Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

OD AUTORA
Nigdy wcześniej nie miałem psa. Przypadek zdecydował o konieczności zaopiekowania się już dorosłym, ukształtowanym pudelkiem – Tiną. Nie zdawałem sobie sprawy, że pies tak bardzo może przeżywać zmianę właściciela. Stratę tę trzeba było zrekompensować troskliwą opieką i uczuciem.
Widywałem Tinkę dwa, trzy razy do roku. Miła psinka, której według mnie pozwalano na zbyt wiele. Nie byłem przeciwnikiem psów, opowiadałem się jednak za dyscypliną bez zbytniego pobłażania. Nie rozumiałem roli psa jako członka rodziny, domownika.
Spojrzenie moje całkowicie się zmieniło z chwilą przyjęcia na współmieszkańca, a właściwie na członka rodziny Tinki — niezwykle wrażliwej suczki, wiernej i uczuciowej.

Tinka wypatruje coś
W miarę upływu czasu poznawałem problemy związane z posiadaniem psa, jego potrzeby, zwyczaje, język komunikowania się. Coraz bardziej doceniałem to, co otrzymywałem od Tiny: przywiązanie, bezinteresowną przyjaźń, radość.
Odejście Tinki było bolesne. Spontanicznie chwyciłem pióro i zacząłem pisać. Nie musiałem się zastanawiać o czym. Myśl biegła znacznie szybciej niż mogłem zapisać. Tylko smutek stawał się coraz większy. Dopiero później pojawiła się chęć podzielenia wspomnieniami, obserwacjami, spostrzeżeniami, refleksjami z innymi. Opowieścią o Tince chcę zaprotestować przeciw przedmiotowemu i brutalnemu traktowaniu stworzeń, szczególnie psów, oddanych przyjaciół ludzi. Pragnę pokazać, że żywy koń, to nie jest "z drzewa koń na biegunach", a żywy piesek nie jest maskotką z pluszu. One cierpią, radują się, smucą. Trzeba tylko chcieć to dostrzec, samemu odczuwać i być wrażliwym.
Opowiadania Tinki stanowią jedynie garść spostrzeżeń o życiu, o współistnieniu pod jednym dachem z oddanym i ulubionym stworzeniem. Mają też bawić, wzruszać, uczyć i uwrażliwiać.
Historie z życia Tinki, moje doświadczenia, moja „nauka psa” nie jest adresowana do jakiegoś konkretnego czytelnika, dziecka czy dorosłego. Każdy pies, nawet podwórzowy, jest związany z rodziną, z którą mieszka. Oprócz głównego opiekuna, żywiciela zwierzęcia, często psem w mniejszym lub większym stopniu zajmują się inni członkowie rodziny. Bywa, że wszyscy po trochu, bawią się z nim, wyprowadzają na spacery. Są to i dorośli i młodsze lub starsze dzieci. Książka ta jest dedykowana rodzinom, które mają psa lub zamierzają mieć psa, a nawet tym, które z wielu różnych względów nie mogą mieć tego przyjaciela przy sobie, lecz lubią o nim słuchać lub czytać.
Pokazane relacje pies – człowiek zostały zpersonifikowane. Zamiast psa, Tinki, mógłby wystąpić człowiek. Podobne relacje zachodzą przecież między ludźmi w rodzinie, wśród bliższych i dalszych znajomych, a nawet w stosunku do obcych, ale przecież bliźnich. Pies „ucieka”, a dziecko się oddala i ileż razy zamiast skarcenia „niegrzeczny synek (córeczka)” i wytłumaczenia, dlaczego nie można odchodzić, pociecha dostaje w skórę. Inna sytuacja. Pies zawsze powita swego pana czy innego domownika po powrocie do domu. A własny syn czy córka?
W opowiadaniach Tinki różnych sytuacji jest co niemiara. Coś się dzieje, coś się staje i trzeba podjąć decyzję i działanie. Pielęgnacja, wychowanie, opieka, nauka, zdrowie, zabawa, przepraszanie i wybaczanie aż po wsparcie w ostatniej drodze starego, niedołężnego, schorowanego stworzenia. Czyż nie dotyczy to także ludzi?
Nasz, człowieka stosunek do zwierząt jest odbiciem relacji między ludźmi. Jeżeli relacje między ludźmi są prawidłowe, to zazwyczaj i stosunek do zwierząt jest właściwy.
Warto o tym pamiętać.
Pies jest członkiem rodziny od czasu jego udomowienia . Mieszka i bytuje z rodziną, a książka „Tinka – najmniejszy przyjaciel” jest przeznaczona właśnie dla całej rodziny. Mało tego. Warto, by czytać tę książeczkę wspólnie z dziećmi, nawet z dziećmi już czytającymi. Mamo, tato przeczytaj dziecku „Tinkę” i potem porozmawiaj o tym ze swoją pociechą. Każdy rozdział tej ksiązki to temat do rozmowy z dzieckiem, tylko trzeba chcieć. Trochę czasu, naprawdę kilkanaście minut dziennie, powinien znaleźć każdy rodzic dla swej pociechy, by przeczytać choćby jeden rozdzialik. Potem może być interesująca rozmowa dająca same korzyści: pogłębienie więzi z dzieckiem, aspekty wychowawcze, nauka.
Jeżeli w wyniku myśli zawartych w tej skromnej książeczce, skierowanej nie tylko do miłośników psów, ktoś zmieni swoje podejście do zwierząt czy również ludzi, świadomie zaopiekuje się jednym z tysięcy czekających na opiekuna lub zrezygnuje z podjęcia pochopnej decyzji posiadania stworzenia, niekoniecznie tylko psa, to uznam, że warto było przedstawić najmniejszego przyjaciela — Tinkę.



PRZEDSTAWIAM SIĘ

Urodziłam się? Och! Strasznie dawno to było. Agnieszka – moja Mała Pani, otrzymała mnie w prezencie, kiedy była siedmioletnim dzieckiem, rezolutnym, jasnowłosym trzpiotem.
Mam na imię TINA, pieszczotliwie mówią TINKA, a nawet TINUSIA czy TINECZKA, ale nie podobają mi się takie przesadne zdrobnienia. Ktoś chce podkreślić, że mnie lubi. To przyjemne, ale dla psa krótkie imię jest lepsze.
Jestem czarnym pudelkiem, to znaczy pudliczką. Nie brzmi to ładnie: pudliczka – puderniczka. Wolę już pudelek.
Nie należę do najmniejszych. Według rozmiarów może numer dwa, powiedzmy mniejszy średni – numer trzy, ale jeszcze nie średni pudelek. Niektórzy określają tę wielkość jako „karłowaty”. Niefortunne określenie. Wcale nie jestem karłem. Jestem nieduża, to prawda, i mam w sam raz krótkie nóżki. Wyglądam dzięki temu nad wyraz zgrabnie i ciągle młodo. Wszyscy myślą o mnie jak o psiej dziecinie i mówią, jaki ze mnie fajny, mały (młody) piesek – a ja mam już ponad siedemnaście lat. Przecież to odpowiada chyba ze stu pięćdziesięciu latom człowieka. Toż to ze mnie niemal długowieczny psi Matuzalem. Mimo sędziwego wieku do niedawna czułam się wspaniale i byłam niezwykle sprawna.
Czy mogę się pochwalić swą urodą? Całe życie budziłam u wszystkich sympatię i wszyscy się mną zachwycali. I zaczepiali. Mnie i każdego, kto był ze mną na spacerze:
– Jaki ładny piesek!
– A jaki młody!
– Ile ma lat? – a potem jeszcze chcąc okazać swoje uczucie hamowane niepewnością mojego zachowania się, pytali:
– Czy wolno pogłaskać?
– A nie gryzie? – i wyciągali ręce, a tego właśnie się obawiałam.
Czy wyobrażasz sobie Czytelniku, by każdy, któremu się akurat spodobasz na ulicy, głaskał Cię po głowie, plecach lub klepał po pupie!? Co innego, jak robi to ktoś z domowników, których lubię, a ich pieszczoty sprawiają mi przyjemność. Ale na ulicy? Ów pan pewnie by się wściekł, gdyby co raz ktoś gładził jego żonę po głowie lub, co gorsza, gdzie indziej. A nie daj Bóg, gdyby jakaś pani pogłaskała jej męża. Toż przecież najpierw mężulek dostałby po głowie od swojej pani, a następnie ta ślicznotka, co go gładziła i mówiła, jaki jest przystojny.
Dla mnie takie czułości kilkakrotnie były niebezpieczne, o czym opowiem później. Przykro mi, ale to ludzie byli winni. Niestety niewiele się z tych doświadczeń nauczyłam i nadal jestem pełna przyjacielskich uczuć i ufności, a sympatia ludzi też jest miła.
Swoją drogą aż dziw, że żaden z moich Panów – miałam ich dwóch – nie wykorzystał mnie do podrywania. Przecież spacer z ładnym pieskiem jest świetną okazją. A może nie chcieli?
Wyjątkowo pobłażliwie traktowałam dzieci, choć nigdy nie wiadomo, co maluchom może strzelić do głowy. One dopiero poznają świat. Muszą się wiele nauczyć, również kochać zwierzęta. Kiedyś taki skrzat, chybocąc się z boku na bok, nieporadnie zbliżał się do mnie z rozłożonymi dla utrzymania równowagi – niczym samolot skrzydła – rączkami, z pucułowatą, roześmianą od ucha do ucha buzią i wołał:
– Mamusiu, jaka mała, carna owiecka!
Dobre sobie, ja i owieczka. Stałam jednak cierpliwie. Niech malec wie, że my, psy, jesteśmy tolerancyjni dla ludzi. Ale jak szkrab uderzył mnie zabawką, którą miał akurat w rączce, musiałam go zganić, a on się rozpłakał. Na dodatek Pan mnie zrugał, że nie należy warczeć na dzieci ani kłapać zębami. Mam przeto stać niczym ofiara i czekać aż jakiś, nawet miły malec, ogon mi czy ucho wyrwie lub palec wsadzi do oka? Jakżeż to tak? Nie mogę się bronić przed napaścią, bo mnie na domiar złego osądzą i skarcą? Najgorsze było to, że szanowna mamuśka uważała, iż to moja wina. A ja tylko zwróciłam uwagę, że coś niedobrego się dzieje. Czy to w porządku, że dzieci nie uczy się od najmłodszych lat właściwych zachowań, a winą obarcza takiego sympatycznego, z niewielkim psim rozumkiem pudelka? Prawda, mnie się nic nie stało. Przecież to maleństwo nie chciało mi zrobić krzywdy. Ba! Nawet nie rozumiało swojego niestosownego zachowania. Widać było, że nikt nigdy nic mu nie powiedział na ten temat. Wypowiedziało swe uczucia w taki sposób, jak umiało, a może zaobserwowało i nauczyło się w swoim domu.
Dlatego też na oburzenie mamy tego dziecka, sama się oburzyłam. Czyż nie najważniejszym jest, by opiekunowie od najmłodszych lat zechcieli swoje dziecko nauczyć szacunku i miłości do zwierząt?
I do ludzi... I do ludzi również.
A ja, mały piesek, co miałam czynić? Kiedy widziałam, że ktoś był zbyt nachalny robiłam unik lub odchodziłam i sprawa była rozwiązana.
Miałam, jak każdy, w swoim życiu okresy przykre, bolesne. Pomimo to byłam bardzo wesoła. Przepadałam za zabawami. Pieszczochą też byłam i nadal jestem. Jakże lubiłam karesy – głaskania, drapania, czochrania – a to za uszkiem, a to pod szyją, a to po brzuszku. Ogromnym też byłam łasuchem. Nie tylko mi język uciekał na brodę, ale aż cała głowa mi się trzęsła z łakomstwa.
Najważniejszą moją cechą była wierność. Byłam wierna – właśnie jak pies. Gdyby mi groziło niebezpieczeństwo i wiedziałabym, że nie dam rady, poddałabym się lub uciekłabym. Przyznaję, nie byłam zbyt odważna, jednak w obronie moich najbliższych oddałabym życie. Rzuciłabym się do walki, nawet nierównej, nie bacząc na skutki. Miłość jest uczuciem bezwzględnym, bezwarunkowym. Kocham moich bliskich i dla nich zrobiłabym wszystko. Mój znajomy, nierasowy pies ma swego pana. Nie jest on dla niego dobry. A to go uderzy, a to kopnie aż biedak ucieknie popiskując. Czeka potem ten pies gdzieś nieopodal, spogląda zza jakiegoś krzaczka lub drzewka, by z radością powrócić na jakiś, choć trochę przyjazny, gest. Żal mi go, ale nie ma on innego pana, tylko takiego prymitywnego. Swoją drogą, że jego pan też nie ma się dobrze, jest biedny, a pewnie i bezdomny, często nie dojada, a jednak jakiś kawałek pożywienia znajdzie dla swego psa. Oni są dla siebie jedynymi bliskimi i choć to jest trudna miłość, jak ich życie, to pozostają razem. Ubogim nie jest łatwo, ale biedni mają strasznie trudne życie. Psy z nimi przebywające też.
Nie wszystko się układa tak, jakbyśmy chcieli. Szkoda.

SEGREGACJA RASOWA


Muszę opowiedzieć o jednej niezwykle ważnej sprawie, która dotyczyła moich urodzin.
Jestem pudelkiem, psem rasowym. Na ulicy nikt nie powiedziałby, że jest inaczej. A jednak byłam tym kolejnym, już nienadającym się do hodowli szczeniaczkiem. Wtedy, gdy się rodziłam, nie rejestrowano więcej potomstwa niż określono jakimiś przepisami (teraz podobno jest inaczej). Wówczas za dużo nas przyszło na świat. To co? Uśpić, utopić, przetrącić kark, bo zamiast czterech czy iluś tam, pojawiło się pięć, sześć czy więcej szczeniąt! Cała przewrotność ludzka w tym się ukazuje. Dla dobra rasy – zabić, bo a nuż rasa by się osłabiła. Czyż nie można wspomóc matki bardziej licznego miotu pokarmem? Czy mało jest różnych odżywek?
Na szczęście ktoś nie chciał się zastosować do tych barbarzyńskich zasad i widać żal mu się zrobiło tej milutkiej kuleczki, którą byłam. Pozostałam przy życiu. Swoją drogą zawsze było sporo ludzi, którzy chętnie nabywali trochę taniej te ponadlimitowe, nierodowodowe, zdrowe i nie zarejestrowane pieski.
Z jednej strony roni się łzy nad wyrzucanymi na bruk, do lasu, gdzieś daleko od ich domu zwierzętami, a z drugiej ktoś stanowił, aby likwidować nadliczbowe, najbardziej bezbronne maleństwa – te rasowe, bo kundli to nie dotyczyło, choć często ich los też nie był do pozazdroszczenia. Noblesse oblige! – mawiali w kraju mego pochodzenia – Szlachectwo zobowiązuje! – Co za ironia? Dziś cywilizacyjne kręgi niby elity chcą, by w imię pokrętnej moralności zmienić prawa, aby można było zabijać ludzi. Zgodnie z prawem oczywiście, bo wtedy można będzie powiedzieć, że tak stanowi prawo i umyć ręce w spokoju sumienia. Aby tylko metoda zabijania była wytworną, by łatwiej było ich opiekunom czyli, by nie mieli już kłopotliwej opieki nad chorym, zniedołężniałym. Relatywizm etyczny w praktyce „przodujących” kręgów społecznych. Cóż się dziwić, że ideologia miłości jest im solą w oku. Co dopiero mówić o psach! Przecież psie matki często szczenią się w domach, w których mieszkają nie tylko dorośli, ale i ich dzieci!!! I co wtedy? Dzieci dostrzegają więcej, niż się dorosłym wydaje. I czują. One nie utraciły jeszcze wrodzonej, naturalnej wrażliwości i widzą, co się dzieje, a pokrętne tłumaczenia dorosłych nie zawsze są dla nich wiarygodne. Czego się z takiej lekcji nauczą?
A wszystko dla ładniejszej grzywki, lepszego ogonka, doskonalszych kształtów – w końcu czysto umownych, często nienaturalnych. Wszystko dla jeszcze jednego metalowego krążka na wystawie psów rasowych w przyszłości. Pudel á la lew, jamnik á la szczotka i co tam jeszcze. Przecież nie o zwierzęta chodzi, tylko o próżność ich właścicieli. I nie ma znaczenia, że nie wszystkich to dotyczy, że może akurat ci właściciele „medalowych” lepiej się troszczą o swych pupili niż wielu innych brutalnych, nieludzkich posiadaczy zwierząt. Jeden przypadek złego traktowania zwierząt, to już o jeden za dużo. A przecież takich sytuacji jest mnóstwo. Tym gorzej dla człowieka. Gdzieś tam kiedyś się to na nim skrupi.
Muszę jeszcze raz powiedzieć: żyję dzięki temu, że ktoś nie chciał unicestwić szczeniątka z powodu urodzenia się zbyt licznego potomstwa w jednym miocie. Czy z tej przyczyny jestem gorsza? Mój organizm jest silny i niedługo skończę osiemnaście lat. Nie mam tyle energii, co w młodości, kilka zębów też już straciłam, ale to normalne, zgodne z odwiecznym prawem natury, prawem starzenia się.
Żyjmy i dajmy żyć innym, a cierpiącym pomagajmy.

Opublikowano

Bardzo poprawny i z pozytywym przesłaniem tekst. Popieram, bo sam jestem miłosnikiem psów. Nie takie rzeczy dzieją się w pseudohodowlach. Spróbuj opisać z punktu widzenia psa taką historię:


psy.olpw.com/viewtopic.php?t=3200

Wiem, że dasz radę. Po to, aby takich sytuacji juz nigdy nie było.

Opublikowano

Może literacko nie za mocne, ale dobrze się czytało. Daje do myślenia, choć ja akurat jako miłośnik zwierząt, co po utłuczeniu mola mam wyrzuty sumienia akurat nie potrzebuje takich refleksji.

Nie jestem pewien, ale chyba w kwestii rejestrowania określonej liczby szczeniąt nic się nie zmieniło. Może tylko w przypadku zamierających ras. Ale wystarczy dodać fakt, o procedurze usypiania psów wyścigowych, kiedy nie są już w stanie zarabiać na właściciela. Na szczęscie na wsiach już nie jest normą zabijanie chorych i starych psów. Jednak wystarczy porozmawiać o tym z ludźmi starszymi, nawet tymi o dobrym i łagodny usposobieniu, żeby przekonać się, że dla nich to nic niezwykłego utopienie ponad liczbowego szczeniaka, uśpienie psa wyścigowego czy "danie po łbie" takiemu co już nie ma pożytku z niego.

Tak jeszcze z 70-80 lat temu naprawdę mało kto się przejmował zwierzętami i niestety ta niechlubna część tradycji została wpleciona pomiędzy te milsze obyczaje i przesącza się do dzisiejszych czasów przybierając najróżniejszą formę. Tak więc należy przede wszystkim uświadamiać ludzi. Jest to bardzo trudne, jeśli ktoś już jest w jakimś miejscu ukształtowany. Jednak jest to konieczne, ponieważ nie ma sensu karania kogoś, skoro on nie zrozumie i tak, będzie przekonany, że potraktowano go niesprawiedliwie, winnym za swoją krzywdę uzna psa, czy kota czy inne zwierze "przez które" trafił choćby do więzienia i po wyjściu co zrobi? Ano odegra się na najbliższym napotkanym zwierzęciu, a nawet jeśli nie dojdzie do tak drastycznego rozwiązania, to na pewno niczego dobrego, nie tylko o odpowiednim podejściu do zwierząt, nie nauczy się obcując na co dzień z przestępcami. Trzeba oddziaływać na świadomość ludzi zmieniać niewłaściwe wzory kulturowe i wykorzeniać stereotypy w myśleniu. Jest to trudne i pracochłonne, ale tylko to może przynieść pozytywne i trwałe rezultaty.


Ale starczy tych refleksji, bo to jest miejsce dla popisu autora .;)

pozdrawiam miłośnika psów :)

Opublikowano

Jeżeli jest to debiut - a wszystko na to wskazuje ( choć oczywiście, mogę się mylić ) - to jest on bardzo udany.
Podoba mi się próba wejścia Autora w '' skórę psa '' i przekazanie pewnych wartości, od których, wciąż za wielu ludzi, tak bardzo odeszło.

Ostatnie zadnie powinno być mottem życiowym każdego z nas.

Pozdrówka -
M.

Opublikowano

Za kilka dni zamieszczę kilka kolejnych rozdziałów. Całość to 160 stron. z ilustracjami, zdjęciami pomników psów i ich historią. Poddaję zatem mój tekst publicznemu osądowi przed próba wydania tej historii. Jest to mój debiut i chciałbym usłyszeć trochę prawdy od postronnych osób. Pytanie: Czy warto się w to bawić? Czy ma sens pisanie przeze mnie czegokolwiek? /W zamyśle mam historię pt. "Moja walka" o wiele trudniejszą do interesującego przekazania. Zanudzić zawsze można/. Przecież pisanie do szuflady to zniechęcenie. Wydanie, uznanie to dodaje wiatru w skrzydła, o ile się je ma. Inaczej to czas lepiej poświęcić czemuś innemu. Tak przynajmniej sądzę.

  • 2 miesiące temu...
Opublikowano

Jestem ciekawa dalszej części po przeczytaniu tej. Myślę, że masz łatwość pisania o sprawach ważnych - tylko zazdrościć i tylko czytać.
Niektóre fragmenty są trochę mało zrozumiałe, na przykład ten:
"Ów pan pewnie by się wściekł, gdyby co raz ktoś gładził jego żonę po głowie lub, co gorsza, gdzie indziej. A nie daj Bóg, gdyby jakaś pani pogłaskała jej męża." Jak dla mnie, trudniej jest poprawiać niż pisać od nowa, ale chyba każda powieść tego wymaga - nie wiem.
W każdym razie powodzenia!

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Jego prekursorem był Le Corbusier  Tworzył bryłu z surowego betonu  Takie jak np. Boston City Hall Ciężkie, monumentalne, strukturalne  Geometryczne kształty i minimalizm  Surowość designu pod każdym względem  Jak w filmie z Adrienem Brodym  Ta bezpośredniość i szczerość formy  Rozwinęła się w latach 50-70 tych  Liczyła się architektura i estetyka Ten kontrowersyjny nurt powstał  Na potrzeby rozwoju miast i technologii Z punktu widzenia filozoficznego  Konstrukcja jest równa estetyce  Cechują go masywne, ciężkie bryły Wyraźne często kanciaste formy  Najczęściej łączony ze stalą i szkłem  Estetyka oparta na formie i braku zdobień...
    • @Łukasz Wiesław Jasiński, dziękuję :)
    • @Berenika97 Łydka, łydka ;)
    • @Berenika97 uszanowanie dla supermocy kobiety ;)
    • Każdego jednego roku,  ten sam rozkaz z dowództwa. Głupi, niedorzeczny  i zupełnie pozbawiony sensu. Celu również. Bo od zarania  ta droga jest zamkniętym szlakiem. A dla miejscowych  jest drogą do samego piekła. Nie wychynie na nią nikt z pobliskich wsi. Choćby ją wybrukować studolarówkami a żwir zamienić na bryłki złota. Konie płoszą się  gdy tylko poczują jej dotyk pod kopytem. Samochody psują się  lub zachłystują nagłym odcięciem paliwa. Nie ma śmiałka  co przemierzył Lincoln Road na stopach. A jeśli nawet kto kiedy próbował, to jego szkielet pewno nadal bieleje  pośród dzikiej kniei  lub w nurcie potoku Manson. Droga oficjalnie figuruję  na mapach i przewodnikach. Mało tego,  byłaby świetną, miejscową atrakcją. Lecz nikt nie chce igrać z siłami, których w pełni nie potrafi wyjaśnić. Z żywą legendą o starych czasach.     Dziś jest ten szczególny dzień w kalendarzu. Dwudziesty siódmy grudnia. A kto tego dnia utknie na Lincoln Road, szczególnie niedaleko mogiły  i starego mostku na Manson. Ten jest stracony dla świata. Jest to tak niedorzeczna  acz wryta  w świadomość miejscowych legenda, że od przeszło dwudziestu lat, wojskowi z pobliskiej bazy  trzymają wartę na całej jej długości w tym jednym dniu. Od kilku lat panuje spokój,  choć różnie bywało. Wiele patroli przepadło bez wieści. Odnajdywano po nich broń, mundury, czasem zbłąkane i przerażone konie. Inni odnajdywali się  po wielu tygodniach  lub nawet miesiącach. Odarci nie tylko z ubioru ale i zmysłów. Lądowali w szpitalach dla obłąkanych. Bredzili w kółko o Lincoln Road. O mostku na Manson. O postaci, która pojawia się  na jego spróchniałych deskach, dwudziestego siódmego grudnia. O masakrze z czasów secesji. O dziejach przeklętej kompanii konfederatów. Może to tylko głupia legenda. A może fakty w postaci  zaginionych i pomylonych żołnierzy, są dostatecznym dowodem ku temu, że w te końcowe dni roku, patrolowanie Lincoln Road jest koniecznością. Dla spokoju duszy i sumienia żyjących.   Był to ich ostatni nawrót,  niedaleko rogatek Pinehead w stronę mostku. a dalej za nim  Lincoln wpadała i kończyła się  na międzystanowej ku Chesterfield. Tam klątwa i legenda już nie sięgały. Wieczór przechodził powoli we wczesną noc. Śnieg znaczył drogę szeroką, białą wstęgą. Nie było go wiele. W tym roku zima  nie przyszła jeszcze w całej swej pełni. Światła ich ciężarówki wrzynały się jak noże, daleko w pustą przestrzeń. Las wydawał się wtedy jeszcze mroczniejszy  i pełen złych przeczuć i istot, którym zupełnie nie w smak  była obecność ludzi.     W szoferce jechało ich dwóch  a pięciu pod bronią  jechało na pace pod płachtą z brezentu. Na figlarzy, głupców i rozbójników wystarczy, lecz czy takie środki  będą skuteczne na przeciwdziałanie klątwie. Żaden z nich wolał tego nie sprawdzać. Pokonali ostrożnie, wyboisty łuk  i wyjechali naprzeciw zjawisku,  które całkowicie ich zaskoczyło. I nie, nie było to nic nadprzyrodzonego. Wręcz przeciwnie,  były to rażące ich  światła osobowego wozu zaparkowanego na poboczu. Obok otwartych drzwi od strony kierowcy, dostrzegli ludzką postać, gdy oświetlił ją błysk reflektorów, żołnierze rozpoznali w niej nie potwora a niewiastę o bardzo przerażonej lecz naznaczonej ulgą ratunku minie. Zatrzymali się praktycznie u jej stóp.   Wysiedli dopiero po dłuższej chwili. Nie byli pewni  w środek czego tak naprawdę trafili.  Jadąc tym odcinkiem pół godziny wcześniej  natrafili tylko na pustkę. Czy kobieta była tu zupełnym przypadkiem? A może słyszała o tym  co dzieje się tutaj w tym dniu  i szukała mocnych wrażeń. Jedno było pewne. Nie znali jej,  więc nie mogła pochodzić z Pinehead. A do tego jej samochód  był wyssany z paliwa do cna. Gdyby wjechała tutaj godzinę później, musiałaby wracać na własną rękę przez las i uważać na postać jeźdźca zza plecami. Mogła to być też podpucha albo pułapka. Nie mogli tego wykluczyć.     Kapral wysiadł pierwszy i uderzył kilka razy otwartą dłonią w karoserię  dając znak tym z tyłu by ich osłaniali. Nie minęła nawet minuta  a już muszki pięciu garandów były wycelowane w przerażoną kobietę. Nie wyglądała jakby zamierzała walczyć  a raczej uciekać gdzie pieprz rośnie. Nie przejmując się  wycelowanymi w siebie karabinami,  rzuciła się z płaczem ku kapralowi. Nieważne dokąd prowadzi ta przeklęta droga ale chcę jak najszybciej znaleźć się  jak najdalej stąd. Zabierzcie mnie stąd błagam. Kapral dał jasny sygnał by opuścić broń. Wykonali rozkaz. Lecz nadal byli w niemałym szoku, że w tym dniu natrafili tu na żywą osobę.     Niech Pani wsiada czym prędzej do szoferki, droga jest zamknięta …  szczególnie dzisiejszej nocy… po drodze wszystko Pani nam opowie. Niestety na wstępie zaznaczę,  że jesteśmy zmuszeni  dokończyć wykonanie patrolu. Przejedzie z nami Pani jeszcze kilka kilometrów do drogi stanowej a potem zawrócimy do Pinehead  gdzie zostanie Pani u nas w bazie. O samochód proszę się nie martwić. Odholujemy go jutro za dnia do Pinehead.     Kobieta wpadła w histerię już po kilku pierwszych słowach kaprala. Wracać do drogi stanowej!? Przez ten stary most, który mijałam jadąc tu!? Więc proszę mnie zastrzelić tu i teraz, bo nie wrócę na ten most choćby i z uzbrojoną po zęby dywizją wojska. Zresztą na nic Wam te śmieszne karabiny. Tam mieszka coś, czego kule się nie imają. Zastrzelcie mnie albo zostawcie tutaj. Wolę czekać na śmierć tutaj, niż jechać prosto w jej objęcia. Jeśli wjedziecie na most, nie wrócicie już tutaj. Macie moje słowo.     Byliśmy na nim tylko tego dnia  co najmniej dziesięciokrotnie  i jak widać żyjemy. Boi się Pani w nagłym szoku,  własnego cienia. A cieni nie należy się bać. Cienie to cienie. A jeśli to cienie przeklętych dusz!? Widziałam ich jak teraz widzę Was. Kompanię pod bronią, lecz bez głów. Nie wrócę na most. Nie ma Pani wyjścia. Mam rozkaz odstawiać  wszelkich cywili do bazy  tak by nikt nie włóczył się po tej drodze. Nic dziwnego to przeklęta droga! Niebezpieczna i stara,  ze skruszałym mostem,  który grozi zawaleniem. Pilnujemy porządku a nie śledzimy duchy droga Pani. Dał znak dwóm podkomendnym a Ci bez zbędnych wyjaśnień i ceregieli,  siłą wrzucili wręcz kobietę do szoferki. Poza wzrokiem kaprala ale jeden z nich wracając na pakę dyskretnie się przeżegnał i ucałował krzyżyk zawisły na szyi...            
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...