Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Maleńczuk śpiewa „Agrykolę, czyli nie zabieraj Peela na spacer”. Nigdy bym nie przypuszczała, a jednak wykonał ją, jak własną. Dziennikarka z rozgłośni „Z” w nudnym wywiadzie, sobie właściwym wysokim nosowym głosem zahacza pytaniem:

- Panie Maleńczuk, kto w takim razie schodzi tą Agrykolą w dół?
- A skąd ja mam wiedzieć, przecież nie ja. - odparował zaciągając po krakowsku.

Spogląda na mnie.

- Nie, nie, ja nie mam pojęcia. - odpowiadam z uśmiechem.

Tak na marginesie, to jakoś zgodnie mało wiemy. Czasem odnoszę wrażenie, że w odpowiedzi w końcu zbiorę parę oznak życzliwości w postaci kilku kropel cykuty.

Rezolutna panienka mówi więc, że być może chodzi o tego Peela z tytułu. - No jak? Z Peelem za rękę? A może idzie obok, bluzga, podbiega do bramy, skrzypi niemiłosiernie, płoszy pawie, a przed mostkiem stawia znak: „uwaga, mostek złamanych serc”. No przecież to niemożliwe.

Absurd się urywa. Żelazna kuta furtka przybiera wzór wywalonego jęzora, wielkiego, jak mistyczna droga The Doors. Nie skrzypi, otwiera się bezgłośnie. Za ogrodzeniem dzika zieleń, pilnie strzeżona, by nieokiełznana nie wydostała się na zewnątrz. Burza na palecie szaleńca zakochanego w chlorofilowej fantazji. Drobne listeczki mieszają się ze sobą. Potężna topola szeleszczącymi liśćmi splata się z szerokopalczastymi dłońmi kasztanowca, bluszcz obrasta brunatne pnie. Dęby zaborczo strzegą swych posesji, podczas, gdy wszędobylskie graby piętrzą się na rosnących z wiekiem stopach, wciskając się w każdy możliwy kąt. Wszystkie rośliny walczą, by widzieć i być widocznymi. Ciężkimi pniami toczą hektolitry soków ku najwyżej położonym gałązkom i odwrotnie, korzeniom niosą dary fotonowych impresji. Mają trzy pasje: światło, wodę i powietrze. Splatają je w wielki, dziewiczy warkocz, dumny i lśniący, w miejscach obfitości tworząc oazy, getta ograniczone pragnieniem.

Dalej wierzba płacząca na kształt harfy – żelazne gałęzie i listki, jak klucze do świata kompozycji stworzonej ludzką ręką. Poznaję ją - wierzba Chopina ze starego zeszytu. Piękna, strunowłosa. Prawie słychać, jak w wolnych chwilach gra na niej wiatr. A za nią uformowana zieleń krzewów. Słońce wnika w listki, błyszczy, świetliste krople zlewają się razem tworząc idealną harmonię. Lśniąc migoczą to biało, to zielono, wabiąc spojrzenie w sieć promieni wielkiego, słonecznego pająka. Rajskie ogrody zapewne tak wyglądały, jak we śnie małego dziecka, z wyolbrzymionymi główkami kwiatów zawsze zwróconymi w stronę widza. Barwy mienią się, że nie wiesz, czy czerwień zaraz nie przemieni się w fiolet. Przeniesione na papier wyglądają zdumiewająco nierealnie. Pani w przedszkolu zadaje kolejny temat:

- A teraz narysujcie deszcz.

Patrzę na nią z niedowierzaniem. Jak to? W idyllicznym raju Pan Bóg ustawia wielką konewkę z prysznicem, dziurawy kosmiczny spodek, którym zrasza wszystko bez wyjątku?

– Dziecko, spytaj mamę skąd bierze się deszcz.

Patrzę na nią znów z niedowierzaniem – przecież mieliśmy malować z wyobraźni.



***

Więc czym jest ten ogród? Zieleń przystrzyżona, ale nie widać ogrodnika. Kwiaty dumne, dopieszczone spojrzeniem, a jednak nie widać, by ktoś je podziwiał. Dama w białej sukni, być może ta z obrazu Moneta, przeszła cicho i już jej nie ma. Czuję słońce na wargach – wypełnia obraz złotym ciepłem - a może to był pocałunek. I nie wiem, czy letni wiatr, czy zachwyt wzbudza ten dreszcz?


Tym razem się nie zbudziłam.

Trawniki zamieniły się w łąki – wzgórza idealnie ściągnięte z tapety Windowsów. Kiedyś tu byłeś, zostawiłeś ślad - ogromny, chodzę po nim jak mrówka po odciśniętych zygzakach. Labirynt, a ja ciebie nie widzę. Szukam, pokonuję pagórki piasku – po co? Miłość nie istnieje, a ty byłeś miłością.



***

Zastyga z wolna sieć wodna Wielkiego Agrykoli. Wyschła glina. Obraz zachodzący ochrą kruszy się, choć jeszcze snuje się nikły film, jak kalkomania klatka po klatce, ożywiając kształty. Pawie ukoronowane pierzastymi pióropuszami w rozedrganym dniu zgubiły kolory, złożyły w łuk długie wachlarze ogonów i majestatycznie pozują z fantazją przysiadłszy na rozłożystych konarach drzew i neoklasycznych portykach. Zarysowane miękką czarną kreską na tle świetlistej łuny giną w bezruchu wśród innych krajobrazowych linii, mimowolnie wprowadzając w świat skontrastowanych cieni. Raz po raz tylko dają znać o sobie przeraźliwie rozdzierającym krzykiem. Nigdzie więcej zmierzch nie malował się tą zagadkową trwogą, tym dojmującym przejściem w ciemność, jak tu. Wymalowana skorupa starej wazy pęka. Jej mroczne wnętrze uwalnia świat białej bajki w śniegu po kolana, w który kiedyś tu wpadłam, uciekając przed mroźnym, pełnym gniewu dniem. Wystarczy śnieg potrzeć, jak lampę Alladyna, zaskrzypi pod nogami i w ślad za człapiącym chodem łabędzia poniesie w baśń. Zwyczajem myśliwego zacieram dłonie, zdmuchuję gwiazdy, pył śnieżny i już jestem wewnątrz. Kamienny lew przy wejściu strzegący tajemnic, para oczu i pamięć, jak trzygłowy cerber, teraz czuwa raczej troskliwie wpatrzony w niezgrabnie kroczące po lodzie kaczki. Zaśnieżone ławeczki na rozgrzewkę opowiadają sobie upalne historie i z rozrzewnieniem czekają na powrót wiosny. Patrzę na nagie ramiona drzew. Ich intymność działa empatycznie, aż czuję, jak opływa nas to samo, pachnące mrozem powietrze. Wracam utartą ścieżką, pod prąd mknącym czym prędzej dziecięcym saneczkom.



***

Czas na zewnątrz wydaje się nierzeczywisty. Plac na Rozdrożu niezmiennie stoi na swych kamiennych filarach. Aleja oświetlona gazowymi lampionami gestem ukłonu zaprasza w dół. Nade mną stare drzewa niebezpiecznie dziś już pochylone, jakby wiedziały, że zamykają swój rozdział i westchnąwszy ciężko wsparły żebro o żebro domykając sklepienie portalu. Uwięziona w bolidowym ich torze, oddalam się, zaznaczona zaledwie jednym tylko ruchem pędzla na tle połyskującej w świetlistych kulach drogi.

Ale, ta postać, to przecież nie mogę być ja. Gdzie jestem? Czym jestem? Tą kroplą zawisłą nagle w kanale kroplówki? Pikselem świetlnym na równej linii monitora?


ptaki, szelest cienia
Bach przy lekkim winie

ogród zatopiony w bieli
obnaża do głębi
zieleń ufryzowanych krzewów

kwiaty wpatrzone w błękit
krzyczą barwami

każą oczom
składać hołd

pokornie, zza rzęs
wykradam światu

jego własny sen


Pstryk.

  • 4 tygodnie później...
Opublikowano

Bea, to jest przepiękne! Strasznie mi się podoba! Piękna proza poetycka! Szczególnie ten fragment:

"Drobne listeczki mieszają się ze sobą. Potężna topola szeleszczącymi liśćmi splata się z szerokopalczastymi dłońmi kasztanowca, bluszcz obrasta brunatne pnie. Dęby zaborczo strzegą swych posesji, podczas, gdy wszędobylskie graby piętrzą się na rosnących z wiekiem stopach, wciskając się w każdy możliwy kąt. Wszystkie rośliny walczą, by widzieć i być widocznymi. Ciężkimi pniami toczą hektolitry soków ku najwyżej położonym gałązkom i odwrotnie, korzeniom niosą dary fotonowych impresji. Mają trzy pasje: światło, wodę i powietrze. Splatają je w wielki, dziewiczy warkocz, dumny i lśniący, w miejscach obfitości tworząc oazy, getta ograniczone pragnieniem."

Ja tak samo myślę o roślinach. I widzę ich pragnienia, ich dążenia, ich walkę, ruch za słońcem, wolę życia.

Całość jest świetna, razem z przejmującą puentą. Gratulacje!
Joa.

Opublikowano

kocham drzewa, to chyba słuchać i czuć ;)
nie łapię epiki, wydaje mi się, że tekst jest za gęsty dla większości czytelników, zbyt esencjonalny, tym bardziej cieszę się, że znajdujesz w nim coś dla siebie, że czujesz to życie w liściach, bo taką właśnie miałam koncepcję na opowiadanie o śmierci.

Dzięki :))

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...