Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Lipiec tego lata palił i spopielał, wytyczał i złocił najśmielsze granice smagłej skóry.

I była stodoła.

Lipcowa sucha i pachnąca pełna stodoła lata pękała w szwach. Spomiędzy jej dech (starych, świerkowych) sypały się wiosenne, pierwsze siana.

W pobliżu dawnych lip, nad strumieniami, w łagodnym cieniu spokojnym, w łagodnym świetle spokoju rozgrywał się nieustanny dramat śródpolnej stodoły: co jedno ukąszenie upału, co jedno samospalenie lata w lecie, co jedno wzniesienie przed oczyma kurtyny krajobrazu – co chwila gorący plon lata zebrany we wnętrzu budowli usiłował rozsadzić jej wiekową konstrukcję.

I byłaby stodoła już niejeden raz wybuchła – z przyczyny urodzaju, z powodu majętności wakacji, z winy stale wzbierających potoków dobrodziejstw, które i dniem (w słonecznej otoczce) i nocą (rynnami spadających gwiazd) i z rana… biły ze wzgórz nieba, ściekały po ścianach błękitu, lały się, tryskate, z utrudzonej buzi wesołego słońca – byłaby wybuchła i przepadła, gdyby jej bytne istnienie nie leżało w niezgłębionych interesach lipca, lata, długich popołudni, bezchmurzy… (wielu, wielu, wielu…)

Lipiec, lato, długie dnie, maki, wiśnie, maliny, malwy, miedze… stale ocalały budowlę… przed najlepszym.

Pomagał im wiatr. Ten wieczny tułacz – teraz stał na straży bezpieczeństwa stodoły. I jeśli ona gotowała się wybuchnąć, on był gotów temu zapobiec szerokim otwarciem jej drzwi.

Warto przypomnieć tę oczywistą prawdę, że wiatr, na przekór wadze swego zadania, sumiennym strażnikiem wrót zagrożonej budowli nie był ani przez chwilę. Nie było to przecież możliwe! Wicher nie byłby wichrem – związany z jednym tylko miejscem, jednemu miejscu wierny, jednemu miejscu oddany. Słusznie zatem nigdy nie miano wiatrowi za złe, iż, pozostając w zgodzie ze swą lekką naturą, wcale często znikał na długie, pełne napięcia godziny.

Zawsze zresztą wracał na czas: przybywał w ostatniej chwili i dobywszy wrót, rozwierał je na oścież. Wówczas aromat lata rozlewał się świetlistymi rzekami po okolicznych rolach i sadach i mieszał się do woli z płynnym na tle widoków żarem. Z tej mikstury płomiennego lata sporządzał lipiec wyborny środek nasenny, którym dławił jakąkolwiek chęć popołudniowego przebywania na jawie.

…uderzył kolejny raz suchy wiatr we wrota stodoły. Rozościeżywszy je, wpadł do środka i zamknął aromat lata w worze swego ciała. Głębokim zaś wydechem wykonanym już na otwartej przestrzeni wyprowadził go na ścieżki polne.

Prawie puste stało się wnętrze stodoły, a ona sama nabrała wyśmienitej lekkości – szpary między dechami ścian naraz okazały się szersze niż same dechy.

Teraz inny już wiatr zadbał o ten skromny dobytek lipca: niezmienne w swej odpowiedniej sile, błogie w dotyku ciepło przeciągało przez budowlę, wpadając jedną a wybywając drugą, przeciwną ścianą.

Stodoła – ten najcenniejszy ze skarbów lata, jakie zwykły dzień w dzień osiadać na upalnej mieliźnie popołudnia – niech posłuży za dowód na to, że szczególnego rodzaju niespełnienie święci swój nieustanny, co rusz odnoszony triumf. Oto barwna i bujna, malownicza, pachnąca, jedyna w swoim rodzaju eksplozja – jest tak cudna – iż staje się nieskończenie ryzykowna. To natychmiast przekreśla jej szanse, zabija możliwość, czyni wybuch raz na zawsze odroczonym, a spełnienie – raz na zawsze zażegnanym. Zachowawczy duch bezkresnej pogody nigdy na takie wybryki nie dozwoli!

Co innego, iż ten wyżej przedstawiony proces, proces opróżniania stodoły ze zbiorów, w swej późniejszej fazie (gdy szpary między deskami ścian rosły i rosły) stawał się także próbką możliwości wakacji w dyscyplinie znoszenia ograniczeń, rozluźniania ścian, prucia i darcia ścian w zwiewne zasłony…

Nimi nieustannie przepływał poprzeczny wiatr. Ledwy, cieczył nimi czulej, niż kiedykolwiek wiał. Od jego trwałego ruchu – od tych ciągłych ziewań dnia (ziewaniami dnia są w istocie wszystkie podmuchy i wiania znad zbóż) – od tych pieszczot, tych trzymań – od tych przeciągań sennego gorąca dźwięczna jak dziewczyna budowla rozbrzmiewała wołaniami ciepłej barwy. Do nich u wrót do wtóru cicholiła jej okolica.


W jedną ze stron teren tutejszy powoli wznosił się usypując rozległe wzgórze. Miało ono swój odmienny klimat. Zamiast spalonego światła znad pól spalonych spieką, dopływała tu pastelowa pół-noc – obłokiem chłodu, mgłą wypoczętego, wiecznego wytchnienia – i lekka, lekko-złota unosiła się nad zboczami – czysta łagodność. Z dala, rzekłbyś: letnia chmura. Ze wzgórza – i w rzeczywistości: deszcz, który już się skroplił, który jednak nie spada. Który nieznacznie tańczy nad wzniesieniem, przeciąga wstęgę tęczy, a czasem ciemnieje.

Bursztynowe, bure, piwne wejrzenie żniw – gasło – w drodze w górę. W zamian w to melodyjne miejsce napływało niedręczące światło pogodnego dnia, napełniając naczynie błękitu niezmąconym niebem.

Pośrodku pagóra rósł stary dąb. Był on drzewem szlachetnym i samotnym, o ciepłym sercu, o spokojnej zieleni, o mądrych sokach, o milczącej sile. Z jego pnia (obejmowanego w wielu) wybiegało wewsząd tyle ciężkich konarów i tyle gałęzi, iż zdawał się nimi rozkazywać całemu latu. (W zimowe zaś noce – zachwycony – patrzał w wielkie niebo).

Aż chce się go pytać, gdzie szukać stodoły? Ach, przecież myśląc o niej stale i tyle, chce się ją wreszcie ujrzeć, oglądać. Lecz dąb najpierw zasmuca – swą odpowiedzią, a dopiero potem trwale urzeka – głębią swej myśli: zapytany „gdzie Ona?” wszystkimi swymi konarami niewzruszenie wskazuje wszystkie możliwe kierunki.

Szczególnie przedstawiała się rzecz podchodzenia stodoły. Natrafiwszy na nią w lesie, należało tę płochą budowlę podchodzić (jak dzikie zwierze) tak, by wiatr dmuchał w twarz – lecz nie po to (jak w przypadku dzikiego zwierza) by ją schwycić, usidlić, lecz po to, by bijący od niej zapach, wdzięk, jęk łączeń jej drewien – uderzył, porwał, uniósł nagle w przeciwną, daleką stronę. Gdyby jednak ktoś zdecydował się iść ku niej, pod stromy wiatr niej pełen, do końca świata nie zdołałby osiągnąć jej progu. Ta letnia nęcarnia zmysłów leżała bowiem w odległości, jak w odległości leży niebo.

Inną znów cechą stodoły było to, że im stawała się bliższa, tym więcej przestworzy gnieździło się w jej ścianach. Stanąć przy którejś z nich i zerknąć przez szparę, nie znaczyło zajrzeć do środka – a patrzeć – poprzez wnętrze, lukami ściany przeciwnej, przez odległe światło – w nieznany błękit.

Na klepisku z kolei – klepisko to droga przez stodołę; łączy ono jej przednie i tylne wrota; nim przejeżdżają wozy pełne siana i słomy – z klepiska, ze swego serca budowla była znów zbyt naga – niewidna, rozświetlona, luźna, rozpruta niebem. Na dobitkę, klepisko samo w sobie było miejscem niedostępnym. Jeśli bowiem ktoś przystanął na nim, to w te dyrdy darto go z dwu stron. Z jednej – widok stojący w jednej bramie, z drugiej – pejzaż daleki w drugiej – i gdzie on wtedy był?

A słońce? Jak słońce odnosiło się do stodoły?

Otóż słońce… było zawiedzione! Nie mogło bowiem przecisnąć się przez kraty świerkowych dech. Pogodna buzia, niczym mydlana bańka, pryskała o szczerbate ściany za każdym ciekawym spojrzeniem słońca.

Próbowała i próbowała żółta kula wtoczyć się do budowli, lecz o rzadkie żerdki ścian rozsypywała się w jasne pasy. Na całej długości wnętrza – niczym przez zieloną toń leśną wczesnym ranem – płynęło puszyste światło. Ciasnymi, bratnimi dróżkami – do cudnego środka – z wielkiego blasku ciężkiego dnia – trafiały tylko ciepłe wstążki – w pachnącą ciemność.

Zmiecione z powały pajęczyny, kurz, półmrok, pył ześród siana i próchno z bel stropu – wszystko to iskrzyło się w strugach światła jedną tylko chwilę – nim przeciąg dzienny porwał tę roztańczoną zawiesinę i w przecudnym pędzie wywiódł ją, wyprowadził w pole.

Wówczas było już jasne, jaki los spotka stodołę, jaką lato zastosuje taktykę, jaki finał znajdzie historia: kolejny raz zwyciężała koncepcja powolnego zaniku. Najlepszym na to dowodem była widoczna gołym okiem przemiana wszystkiego, co od zawsze składało się na stodołę.

I rzeczywiście – z każdym westchnieniem lipca mniej i mniej siana leżało pod dachem stodoły. Schło ono w tej wymyślnej suszarni wyśmienicie, zupełnie, aż do całkowitego przesuchu, do bezpowrotnego przejścia w – słodki – smak i – słodsze – wspomnienie sianokosów – przejścia z trawy w zapach trawy, z zieleni – w zapach łąk.

Ale nie tylko siano zdawało unosić się w niebosiężne przestrzenie lata. I samą stodołę z wolna spotykał takiż sam los.
Poczęła ulatywać – jak mgły.

Świerkowe dechy kurczyły się, mizerniały, więdły w oczach. Spowite nieustanną polną bryzą, szlifowane niestrudzonym podmuchem znad zbóż, stale przeobrażały się w coraz kruchsze, łamliwe tyczki i patyki, trzaskające na wietrze rozbiórki.

Ze świerków stuletnich były wyprute dechy godne tej budowli. Toteż nie żałował ich pomruk upału i rozprężał je w: zapachy, barwy i odgłosy, które, podobne chmarom rozgorączkowanych owadów, wyfruwały ze słoi, sęków, szpar i szczelin. Dechy o świcie jeszcze szlachetnie twarde, zdrowe – w tyglu ciągłych linień, rojeń i uronień dnia szybko przechodziły w wąskie, drgłe, niewiele widoczne, przeźroczyste pajęczyny drobnych listew i deseczek.

Dach zaś, rozpięty jak żagiel, zapewniał stodole bezpieczny i nieprzerwany dryf po polnych bezdrożach, przy nieustannym abordażu pustoszących ją mocy.

Otoczona troskliwą opieką sił jej sprzyjających, stodoła powoli traciła spoistość, rozlewała się po polach jak nieprzepasany płotem sad, rozsypywała się jak bukiet, któremu rozsupłano wstążkę, ginęła w okolicy, jak kropla wody w letnim ogrodzie. Z racji jej wątpliwej obecności na ścierniskach – jej istnienie stawało się kwestą wiary. Gdyby o swym czasie wybuchła, wszystko wyglądałoby z pewnością zupełnie inaczej. Tymczasem teraz mogła co najwyżej poblednąć jak duch i jak duch rzucać tylko nikłe cienie swych dawnych kształtów – tyle tylko połączoną ze światem mogła pozostać.

I tak przeźroczystą na końcu się stała, iż z wiatrem (dymem lata) w zapachy i barwy bez reszty uleciała…

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • MÓJ SZLOCH NAJ!


      Kochać cię to nie był trud
      Nie trzeba było silić się zbyt
      Kochać cię to nie był znój
      Ja piąłem się do twych ud
      A jemu zbyt szybko opadł mit 
      Och, mój ból, ból cud


      Wzięli cię na posterunek
      Nie pytałem, dlaczego, jak
      Nie wołałaś na ratunek
      Nie myślałem dlaczego tak
      Miał cię przez chwilę na wznak
      Och, mój o mój męki szlak


      Wszyscy chłopcy machają
      Próbujesz im w oko wpaść
      Wszyscy chłopcy wołają
      Chcesz czułą chwilę skraść
      Miał cię na liście "Na zaś"
      Och, mój deszczowy płaszcz?


      Kochać cię łatwo przyszło mi
      Lekko też odeszło w dal
      Kochając, byliśmy ciężcy, źli
      Serca były harde od dni
      Mieliśmy się przez parę chwil
      Och, mój ból, twardy jak stal

       


      (Opuszczanie zielonych rękawów)
      WRZESIEŃ, WRZESIEŃ, I CIĄGLE WRZESIEŃ


      Wojna w klęskę zmieniła się
      Traktat jest spisany krwią
      Lecz nie wpadłem im do rąk:
      Przekroczyłem linie swe


      Bardzo chcieli złapać mnie
      Lecz im zbiegłem i jak zbieg
      Żyję tu, w dzielnicy złej,
      Pod przykrywką szpieg


      Musiałem iść, całkiem sam
      I życie porzucić swe
      W szafie zbiór szkieletów mam,
      Lecz nigdy nie znajdziesz gdzie


      Snuję życia wątek, a w nim
      Tam fakt, a tu mit
      Kiedyś miałem imię lecz
      Nieważne to, poszło precz


      Nieważne to
      Nieważne co
      Ponieśliśmy zwycięstwo
      A akt spisano krwią
      Nie wpadłem do ich rąk
      Chodzę po linie Być


      Jest prawda, co ma żyć
      I ta, co ginie w mrok
      Nie wiem, w którą mam iść
      Lecz nieważne to


      Bo twój triumf miał
      Tak miażdżącą moc,
      Że niektórzy z nas
      Myślą, jak zachować choć


      Strzęp kronik o tym, jak
      Odbywamy marny byt swój;
      Beret, znoszony płaszcz
      Łyżkę nóż i stół


      Igrzyska i chleb
      W które gladiator gra
      Kamień, który rzeźbiarz tnie
      Pieśni ku chwale, niech trwa..


      Nasze prawo to wciąż
      Pokój, rozumie, że
      Chociaż strzela mąż
      Żona kule nosi mu


      I wszystko to w duszy mej
      Wyrazy, co obrazem są
      Słodkiej obojętności tej
      (Są tacy, co miłością ją zwą)


      Jej wysokości czczonej w krąg
      Niektórzy mówią na nią Los
      Lecz mieliśmy nazwy, co
      Ciut bardziej intymne są


      Nazwy te co wchodzą w głąb
      I tak prawdziwe są,
      Że dla mnie są krwią
      A dla cieby jak proch


      Nie potrzeba nam
      By uchowały się
      Jest prawda, co żywa jest
      Prawda, co żyje w nas...
      I ta, co umiera bez dram


      Nieważne, z kim
      Nieważne, czym
      Żyję życiem tym
      Które zostawiłem im


      Zabić wciąż jest wrogiem mi,
      I Nienawiść obcą też,
      Chciałem nauczyć się kochać je,
      Lecz całkiem nie wyszło mi


      Raz chciałeś mnie oddać im
      Lecz to nie dziwi mnie -
      Stajesz wciąż po stronie tych,
      Którymi gardzi serce twe


      Twoje serce było o tu
      Tu gdzie rój much masz
      To jest kuweta Twych ust
      A to twoja miska kłamstw


      Dobrze służysz im, wiem
      Lecz nie dziwi mnie to
      Oni to twoja krew
      A Ty - ich z kości kość


      Nieważne, gdzie
      Nieważne, że
      Serwujecie historii bieg
      W pasztecie faktów i kłamstw
      Do was należy świat
      Więc to nieważne i tak


      Nieważny klan
      Nieważny świat
      Żyję pełnią mych lat
      I pełnią każdego dnia
      Przez przestrzeń i czas
      Nie dam ich rozdzielić wam


      Moja kobieta sprzyja mi
      Me dzieci pójdą za mną w noc
      Ich groby bezpieczne są 

      Od horroru takich jak wy
      Od upiorów snów złych


      W głębiach pocałunków ich
      Korzeń mocno wbity mam
      Żyję wciąż pełnią dni
      Które zostawiłem wam


      Zostawiłem igrzyska o chleb
      W których nasz żołnierz grał
      Kamień, który grabarz tnie
      Piosenki, pisane na chwał..


      Lewo ponad prawem, zabawa trwa
      Pokój to wojna, wojna cały czas
      Chociaż strzelam ja
      Kule robi Diabeł w was


      Bo ważne, z kim
      Ważne Iść
      Żyć całym życiem swym
      I nie oddać go za nic
      Ani Berlin, ani Rzym, ani Krym


      Jak ty, co z Zabić zrobiłeś fach
      Chciałem go uczynić kompanem mym
      I nienawiść też, lecz tak chciał traf
      Że całkiem nie wyszło mi


      Raz przedstawiłeś mnie im
      Próbowałeś, bo wiem, że -
      Stajesz wciąż po stronie tych,
      Którymi gardzę.


      Je t'aime,
      L. Cohen


      PACTUS DIABOLICUS


      Znam cud przemienienia w wino wody stągw
      I obrócenia go w wodę znów, więc daj,
      Bym, zasiadłszy do twej uczty w tę noc,
      Wreszcie dostąpił Lucy in the Sky


      Stwórz pakt, gdzie będę mógł złożyć podpis swój
      Jestem wściekły i zmęczony wciąż
      Więc ześlij taki pakt, ten traktat, co na zawsze już
      Zwiąże kochanie me z miłością twą


      Pękł nowy wiek, więc ulica tańcem gra -
      Duszę zaprzedaliśmy, lecz jesteśmy wolni już
      Tylko jedno z nas było naprawdę - ja
      Tak mi przykro, lecz to nie ty, to Twój duch


      Nie powiedziałem słowa, odkąd odeszłaś w dal,
      Którego kłamca by nie powstydził się
      Nie mogę uwierzyć, że idą zakłócenia fal
      Byłaś mą ziemią, mym "przy zdrowych zmysłach jest"
      Byłaś Dedalem moich lat


      Pola wołają - pękł nowy wiek!
      Duszę zaprzedaliśmy, lecz jesteśmy wolni już
      Tylko jedno z nas było naprawdę - ja
      Ty to nie ty, tylko Twój duch


      Tylko jedno z nas było prawdziwe - to byłem ja


      Mówią, że, grzechotnik gorzko żałował za swój grzech
      Zrzucił łuski, by znaleźć, że w środku wciąż wąż jest...
      Ale narodzić się na nowo to w obskurność wejść
      Jad przenika samą ciała treść


      Stwórz pakt, gdzie będę mógł wreszcie złożyć podpis swój
      Jestem ciągle wściekły i zmęczony każdym dniem
      Więc ześlij taki pakt, ten traktat, co na zawsze już
      Przywiąże mnie do miłości Twej 


      Jestem zły i cały czas zmęczony
      Chciałbym, by był traktat albo pakt
      Między tym co ocalono
      Z naszej miłości, z wpisem do akt

      ───

       

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...