. Daj znać, jeśli mój sposób krytyki Ci się podoba i jakiś pożytek z tego wynosisz. Póki co, moim zdaniem, tekst jest bardzo słaby technicznie. Kiedy to pisałeś, ile miałeś wówczas lat?

Opublikowano

Hmmm...
Trudno Donowi nie przyznać racji odnośnie uwag, ale w tekście coś jest, coś, co przykuło moją uwagę, by przeczytać do końca... Czegoś jest tu za dużo, a czegoś za mało... Co to jest - pozwolisz, że napiszę innym razem, zostawię sobie tę przyjemność:)

Pozdrówka:)
M.

Opublikowano

nie rozmawialiśmy o polityce, bo wydawała się nam paradoksalnie nudna - darowałbym "paradoksalnie"

Debry miasta Krakowa jak zwykle zapowiadały się ciekawie. - derby, nie debry. mógłbyś rozwinąć myśl, dlaczego zapowiadają się ciekawie itp., choćby jednym - dwoma zdaniami.

Ruszaliśmy w przeszłość, bo teraźniejszość nie dawała nam wytchnienia. W tej ucieczce znajdowaliśmy chwilowe ukojenie ulotne niczym impresja. Warto jednak było choć na moment dać się poprowadzić nurtowi pozytywnych zjawisk. Piątki były bardzo intensywne. Płynęliśmy niczym woda w rwącym potoku. Najważniejsza była improwizacja. Żywiołowe, nieplanowane imprezy wypadały najlepiej. - bardzo ładny opis; zrezygnowałbym jednak z przymiotnika "pozytywnie" - na rzecz jakiegoś innego.

Łyknąłem ćwiartkę lsd. Ktoś złapał mnie za rękaw i spytał czy nie mam więcej. Zaprzeczyłem i ponownie trafiłem na przeludniony parkiet. Tańczyłem, a rzeczywistość się powoli rozpływała. Pomieszczenie zaczęło wirować. Drwiło ze mnie usuwając spod nóg podłogę. Zataczałem się jak pijak. Jakimś tylko cudem nie upadłem. A muzyka powoli cichła, oddalała się echem odjeżdżającego pociągu. Zanikała w uszach, choć nie chciałem by tak się działo. W mgnieniu oka zapanowała wokół mnie pustka. Nie było ani Abla, ani bliźniaczek. Ciemności przykryły klub. Poruszałem się po omacku jak niewidomy. Błądziłem palcami, aż w końcu natrafiłem na ścianę. Oparłem o nią chude, zmęczone ciało i zastygłem w oczekiwaniu. Cisza jest przerażająca szczególnie wtedy, gdy nic nie można zobaczyć. Wyobraźnia pracuje w takich sytuacjach ze zdwojoną siłą, produkując szereg historii oraz niezliczonych domysłów. - super.

Podróż była długa i męcząca. Dostaliśmy dwa mandaty. Mój szalony kierowca był ich kolekcjonerem. „Wykroczenie, to moje drugie imię” – mawiał.
W Suwałkach było zimno. Padał deszcz. Na szczęście nie musieliśmy na Witolda Garowskiego zbyt długo czekać. Zjawił się na czas. Dziwny, nieco zmieszany, lecz nie wstrząśnięty. - po mawiał winieneś wkleić gwiazdkę, zrobić przerwę, bowiem rzecz toczy się zbyt szybko, momentalnie przeskakuje.

Dziwny, nieco zmieszany, lecz nie wstrząśnięty. - mistrzowski opis.

Ten tekst jest mi bliski z jednego powodu: pewnego bohatera. Czytałem "Różową..." już kiedyś i muszę przyznać, że ponowny kontakt nie ujmuje wiele pierwszemu wrażeniu; przeciwnie. Nie chcę słodzić, ale tym razem posłodzę, dwie łyżeczki: przeczytałem z zainteresowaniem i bardzo mi się podobało. To jest jeden z lepszych Twoich tekstów. Jego styl jest taki... niepolski, bliżej mu do klimatu choćby "Las Vegas Parano", a trochę dalej do Burroughsa (chociaż także miałem pewne skojarzenia). Parafrazując jednego z najbardziej znanych prezesów w naszym kraju: "ostatni raz bawiłem się tak podczas lektury w 1979 roku". Mnóstwo smaczków, dowcipów; myślę, że zrozumiałych dla wszystkich.

A teraz, aby nie było nazbyt słodko, Konradzie: miejscami przechodzisz do następnego etapu nazbyt szybko. Przydałoby się trochę opisu pomiędzy Łodzią - Zakopanem - Poroninem - Suwałkami. Jeśli czegoś mi zabrakło, to właśnie opisów - choć może niekoniecznie przydługich - i dialogów prowadzonych w takim tonie jak te z Parkulesem: pozornie odstraszających cnotliwych obywateli RP, ale pełnych językowych i humorystycznych fajerwerków. Metaforyzując, zanim staniesz się boski (max.), Konradzie, po drodze musisz stać się po kolei solidny, znakomity, fantastyczny, olśniewający... Wiadomo:)

Czekam na kolejne części. Niech moc będzie w Tobie.
Pa.

Opublikowano

No to mam materiał do przemyśleń. Tekst na pewno ulepszę. Wierzę, że Ania choć już się wpisała, to dorzuci trochę sugestii od siebie.

Rozgryzłeś mnie Jay Jayu, nie umiem trzymam tempa, czasami za bardzo się wyrywam. Muszę naprawić ten feler, bo zatrę silnik, nim dojadę do mechanika. Podziękował, pobłogosławił i pokłonił się.

Opublikowano

Pierwszy większy pisk kół pociągu, hamującego na stacji:
’’ W klubie zanikały wszelkie nacjonalizmy i kompleksy narodowe, nie rozmawialiśmy o polityce, bo wydawała się nam paradoksalnie nudna i przewidywalna w swej nieobliczalności ’’ – nie potrzeba paradoksu, żeby uznać, że polityka jest cholernie nudna, ale następny zwrot: ’’ przewidywalna w swojej nieobliczalności ’’ dopiero mnie dobił:). Jak coś, co jest nieobliczalne, może być przewidywalne? Chyba, że jest nieobliczalne do pewnego stopnia…
Następne zdanie: może powinno być: ’’ Czerwonej Sali ’’?
Somebody to love dobrze by było ubrać w cudzysłów, albo w kursywę chociaż zamienić
’’ Zapachy pięknych kobiet pachnącym jak świeże owoce ’’ – pachnących
’’ - Idę do domu – rzuciłem na odchodne mojemu menadżerowi nastroju - Abelowi.’’ – Ablowi.
’’ … z Shaquillem O`neillem.’’ – z Shaquilem O’ Neillem
’’ … rozmyślałem o „Bezkrwawej” Monice” – ’’ Bezkrwawej Monice ’’
’’ - „Ptyś – wielka trylogia suwalska: Kosmiczny anal w Okuniowcu, Braciszek w akcji i Wielka penetracja mrocznych miejsc” – jeżeli Wielka Trylogia Suwalska to – ’’ Kosmiczny Anal ’’, ’’ Braciszek W Akcji ’’ i ’’ Wielka Penetracja Mrocznych Miejsc ’’
’’ Przejął i obruszył. ’’ – może - ’’ Przejął się i obruszył ’’?

Widać, żeś się rozkręcał w trakcie pisania:), bo w/g mnie, pierwszy kawałek tekstu jest gorszy od pozostałej części...
Niektóre wyrażenia wydają mi się trochę sztuczne, takie wyalienowane z rzeczywistości, w której wartko płynęła akcja – wyławia się to z zadyszek rytmu w trakcie czytania.
Ale!
Podoba mi się, wiem, że chciałeś napisać ten tekst ponad czasem, dlatego może się on wydawać dla jednych młodzieńczy, dla innych niezrozumiały, jak dla mnie – można się w nim pokusić o uniwersalizm:)

Kąpanie się we wrzątku nie jest Ci obce?

To tekst drogi, tak jak są filmy drogi, i książki drogi(e):)

Pozdrówka:)
M.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.





Nie chcę uprzedzać faktów lub wprowadzać w błąd, ale mam wrażenie że "Różowa zapalniczka" w dalszych partiach jest dojrzalsza. To moje subiektywne spostrzeżenie.

Ten opis klubu powstał znacznie wcześniej, zastanawiam się czy aby go nie skrócić lub wywalić. Jest w nim zbyt wiele rzeczy, których bym już dziś nie napisał. Praktycznie 90% uwag przyjmuję i w wolnej chwili je wprowadzę. Dzięki za trudy. I do zobaczenia w drugiej części.
Opublikowano

Jest spoko. Przechodzę do drugiej części i tam coś obszerniej skomentuję.

Tytuły pornusów zmień na twardsze i prawdziwsze. Wystarczy spojrzeć na gazetki w kiosku :) Np."Dziewczyny w chujowej potrzebie" :) Prócz tych tytułów reszta mi się podoba. Bardzo spójny tekst.

OK. Do zaobaczenia w drugiej części.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Za moimi plecami pojawił się enkawudzista. Był w doskonałym humorze. I nie wiedziałem tylko czy to z powodu tego, że wiedział o tym, że Żerebcow wywołuje  tak wielkie uczucie strachu, czy może z powodu  rozkazów jakie mu przekazano.   Wychodź Żerebcow. Koniec wycieczki. Kota zostaw nie będzie Ci potrzebny,  mały, czarny pluszak. Teraz będziesz co najwyżej tulił się z zimna do ciał kolegów w baraku.   Żerebcow już miał zamiar prostować kolana, gdy enkawudzista poklepał mnie  zuchwale po ramieniu.   Rozkazy się zmieniły lejtnancie. Góra nie chcę już więcej o nim słyszeć  ani przerzucać go z miejsca w miejsce. Dość już jego wątpliwej legendy. Podobno nie można go zabić. Podobno odradza się zawsze po egzekucji. Drugi pieprzony Rasputin. Ale nie ma takiego Diabła,  którego nie potrafiłby zgładzić  ludowy komisariat obrony. Prawdziwy człowiek radziecki  i piekło może zamrozić jeśli tylko chcę. Plan jest taki. Wy lejtnancie jedziecie z nim do lasu. Kierowca zna miejsce. Moi ludzie już wszystko tam przygotowali. Wysiadacie wieczorem. On klęka, wy strzelacie.  Moi dobijają bagnetami. Nawet go nie grzebcie. Wilki i niedźwiedzie  posilą się krwawą padliną. Wracacie w nocy. Spisujemy raport. Wychylamy kilka szklanek  za dobrze wykonaną robotę. W tajemnicy Wam powiem lejtnancie, że za zabicie tego wrzoda  na radzieckim organizmie, dostaniecie order czerwonego sztandaru, sam towarzysz Beria za tym optował. A nie powiecie mi chyba, że nie chcielibyście dostać  przepustki do stolicy. Tu tylko jaja można sobie odmrozić. A tam będziecie towarzysz i gieroj. Bohater naszych czasów. Ta akcja nie może czekać. Jeździe już teraz. Dopilnuję obozu przez te kilka godzin.   Uścisnął mi rękę i prawie siłą  wepchnął na pakę ciężarówki. Chciałem więcej wyjaśnień, omówić plan działania. Zamierzałem się sprzeciwić. Ale co mógł prosty czerwonoarmista  wobec potęgi komisariatu obrony. Wobec całej potężnej maszyny śmierci.    Kierowca rzucił okiem za siebie  i zauważył że usadowiłem się niemrawo prawie dokładnie naprzeciw literata.   Jeśli coś będzie nie tak lejtnancie, krzyczcie a najlepiej  bijcie dłonią w ścianę szoferki. Ja mam tu pistolet. Spojrzałem z niedowierzaniem  na enkawudzistę    Jak mam eskortować więźnia bez broni? Chcę wrócić po pistolet i proszę o eskortę w postaci dwóch dodatkowych ludzi. Moich zaufanych ludzi.   Enkawudzista machnął tylko ręką.   Eskorta do Żerebcowa?! On nigdzie nie ucieknie. Zresztą dokąd? Do najbliższej większej osady przeszło osiemdziesiąt kilometrów. Do miasta trzysta. A na termometrze dziś  prawie minus trzydzieści pięć stopni. Zresztą on nawet nie jest związany. Nie musi. Nie wie na jakim świecie jest. Nie odzywa się słowem od tygodni. Zresztą zobaczcie sami.   I faktycznie Żerebcow stwarzał pozór osoby obłąkanej i zupełnie nieobecnej w rzeczywistości. Nie wiem czy rozumiał o czym rozmawialiśmy. Czy wiedział o tym, że za kilka godzin zginie? Czy rozumiał cokolwiek  z tego co się wokół działo. Siedział i z błogim uśmiechem małego chłopca,  głaskał kota,  który zdążył zasnąć na jego kolanach. Widać literat i kot  byli razem w siódmym niebie. Ciężko było dyskutować o tym  co powinno się zrobić  i jak powinno się teraz postąpić. To był rozkaz,  którego nie mogłem zlekceważyć.   Jechaliśmy już przeszło godzinę. Kilka minut temu, rozpadał się ostry, wirujący dziko na wietrze śnieg. Przesiąkłem odorem paki. Wszystko wokół cuchnęło. Na dodatek opary paliwa  łatwo przechodziły na tył pojazdu i powodowały astmatyczne napady  duszności i kaszlu. Żerebcow nie reagował. Miał zamknięte oczy  i odchyloną delikatnie głowę. Ale nie spał. Wydawało się jakby słuchał tej ciszy. Jak gdyby delektował się podróżą  w swoich własnych myślach. Może pisał w nich kolejny wiersz. List pożegnalny. A może jednak był pewny ocalenia. Kolejnej cudownej ucieczki  i oszukania systemu. Tutaj jednak mógł usłyszeć go jedynie  Bóg i Diabeł. No i ja, gdyby tylko  chciał wreszcie cokolwiek powiedzieć.   Kierowca jechał bardzo ostrożnie  a mimo to ciągle łamaliśmy pod kołami, powalone pnie, korzenie i zbitą zmarzlinę, która była tutaj po prostu drogą do nikąd. Byłem bardzo zdenerwowany a nie miałem przy sobie  nawet grama tytoniu i bibuły. Wódki też nie. A zająłbym chociaż czymkolwiek, ciągle drżące z przejęcia dłonie. Nagle, zupełnie bez zapowiedzi, z rogu paki wypłynęło źródło głosu. Były to słowa wypowiadane  starannie, powoli wręcz sennie. Był to głos cichy lecz mocny. Wychodzący jednak jakby spod ziemi.     Lejtnancie… zaczął cicho Paweł Fiodorowicz, nie odrywając wzroku  od narzuconego brezentu  Mówi Wam coś nazwisko Levenstern?  Był Waszą ostatnią ofiarą, prawda?   Drgnąłem, gdzieś wewnątrz. Serce zakuło mnie w piersi  a w krtani narosła twarda kula. Nie winy. Nie wstydu. A paraliżującego strachu. Jak to możliwe?! To nazwisko powinno leżeć w ciszy tajgi. Nikt o tym nie mógł wiedzieć. Nikt!   Skąd o nim wiecie, Żerebcow?  Wychrypiałem nie patrząc na pasażera. Co wam do niego?   Był szpiegiem niemieckim w czasie wojny...  a raczej tak właśnie sfabrykowano dowody.   Kontynuował literat  z tym samym niepokojącym spokojem,  jakby czytał nekrolog w porannej gazecie.   Zastrzeliliście go dokładnie tam,  dokąd mnie teraz zabieracie.  Widzę go, Lejtnancie.  Stoi tam i czeka na towarzystwo.     Poczułem, jak pot spływa mi po karku,  mimo dojmującego mrozu.  Kim on jest? Świętym? Przeklętym? Carskim upiorem dawnej epoki? A może sumieniem kata? Bo nie literatem. Był mistrzem z piekła rodem.   Nawet jeśli, Żerebcow...  to już niedługo Wy zajmiecie jego miejsce ostatniego w wyliczance.   Uciąłem brutalnie,  odzyskując na moment pewność siebie.    Kierowca o mało co nie wywrócił nas do rowu, którego nie zauważył przed nosem pojazdu. Zawieszenie jęknęło, koła po lewej stronie oderwały się od podłoża i bardzo opornie wracały na swoje pierwotne miejsce. Dopiero teraz Żerebcow  jakby ocknął się z maligny. Wyjrzał do szoferki i radośnie oświadczył w przestrzeń lub do rozmówcy w swoim umyśle.   Był ostatni.  Szepnął radośnie.  Gładząc się po skołtunionych włosach.   Będzie ostatni.  Odpowiedział trzeci głos.   Zamarłem jak panujący wokół mrok i mróz To nie był głos Żerebcowa,  ani tym bardziej, przerażonego kierowcy.  To był dźwięk niski, chropowaty,  wibrujący jak pomruk nienasyconego pieca.  To było absolutne szaleństwo ale zwróciłem powoli wzrok na ostatniego pasażera.   Kocur zdawał się spać,  pogrążony w błogim spokoju,  ale gdy mój wzrok spoczął na jego futrze, zwierzę powoli otworzyło prawe oko.  Było złote, głębokie  i pełne nieludzkiej wiedzy.  Kot nagle puścił do mnie oczko  a na jego pyszczku wykwitł  ten sam podle ludzki uśmiech,  który zwiastował koniec pewnego świata.    Przecież... to tylko kot. Wybełkotał kierowca,  ale jego głos utonął w wyciu silnika,  który nagle wszedł  na nienaturalnie wysokie obroty,  jakby chciał uciec  z tego przeklętego Studebakera. Żerebcow cicho przytaknął a kocur znów zamknął oko,  mrucząc rytmicznie Ostatni... ostatni…   Znów każdy pogrążył się w swoich myślach. Jego milczenie denerwowało mnie. Doskonale już teraz wiedziałem, że on wie dosłownie o wszystkim. Zna moje ofiary, moje troski i problemy, czuje mój strach, widzi całe moje życie. Dlatego jego milczenia nie odbierałem w kategorii spokoju i harmonii  a drwiny z mojej osoby. Żerebcow znów oparł wysoko głowę  i wbił wzrok w sufit paki. Chciałem zasypać go pytaniami. O twórczość, której szczerze nie znałem. O to czy ma jakąś rodzinę albo dzieci. O jego liczne ucieczki i cudowne ocalenia. Przecież mówi się,  że to piekło we wszystkim mu pomaga. I przynajmniej kot,  jest jakąś częścią tego diabelskiego planu. Ale Żerebcow? Tak nie wygląda Diabeł. Nie wiem jak mógłby wyglądać,  lecz z pewnością nie tak. Nie jak człowiek. Znudzony, zmęczony, dziwnie spokojny zupełnie zwyczajny  a zarazem głęboko niezwykły.   Wreszcie ciężarówka wykonała  ostatnie półkole wokół,  wyrwanej z trudem tajdze polany. Silnik zachłysnął się ostatni raz i zgasł. Naprzeciw naszego pojazdu, zaparkowany był Zis z oddziałem żołnierzy. Nasz kierowca wysiadł do nich pierwszy  i z wyraźną ulgą po opuszczeniu szoferki, ściskał im kolejno dłonie. Byli w szampańskim humorze. Srogo pochlali. Krzyczeli, śmiali się, podskakiwali  i oklepywali ciała,  zamaszystymi ruchami ramion, próbując się ogrzać.   Nie musiałem nic robić z więźniem. Żerebcow zrozumiał, że to finalny postój i wygramolił się niezdarnie na zewnątrz. Kot czmychnął jego śladami. Gdy ja wreszcie uwolniłem się  z tej brezentowej klatki. Stanąłem twarzą w twarz z Żerebcowem. Ten w ogóle nie przejmował się  zadymką śnieżną i stał dumnie wyprostowany i zupełnie nieczuły na wszystko. Oczy literata były jednak inne. Wreszcie pytały i one.   To moja mogiła lejtnancie?  Doskonała. Chłopcy spisali się na medal albo nawet order i wakacje w Odessie.   Zadziwił wszystkich gdy zbliżył się do rowu, wykopanego nierównomiernie i na tempo. Padł przy nim na kolana,  nachylił się i zawołał do ciemni.   Levenstern przyjacielu,  za chwilę będziesz miał towarzystwo.   Chciał jeszcze wstać, lecz dwóch strażników doskoczyło do niego  i brutalnie popchnęli go  nad samą krawędź,  skutej lodem czerni grobu. Nie bronił się, nie wołał Boga ani łaski. Poprawił tylko kołnierz palta. Wywinął go z taką formą etykiety, jak gdyby wchodził na przedstawienie leningradzkiego baletu czy teatru. Przygładził jeszcze włosy, dłuższe kosmyki powędrowały za uszy. Odetchnął jedynie głęboko. Nie z ulgą a ze zniecierpliwienia. Widać skoro mu było w objęcia śmierci, lub do jakiś kolejnych magicznych sztuczek. Jeden ze strażników wręczył mi pistolet.   Wasza kolej towarzyszu lejtnancie. Koniec jego ziemskiej wycieczki. Tym razem Diabeł się nie wywinie. Jeden strzał w głowę  a my dokończymy jeśli będzie trzeba.  Spojrzałem jeszcze za siebie na kierowcę. Gdyby mógł to krzyczałby. Ruchy, ruchy lejtnancie. Moskwa czeka. Gdzieś na granicy polany  zaświeciło się coś złotego. Owalne jak moneta lecz bezsprzecznie żywe. Oko czarnego kocura. Patrzył cały czas. Trzeba będzie też go zastrzelić  razem z jego panem. Tak by mieć spokojne sumienie.   Wyciągnąłem pistolet.  Moja dłoń, dotąd tak karna  i posłuszna systemowi,  drżała w sposób haniebny.  Nie z powodu mrozu.  Czułem, jakby tysiące niewidzialnych mrówek chrzęściło pod moją skórą,  paraliżując każdy nerw.  Spojrzałem na Żerebcowa.  Zgarbiony, spokojny,  z tym samym  błogim uśmiechem małego chłopca,  czekał na uderzenie ołowiu.   Podniosłem broń.  Wycelowałem w potylicę studenta.  Świat wokół zamarł.  Czas przestał biec do przodu,  a pętla fatum zacisnęła się na mojej krtani. Pociągnąłem za spust. Huk rozdarł ciszę tajgi,  a ciało poety runęło bezwładnie  w przygotowany rów. Strażnicy rzucili się do mogiły  jak wściekłe psy. Kuli ciało raz za razem, aż do momentu omdlenia ramion.   A potem nastał poranek. Mgła przedświtu,  gęsta i szara jak dym z podłych papierosów, osiadła nisko nad polaną. Nad polaną na której  nie pozostawiono tylko ciała literata  w płytkim grobie. Śnieg wokół był pełny  czarnego brudu lub sadzy. Drzewa miały okopcone pnie. Wszędzie wokół unosił się także,  drażniący smród siarki. Studebaker i Zis nadal stały frontem do siebie. Nie było wokół nikogo. Ani na polanie ani w lesie, ani na pakach czy w szoferkach. Lejtnant i strażnicy  nie wrócili z akcji do obozu. Oficer czekał na ludzi i raport. Nie było gratulacji, obietnicy awansu. Nie było niczego. Poza ciszą.  Martwą i złowrogą. Wysłano więc kolejny oddział na miejsce. W końcu robota  mogła być wykonana wzorowo. Żerebcow nie żył  a oni w drodze powrotnej, mieli wypadek albo zgubili drogę  w śnieżnej zamieci. Drugi oddział strażników  przybył na miejsce egzekucji z opóźnieniem, klucząc Studebakerem  pośród zwalonych pni.  Gdy żołnierze wysiedli z wozu,  nienaturalna cisza lasu  sparaliżowała ich kroki.     Nad otwartą, czarną mogiłą  stały dwie postaci. Paweł Fiodorowicz Żerebcow,  nienagannie młody,  z czujnym i bystrym wzrokiem petersburskiego filozofa,  trzymał na rękach wielkiego, czarnego kocura. Na jego brudnym palcie  nie było śladu krwi,  a czas wydawał się omijać jego oblicze szerokim, lękliwym łukiem. Obaj z kotem trwali w milczącej zadumie, spoglądając w dół,  do wnętrza ziemnego grobu. Tam, na dnie lodowatego rowu,  pośród grud zmarzliny,  spoczywało ciało lejtnanta.  Jego oczy były szeroko otwarte,  wybałuszone w ostatecznym,  pośmiertnym zdziwieniu,  a na ustach zastygał krwawy spazm paranoi. Martwy kat leżał dokładnie tam,  gdzie kilka godzin wcześniej  miał spocząć poeta.   Żołnierze zamarli na linii drzew,  niezdolni do oddania choćby  jednego strzału z pepesz.  Wtedy, pośród arktycznego milczenia Syberii, czarny kocur uniósł poszarpane lewe ucho, spojrzał na Żerebcowa  i przemówił ludzkim, chropowatym głosem, który wibrował jak  pomruk nienasyconego pieca.   Fatalnie… fatalnie tak mój drogi przyjacielu, stracić zupełnie głowę  dla godnej pożałowania sprawy.   A Żerebcow tylko cicho mu przytaknął,  po czym obaj odwrócili się plecami  do armii straceńców  i odeszli wolnym, dystyngowanym krokiem  w gęstniejącą mgłę tajgi.   Nikt za nimi nie pobiegł ani nie strzelał. Zjawa była wolna. I było tylko kwestią czasu, gdy znów ją schwytają  gdzieś w ciemni rozpadającej się komunałki. Z maszynopisem w jednej dłoni A z kartą wiersza w drugiej.      
    • wiosną koniku wio sną niech wstają ptaszki chcą paszki a może jest morze i rosa i maj i rosną watry wiwaty i wiatry i mają się dobrze kwiaty i krople dżdżu wyłażą dżdżownice i rośnie radośnie tak ona i on jak ja i ty w deszczową toń „Jeśli deszcze w maju, wszystko rośnie jak w gaju” 
    • @Stukacz, @Berenika97, @viola arvensis, @violetta, @Poet Ka  dziękuję bardzo
    • @viola arvensis dziękuję
    • @viola arvensis dziękuję
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...