Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

SIC TRANSIT

Dramatis personae

Kenneth O’Connor – komisarz policji
sierżant Ester – komendant posterunku policji w New Dublin
doktor Warwick – kierownik Zakładu Entomologii Stosowanej
mjr Stone – dowódca jednostki wojskowej
Richard Baxton – aktor
Liz Sailor – aktorka, żona Baxtona
Pamela – córka Baxtonów (lat 12)
Prof. Paine – Dyrektor Instytutu Zoologii
porucznik Stewart – II oficer Santa Marii
Peter Locke – zbiegły z więzienia zabójca
Anna Callaghan – była narzeczona Petera
Bill O’Hara – szwagier Anny
Samson – policjant udający hippisa
mr Herrer – Wielki Mistrz Bractwa Szatana
Fred – Członek Bractwa
mr. Clark – właściciel psa imieniem Huckleberry
kapitan Santa Marii
Sulejman – pośrednik agencji zatrudniającej marynarzy
oraz żołnierze, oficerowie, policjanci, terroryści, dzieci i one


1

W sunącym autostradą, prowadzonym przez starszego, łysawego faceta Mercedesie S-klasy siedziało, oprócz kierowcy jeszcze czterech młodych, ubranych w mocno wypłowiałe dżinsowe komplety mężczyzn. Nieopodal, szosy połyskiwała tafla, wyjątkowo tego dnia spokojnego oceanu. Samochód skierował się na „ślimaka” i opuścił autostradę, by po chwili znaleźć się w podmiejskiej dzielnicy dużej aglomeracji, której wieżowce, niczym zęby szczerbatego grzebienia kłującego jasnobłękitne niebo ukazały się przed przednią szybą samochodu. Po chwili znalazł się w rzece pojazdów płynącej przez centrum portowego miasta, skręcił w boczną, nieco spokojniejszą uliczkę, po czym zatrzymał się przed niewielkim hotelem. Młodzi pasażerowie opuścili chłodne wnętrze auta, i po wyjęciu z bagażnika marynarskich worków znikli w drzwiach budynku. Samochód ruszył, a po chwili stanął przed wejściem imponującego gmachu Hiltona. Przyobleczony w pełną mundurową galę, usłużny portier otworzył drzwi samochodu, a boy, po wyjęciu walizek z bagażnika, podążył w ślad za ich właścicielem.
Kiedy, po załatwieniu formalności w recepcji, dotarli do apartamentu, mężczyzna wręczył boyowi napiwek, po jego zaś wyjściu podniósł słuchawkę i wybrał numer.
– Hello! Witam pana, majorze. A więc dziś wieczorem. Zechce pan może określić miejsce spotkania.
– ...
– Tak, znam ten lokal. Będę o dziesiątej. Do zobaczenia.
W tym samym czasie płynący pod liberyjską banderą drobnicowiec „Santa Maria” zbliżał się do lądu. W oddali widać już było światła miasta i portu. W końcu silniki umilkły, a statek rzucił kotwicę i stanął na redzie.

2

Tuż nad brzegiem zatoki, po drugiej stronie której widać było połyskujące w oddali światła miasta, u stóp wysokiej sterczącej z oceanu skały posadowiła się niewielka knajpka. Na przylegający do niej parking podjechało czerwone BMW. Wysiadł zeń wysoki, szczupły mężczyzna w średnim wieku, ubrany w nienagannie skrojony popielaty garnitur i śnieżnobiałą koszulę, oraz ciemnowiśniowy krawat. Wszedł do restauracji, jednym rzutem oka zlustrował zadymione wnętrze i zdecydowanym krokiem podszedł do stojącego w kącie stolika, przy którym, nad szklanką piwa siedział mężczyzna z Mercedesa. Przysiadł się bez słowa i u przechodzącego obok kelnera zamówił kawę. Gdy kelner postawił parującą filiżankę na stole obaj mężczyźni nachylając się nieco ku sobie rozpoczęli cichą rozmowę, bacząc, by nikt nie mógł poznać jej treści. Po chwili człowiek z Mercedesa wyjął z wewnętrznej kieszeni marynarki żółtą kopertę, której grubość zdaje się wskazywać na bogatą zawartość i wręczył ją swemu interlokutorowi, po czym opuścił lokal, płacąc w barze za piwo. Drugi zaś dopił swoją kawę i podszedł do baru.
– Proszę whisky.
Barman sięgnął po szklaneczkę.
– Butelkę.
– Jaką?
– Najlepszą.
– Zapakować?
– Proszę.
Barman włożył butelkę do kolorowego kartonu i wręczył pakunek klientowi, który podał mu banknot.
– Reszty nie trzeba.
– Dziękuję bardzo., zrobiłem świetny interes – uśmiechnął się barman.
– Ja również – mruknął pod nosem nabywca trunku, po czym wyszedł z lokalu.

3

W kabinie kapitana „Santa Marii” obok siedzącego za biurkiem gospodarza przebywał drugi oficer statku – porucznik Stewart .
– ...tak więc, proszę się nie denerwować, poruczniku, ale takie jest życzenie kontrahenta i musimy się do niego dostosować, choć obaj doskonale wiemy, że nikt nie zrobi tego lepiej od pana.
– W porządku, kapitanie. Jest mi to zupełnie obojętne. Czy mogę już odejść?

4

Znany nam już ze spotkania w restauracji mężczyzna siedział za biurkiem. Na ścianie za jego plecami widniała flaga i godło państwowe. Do biura wszedł policjant z dystynkcjami sierżanta na rękawie bluzy.
– Panie majorze, sierżant Pratt melduje się na rozkaz!
– Siadajcie sierżancie i słuchajcie uważnie. Jutro wchodzi do portu liberyjski drobnicowiec „Santa Maria”. Macie zdjąć z pokładu czterech ludzi.
– Rozkaz, panie majorze. Proszę o nazwiska.
– Nic nie zrozumieliście, sierżancie. Chodzi o czterech dowolnych ludzi. Cztery sztuki – zaakcentował słowo „sztuki”. – Rozumiecie?
– Jak to – dowolnych? Rzeczywiście nie bardzo rozumiem...
– Nie sprawiajcie mi zawodu, sierżancie. Miałem was za bardziej bystrego. Takie otrzymałem polecenie... – wymownym gestem kciuka wskazuje ku górze – ...i sam nie wiem, o co chodzi.
– W porządku. Rozkaz, to rozkaz.
– Tylko uważajcie. Nie ma to wyglądać jak losowanie stron na boisku piłkarskim, lecz macie stworzyć pozory zatrzymania konkretnych osób. Aha, jeszcze jedno: w tej czwórce powinno znaleźć się dwóch maszynistów.
– Rozumiem, panie majorze. Może pan na mnie polegać.
– Nie muszę chyba dodawać, że sprawa jest poufna? Nawet wasi ludzie nie mogą się niczego domyślać.
– Oczywiście, panie majorze.

5

Do burty „Santa Marii” przybiła motorówka i na pokład, po zrzuconej ze statku drabince sznurowej wspiął się pilot. Stając na pokładzie przywitał się z oczekującym nań kapitanem, po czym obaj udali się na mostek. Rozległ się donośny zgrzyt łańcucha kotwicznego. Po chwili śruby statku zaczęły burzyć wodę i „Santa Maria” powoli ruszyła, minęła główki falochronu i majestatycznie przybiła do jednego z nabrzeży. Marynarze rzucili cumy. Maszyny zostały zatrzymane. Pilot, odprowadzony przez kapitana aż do trapu pożegnał się z nim i zeszedł na ląd.

6

Przy jednej z wiodących do portu ulic znajdował się niewielki kantor pośrednictwa pracy dla marynarzy i dokerów. Stanowił go przedzielony barierką pokój. Po jednej stronie, obok zaopatrzonych w brzęczyk drzwi stało kilka krzeseł, po drugiej – chwiejące się biurko i dwa krzesła oraz szafa na dokumenty. Obok szafy znajdowały się drzwi prowadzące do mieszkalnej części domu. Przy biurku siedział niemłody, bardzo otyły mężczyzna, z obliczem przyozdobionym długimi, czarnymi wąsami. Czerwony fez na siwiejącej głowie i nargile obok biurka nie pozostawiały żadnych wątpliwości, co do kraju pochodzenia jego właściciela. Mimo stojącego na biurku, skierowanego w jego stronę wentylatora, co chwila z czoła i karku ocierał pot trzymaną w dłoni wielką, kraciastą chustką.
Rozległ się dźwięk brzęczyka i do kantoru wkroczyli czterej młodzi pasażerowie Mercedesa. Mężczyzna przy biurku uniósł się lekko z krzesła, przywołując na twarz zawodowy uśmiech – pomiędzy mięsistymi wargami błysnął przy tym złoty ząb.
– Witam szanownych panów. Czym mogę służyć?
– Chcemy zamustrować – oświadcza jeden z nich – ale chcemy pływać na jednej łajbie. Oto nasze książeczki żeglarskie.
– Aj, aj! To będzie bardzo trudna sprawa. Więcej mam chętnych do pracy, niżeli zapotrzebowań. Trudno upchnąć jednego człowieka, a co dopiero czterech... No, cóż... Zostawcie mi swoje adresy. Jak coś się znajdzie, to was zawiadomię. Ale nie spodziewajcie się, by udało mi się załatwić to wcześniej, niż za jakiś miesiąc, lub dwa.
– Jesteśmy dobrej myśli i sądzimy, że znajdzie się coś znacznie wcześniej. Zaczekamy w tawernie naprzeciwko.
– Proszę bardzo. Ale tam o drugiej w nocy zamykają – uśmiechnął się ironicznie.
– Dobrze, dobrze. Nie bądź taki dowcipny. Na pewno znajdziesz coś dla nas jeszcze dzisiaj.
Mówiąc to czterej kandydaci na wilków morskich opuścili kantor. Zdumiony ich pewnością siebie pośrednik spoglądał w ślad za wychodzącymi, z powątpiewaniem kręcąc głową.

7

Załadunek „Santa Marii” dobiegł końca. Porucznik Stewart, stojąc oparty o reling ze złością wyrzucił za burtę wypalonego zaledwie do połowy papierosa i spogląda w stronę luku drugiej ładowni, gdzie, pośród uwijających się, obnażonych do pasa – przeważnie czarnych dokerów stał niewysoki facet, o wyraźnie azjatyckich rysach twarzy, ubrany mimo upału w czarny garnitur i, zapiętą pod samą szyję białą koszulę.
Stewart sięgnął po następnego papierosa.
Cóż taki szczur lądowy może wiedzieć o sztauerce? – rozmyślał. Niby do niczego się nie wtrąca, ale wszędzie wpycha nos, każdemu patrzy na ręce. Wygląda raczej na szpicla, niż przedstawiciela firmy handlowej.
Ostatnia porcja ładunku znika w głębi ładowni.
Ciekawe, co też może być w tych skrzyniach... Tylko dziecko dałoby się nabrać na te ich listy przewozowe. Mógłbym postawić całą swoją roczną pensję przeciw garści orzechów, że nie zawierają one żadnych części maszyn. To coś znacznie ważniejszego. Zresztą stary zdaje się być tym ładunkiem bardzo przejęty. No i ten Koreańczyk... Ale co mnie to w końcu może obchodzić...
Marynarze i dokerzy opuścili ładownię. Jeden z członków załogi podszedł do Stewarta.
– Skończone, panie poruczniku. Sprawdzi pan?
– Już idę. Albo nie... w końcu był ten facet. Możecie zamykać.
Tymczasem człowiek, o którym mowa udał się w kierunku kabiny kapitana. Zapukał energicznie i – nie czekając na zaproszenie – wszedł do środka.
Rozgniewany niespodziewanym najściem kapitan zerwał się z fotela, ale rozpoznawszy przybyłego rozpogadza się.
– No i jak tam leci panie Kim?
– Juś skońcione. Właśnie zamykają luk. Niedługo moziecie odbijać. Psipominam jednak pana, zie uran to nie piłki tenisowe i nalezi się obchodzić z nim ostroźnie, jak z jajkiem. Ziaden wybuch, co prawda nie zagrazia, ale zawsie jest to niebezpiećna zieć.
– Proszę się nie obawiać. Różne rzeczy już w życiu woziłem – i to w znacznie mniej bezpiecznych czasach. Mógłbym godzinami opowiadać o operacji „Pustynna Burza”. Co prawda, wtedy nie byłem jeszcze kapitanem, ale...
– ...to niech pan napisie o tym ksionśke – przerwał mu Kim – ale na razie prosie myśleć o tym ładunku, nie o psieśłości. A jeśli zawinie pan w terminie cieka na pana dodatkowa gratyfikacja. Psida się na studia dla dzieci.
– W porządku, panie Kim. Może pan być śpo... tfu... spokojny. To dobry statek, choć liberyjski.

8

Kończyło się zabezpieczanie luku ładowni, gdy w porcie rozległ się – cichy zrazu, lecz szybko narastający – ostry dźwięk syren samochodów policyjnych. Po chwili obok „Santa Marii” zatrzymały się dwa radiowozy. Wysiadło z nich sześciu rosłych, dowodzonych przez sierżanta Pratta policjantów. Dwóch zajęło natychmiast posterunek przy wejściu na trap pozostali weszli na pokład. Porucznik Stewart podszedł do Pratta.
– O co chodzi, sierżancie? Jestem drugim oficerem „Santa Marii”.
– Jeśli pan pozwoli, poruczniku, chciałbym rozmawiać z kapitanem.
– Wątpię, by był zachwycony pańską wizytą, ale jeśli pan musi...
Pratt z policjantami podążyli w ślad za Stewartem. Kiedy doszli do kabiny kapitana, Stewart zapukał i wszedł do środka, pozostawiając uchylone drzwi.
– No, co tam, poruczniku?
– Mamy gości, kapitanie. Policja.
Pratt i jego ludzie weszli do kabiny.
– Słucham pana.
– Przepraszam, kapitanie, ale muszę zapoznać się z listą załogi.
Kapitan wyjął z sejfu skoroszyt i wręczył go sierżantowi.
– Może pan wyjaśnić, w czym rzecz?
– Przykro mi, kapitanie...
Pratt studiował zawartość dokumentów, zerkając co chwilę do wyjętego z kieszeni notesu. Zapisał w nim coś i zwrócił kapitanowi skoroszyt.
– Proszę się nie gniewać, ale chciałbym zobaczyć następujących członków pańskiej załogi: Wiliams, Thomas, Bojanovič, Donnovan, oraz Mustafa.
– Proszę bardzo. Proszę się czuć, jak u siebie w domu.
Kapitan sięgnął po słuchawkę intercomu.
– Halo, bosmanie. Przyślijcie mi Thomasa, Wiliamsa, Mustafę, Bojanoviča i...
– Donnovana – podpowiedział Pratt.
– ...Donnovana.
– ...
– Tak, do mojej kabiny.
Zapadło kłopotliwe milczenie, przerwane po chwili pukaniem do drzwi.
– Wejść!
Drzwi otworzyły się i stanęło w nich dwóch marynarzy. W głębi korytarza widać było zbliżających się trzech kolejnych. Zatrzymali się niepewnie, tuż za progiem.
– Proszę dalej i zamknijcie drzwi – zaprosił ich kapitan.
Marynarze ustawili się rzędem pod ścianą kabiny. Pratt ponownie wyjął swój notatnik.
– Thomas!
Jeden za marynarzy, słysząc swoje nazwisko wysunął się pół kroku przed kolegów. Sierżant Pratt przyjrzał mu się uważnie, po czym sprawdził coś w notesie.
– Dziękuję panu. Wiliams!
Thomas cofnął się, a przed szereg wysunął się Wiliams. Ponownie nastąpiła uważna obserwacja twarzy i całej sylwetki marynarza, oraz kartkowanie notatnika. Procedura powtórzyła się jeszcze trzykrotnie.
– Dziękuję za pomoc, kapitanie. Marynarz Donnovan może powrócić do zajęć. Pozostałych będę niestety musiał zatrzymać.
– Ależ, sierżancie! – kapitan nie krył gniewu. Co macie tym ludziom do zarzucenia? Czy pan zdaje sobie sprawę, jakie konsekwencje pociągnąć może za sobą tak znaczne uszczuplenie stanu osobowego załogi? Skazuje pan statek na postój w porcie. Kto pokryje wynikłe stąd straty? Zaraz po zabunkrowaniu mieliśmy odbijać.
– Przykro mi, panie kapitanie, ale wykonuję jedynie rozkazy przełożonych. I mam nadzieję, że nie będzie mi pan utrudniał wykonywanie czynności służbowych. Aha, jeszcze jedno. Proszę o wyznaczenie któregoś z oficerów na świadka rewizji.
– Proszę się tym zająć, poruczniku. – z kapitana „uszło powietrze” – Albo nie. Niech pan wyda odpowiednie polecenie chiefowi i wraca do mnie.
Policjanci zakuli zatrzymanych członków załogi w kajdanki i wyprowadzili ich z kabiny. Wyszli również Stewart i Pratt. Kapitan, oczekiwał powrotu porucznika bębniąc niecierpliwie palcami w blat biurka.
Porucznik Stewart wrócił do kapitańskiej kajuty.
– No i co teraz, poruczniku? Nie wiem w czym rzecz, ale nie mamy teraz czasu na wyjaśnienia. A zresztą po tych obwiesiach można się spodziewać wszystkiego najgorszego. Na co mi przyszło na stare lata? Pływać z taką załogą... Ale trudno. Będzie pan musiał się wybrać do miasta i znaleźć przynajmniej dwóch ludzi. Ja tymczasem zajmę się bunkrem, a gdy tylko policja dokończy rewizję, wychodzę na redę.
– Tak jest, kapitanie. Już idę.
– Chwileczkę, poruczniku. – otworzył kasę pancerną i wyjął z niej kilka banknotów, ale po krótkim wahaniu dołożył jeszcze dwa, lub trzy podobne. – Daję panu trochę więcej, ale mamy diablo mało czasu. Nie wykluczone, że trzeba będzie przepłacić agenta.
– Sądzę, że ma pan rację, kapitanie.


9

Przebrany w wyjściowy tropik Stewart zszedł na nabrzeże, mija stojący obok statku policyjny radiowóz, a potem stojącego nieco dalej mercedesa, za kierownicą którego siedział znany z pierwszej sceny jegomość. Wiedziony jakimś instynktem opuścił port i po bardzo krótkim spacerze dotarł do kantor pośrednika. Widząc wchodzącego oficer tłusty Turek zerwał się z miejsca i wyszedł przed barierkę.
– Czym mogę służyć, panie poruczniku?
– Potrzebuję od zaraz czterech ludzi, w tym dwóch do maszyny.
Przez nalaną twarz pośrednika przemknął radosny uśmiech, lecz niemal natychmiast przyjął zatroskaną minę.
– Aj, aj, panie poruczniku! Skąd ja panu wezmę czterech ludzi naraz i to na poczekaniu? Zgłasza się do mnie wielu kapitanów, chcących skompletować załogi, ale chętnych do służby na morzu jest, jak na lekarstwo. Nie ma już prawdziwych mężczyzn chcących wypłynąć na morze w poszukiwaniu przygody...Panie...Sulejman. Panie Sulejman. Zdaję sobie sprawę, że to może nie być takie proste, ale może choć dwóch. Chociaż motorzystów...
– Na pokład może by się i coś znalazło, ale do maszyny...
– Właśnie maszyna jest najważniejsza.
– Tak, rozumiem, ale to jednak kłopotliwa i kosztowna sprawa.
– Panie Sulejman. Stawiam sprawę jasno. Kapitanowi bardzo zależy na tym, by Santa Maria” jeszcze dziś wyszła w morze.
– No, jeśli tak bardzo zależy... Myślę, że jak się da, to się zrobi.
– Na pewno się da...
– W porządku. Proszę przyjść wieczorem, powiedzmy, o ósmej. Mam nadzieję, że będę dla pana coś miał.
– Dobrze. Do zobaczenia o ósmej.
Stewart opuścił kantor, a Sulejman po odczekaniu kilkunastu sekund zawołał:
– Ali!
Zasłaniająca drzwi kotara rozsunęła się i w kantorze stanął smagły dziesięcio-, lub jedenastoletni chłopiec.
– Słucham, ojcze.
– Idź do tawerny starego Gonzalesa. Zastaniesz tam czterech facetów ubranych w dżinsowe komplety. Jeden z nich nazywa się Jones. Powiesz im, żeby zaraz tu przyszli.
– Dobrze, tato. Już pędzę.

Opublikowano

Ja Ci dam dinozaury :P:P:P pisz za siebie ;)

Witam z powrotem zaraz czytnę i napiszę :) Akurat w Twoim przypadku nie muszę szykować notatnika, w celu kopiowania tam zdań do korekty ewentualnej ;)

"Samson – policjant udający hippisa
mr Herrer – Wielki Mistrz Bractwa Szatana"

"żołnierze, oficerowie, policjanci, terroryści, dzieci i inni"

Ciekawie się zapowiada ;)



P.S.

Twoja bajka gracka i zgrabna jest.

Opublikowano

Jak dla mnie opisy są zbyt długie i często nużące, szczególnie te w tym typie: "Nieopodal, szosy połyskiwała tafla, wyjątkowo tego dnia spokojnego oceanu. Samochód skierował się na „ślimaka” i opuścił autostradę, by po chwili znaleźć się w podmiejskiej dzielnicy dużej aglomeracji, której wieżowce, niczym zęby szczerbatego grzebienia kłującego jasnobłękitne niebo ukazały się przed przednią szybą samochodu." - właściwie to człowiek nie wie już o czym to jest.

Z dialogami jest o wiele lepiej, są bardziej naturalne i przejrzyste.

Ogólnie tekst ciekawy i intrygujacy.

Opublikowano

Może mam sklerozę, a może jednak coś w mojej głowie się zaczepiło o zwoje. Twój tekst już tu był kiedyś? Przecież znam ten tytuł!

Powrót dinozaurów? Leszek wraca na swój sposób. Z niego to taki trochę żartowniś. Nie wierzą? Chyba limeryków Leszka/bieszczadnika nigdy nie czytali.

Opublikowano

Był ten tekst. Dobrze pamiętam, ale to pewnie wariacja-innowacja. Lecę szperać w archiwach Dentmana... Już wtedy mnie zastanawiało, po cholerę gość wstawia do prozy didaskalia.:)

  • 3 tygodnie później...
  • 2 tygodnie później...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Wolność

       

      Nie ma drugiego takiego słowa, które zrobiłoby tak oszałamiającą „karierę” w XXI wieku jak słowo wolność. Odmienia się je przez wszystkie przypadki. Manipuluje się nim na prawo i lewo. Wywraca się na drugą stronę tak aby znaczyło coś zupełnie przeciwnego, choć brzmi swojsko i krzepiąco. Propaguje się wolność wyboru i wolność od wyboru. Wmawia się, że można wybrać różne barwy wolności ale jednocześnie dodaje, że powinna to być barwa o określonej z góry nazwie. Można postawić pytanie: wolny wybór czy wolność wyboru? A co to jest wolność? Niektórzy „myśliciele” wmawiali, że wolność to uświadomiona konieczność. Wolność bywa mylona ze swawolą. Ale czy tak jest w istocie? Inaczej rozumie słowo wolność więzień w celi, a inaczej człowiek „wolny”. Dla więźnia w celi wolność oznacza rzeczywistość poza murami więzienia. Taki delikwent o tym marzy co to będzie robił, jak opuści mury więzienia: upije się alkoholem, napali się tytoniu, „trawki”, odwiedzi prostytutki..., no po prostu „zabawi się”. Taki człowiek jest podwójnym więźniem. Ma zniewolony umysł błędami moralnymi, które traktuje jako przejaw wolności. Kim zatem jest człowiek naprawdę wolny? To człowiek, który zna Prawdę. Prawdę, która wyzwala, a nie zniewala. Wyzwala z nałogów: alkoholizmu, narkomanii, seksoholizmu, etc. Wielu takich, którzy rozumieli wolność negatywnie zakończyło swoje życie przedwcześnie. Jaka to Prawda, która wyzwala człowieka? To Prawda Objawiona, którą możemy znaleźć w konserwatywnych kręgach Kościoła Powszechnego. Każdy, kto przyjmuje Prawdę, rozumie ją i wprowadza w życie, staje się wolnym człowiekiem, choćby był zamknięty w celi więziennej. Każdy, kto ma dobrze ukształtowane sumienie, uczy się siebie w kontekście nauk moralnych, doznaje czegoś więcej niż tylko doraźnej przyjemności. Doznaje wszechogarniającej radości, radości wewnętrznej, wewnętrznego poczucia szczęścia. Szczęścia, które polega na tym, iż udało się zrealizować w praktyce nauki moralne Mistrza z Nazaretu. Większość z nas zna obraz artysty malarza Delacroix „Wolność prowadząca lud na barykady”. Czy o taką wolność idzie? Czyżby rewolucja społeczna kiedykolwiek i komukolwiek przyniosła prawdziwą wolność? Czy raczej zniewolenie? Zwolennicy myśli rewolucyjnej uważają, że uczniowie Mistrza z Nazaretu są ograniczeni: tego nie wolno, tamtego nie wolno... . Tymczasem „my”, ojcowie i córki rewolucji, dajemy ludziom wolność totalną. Możesz robić co tylko zechcesz, co tylko przyjdzie ci do głowy. A to nie tak... . Granicą naszej wolności jest wolność innych ludzi. Prócz tego wszystkiego, wszyscy jesteśmy ograniczeni formą ludzkiej egzystencji (jako naturalną konsekwencję grzechu pierworodnego), a co za tym idzie tzw. „prawem naturalnym”. Doznawać wewnętrznej wolności, wewnętrznego szczęścia może tylko człowiek prawy, „dobry”. Czyż nie jest prawdą stwierdzenie, że gdy znajdzie się ktoś naprawdę dobry, to prędzej czy później takiego otrują (Sokrates) lub ukrzyżują (Jezus z Nazaretu). Cóż to za wolność dzięki której Mistrz kończy otruty lub ukrzyżowany? Otóż taka „wewnętrzna wolność” wedle niektórych jest wątpliwego dobra choć jest godna naśladowania i jest piękna. Tak w rzeczywistości nie jest; nie jest to wątpliwe dobro. Mistrz z Nazaretu zmartwychwstał (vide „Całun Turyński”) i cieszy się absolutną wolnością. I ci, którzy w całej pełni naśladują Mistrza z Nazaretu już tu na ziemi mają poczucie wolności absolutnej, która na nich czeka po śmierci. Więc wybór należy do ciebie, Czytelniku, albo wolność totalna albo wolność absolutna.

       

       

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @violetta ... i oświetlasz sobą kwiaty przyrody będą o tobie pisać poeci Ody ... Pozdrawiam serdecznie Miłego dnia   
    • Wolność   Nie ma drugiego takiego słowa, które zrobiłoby tak oszałamiającą „karierę” w XXI wieku jak słowo wolność. Odmienia się je przez wszystkie przypadki. Manipuluje się nim na prawo i lewo. Wywraca się na drugą stronę tak aby znaczyło coś zupełnie przeciwnego, choć brzmi swojsko i krzepiąco. Propaguje się wolność wyboru i wolność od wyboru. Wmawia się, że można wybrać różne barwy wolności ale jednocześnie dodaje, że powinna to być barwa o określonej z góry nazwie. Można postawić pytanie: wolny wybór czy wolność wyboru? A co to jest wolność? Niektórzy „myśliciele” wmawiali, że wolność to uświadomiona konieczność. Wolność bywa mylona ze swawolą. Ale czy tak jest w istocie? Inaczej rozumie słowo wolność więzień w celi, a inaczej człowiek „wolny”. Dla więźnia w celi wolność oznacza rzeczywistość poza murami więzienia. Taki delikwent o tym marzy co to będzie robił, jak opuści mury więzienia: upije się alkoholem, napali się tytoniu, „trawki”, odwiedzi prostytutki..., no po prostu „zabawi się”. Taki człowiek jest podwójnym więźniem. Ma zniewolony umysł błędami moralnymi, które traktuje jako przejaw wolności. Kim zatem jest człowiek naprawdę wolny? To człowiek, który zna Prawdę. Prawdę, która wyzwala, a nie zniewala. Wyzwala z nałogów: alkoholizmu, narkomanii, seksoholizmu, etc. Wielu takich, którzy rozumieli wolność negatywnie zakończyło swoje życie przedwcześnie. Jaka to Prawda, która wyzwala człowieka? To Prawda Objawiona, którą możemy znaleźć w konserwatywnych kręgach Kościoła Powszechnego. Każdy, kto przyjmuje Prawdę, rozumie ją i wprowadza w życie, staje się wolnym człowiekiem, choćby był zamknięty w celi więziennej. Każdy, kto ma dobrze ukształtowane sumienie, uczy się siebie w kontekście nauk moralnych, doznaje czegoś więcej niż tylko doraźnej przyjemności. Doznaje wszechogarniającej radości, radości wewnętrznej, wewnętrznego poczucia szczęścia. Szczęścia, które polega na tym, iż udało się zrealizować w praktyce nauki moralne Mistrza z Nazaretu. Większość z nas zna obraz artysty malarza Delacroix „Wolność prowadząca lud na barykady”. Czy o taką wolność idzie? Czyżby rewolucja społeczna kiedykolwiek i komukolwiek przyniosła prawdziwą wolność? Czy raczej zniewolenie? Zwolennicy myśli rewolucyjnej uważają, że uczniowie Mistrza z Nazaretu są ograniczeni: tego nie wolno, tamtego nie wolno... . Tymczasem „my”, ojcowie i córki rewolucji, dajemy ludziom wolność totalną. Możesz robić co tylko zechcesz, co tylko przyjdzie ci do głowy. A to nie tak... . Granicą naszej wolności jest wolność innych ludzi. Prócz tego wszystkiego, wszyscy jesteśmy ograniczeni formą ludzkiej egzystencji (jako naturalną konsekwencję grzechu pierworodnego), a co za tym idzie tzw. „prawem naturalnym”. Doznawać wewnętrznej wolności, wewnętrznego szczęścia może tylko człowiek prawy, „dobry”. Czyż nie jest prawdą stwierdzenie, że gdy znajdzie się ktoś naprawdę dobry, to prędzej czy później takiego otrują (Sokrates) lub ukrzyżują (Jezus z Nazaretu). Cóż to za wolność dzięki której Mistrz kończy otruty lub ukrzyżowany? Otóż taka „wewnętrzna wolność” wedle niektórych jest wątpliwego dobra choć jest godna naśladowania i jest piękna. Tak w rzeczywistości nie jest; nie jest to wątpliwe dobro. Mistrz z Nazaretu zmartwychwstał (vide „Całun Turyński”) i cieszy się absolutną wolnością. I ci, którzy w całej pełni naśladują Mistrza z Nazaretu już tu na ziemi mają poczucie wolności absolutnej, która na nich czeka po śmierci. Więc wybór należy do ciebie, Czytelniku, albo wolność totalna albo wolność absolutna.    
    • @Poet Ka Nie jedna Berenika była. Jedna się u nas zadomowiła Nie tylko poetów wspiera  swoją poezją do nich dociera  I komentarze solidne daje  każdy w tym w tyle za Nią zostaje .   Pozdrawiam serdecznie  Miłego dnia 
    • -Opowiadanie-   Promienie słońca poczęły zalewać świat wokół swoim bursztynowym blaskiem. Godzinowa wskazówka zegara chyżo zbliżała się do ósemki, a niebo pokryte już było licznymi, szarawymi obłokami.    Do parku wybierała się pewna dziewczynka. Mocno trzymając w dłoni małą, miedzianą monetę, radośnie wędrowała brzegiem ulicy. Jej ubrania były niechlujne i ubłocone a włosy splecione w zaskakująco staranne warkocze, przewiązane czerwoną wstążeczką. Jej twarz promieniała szczęściem.    Idąc krętymi uliczkami, jej uwagę przykuł chłopiec siedzący na dębowej ławce pod drzewem, którego cień był ratunkiem przed letnimi upałami. Mimo szelestu liści, śpiewu ptaków i szmeru pobliskiego strumyka, można było usłyszeć ciche szlochanie.    Zaniepokojona dziewczynka podeszła bliżej. - Odejdź - rzekł, pociągając nosem, gdy usłyszał zbliżające się kroki. - Nie odejdę, póki nie upewnię się, czy wszystko dobrze - odpowiedziała z troską w głosie. - A więc co cię trapi? - wbiła w niego przenikliwy wzrok.    Chłopiec delikatnie otworzył usta, jakby miał coś powiedzieć, lecz szybko je zamknął i obrócił głowę ku górze. - Jesteś nieszczęśliwy? - spytała ostrożnie wcale nie oczekując odpowiedzi, bo było to oczywiste. - A ty nie? - Dlaczego tak sądzisz? - skrzywiła się. - Przecież jesteś biedna, pewnie ledwo stać cię na kromkę chleba. Nie masz pieniędzy, za które mogłabyś kupić sobie chociaż zabawkę. Jak tu być szczęśliwym?    Spojrzeli na siebie bez zrozumienia. - A ty jesteś bogaty, wszystko masz na wyciągnięcie ręki. Mógłbyś za kawałek majątku wykupić najdroższą chatkę w mieście oraz kupić całe stosy zabawek. Dlaczego więc jesteś nieszczęśliwy? Czyż pieniądze nie dały ci szczęścia? Czego ci brakuje, chłopcze? - Ja… - umilkł. Myśli w jego głowie krzyczały i plątały się - jednak nawet w nich nie znalazł odpowiedzi.    Pokazując monetę, znów zabrała głos: - Może i to jest jedyna rzecz, którą mam, ale i ona nie daje mi szczęścia. Pieniądze są jak woda - nie utrzymasz ich w miejscu. Za to będąc dobrym człowiekiem, utrzymasz przy sobie rodzinę, przyjaciół i rzeczy niematerialne, które dadzą ci szczęście, o którym nawet nie śniłeś - powiedziała, po czym poklepała go po ramieniu.    Chłopiec objął ją mocno, szlochając jeszcze głośniej.    Toteż i oni, po całym dniu rozmów, wrócili do swoich domów, ciesząc się i radując każdą chwilą. Jak się okazuje, szczęścia nie należy szukać w pieniądzach; nawet mając ich w nadmiarze, możemy go nie znaleźć.
    • Uśmiechasz się.   Ile razy oberwiesz tyle razy wstaniesz.   Czemu się uśmiechasz? Przecież przegrałeś.   Padłeś na deski.   Nie odklepałeś.   Znowu wstajesz.   Znowu chcesz oberwać?   Czemu się uśmiechasz…   Przecież przegrałeś.   Uśmiechasz się...
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...