Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Noc.
Niedawno Mistrzowi stuknęła “dwu piątka”, jednak fakt ten nie był głównym powodem nękających go bezsenności. Wynikały one raczej z nadmiaru myśli wielotematycznych; nie skupiały się wyłącznie na jutrzejszym przyjeździe Pretendenta. Zwykle Mistrz myślał w towarzystwie papierosów, niestety racja trzydziestu paczek na miesiąc nigdy nie wystarczała. Tej ostatniej nocy miesiąca pozostało mu wpatrywanie się w niebo i wody oceanu. Nieustający szum ściśle wiązał się z dotychczas nieustającym życiem. Pięćdziesiąt pięć lat wsłuchiwania się we własny cykl biologiczny, czterdzieści lat bezcelowego wypatrywania rzeczy nieistniejących. Myśli równie cykliczne, jak fizjologia dziecka - następujące po sobie sekwencje, których efektem jest wydalenie zbędnej brązowej mazi. Piętnaście lat szkoleń, aby człowiek nauczył się spłukiwać wodę; tresura zwierząt trwa mniej czasu. Książę oswoił lisa nieprzyzwoicie szybko, co zaowocowało przyjaźnią; Mistrz oddał Mechanizmowi czterdzieści lat, a jedyne, co otrzymywał w zamian to regularny prowiant i spokój samotności. “Lecz kto jest lisem? Ten świat, który zjawi się o świcie pod postacią Pretendenta, czy ja, który równie młody przybyłem przed laty do swojego mistrza?”
Świt.
Kanapa była wystarczająco wygodna, aby Mistrz mógł w znużeniu oddać się drzemce do wschodu słońca. Oczy otworzył jeszcze zanim pierwsze promienie wdarły się przez okno. Jak zawsze sen odleciał w niepamięć, zalał się czarną mazią - zupełnie jakby go nie śniono.
Monotonna cykliczność życia Mistrza naruszana była przez nieregularność nocy, co w zasadzie sprowadzało się do monotonnego przesiadywania nad skarpą i pozostałych monotonnych czynności, jak na przykład parzenie kawy o świcie. Czajnik zagwizdał. “Za chwilę sobie zapalę”.
Rozległo się pukanie, po którym w drzwiach stanął Pretendent. Piętnastolatek wszedł, skłonił się, zamknął drzwi. Podwójny prowiant postawił pod ścianą. Czekał w milczeniu, po czym zapytał:
- Mistrzu, o której godzinie rozpoczyna się pierwsza lekcja?
- Oprowadzę cię przed południem.
Mistrz podszedł do kartonów z prowiantem, otworzył jeden, z którego wydobył paczkę papierosów. Zapalił i wrócił do kawy.
- Nie sądzę, aby rozpoznanie było konieczne, Mistrzu. Jako że wszystkie Domy Dziecka buduje się na podstawie jednego projektu, z którym mnie zapoznano, nie będę miał kłopotów z odnalezieniem określonych pomieszczeń.
- No tak. Na projekcie tym Mechanizm bazuje od dwóch stuleci.
“Co to za dialog? Zupełnie niepodobny książkom, zupełnie inny od tych zapamiętanych.” Mistrz poczuł się obco, jakby naruszono jego pozycję. “Przyszły zmiany.”
- Projekt ten, Mistrzu, liczy sobie dwieście czterdzieści osiem lat.
- Nie palisz. Mogli dać więcej papierosów. Zajmij pusty pokój. Masz czas do południa.
- Tak, Mistrzu.
“Lis i Książę; Książę i lis.”
Południe.
- Twoim podstawowym zadaniem podczas trwania nauki jest przeczytanie książek z obu tych półek. Zaczniesz od “Odżywiania nie mutagennego”, skończysz na “Fizyce śmierci”. Przy doborze pozostałych zastosujesz “kolejność estojską”. Drugim zadaniem jest analiza poprzez obserwowanie mnie przy pracy. Sprawdzę wszystkie napisane przez ciebie protokoły badań. Ostatnim przypadkiem zajmiesz się samodzielnie. Jutro przywiozą obiekt, więc po wstępnym zapoznaniu się z lekturą wyniesiesz przed dom pojemnik na wymianę.
Wieczór.
Mistrz odłożył książkę na bok. Czytanie nie mogło przynieść ulgi w nękającej go bezsenności. To nigdy nie pomaga. Zbyt wiele myśli rodzi się pod wpływem lektury i miesza z rzeczywistością. Lepiej ująć w dłonie skrzypce, zetknąć zużyty smyczek z rozstrojonymi strunami, niech te inne myśli, które szarpią wnętrzem poprzez melodie rozejdą się po pokoju, niech dotykają każdego przedmiotu, tych wszystkich lamp, mebli, ubrań, niech odbijają się niesłyszalnym echem od ścian, próbują wyrwać się poza to miejsce, poza czas, napierają na małe, zaniedbane okno, powodują pajęczyną pęknięć na szkle, przeciskają się przez kolejne szczeliny, a ich ostre krawędzie tną dźwięki, które uwalniają się, wydostają poza i pędzą już niestrudzenie, powolnie jakąś gorzką przeszłością, opadają na trawy ogrodu bez ścieżek, ogrodu pokrytego liśćmi i deszczem, wspinają się na ławkę samotnych pobytów, trochę wytartą czterdziestoleciem przemyśleń, dwustu czterdziestoleciem, opuszczają ją jak Mistrz, odchodzą od ostatniej części mieszkalnej sfery, bo to już nie jest Dom Dziecka, to już nie jest więzienie starego mężczyzny, pozostaje jedynie maszyna na skarpie, jej korba napędzająca niewielką platformę, która sunie po szynach, do końca, aż ziemia znika, a w dole przepaść, coraz niżej, głębiej, fale pochłaniają melodię, a ta odpływa w ocean, znika pod wodą, gdzie cmentarz, gdzie śmierć.
Ranek.
- To nasz dzisiejszy obiekt. - Mistrz otworzył wieko pojemnika o rozmiarach siedemdziesięciu centymetrów długości, czterdziestu szerokości i wysokości. Jego plastikowe ściany były przejrzyste; zdobiły je liczne otwory umożliwiające obiektowi oddychanie. Spód wyściełano pianką, aby nie narażać zawartości na niepotrzebne uszkodzenia. Poza bocznymi uchwytami do transportu ręcznego pojemnik posiadał dwa zaczepy u podstawy oraz zamek na jednej z mniejszych ścian. Zawinięty w przejrzysty materiał izolacyjny obiekt zaśmiał się radośnie i pomachał niezgrabnie kończynami na widok dwóch pochylonych nad nim twarzy. - Zanotować rozpoznanie - kontynuował Mistrz, - wrodzony kretynizm.
Pretendent spojrzał na starca szukając przez chwilę w jego twarzy wyjaśnienia tak szybkiego rozpoznania wady, po czym, nie uzyskawszy odpowiedzi, zapisał w protokole, co należało.
- Widocznymi cechami choroby są: nadęta twarz o grubych rysach - Mistrz otworzył usta obiektowi, - powiększony język - pomacał gardło, - nieprawidłowych rozmiarów tarczyca oraz sucha skóra. W dokładniejszym badaniu odkryjemy upośledzenie umysłowe, które potwierdzi diagnozę. Oznacza to, że zawartość pojemnika numer 0079013573 nie nadaje się do resocjalizacji.
Obiekt z uśmiechem wydał z siebie abstrakcyjny dźwięk i utkwił szkliste spojrzenie w Pretendencie, a ten zanotował w protokole, zamknął wieko, położył na nim dokument, podniósł pojemnik i przeniósł go do innego pomieszczenia.
Mistrz zapalił.
Popołudnie.
W jadalni nie panowała tak lubiana cisza przy spożywaniu posiłku. Odmierzane łyżką porcje papki odżywczej stawały w gardle konsystencją. Tym, co najbardziej przy obiedzie Mistrza irytowało był widok towarzyszącego mu współlokatora i wilgotne dźwięki z pojemnika. Mdłości i brak spokoju.
- Mistrzu, słyszałem w nocy twoją muzykę. Jeśli wolno mi spytać:, w jakim celu ją grałeś? Czy zachowania kreatywne należą do obowiązków mistrza?
Mistrz skończył posiłek i w wyraźnej konsternacji okrył się chmurą dymu z papierosa. Przyjrzał się wciąż jedzącemu Pretendentowi. Ten oczekiwał jasnej odpowiedzi.
- Nie wiem, jaki może być tego cel. Czy w ogóle jest w tym miejsce dla jakiegoś celu?
- Uczono mnie, że działania bez celu…
- Wiem, co chcesz powiedzieć. Nie doszukuj się w tych dźwiękach logiki.
- Nie rozumiem.
- I nie zrozumiesz. Ja do dziś nie zrozumiałem swojego Mistrza.
- Absurd to archaiczne pojęcie, Mistrzu.
- Mylisz się.
Obiekt wydał kolejną serię dźwięków, Mistrz dopalił papierosa, Pretendent skończył posiłek.
- Praca czeka. Zabierz pojemnik.
Wyszli do ogrodu. Stąpając po dywanie martwej natury minęli zapomniane drzewa i starą ławkę. Po chwili stanęli ponad skarpą przy drewnianej konstrukcji. Wody oceanu były niespokojne, na horyzoncie szalał sztorm. Młodzieniec wykonywał polecenie starca - umieścił pojemnik na platformie, przytwierdził go zaczepami, otworzył ścianę od strony przepaści i zaczął kręcić korbą. „Doskonale wyszkolony.” Platforma powoli sunęła szynami ku końcowi konstrukcji. Praca odbywała się zgodnie z przewidywaniem Mistrza, dokładnie tak, jak on ją wykonywał przez czterdzieści lat. Teraz stał z boku obserwując obiekt, nie wiedząc, że sam kiedyś przebywał w takim pojemniku, że Pretendent również; patrzył na ruchy drobnych kończyn, którym towarzyszyły głosy, które nie potrafiły utrzymać obiektu wewnątrz pojemnika przechylającego się wolą Mechanizmu, wydającego z siebie zawartość mogącą jedynie silniej machać rękoma niczym okaleczonymi skrzydłami, co i tak nie zwyciężyło z grawitacją, dziecko spadło kilkadziesiąt metrów w dół, rozbiło się o wodę, o skały, umarło, a więc ucichło i przestało machać tymi swoimi drobnymi kończynami. Bez resocjalizacji, bez przypisanej roli. Pozostało tylko zabrać pojemnik, wystawić go na wymianę i poczekać, aż ta nastąpi za kilka dni.
Noc.
Kolejna bezsenność. Mistrz myślał o swoim Mistrzu, o sobie, jako o Pretendencie. Palił papierosa, pił ciepły wywar i myślał.
Retrospekcja.
Piętnastoletni Pretendent zdaje egzamin - udaje mu się zdiagnozować kretynizm i bezbłędnie zaprotokołować rozpoznanie. Jak w większości przypadków, tego obiektu także nie da się naprawić i przyłączyć do społeczeństwa. Pretendent zostaje mianowany Mistrzem, otrzymuje dokument, a emerytowany mistrz w myśl sprawności Mechanizmu odstępuje następcy dotychczasowe miejsce, nie żegna się, odjeżdża w towarzystwie szarych ludzi do innego miejsca w świecie, do jakiegoś Domu Starców, czy gdzie tam trafiają emeryci.

Opublikowano

Cześć Lewy, aż mnie pali ciekawość, co powiedzą możni literatury, kiedy się wczytają. Co prawda ciężko tu o takich, ale być może akurat potkną się o twoją próbę. Ja nie podejmuję się oceny, chociaż mam wrażenie, że niezbyt płynnie przeskakujesz z jednego zdania w kolejne, co powoduję wrażenie, jakby tekst tracił płynność i szarpał się sam ze sobą. Osobiście byłbym poprzestawiał wiele jeśli chodzi o szyk, ale to chyba kwestia stylistyki, która jest indywidualna. Jutro sobie zerknę bardziej, bo dzisiaj jestem niebardzo. Pozdro

Opublikowano

Ja wiem tylko jeszcze to, że wyczuwam w trakcie czytania poza siermiężnymi, patetycznymi dookreśleniami które nierzadko są niefortunnie i powtarzają się częstokroć nazbyt nadmiernie, ogromną dozę sztucznego dramatyzmu, który wcale nie jest dla mnie wiarygodny; a i co do płynności samej akcji i jej wartkości wiele można by zasugerować. Zupełnie pomijając tematykę, która jest mocno wtórna: samotność, odrębność, "ból istnienia" - oryginalne, ale na XIX wiek. To samo bohaterowie; mizerni, jednowymiarowi, nijacy, bezpłciowi, właściwie stagnatyczni. Niby tu jest coś osnute wokół jakiegoś naciąganego egzystencjalizmu - refleksyjność postaci, bezsenność, złożoności emocjonalne itd., ale wszystko podane w taki sposób i w takiej formie, że ciężko o jakiekolwiek napięcie wynikające z wieloznaczności zawartej w wyrazie. Jedyne co naprawdę odczuwam kiedy czytam to znużenie - samym tekstem, bo mierny chyba, a i atmosfera jest taka, jakby pisał owe dziełko nie ktoś odosobniony, lecz ktoś zatracony w bezproduktywnej melancholii. Warsztatowo jeśli chodzi o sam wdzięk i polot w zdaniach byłbym poprzestawiał dużo i pokrzyżował niejeden szyk ;) Okrągłe zdania; mało finezji i oryginalności jeśli chodzi o ujęcie. Pozdro

Opublikowano

Witam, staram się skojarzyć, wpaść na jakikolwiek trop, ale nie potrafię zadaniu podołać :P Kim jesteś?
A tak na marginesie, jeśli mogę użyć tego określenia, dzięki za krytyczny komentarz, przeanalizuję go w odniesieniu do swojej wizji twórczej, bez wątpienia jest to cenna rzecz, jako że jesteś czytelnikiem, a z czytelnikami właśnie powinienem się liczyć :) Choć po Twoich słowach poznaję, że nie gustujesz w postmodernizmie. Kilka uwag nie ma realnego odniesienia do mojego opowiadania, choć to detal, bo tekst podlega interpretacji odbiorcy. Jeżeli ujawnisz swoją tożsamość i, jeżeli reflektujesz, to chętnie zaprezentuję Ci wizję autorską :) Jestem świadom, że nie w pełni zrozumiałeś walory artystyczne i myśl w utworze zawarte, ale jeśli je poznasz, to chętnie przeczytam kolejne Twoje słowa na temat "Solisty", bo masz wiele sensownej treści do przekazania. Pozdrawiam i czekam na odpowiedź, bom niecierpliwy wieści któż to spośród znajomych udziela się na forach literackich :)

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Bardzo trafnie rozpoznałeś po moich słowach to iż nie interesuję mnie nawet pobieżnie nurt czy zakres czasowy i ideowy zwany postmodernizmem; czyli wszystkie jakoweś nowatorskie rozwiązania dotyczące poetyki i tematyki literatury współczesnej. Jeśli chodzi o nietrafione uwagi to być może, aczkolwiek zasadniczo nie idzie mi o całokształt tekstu, ale o poszczególne zdania, które chyba w prosty sposób za pomocą inwersji można by skutecznie podrasować aby efekt końcowy był bardziej wyrazisty jeśli chodzi o piętno które na tekście może odciskać autor; chodzi mi o rodzaj manipulacji stylem w taki sposób, aby wodzić czytelnika w zakamarki różnorakich rozwiązań, które byłyby efektem świadomej umiejętności dozowania i narzucania własnych emocji tym osobą, które będą miały z tekstem do czynienia. Poza tym tu nie chodzi o to abym ja szczegółowo i wnikliwie próbował rozczytać te zabiegi artystyczne które ty starałeś się zawrzeć w swojej pracy i które jak mniemasz pewnie udało ci się zawrzeć. Tekst powinien bronić się sam, bez odautorskich wyjaśnień odkodyfikujących zawartość. Ja uważam subiektywnie że jest w twoim pisaniu pewien rodzaj świeżości, inności i wyjątkowości, która może być zaczynem do czegoś dobrego i wartościowego literacko; ale też jednocześnie nie koncentruję się na całości tekstu i umiejętności nakreślenia zwartej i zamyślonej uprzednio historii w konsekwentny i spójny sposób - mnie interesuję akurat wyłącznie styl, problem ujęcia, warsztatu i maniery pisania a także jej spójności. Warsztat organiczny ;)

Zaś jeśli chodzi o samą tematykę to sprawa jest drugorzędna w obecnej sytuacji, bo to forum literackie i inne literackie fora tym się charakteryzują, że starają się być pomocne w sytuacjach kiedy ktoś pracuję nad sprawną i skuteczną umiejętnością zawierania treści w tekście - w ogólnym ujęciu można powiedzieć że służą rozpoznawalności czy pretendent bądź adept literacki w ogóle ma narzędzia którymi można coś wyrzeźbić. I ja uważam akurat, że ty takowe umiejętności masz, mimo iż uważam, że to jeszcze nie jest powiedziane, że skoro potrafisz napisać względnie ciekawie, to będziesz potrafił powiedzieć o czymś ciekawym. Pozdro

Tomek K.
Śrem
Opublikowano

Twój ponowny komentarz, Józefie ;P, jest niejako bardziej czytelny od wcześniejszych. Jasność przekazu wrażeń i spostrzeżeń cechująca się nienagannym stylem pomaga bez zbędnych domysłów dojść sedna "problemu" (Wybacz to słowo,,,). Od kilku lat poszukiwałem pośród forów twórców, którzy potrafiliby przekazać w komentarzu coś wartościowego; zaspokoiłeś moje wczorajsze potrzeby twórcy ;P

Bez wątpienia - i przeczył temu nie będę - mój warsztat wymaga intensywnej pracy, co powinienem rozważać do końca życia. Uwielbiam mieszać szyk zdaniowy, pożądany przeze mnie wpływ postmodernizmu. To pozwala mi spojrzeć na tekst z odmiennej perspektywy, chociaż dochodzą mnie obawy, iż jest to jedynie niepotrzebna na tym etapie twórczości skaza ćwiczeń i doskonaleń, że powinienem wziąć się w garść i oddać w pełni pisarstwu na poważniejszą w dopracowaniu skalę, zrealizować pomysły, których dotąd się obawiałem, zapomnieć o utworach takich jak "Solista" popełnionych dwa lata temu, zrobić to, co do mnie należy... Z tego powodu dodam tu post z czymś świeższym, czymś pozbawionym pewnych niewygodnych skaz. Ale obronić muszę ten tekst przed pewnym nieporozumieniem będącym być może z Twojej strony spowodowanym brakiem znajomości zjawiska wiązania ze sobą nie tyleż struktury i treści, co języka z treścią. Zauważyć można w "Soliście taki łączniki, nawet nastawiałem się podczas jego pisania na drastyczne podejście do tego tematu i opowiedzenie historii za pomocą technik zawartych w zdaniach i poszczególnych wyrażeniach, nie stroniłem od nadania przedmiotom i zdarzeniom sensu alegorycznego, wyrażałem treść poprzez formę etc. Widząc jednak to ze świeższej perspektywy pod wpływem Twojego komentarza, dochodzę do wniosku, że takie nakładanie ram językowi może powodować jego brakiem zdolności w wyrażaniu opowieści w sposób "doskonalszy".

I z tego tytułu dzięki Ci wielkie za możliwość obcowania z myślą odmienną i nieprzeciętną :)

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Rzecz jest tego rodzaju, że ja mam na imię Tomasz, a nie Józef, ale być może Józef to w jakiejś innej tradycji kulturowej Tomasz pisane odwrotnie, więc może i być Józef, skoro w ostateczności różnica jest znikoma, jeśli nie żadna ;) To iż warsztat posiadasz jest dla mnie jasne i przejrzyste, bo to nie jest tekst pierwszego lepszego gryzipiórka; lecz odnośnie pisania ja mam inne pytania do zadania przyszłym twórcom - bo warsztat to jest rzecz do wyuczenia jeśli się ma odpowiednią motywację i jest się konsekwentnym, przez niemal każdego. Mnie natomiast interesuję to CO mają do powiedzenia ci, którzy posiadają jakiś tam rzeczony warsztat - lepszy, gorszy, mierny lub mierniejszy - CO, DLACZEGO, O CZYM, I NA CO. To mnie interesuję. Interesuję mnie to co za pomocą różnych figur retorycznych, wyobraźni i swobody stylistycznej - warsztatu - chcą powiedzieć potencjalni. Innymi słowy to jest pytanie o ambicje literackie. No ale to jest temat na inną rozmowę. Pozdro dla ciebie.
Opublikowano

Nie skojarzyłem w ogóle że zapewne chodzi ci o Kafke z tym Józefem, no i o moje nazwisko, a raczej literę pierwszą nazwiska. Faktycznie. A wiesz, że w rzeczy samej, życie takie napisało figle w mojej sytuacji, że rzeczywiście, moje perypetie są niesłychanie zgodne z perypetiami kafkowskiego Józefa w jego "Procesie" ;) Raz jeszcze pozdro.



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Migrena  U Ciebie nie ma rutyny . Są emocje, ciarki, gęsto, gejzer emocji. I refleksja ... Pozdrawiam ciepło.
    • @hollow man   Dla mnie jest to niezła lekcja o kosztach, jakie płacimy za próbę całkowitego opanowania świata. Niszcząc naturalne bariery (brzegi rzek) zamiast wolności - zamykamy się w sztucznym, wyreżyserowanym świecie. To metafora świata, w którym wszystko stało się płynne i pozbawione fundamentów. Żyjemy w kłamstwie tak głęboko, że tylko śmierć, jest w stanie nas z niego wytrącić i pozwolić nam dostrzec "błyski prawdy". "Błyski" - to słowo sugeruje, że prawda nie jest już stałym światłem. Bardzo intrygujący wiersz. :)
    • Tajemnicą jest życie bez tajemnic.
    • jej mąż ma ciało które nie uznaje granic nie kończy się w jednym miejscu rozlewa się po domu jak coś co nie zostało dobrze zakręcone jak awaria która nauczyła się chodzić wchodzi w kątyo na szybie zostawia po sobie ślady ciepła zapach potu i coś co przypomina wczoraj śpi ciężko z otwartymi ustami jakby łapał powietrze z innego życia jakby coś z niego wychodziło zamiast powietrza chrapie w rytmie który nie pasuje do niczego jak rozregulowana betoniarkia która mieli resztki ich wspólnych nocy chrapie w kilku językach naraz jak maszyna która próbuje przypomnieć sobie po co została zbudowana materac przyjmuje jego ciężar jak wyrok bez odwołania jakby ktoś próbował z niego wycisnąć ostatnie lata gwarancji rano podnosi się powoli najpierw bebech potem barki potem reszta jakby składał się z części które nie chcą współpracować szoruje bezwstydnie paznokciami po skórze jakby zdzierał tynk z nieopłaconego mieszkania drapie się pod koszulką która przykleiła się do niego jak druga skóra po przejściach jego skóra jest jak stary paragon wyblakły nieczytelny dowód zakupu człowieka, który dawno przestał działać i dlaczego nie podlega zwrotowi drapie się po brzuchu jak po bębnie w który los uderza co rano żeby sprawdzić czy w środku jest jeszcze jakiś dźwięk czy tylko echo pustych kalorii ona udaje że śpi bo zna kolejność zdarzeń wstrzymuje oddech tak długo że krew w skroniach zaczyna tętnić: uciekaj, uciekaj ale jej nogi są z ołowiu jakby on już dawno je sobie pożyczył wie że zaraz padnie to pierwsze westchnięcie ciężkie wilgotne jak ręcznik zostawiony w łazience na kilka dni które wejdzie jej pod żebra i zostanie tam jak niechciany lokator idzie do kuchni stopy stawia całym ciężarem jakby sprawdzał czy podłoga jeszcze go znosi otwiera lodówkę światło robi z niego dowód rzeczowy stoi przed nią długo z ręką w spodniach z głową w świetle jak eksponat w muzeum rzeczy zepsutych z twarzą która nie zdecydowała się jeszcze być człowiekiem jego ciało to magazyn w którym ktoś chaotycznie upchnął zapasowe lata a on próbuje je teraz przełknąć razem z zimną parówką z biedronki je bez apetytu ale dokładnie miażdży materię jakby jego zęby były ostatnią sprawną niszczarką w tym domu ostatnią instytucją która jeszcze działa mieli wszystko: chleb ciszę i resztki nadziei na to że jutro będzie lżejszy on jest jak żywa usterka w instalacji świata przez którą wycieka Bóg w dresach z wypchanymi kolanami jedyny namacalny dowód na to że nicość ma jednak kogoś na etacie liże palce powoli bez skrępowania a ona patrzy na to i czuje coś między litością a zażenowaniem jej ciało próbuje się zmniejszyć zrobić miejsce dla jego istnienia kiedy mówi że coś naprawi powietrze w domu robi się twardsze on nie naprawia on wchodzi w rzeczy całym sobą siłuje się z kluczem francuskim jak z obcą cywilizacją poci się natychmiast pot wychodzi z niego jak decyzja podjęta bez konsultacji jak wyciek danych którego nie da się zatrzymać wygląda jak rzeźba pod tytułem błąd w sztuce mokry pomnik ku czci wszystkich mężczyzn którzy zginęli przy próbie wymiany uszczelki w kranie sapie zaklnie urwie zaleje stoi potem w tej wodzie mokry do pasa zadowolony przez chwilę jak dziecko które rozwaliło zabawkę żeby zobaczyć co jest w środku ona odwraca wzrok ale słyszy każde jego chrząknięcie każdy dźwięk który mówi że to jeszcze trwa siada na kanapie z ikei i nie siedzi - on się wydarza ona wtedy zaciska dłonie na szklance żeby sprawdzić czy jeszcze ma granice czy  też już pachnie tą zimną parówką jak on jest jak czarna dziura domowego użytku która wciąga światło z okien i resztki jej cierpliwości mieli je w sobie na gęstą ciemną materię telefon trzyma przy twarzy ale nie patrzy tylko przewija jakby szukał wyjścia z własnej skóry ona siedzi obok i czuje jego ciepło które nie pyta o zgodę które przechodzi przez ubrania przez skórę dochodzi do niej i zostaje w nocy wstaje idzie do lodówki światło oblepia go od przodu jakby go przesłuchiwało stoi drapie się je prosto z opakowania jakby był tylko przejściem ona patrzy na niego z łóżka i nie wie czy to jeszcze człowiek czy już tylko potrzeba która przyjęła jego kształt jej mąż pachnie snem potem i czymś niedokończonym kiedy ją dotyka robi to ostrożnie jakby bał się że zostawi ślad kocha ją cicho bez słów jest jak Bóg który przespał własną rewolucję i teraz jedyne co może zrobić to zajmować miejsce trzymać ściany żeby nie uciekły przed jego chrapaniem które skleja noc jak klej do rzeczy dawno rozbitych ona czasem myśli że gdyby go nagle wyciąć z tego powietrza dom zapadłby się do środka jak pusta puszka bo on wrósł w progi jak krew w żyły stał się jedynym zbrojeniem które jeszcze trzyma ten syf w pionie jest jak cały świat na fundamencie spocony i głośny potwór o pustym spojrzeniu bez którego ściany dostałyby mdłości trzyma ten bajzel przy ziemi samym swoim byciem to jest jego jedyna ewangelia: pot, parówka i nic wybrakowany mesjasz od cieknących kranów który nie zbawi świata ale przynajmniej nie pozwala mu odlecieć w próżnię          
    • @hania kluseczka   Bardzo dziękuję za podzielenie się swoimi doświadczeniami. Wiem, o czym piszesz i dobrze Cię rozumiem.  Też spotykałam, co prawda bardzo rzadko, wyjątkowe dzieci, ale system ich nie zauważa. I rzeczywiście, mają szczęście, gdy trafią na mądrych ludzi. Ale najważniejsi są rodzice/rodzic - to ich mądra miłość może zdziałać najwięcej. Gratuluję, że tak mądrze przeprowadziłaś swoje dziecko przez ten czas dzieciństwa i młodości. Gratuluję również tak uzdolnionego syna.  W moim opowiadaniu występuje ktoś z mojej rodziny, ale Nika nie jest moim dzieckiem.  Pozdrawiam serdecznie. :)
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...