Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

fiodor fiodorowicz swawolenko
wiesza na hak wbity w belkę
trzy snopy światła po trzy dusze każdy
w imię matki i córki i ducha agaszy
horda much stacjonuje
na wyszarzałym sklepieniu
czas upchnięty w pajęcze sieci
kołysze siostra kornika
cisza

o świcie widmo agaszy
wyżyma z chmur wiadro wody
perliste strużyny nabiera w usta
i rosi głowę śpiącego
wstawaj fiedia luboczku
haki ciężarne od dusz
już pora babskie żniwo
zataszczyć świętemu pietrowi
na odkupienie

Opublikowano

Nie pomnę, ale już ktoś kiedyś tu na orgu pisał w duchu
fiodora fiodorowicza:) - mniejsza o to;
ale jak swawolenko to może przywołać w pierwszym wersie
grigorija jefimowicza rasputina?
:):)
Wiersz przedni.
Pozdrawiam

Opublikowano

świetne Doroto to Twoje kresowanie ;)
Co prawda świętego w Pietię bym przechrzcił, ale to drobiazg.
Szkoda, że zabrałaś ten poprzedni (szukałem)
- o, było co poczytać. :)
Pozdrawiam.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Przetłumaczony wygląda tak:
Святого Петра
czyli jednak Dorota napisała poprawnie (?),
choć wydawałoby się że Pietia.
Też zwróciłam na to uwagę dlatego sprawdziłam :)
A wiersz świetny, tamten poprzedni (wyskakujący przez okno kot)
przydałby się dla porównania :)
Lubię takie klimaty.
Bardzo dobry :))
Pozdrawiam.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Zapewne nie chodzi tu o mnie, ale rzeczywiście jest to drugi wiersz napisany w tym tonie.
Rasputin angażował się w sprawy polityczne, tym samym jeśli dostąpił czyśćca, to pewnie innego rodzaju :) - ale pomysł inspirujący!

Dziękuję za wizytę i przy okazji lekturę ciekawych wierszy /link pod nickiem/.
Pozdrawiam :)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...