Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Na Bornholm przywiało mnie właściwie przypadkiem. Byłam przez tydzień na wakacjach w Kołobrzegu. Kilka dni lało, wiało, przenikało – lodowata nuda. Przeczytała ogłoszenie o rejsach jednodniowych katamaranem na Bornholm – wyspę bałtycką należącą do Danii. Zdecydowałam się popłynąć – w końcu po co się żyje, jeśli nie dla przygody i urody Ziemi? Wykupiłam wycieczkę – i oczywiście w dniu rejsu przyszła do Kołobrzegu piękna, upalna pogoda… Na Bornholmie gotowaliśmy się, ale za to może wyraźniej zobaczyłam oryginalne, niespotykane piękno tej wyspy, jej niepowtarzalny, jedyny w swoim rodzaju klimat.
Jest to podmorskie, granitowe pasmo górskie, wystające nad poziom wody w postaci kamiennej, zielonej wyspy. Od strony polskiej wybrzeże Bornholmu jest skaliste i nieprzystępne, zaś od strony szwedzkiej więcej jest plaż piaszczystych.
Większość powierzchni pokryta jest bujnymi lasami i łąkami. Puszcze Bornholmu są bardzo urodzajne w grzyby. Nie lubią ich tam zbierać Polacy, bo jest ich tyle, że w ciągu trzech godzin można zebrać średnio ok. 36 kilo – nasi rodacy twierdzą, że to żadna zabawa, a tylko ciężka rolnicza praca.
Kwatery i wyżywienie w Danii są diabolicznie drogie, więc nie opłaca się tam niczego kupować. Jeśli ktoś wybiera się na dłużej na Bornholm, to tylko pod namioty, najlepiej z rowerami i własnym prowiantem na kilka tygodni. Inaczej można szybko pójść z torbami.
Ponieważ w ciągu wycieczki zgłodniałam, kupiłam sobie w barze zakąskę z kilku gatunków ryb i trzech kromeczek chleba, bez picia i żadnych innych dodatków; zapłaciłam 68,- zł! Ale pojadłam smacznie.
Wstyd mi było za Polaków, którzy nakładali sobie pełne talerze przy szwedzkim bufecie, a potem wychodzili z baru, nie płacąc. Nikt ich nie ścigał – tym bardziej mi wstyd – z tego wynika, że Duńczycy wliczają w koszta swojego biznesu standardowe kradzieże Polaków.
A później w sklepie portowym kupiłam dwulitrową butelką sprajta na drogę i wydałam na to 18,- zł. Płaciłam w złotówkach, a w koronach duńskich kosztowałoby to jeszcze drożej, mianowicie w przeliczeniu na nasze - 38,- złociszy polskich! – tak mnie poinformowała sprzedawczyni.
Wyspa jest urokliwa i bardzo ciekawa. Miasteczka śliczne, kolorowe, gustowne, czyste, porządne. Nie wolno budować domów wyższych niż dwukondygnacyjne. Nie wolno też budować brzydko – nad zabudową czuwa naczelny architekt wyspy, który mało co akceptuje. Zresztą od kilkunastu lat już w ogóle nie wolno nic budować na wyspie, bo stała się ona zbyt gęsto zabudowana i nieco zabytkowa.
Wiele domów posiada charakterystyczne, olbrzymie, kolorowe kominy, ciągnące się bezpośrednio od ziemi i zwężające ku górze. To kominy wędzarniane, gdyż do niedawna wszyscy mieszkańcy Bornholmu byli rybakami i jednocześnie wędzarzami ryb. Obecnie kominy pozostawiono sobie na pamiątkę i dla zachowania charakterystycznego wyglądu wyspy.
Roślinność jest tam południowa, mimo, że to północ Europy - ale podłoże granitowe powoduje, że powietrze i morze są bardzo ciepłe. Prawie nigdy nie pada tam śnieg, za to często kapie deszcz. Pod koniec sierpnia kwitną piękne, bujne, jaskrawo białe lub fioletowe girlandy kwiatów na krzewach, których nie widuję w Polsce, a które swym wyglądem przypominają roślinność Grecji czy Włoch. Kolor morza przypomina Adriatyk, choć jest to przecież nasz rodzimy Bałtyk.
Ludzie na wyspie są życzliwi i naiwni - zupełnie nie umieją kraść! A kiedy mają coś do sprzedania (np. nadmiar grzybów czy innego runa albo owoców z własnego ogrodu), to pakują to w słoiki czy koszyki, i wystawiają przy szosie bez żadnej opieki, zaś nad tym całym kramikiem piszą cenę za porcję i przy cenie stawiają pudełeczko na pieniądze. I odchodzą do swojej roboty. A pod wieczór mają pudełeczko pełne monet. Przyjeżdżają na rowerach po zysk i niesprzedany towar – i niczego nie brakuje. Widziałam to na własne oczy.
W Danii za kradzież batonika w sklepie siedzi się trzy miesiące w kryminale. Nie istnieje w prawie taka klauzula, jak „niewielka szkodliwość społeczna”. Dlatego kradzież prawie się nie zdarza i policja nie ma tam co robić. Jeśli zalęgnie się jakiś przestępczy element, to zachowuje się podobnie jak filmowy gang Olsena - nieudolny i sympatyczny, banda kryminalnych niedorajd, które szybko są zatrzymywane przez znudzone organy ścigania.
I raczej nie na Bornholmie. Jeżeli już się coś takiego przytrafi, to w dużym mieście na stałym lądzie. A potem ludzie długo to sobie opowiadają jako nadzwyczajną sensację.
Wiele domów na Bornholmie jest krytych strzechą, jednak prawie nie zdarzają się pożary, gdyż słoma na dachy jest przystrzygana w specjalny sposób – tak, by zapobiegać łatwopalności. Ostatni pożar, jaki przydarzył się tam kilka lat temu, strawił... remizę strażacką w jednym z miasteczek. A to dlatego, że strażakom okrutnie się nudziło i zrobili sobie popijawę w remizie, zaś w ramach imprezki rozpalili ognisko, które przeniosło się na budynek; kiedy zapłonął, zdumieni ogniem strażacy uciekli. Powrócili dopiero wtedy, kiedy przyjechała straż z innego miasta - wówczas miejscowi strażacy przyłączyli się do gaszenia. Ale już nie zdążyli i remiza spaliła się do cna. Na szczęście nic się nikomu nie stało.
Na tej szczęśliwej wyspie zasadniczo nie jest potrzebna nie tylko policja i straż pożarna, ale też wojsko. Jednak wszystkie te instytucje muszą istnieć na tak zwany wszelki wypadek. Dlatego wojsko też funkcjonuje. Nie ma jednak poligonów i ćwiczenia odbywają się na całym terenie wyspy. Bywa to bardzo uciążliwe dla mieszkańców. Zdarzyło się, że pewna Dunka wróciła z pracy i poczęła gotować obiad, kiedy nagle dom otoczyli żołnierze z zielonymi gałązkami przy hełmach i z twarzami pomalowanymi w brązowo-zielone plamy; wtargnęli do domu i położyli na kobiecie areszt domowy, choć przy tym pozwolili jej nadal gotować. Mąż do wieczora nie wracał z pracy, po czym wypuszczono go okrutnie głodnego i zgrzanego z aresztu – okazało się, że schwytano go na drodze jako domniemanego „szpiega wrogiej armii” i zatrzymano do wyjaśnienia.
Innego dnia ta sama pani zaprosiła gości na swoje imieniny. W czasie przyjęcia raptem zorientowała się, że dom znowu jest otoczony przez chłopców z gałązkami przy hełmach i buziami pomalowanymi na brązowo-zielono. Nie czekając, aż aresztują wszystkich gości i zepsują zabawę, spuściła z łańcucha psa. Jest to labrador, a więc najłagodniejsze stworzenie pod słońcem, ale żołnierze nie widzieli tego, natomiast usłyszeli nieludzki jazgot i raban, jakiego narobił ten radosny i przyjazny pies. Dlatego uciekli w popłochu z miejsca oblężenia.
Takie to odważne są służby obronne na wyspie – dlatego właśnie, że nie ma się tam przed czym bronić: ani pożarów, ani przestępców, ani wojen czy rebelii… Nawet lekarze nie są tam specjalnie potrzebni, toteż służba zdrowia na wyspie praktycznie nie istnieje – Bornholmczycy są z reguły zdrowi jak ryby, w dodatku żyją na ogół sto lat i więcej (nie wiadomo, dlaczego – być może z powodu bezstresowości i spokojnego, bardzo powolnego trybu życia). Na Bornholmie życzyć komuś stu lat życia byłoby nietaktem - oznaczałoby życzenie szybkiej śmierci.
Na podwórkach ludzie mają maszty, na które wciągają nieoficjalną flagę Bornholmu: czerwony krzyż na zielonym tle. (Oficjalna flaga Danii to czerwony krzyż na białym tle, a Bornholm ma swoją nieoficjalną). Kiedy flaga jest na szczycie masztu, znaczy, że gospodarze są w domu i można do nich wpaść w odwiedziny. Jeśli flaga jest zdjęta, znaczy, że ich po prostu nie ma. A jeśli jest opuszczona do połowy, to znaczy, że stało się coś złego i nie oczekują wizyt, bo albo ktoś z domowników umarł, albo jest ciężko chory, albo... przyjechała teściowa.
Na Bornholmie najczęściej stroną aktywną w zalotach jest kobieta: to ona pierwsza proponuje mężczyźnie spotkanie i to ona najczęściej się oświadcza. W praktyce oznacza to tyle, że to kobieta wybiera sobie partnera i to ona jest stroną dominującą w związku.
Poza tym jednym obyczajem panuje tam idealne równouprawnienie. Wiele kobiet wykonuje „męskie” zawody, np. są mechanikami lub kierowcami autobusów wycieczkowych; wielu mężczyzn natomiast jest nianiami domowymi i pracuje w przedszkolach. I podobno mają fantastyczne i szaleńcze pomysły zabawowe, które niesłychanie podobają się dzieciom.
Wychowanie w szkole i w domu na Bornholmie jest bezstresowe. Do końca szkoły podstawowej (do lat dwunastu) nie stawia się stopni w szkole, a tylko oceny opisowe, jak u nas w klasach 1-3. Poziom nauczania jest bardzo niski, bo dzieci nie wolno przemęczać. Nie zadaje się prac domowych, żeby nie odbierać im dzieciństwa.
Kiedyś zdarzyło się, że w jednej ze szkół bornholmskich był nadpobudliwy chłopiec, który ustawicznie sam wychodził w czasie lekcji bez pozwolenia i po prostu szedł sobie gdzieś przed siebie. Ponieważ szkoła odpowiada za bezpieczeństwo uczniów, dyrektor zatrudnił specjalnie pewną panią bez przygotowania pedagogicznego, tylko po to, żeby siedziała w ławce za tym chłopcem – i kiedy on wychodził ze szkoły – żeby szła za nim i strzegła go przed wszelkimi niebezpieczeństwami. Ta pani siedziała więc w szkole na wszystkich lekcjach i rozwiązywała krzyżówki, a kiedy chłopiec nabierał ochoty na spacer, wychodziła razem z nim. I płacono jej za to z pieniędzy publicznych. Nikt o to nie miał cienia pretensji.
Pewna mama kiedyś poszła do szkoły w czasie lekcji, żeby zanieść synowi drugie śniadanie, którego zapomniał zabrać z domu. Wiedziała, że o takiej to a takiej godzinie syn powinien mieć wychowanie fizyczne. Weszła więc do sali gimnastycznej i zastała tam rzeczywiście klasę swojego dziecka, jednak jego samego tam nie było. Zapytała nauczyciela, gdzie jest jej syn i uzyskała odpowiedź, że zapewne w sali informatycznej, bo tego dnia bardzo mu się nie chciało ćwiczyć i wolał pograć na komputerach. Zaskoczona matka (Polka zresztą) poprosiła wychowawcę klasy, aby to jednak szkoła układała plan lekcji dla jej syna, a nie on sam.
Jednakże mimo tak dalece idącego liberalizmu w szkołach bornholmskich nie jest tolerowany rasizm czy nacjonalizm, czy jakakolwiek inna nietolerancja. Zdarzyło się, że w pewnej szkole chłopiec powiedział coś obelżywego na temat koloru skóry swojej afrykańskiej koleżanki – i momentalnie wypisano go ze szkoły. Nie pomogły płacze i prośby rodziców oraz dziadków – chłopiec musiał się przenieść do innego miasteczka, bo w jego miejscu zamieszkania nie było innej szkoły.
Żadna nietolerancja i poniżanie innych ludzi nie jest na wyspie akceptowane. Wolno tam zawierać związki małżeńskie wśród osób homoseksualnych i nikogo to nie szokuje ani nie dziwi. Nie wolno jednak takim małżeństwom wychowywać dzieci.
Na Bornholmie także związki nieformalne są uważane za jak najbardziej naturalne, normalne i nikt się temu nie dziwi. W Polsce są one nazywane różnymi mianami, np.: życie na kartę rowerową, na kocią łapę… A na Bornholmie taki związek jest nazywany „życiem po polsku”. Dlaczego? Otóż dlatego, że w czasie II wojny światowej i tuż po niej osiedlano na wyspie wielu Polaków, którzy nie mieli po co wracać do własnego kraju, bo wszystko tam stracili. W Danii dostawali pracę. Na Bornholmie Polacy byli kwaterowani po kilka lub kilkanaście osób w jednym pokoju, bo brakowało kwater, jak wszędzie. W jednym pokoju mieszkali często mężczyźni wraz z kobietami. Stąd owo powiedzenie, które jednak nie ma żadnych pejoratywnych podtekstów, skierowanych przeciwko Polakom czy ludziom żyjącym w nieformalnych związkach.
Przeciwnie: Bornholmczycy uważają Polaków za niezwykle kulturalnych i uprzejmych ludzi – mimo, że mieszkają niedaleko nas, bo zaledwie o 90 km od naszego wybrzeża! Czym to wytłumaczyć? Otóż wyraz: „tak” po duńsku oznacza: „dziękuję” – stąd poczciwi wyspiarze sądzą, że Polacy ciągle za wszystko dziękują.
Pieniędzy publicznych jest na Bornholmie dużo, bo podatki są wysokie. Ale też te pieniądze rzeczywiście są własnością społeczeństwa i wracają do potrzebujących. Emerytury są bardzo wysokie, bo społeczeństwo Danii szanuje starszych ludzi, którzy przepracowali dla innych całe życie i teraz należy im się godny odpoczynek z podróżami po całym świecie – Duńczycy na to właśnie pracują całe życie. Bezrobotni mają takie zasiłki, że spokojnie mogą się z nich utrzymać i nie boją się nędzy, głodu, bezdomności. Ale wolą pracować, bo pensje są bez porównania wyższe. Płatny urlop macierzyński trwa w Danii rok, potem rodziny wynajmują niańki, na które stać każdego bez problemu. Są to na ogół młodzi, uczący się ludzie (zarówno dziewczyny, jak i chłopcy) albo cudzoziemki z uboższych krajów.
Emeryci bornholmscy chętnie oddają swoje emerytury państwu, w zamian za co dostają miejsce w domach pogodnej starości. Ale to nie są takie domy, jakie znamy z Polski. Na Bornholmie w takiej instytucji każdy emeryt ma swój własny… domek! Nie, nie pokoik, tylko właśnie domek – z łazienką, kuchenką, pokojem i poddaszem. Ma całodobową opiekę lekarską oraz towarzystwo, i nie musi się martwić o zakupy, gotowanie, sprzątanie itp. Żyć nie umierać!
Służba zdrowia na Bornholmie jest fatalna, a właściwie wcale jej nie ma, albowiem – jak już wspomniałam – nie jest ona specjalnie potrzebna. Istnieją tam tylko lekarze rodzinni, którzy nic nie umieją, wszelkie dolegliwości diagnozują jako infekcję i zapisują na to aspirynę. W ten sposób kiedyś doprowadzili do ciężkiego stanu dziecko jednej z kobiet bornholmskich, która z tego powodu zdecydowała się popłynąć z synkiem do Polski do prawdziwego lekarza. Okazało się, że dziecko jest w ostatniej fazie ostrego zapalenia obustronnego płuc. Wyleczono je w Polsce, w szpitalu. Matka wróciła na Bornholm, poszła do lekarza rodzinnego i opowiedziała mu to, pokazując jednocześnie diagnozę polskich lekarzy, napisaną na jej prośbę po angielsku. Lekarz spojrzał na dokument i stwierdził: „No widzisz, kobieto, to twoja wina, bo jak mogłaś chore dziecko zabierać na wycieczkę morską do Polski?!”
Na szczęście w pracy nie wymaga się zwolnień lekarskich. Kiedy człowiek jest poważnie chory, po prostu dzwoni do szefa i mówi, że nie może się stawić do pracy. Ale musi zadzwonić przed dwunastą, bo jeśli zrobi to choćby kilka minut po południu, to już przepadło i nie dostanie wynagrodzenia za ten pierwszy dzień choroby.
Nikt tego prawa nie nadużywa. Rzadko się zdarza, żeby Bornholmczyk czy w ogóle Duńczyk oszukał szefa, że jest chory. Dzwonią, że nie przyjdą do pracy, kiedy już są naprawdę poważnie chorzy. Zresztą gdyby było inaczej, to już dawno takie prawo przestałoby tam funkcjonować.
Dopiero, kiedy człowiek jest chory ponad dwa tygodnie, ma obowiązek dostarczyć do pracy zwolnienie lekarskie. Ale Bornholmczycy niezmiernie rzadko chorują, jak już wspomniałam.
Powolny i spokojny tryb życia Bornhlmczyków zapewne wpływa na ich świetne zdrowie i długowieczność. Początkowo jest to nie do przyjęcia dla przeciętnego Europejczyka. Wydaje się, że jest to wymarła wyspa – nic się tam nie dzieje, nikogo nie widać na ulicach. Tak naprawdę tamtejsi ludzie pędzą towarzyski, sąsiedzki tryb życia. Ale nigdzie się nie spieszą. Ich maksyma to: „Jeśli czegoś nie zrobię dzisiaj, mogę zrobić to jutro, a jeśli nie zrobię nigdy, to i tak dziury w niebie nie będzie”. Ślamazarzą się więc straszliwie i denerwują tym przyjezdnych. Jednak podobno już po tygodniu pobytu na Bornholmie wycieczki obcokrajowców zaczynają nie tylko wolniej chodzić, ale i wolniej mówić.
Życie sąsiedzkie na wyspie kwitnie. Bornholmczycy bardzo lubią wiedzieć, co się dziej u sąsiadów, dlatego mają zainstalowane po zewnętrznej stronie okien lusterka – nie muszą wyglądać, żeby widzieć, czy u sąsiadów wszystko w porządku, czy są w domu – czy flaga opuszczona, czy na szczycie masztu, czy w połowie.
Niestety życie rodzinne na Bornholmie jest znacznie luźniejsze niż w naszym kraju. Tam dorosłe dzieci w wieku lat osiemnastu czy dwudziestu opuszczają dom rodzinny i na ogół wyspę też, wyjeżdżają na studia i do pracy na stały ląd, i prawie nie utrzymują kontaktów z rodzicami. Widują się z nimi tylko przy okazji wyjątkowych uroczystości rodzinnych, takich jak wesele, pogrzeb, chrzciny… Na Bornholm wracają na ogół dopiero na emeryturze, osiedlając się na ojcowiznach. I przyjmują wnuki na wychowanie, dopóki te nie wyjadą także na studia i do lepszej pracy na stały ląd.
Bornholm jest więc wyspą emerytów i dzieci.
Przy każdym kościele na wyspie jest niewielki cmentarz. Groby bornholmskie znacznie różnią się od polskich. Duńczycy są z reguły protestantami, a więc na nagrobkach nie stawiają krzyży, a groby mają postać zwykłych głazów wkopanych w ziemię pionowo, skośnie lub poziomo. Na płytach granitowych wyryte są dane osoby zmarłej (imię, nazwisko, data urodzenia i śmierci – jak u nas), ale nie ma żadnych wyrazów „utulenia w żalu rodziny”, natomiast często na nagrobku zdarza się jakiś napis związany ze zwyczajem czy cechą charakterystyczną zmarłego, jakieś jego powiedzonka, śmiesznostki, nawyki; np. czyjś dziadek wiecznie gubił czapkę i wracał po nią wszędzie, pytając ludzi: „Czy nie widzieliście mojej czapki?” – i na jego kamieniu nagrobnym pod danymi osobowymi wyryto taki właśnie napis: „Czy nie widzieliście mojej czapki?”
Skaliste plaże klifowe są tak fantastyczne, że nie da się tego opowiedzieć. Wysokie góry wyrastające prosto z morza. My, Polacy, mamy piękne wybrzeże, ale takich widoków niestety nie posiadamy.
Na najwyższym wzniesieniu Bornholmu są ruiny zamku Hammershus. Wybudowali go Duńczycy, którzy najczęściej byli właścicielami wyspy. Czasami jednak dostawała się ona w ręce Szwedów, którzy zawsze mieli na nią chrapkę.
Duńczycy uważają piwo za napój orzeźwiający i ważniejszy od wody, nie traktują go jak alkoholu. Dlatego kiedyś, gdy Bornholm był akurat w posiadaniu Szwedów, wystąpili z prośbą do króla szwedzkiego o zwiększenie kontyngentu piwa z siedmiu litrów tygodniowo na osobę do siedemnastu litrów. Źródła nie podają, czy przychylono się do ich żądania, ale chyba tak, gdyż kiedy Bornholmczycy postanowili wreszcie odbić zamek, udało im się to prawie bez walki, a to dlatego, że Szwedzi na Hammershus byli zupełnie pijani. Wówczas zginęło "tylko" pięćdziesięciu Duńczyków. Pod obecnymi ruinami zamku wystawiono im pomnik.
Ech, dużo by opowiadać o Bornholmie! Byłam tam jeden dzień, ale dowiedziałam się mnóstwo ciekawych rzeczy i zobaczyłam wiele śliczności i ciekawostek. Opłacało się popłynąć, naprawdę. Bardzo sobie odświeżyłam umysł.
Tak niewielka odległość nas dzieli od Bornholmu – zaledwie 90 km w linii prostej – a tak inne są nasze kultury. Warto poznać tę niezwykłą wyspę.

Opublikowano

No, no! Jak na jednodniową wycieczkę mnóstwo przeżyć i informacji zebrałaś, Oxyvio. Doskonale napisana ta relacja; żywo, ciekawie, obrazowo, aż chce się od razu wsiadać w pociąg. Tak się składa, że w lipcu moi sąsiedzi spędzili na tej wyspie tydzień urlopu na rowerach, też wrócili bardzo zadowoleni i zachęcali do powtórzenia ich eksperymentu, ale muszę przyznać, że nawet w połowie ich opowieści nie były tak zajmujące, jak Twoja :) Pozdrawiam serdecznie - Ania

Opublikowano

Po przeczytaniu tekstu, naszły mnie dwie myśli.
Pierwsza z nich była taka, że zacząłem żałować, że to przeczytałem. Z czystej zazdrości o to, jak tam ludzie żyją i jak tam jest.
Bardzo wciągająco napisane, czyta się z zainteresowaniem, bez zgrzytów, dobre pióro - to druga z myśli.
Pięknie by było, gdybyśmy potrafili się czegoś od bornholmczyków nauczyć...

Pozdrowienia :)
M.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Cześć, Krzysiu. Ciebie też miło widzieć. :)
Fajnie byłoby zebrać miłe towarzystwo przy kawie i poopowiadać sobie wzajem ciekawostki ze świata.
Pozdrawiam.
Oxy.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Witam z radością nowego Czytelnika.
Bardzo mi miło, że podoba się mój reportażyk.
Tak, ja też żałuję, że tak daleko jeszcze jesteśmy za Bornholmem, a także za całą Skandynawią, która wg mnie reprezentuje najwyższy poziom kultury w Europie. Cóż, może kiedyś ich dogonimy, no bo jeśli nie, to będzie z nami coraz gorzej...
Pozdrawiam. :)
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Fajny reportaż, choć pozbyłbym się tego rodzaju odautorskich podsumowań, które troszkę mu ujmują.
Tym bardziej, że odpowiedź nasuwa się sama: Bornholm zamieszkuje ponad 40 tys ludzi a Polskę wiele razy więcej,
do tego dochodzą mniejszości narodowe. Jednak są u i nas miejsca, gdzie do tej pory nie zamyka się drzwi na klucz,
a małe miejscowości też potrafią zaskakiwać przyjemnie. Ogólnie, bardzo przyjemnie się czyta i dużo można się dowiedzieć
o Bornholmie i mieszkańcach wyspy.

Pozdrawiam.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Święta racja. Poprawiłam.
Dziękuję. :)

PS. Te miejsca, gdzie nie zamyka się drzwi na klucz, już chyba nie istnieją. Jeżdżę dużo po Polsce, ale już od lat nie trafiam na takie miejscowości. Niestety. :(

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • jak różne kraje i obyczaje odmienne jak brak porównania istnieją zamki, istnieją grody i nikt nie chce całej Ziemii ... Ziemia jest wielką jabłonią wystarczy owocu wystarczy cienia
    • @andrew   To "w codzienności ciebie nie ma" - bo właśnie ta nieobecność obok obecności jest najtrudniejsza do opisania i najtrudniejsza do zniesienia. Wiersz bardzo prawdziwy.
    • Utwór inspirowany "Modelem Pickmana" H.P.Lovecrafta, "Portretem Owalnym" E.A.Poe oraz prozą poetycką w duchu gotyckiego romantyzmu i dekadencji. Po ostatnich moich naprawdę słabych tekstach, staram się nim powrócić do równowagi i poziomu artystycznego do jakiego siebie i Was przyzwyczaiłem. Najdłuższy mój tekst od bardzo dawna. Od razu przed tym przestrzegam.   "Portret Owalny" cz.1   Kariera miejskiego urzędnika  nie pociągała mnie ani trochę, więc szybko z niej zrezygnowałem, uwalniając się tym samym  od dyktatorskiej postawy i protekcji  mojego kochanego ojca  w którego wydziale miejskim  miałem okazję zdobywać doświadczenie, lecz częściej stawałem się  niesłusznie obarczaną winą  za wszelkie niepowodzenia marionetką  niż pełnoprawnym rajcą. Zrezygnowałem w grudniu, pobierając jeszcze ostatnią należną pensję i przeznaczając ją na bilet kolejowy  do pobliskiego miasteczka i pierwszy czynsz na nowym dość dobrze usytuowanym i wyposażonym mieszkaniu. Nie chciałem spędzać świąt  w rodzinnym domu. Zresztą i ojciec  nie dał poznać po sobie  by miał jeszcze ochotę  mnie kiedykolwiek oglądać. Nie zapytał o nic. Z czego będę żył? Gdzie będę mieszkał? Z kim będę spędzał czas? Szczerze to sam nie znałem odpowiedzi. Utrzymanie mieszkania kosztowało sporo. Nie miałem w miasteczku  innych krewnych ani znajomych. Nie miałem żadnego  przydatnego fachu w ręku. Zresztą osobista duma  nie pozwoliłaby mi zniżyć się do poziomu  brudnego robotnika czy górnika. Pech a może jednak szczęśliwy traf chciał, że trafiłem pod dach,  który krył ludzi  w większości mojego pokroju i pochodzenia jak również opierających  swoje przemijające rwąco życie  na przyjemnościach związanych  z zasobnością rodzinnych kont. Kamienicę naszą nazywano dżunglą. Pełna była kolorowych ptaków  tutejszego życia elit kulturalnych. Byli i odszczepieni siłą  od konserwatywnego salonu  banici poetyccy. Byli malarze tak genialnie operujący okiem wyobraźni i przestrzeni, że ich płótna zdawały się żywymi oknami, portalami pokazującymi świat  nie dostatni i widzialny dla większości, lecz ten mroczny i splugawiony wyziewami trujących plag nocnego życia. Prostytucją, porachunkami gangów, pijaństwem, opiumową gorączką, studenckim, hedonistycznym rozpasaniem, oraz eskalacją i gloryfikacją  przemocy i zepsucia. Byli też sensualni  do granic sennych marzeń rzeźbiarze. Zakochujący się romantycznie  w ideale wykutych mięśni i talii. Kamiennych lecz spragnionych czułości ust, jak i mlecznych, pełnych piersi, błagających o zbliżenie mokrego  od rozkosznej tęsknoty języka swych twórców. Wszyscy żyliśmy tam nie tu. Trwaliśmy w narkotycznej mgle umysłu. Pijackim śnie o pochwale sztuki. Jawa była koszmarem z którego budził nas dźwięk delikatnych dzwoneczków weny. Muzy pieściły nas tak długo, aż zatapialiśmy się  na długie godziny lub całe dni, w szorstkiej fakturze papieru lub nieskazitelnie dziewiczej bieli płótna. Lecz trwało to tylko chwilę. Zbyt krótko byśmy mogli zapomnieć  o zgrzytach struktury codzienności. O nauce, pracy czy rachunkach, tych uregulowanych bądź nie. Stos tych drugich  z czasem zaczął piętrzyć się  na sekretarzyku w moim gabinecie. Widmo nędzy,  stanęło przed oczyma  trzymając w kościstych dłoniach  weksle i wezwania do zapłaty. Dług gonił dług a pożyczka poganiała kolejną, Mówią, że tonący w bezdni morskiego wiru nawet brzytwy podanej się schwyci. I podał mi takową przypadek zupełny. Ogłoszenie w dzienniku porannym o treści jakże dla mnie ciekawej. Pewien malarz o jak stało w ogłoszeniu, nienagannej kulturze i ugruntowanej pozycji, szukał modeli do swoich prac a w szczególności portretów. Wypłaty gwarantował  po każdej ukończonej sesji   a ich wysokość przedstawił jako  wysoce satysfakcjonującą. Zaznaczył przeto  że nie interesuje go płeć piękna  a młodzi mężczyźni w sile witalnej, najlepiej studenci lub uczniowie liceów. Podane były dane do kontaktu listowego. Mile połechtany w czarnej godzinie próby, postanowiłem napisać do niego, składając swe gorące zainteresowanie ofertą jak i możliwością pracy z prawdziwym artystą. Pokrótce opisałem siebie  i swój wygląd zewnętrzny. Na końcu łącząc wyrazy szacunku i uznania  z prośbą o jak najrychlejszą odpowiedź. I ta przyszła już tydzień później  o dziwo dostarczona przez  chłopca na posyłki  w samym środku nocy. W krótkim liściku  zapisanym pięknym, równym pismem, malarz zapraszał mnie  wieczorem dnia najbliższego  na spotkanie i zarazem pierwszą sesję, na pobliski cmentarz  u zbiegu ulic Traverse i Elm. Miejsce wydało mi się nie tyle podejrzane  co bezmiar dziwne i abstrakcyjne, lecz proszono mnie w liściku o natychmiastowe potwierdzenie przybycia. Napisałem więc kilka słów zapewnienia  o moim pojawieniu się  o godzinie ósmej wieczorem  pod bramą nekropolii. Włożyłem liścik wraz z pięciopensówką  na powrót w dłoń chłopca  a ten pobiegł jak wicher  w opustoszałe i ciche ulice miasteczka. Przez cały dzień padał rzęsisty deszcz, który po zachodzie słońca przemienił się  w duże i mokre płatki, lepkiego śniegu. Leżał wszędzie. Na parkowych alejach,  wybrukowanych ulicach, w nieczynnej, miejskiej fontannie  u stóp ratusza a także pokrył zimnym płaszczem  grobowce nekropolii. Zjawiłem się punktualnie  jak na dżentelmena przystało. Na spotkanie pierwej nie wychynął mi nikt. Brama cmentarna była zamknięta  na dwie solidne, mosiężne kłódki. Ciężko byłoby ją ruszyć z miejsca  a przeskok przez nią  powodował ryzyko upadku  z dość wysoka lub nabicie członków ciała na ostre okucia, sterczące jak kły z paszczy bramy. Postanowiłem spokojnie zaczekać. Mrok rozjaśniony poświatą świeżego śniegu, nie zasłaniał w pełni  elementów miejscowego krajobrazu. Przede mną rozciągał się piękny  acz zapomniany lekko cmentarz. Aleje nie były brukowane. Krzywe i wyboiste  prowadziły do wiecznych domów zmarłych. Większość nagrobków opierało się jeszcze potędze bezdusznego czasu. Wyglądały spod ziemi ciekawie, niczym główki ghouli. Od większych grobowców, wionęło dojmującą ciszą, pustką  i tym specyficznym, namacalnym odruchem grozy, lepkim i zimnym przepływem  nieprzyjemnego prądu po grzbiecie. Broniły one skutecznie  spokoju swych mieszkańców. Żałobne anioły z marmuru  marzły na swych pokaźnych cokołach. Ślepym wzrokiem wiodły smutno  po zapuszczonym terenie. Czasami zaskrzypiał stary, dębowy krzyż. To znów wyczulony przez ciszę,  głuchej przestrzeni wokół słuch, wyłapał gdzieś w głębi cmentarza, krótki jęk, stęknięcie czy wycie i skomlenie. To wiatr płacze w koronach wiązów. A może bezdomni pijacy  dogorywają gdzieś w upodlonym upojeniu, wpadając nieuważnie  do otwartych powtórnie starych mogił. Obejmują ich ciała, kości i resztki zbutwiałych trumien. Zasypuje ich rozkopana wcześniej ziemia, odmawiając im rozgrzeszenia win  lecz zapewniając wieczny odpoczynek. Wzdrygnąłem się ze strachu. Z zamyślenia wyrwało mnie nagłe połaskotanie z okolicach łydek. To tylko rudo-biały kot trzymający zamęczonego szczura w pyszczku, chciał najpewniej  pochwalić się swą zdobyczą. Serce waliło mi jak oszalałe a kot niezrażony swym zachowaniem, skoczył gdzieś  do podpiwniczenia wieży ciśnień,  która jak góra wyrastała za moimi plecami. Ledwie ochłonąłem  a posłyszałem szybkie kroki, tym razem z pewnością ludzkie. Gdzieś ze środka cmentarnego muru  nagle wychynęła ludzka, dziecięca postać. Był to chłopiec  który przyniósł mi wiadomość od malarza. Był lekko zdyszany, czerwony na buzi ale szczęśliwy  widząc mnie w umówionym miejscu. Zdjął kaszkiet, ukłonił się  i skruszonym głosem powiedział. Przepraszam pana  z całego serca za spóźnienie  to wszystko przez tą pogodę. Cmentarz jest wyjątkowo  niebezpiecznym miejscem  przy takim śnieżnym maskowaniu. Jeden nieuważny krok i można złamać nogę lub skręcić kark wpadając komuś do grobu  z zupełnie niezapowiedzianą wizytą. Ale my na szczęście się umawialiśmy. Musi pan wybaczyć również panu Wildowi. Nie pokazuje się osobiście. Nie opuszcza już cmentarza i swej pracowni. Poważnie zachorował kilka lat temu. Choroba wykluczyła go zupełnie  ze współżycia społecznego… no może jednak nie zupełnie. Sprzedaje przecież obrazy do galerii sztuki, kontaktuje się listownie z innymi wielkimi malarzami i artystami. Poszukuję też coraz to nowych modeli  do swych dzieł i dlatego pan tutaj przybył. Zapraszam za mną. Pan Wild oczekuję w centrum nekropolii. Mur jest dziurawy w tym miejscu. Wystarczy że delikatnie się pan pochyli  i przejdzie bez problemu. Znam tutaj każdą szczelinę, dziurę i ścieżkę. Będę omijał najgorsze z nich. A gdy to nie wystarczy. Będę ostrzegał zawczasu.   Cóż innego przyszło mi czynić. Pochyliłem się przy rzeczonej dziurzę  i wszedłem za chłopcem na teren cmentarza. Od razu poczułem, jakbym cofnął się w czasie o cały wiek lub nawet dwa. Wszędzie panowała dostojna cisza. Wiatr ucichł w konarach  a wszelkie chrobotania, szelesty i pomruki, zamarły zgaszone tchnieniem  nocnego mrozu. Kobierzec dawno nie podcinanych traw, przybitych teraz ciężarem śniegu do podłoża był śliski i zdradliwy. Nocne harce pobudzonej wyobraźni, nadawały pomnikom czy ławkom, kształty i przeznaczenia  zbyt fantazyjne z oddali, by nie być zdziwionym  ich codziennej, powszedniej roli, będąc bezpośrednio w ich zasięgu. Chłopiec nie prowadził mnie  utartym szlakiem alejek. Kluczył pobocznymi sektorami, najwcześniej pochowanych  tu nieszczęśników. Widziałem spękane i starte płyty nagrobne, ozłocone, zaśniedziałymi literami. Zapadłe pomniki. Stare o wyblakłych, przytępionych rysach  i anonimowych twarzach. Opierające się grawitacji. Skrzywione i zgarbione  od skruszałych dawno elementów i rogów. Były i mogiły zdać by się mogło bezdenne. O barwie niebytu. W kolorze śmierci. O odcieniu wiecznej żałoby. Wyobraźnia plotła mi figle, bo wydawało mi się nieraz, że z takowych mogił wychynęły, pokryte liszajem i zgnilizną palce dłoni. To znów błysnęło lękliwie rubinową barwą, oko lub dwoje oczu. Ledwie kilka metrów od nas, przewrócił się mosiężny krzyż. Wpadł w szczelinę pomiędzy dwa zapomniane od lat groby. Dam głowę, że zaraz potem usłyszałem  w tym miejscu krótki, szczekliwy śmiech  a po nim odgłos ciągnięcia czegoś ciężkiego w głąb mroku nekropolii. Przechodziliśmy obok  dawnej cmentarnej kaplicy. Była kamienno, ceglaną wydmuszką. Spłonęła w czasach  gdy byłem malutkim dzieckiem. Próbowano ją odbudować  i gdy pracę miały się już ku końcowi, piekielny los zesłał burzę, której piorun dopełnił dzieła zniszczenia. Teraz mówi się, że jedynie diabły mieszkają na jej spalonych węgłach. Za kaplicą, osaczony przez  grożące zawaleniem grobowce, stał malutki domek  a raczej dawna szopa mieszkalna  tutejszego grabarza. Absolutnym absurdem i wstrząsem było to, że dawniej w czasach użyteczności budynku, miał on swój osobisty ogródek  i maleńki zalążek sadu. Dziś plonem ziemi cmentarnej  były jedynie wysuszone chaszcze, wyrośnięte gęsto chwasty i mlecze oraz trujące więzy bluszczu. Budynek miał jedno niewielkie okienko. Porysowane i zaklejone brudem. Lecz to w nim dostrzec można było wreszcie, jedyny niezaprzeczalny ślad życia. Ogień lampy lub świecy, tańczący wesoło w głębi pomieszczenia. Chłopiec podprowadził mnie bliżej budynku. Musi pan wiedzieć jeszcze o jednej rzeczy. Pan Wild nie mówi. Choroba zabrała mu nawet tą cząstkę  niezaprzeczalnego człowieczeństwa. Ale zapewniam, że z jego umysłem jest wszystko w jak najlepszym porządku. Komunikuję się prostymi gestami lub listami  takimi jaki otrzymał pan poprzedniej nocy. Pan Wild oczekuję. Proszę wejść bez strachu. Ja muszę się niestety pożegnać. Do widzenia panu. Zgiął narożnik kaszkietu w pożegnaniu  i odszedł szybko tą samą drogą, którą mnie prowadził.     Zostałem sam na sam z nieznanym. Pośrodku zapuszczonego cmentarza. W centrum jego trupio-gnilnej estetyki. Miałem spotkać wielkiego acz schorowanego a kto wie, może i obłąkanego artystę. Jego dom, jeśli można by podnieść  do takiej infrastrukturalnej formy  ten rozpadający się na oczach przybytek. Przerażał i nęcił jednako. Przypominał mi trochę dziecięce wizualizację, baśniowych opowieści o domach wiedźm, którymi mama straszyła mnie przed snem. A może po prostu nie ma się czego bać. Pora jest nieodpowiednia. Miejsce ekscentryczne  i introwertyczne do głębi. Ale przecież za drzwiami, może kryć się  najnormalniejszy dom artysty. Pracownia, pełna sztalug, rolek płótna, zapachu farby i naturalnych barwników. Pełna gotowych prac, wiszących na ścianach  i odstawionych na trójnogach. Gotowych do wyjścia w świat. Do prywatnych kolekcji i galerii. Przyjaciół artysty i krytyków sztuki. Wild jest portrecistą. Maluję najpewniej tylko na zamówienie. Portret jest odbiciem modelu. Nie ma tu miejsca na własny sznyt i fantazję, trzeba oddać jedynie jak najgłębszy realizm. Każdy szczegół, zmarszczkę, bliznę. Skupiony w jednym punkcie wzrok. Powagę biologicznej doskonałości  istoty ludzkiej. Nie wolno bawić się formą, barwą, stylem  czy nadinterpretacją. Dodawać od siebie i ujmować. Nie ma miejsca na lekki nawet uśmiech, ale i na sadystyczny tragizm czy makabrę. Stukając do drzwi miałem nadzieję i miałem nadzieję, że nie zostanie mi ona brutalnie odebrana. Nie spodziewając się odpowiedzi gospodarza po tym czego się dowiedziałem, wszedłem pewnie do środka.     Pierwsze co poczułem  to uderzające i dziwnie otulające  kojącym całunem ciepło. W izbie brakowało tlenu. Panował parny zaduch  o woni silnie słodkiej i mdlącej. Podświadomie wciągnąłem przez usta  haust powietrza i dłuższą chwilę  nie miałem ochoty  wypuszczać go ze swego wnętrza. W powietrzu unosił się również zapach starego, wilgotnego drewna i lakieru. Drobinki kurzu, wzbite nagłym ruchem drzwi, osiadały teraz na powrót na znajome elementy pomieszczenia. Szopa miała oczywiście  tylko jedną niewielką izbę. Świece ustawione niedaleko okna  dawały jednak wystarczającą ilość światła by nie mówić o mrocznej atmosferze domu. W centrum izby stał długi heblowany stół z dwoma zydlami u krótszych boków. Ściany były krzywe i odarte. Na nich jak się wcześniej domyślałem, wisiały prace Wilda. Te portrety były nie tyle  przerażające i wstrząsające  co idealnie zlewały się z otoczeniem  nie domu jednak a samej nekropolii. Wild portretował nie tylko żywych  ale i umarłych. I trzeba mu to przyznać na jego płótnach  wracali do sił i życia. Byli tam trędowaci i Ci co zmarli  na szkarlatynę lub ospę. Były ofiary wypadków, pożarów i utonięć. Byli wisielcy i Ci którzy postanowili  zrobić sobie w głowie otwór  od kuli rewolweru. Ofiary pobić i porachunków. Tylko mężczyźni w sile wieku. Wszyscy martwo wpatrzeni w przestrzeń. W Wilda, który dał im drugie życie. Pomyślałem, że nie jest to galeria śmierci  a bluźnierczego odrodzenia. A potem uderzyło mnie jeszcze coś. Skąd Wild brał te  trupie rekwizyty do swoich prac? Czy przypadkiem tak duża liczba pustych mogił nie jest udziałem jego fascynacji? Czy cmentarz nie zapewniał mu, nieograniczonego wręcz przypływu weny? Wykopywał ciała  i wskrzeszał je dzięki obrazom. Chciałbym nazwać go szaleńcem, lecz pewnie wolałby  żeby określać go geniuszem, którym mimo wszystko był.     Wild stał obok stołu,  zwrócony do mnie prawym profilem. Nie odwrócił się ku mnie zupełnie, nawet na myśl o tym, że mógłbym teraz ujrzeć jego twarz  przeszedł mnie dreszcz. Był delikatnie niższy ode mnie, szczupły i ograniczony ruchowo, zapewne przez postępującą chorobę. Jedynie tyle byłem w stanie stwierdzić ponieważ Wild przywdział  jakiś dziwny fason  jednoczęściowego płaszcza,  który przypominał z początku zakonny habit. Czarny kaptur zarzucony był głęboko. Na tyle by zupełnie ukryć twarz  a spotęgować uczucie panicznego lęku. Nie byłem w stanie przywitać się z nim  w sposób zupełnie naturalny. Po prostu zamarłem na linii progu. Pomyślałem, że chyba każdy kto tutaj wchodzi staje się niemy. Wild poruszył prawą ręką i wskazał palcem na pozostawioną na stole kartkę. Zrozumiałem. Sięgnąłem po nią  i przeczytałem krótką notatkę.   Cieszę się, że możemy się  spotkać Panie Scholl  i mam nadzieję że dotarł Pan do mnie  bez żadnych niepotrzebnych opóźnień  ani problemów. Ma Pan z pewnością całą masę pytań, lecz jeśli zgodzi się Pan, chciałbym jak najszybciej skorzystać  z naszej umowy i rozpocząć pracę. Najlepiej maluję mi się nocą  i nie chcę marnować nawet sekundy  z i Pana cennej doby. Jeśli się Pan zgadza,  proszę przejść na przygotowane  dla Pana krzesło  naprzeciw gotowego płótna  a ja pokieruję gestami, jak powinien się Pan ustawić i pozować. Oczywiście moja gościnność  i zasobność domu  jest do pańskiej wyłącznej dyspozycji. Jeśli tylko poczuję Pan znużenie sesją, proszę mówić a zrobimy przerwę. Mam nadzieję, że mimo pory  i dość obskurnego otoczenia  będzie się Pan czuł swobodnie.. aha tak zapomniałbym…  sesja jest płatna z góry. Pieniądze przygotowałem obok tej notatki. Jeśli ta kwota nie wystarczy, proszę powiedzieć a ureguluję  brakującą część po sesji nad ranem. Jeszcze raz serdecznie Pana witam. Oddany  Victor Wild.     I faktycznie obok notatki  spoczywała biała, zalakowana koperta. Otworzyłem ją na oczach Wilda  i zerknąłem do wewnątrz. Spoczywała tam mała fortuna. Przynajmniej jak na moje potrzeby  i spłatę wszystkich zobowiązań. Nie zastanawiając się już dłużej, przeszedłem w głąb izby  i usiadłem na trochę zbyt sztywnym krześle. Podświadomie wyczułem uśmiech Wilda  pod osłoną kaptura. Za takie pieniądze jednak, mógłbym spędzić tu z nim resztę swego życia.  
    • @Somnia   Niesamowicie gęsty, oniryczny klimat. Pięknie ujęta tęsknota za kimś, kto jest blisko, a jednocześnie pozostaje nieosiągalny. Zaintrygowało mnie to, jak oswojona jest tu ciemność. Zazwyczaj budzi lęk, a u Ciebie staje się schronieniem i przestrzenią do spotkania z samym sobą.
    • Raz pewien byk gdzieś w dolinie Baryczy zbijał bąki, a bąk w trawie się byczył. Byk na bąku siadł, do Baryczy wpadł, no i teraz już w Baryczy byk ryczy.  
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...