Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Na Bornholm przywiało mnie właściwie przypadkiem. Byłam przez tydzień na wakacjach w Kołobrzegu. Kilka dni lało, wiało, przenikało – lodowata nuda. Przeczytała ogłoszenie o rejsach jednodniowych katamaranem na Bornholm – wyspę bałtycką należącą do Danii. Zdecydowałam się popłynąć – w końcu po co się żyje, jeśli nie dla przygody i urody Ziemi? Wykupiłam wycieczkę – i oczywiście w dniu rejsu przyszła do Kołobrzegu piękna, upalna pogoda… Na Bornholmie gotowaliśmy się, ale za to może wyraźniej zobaczyłam oryginalne, niespotykane piękno tej wyspy, jej niepowtarzalny, jedyny w swoim rodzaju klimat.
Jest to podmorskie, granitowe pasmo górskie, wystające nad poziom wody w postaci kamiennej, zielonej wyspy. Od strony polskiej wybrzeże Bornholmu jest skaliste i nieprzystępne, zaś od strony szwedzkiej więcej jest plaż piaszczystych.
Większość powierzchni pokryta jest bujnymi lasami i łąkami. Puszcze Bornholmu są bardzo urodzajne w grzyby. Nie lubią ich tam zbierać Polacy, bo jest ich tyle, że w ciągu trzech godzin można zebrać średnio ok. 36 kilo – nasi rodacy twierdzą, że to żadna zabawa, a tylko ciężka rolnicza praca.
Kwatery i wyżywienie w Danii są diabolicznie drogie, więc nie opłaca się tam niczego kupować. Jeśli ktoś wybiera się na dłużej na Bornholm, to tylko pod namioty, najlepiej z rowerami i własnym prowiantem na kilka tygodni. Inaczej można szybko pójść z torbami.
Ponieważ w ciągu wycieczki zgłodniałam, kupiłam sobie w barze zakąskę z kilku gatunków ryb i trzech kromeczek chleba, bez picia i żadnych innych dodatków; zapłaciłam 68,- zł! Ale pojadłam smacznie.
Wstyd mi było za Polaków, którzy nakładali sobie pełne talerze przy szwedzkim bufecie, a potem wychodzili z baru, nie płacąc. Nikt ich nie ścigał – tym bardziej mi wstyd – z tego wynika, że Duńczycy wliczają w koszta swojego biznesu standardowe kradzieże Polaków.
A później w sklepie portowym kupiłam dwulitrową butelką sprajta na drogę i wydałam na to 18,- zł. Płaciłam w złotówkach, a w koronach duńskich kosztowałoby to jeszcze drożej, mianowicie w przeliczeniu na nasze - 38,- złociszy polskich! – tak mnie poinformowała sprzedawczyni.
Wyspa jest urokliwa i bardzo ciekawa. Miasteczka śliczne, kolorowe, gustowne, czyste, porządne. Nie wolno budować domów wyższych niż dwukondygnacyjne. Nie wolno też budować brzydko – nad zabudową czuwa naczelny architekt wyspy, który mało co akceptuje. Zresztą od kilkunastu lat już w ogóle nie wolno nic budować na wyspie, bo stała się ona zbyt gęsto zabudowana i nieco zabytkowa.
Wiele domów posiada charakterystyczne, olbrzymie, kolorowe kominy, ciągnące się bezpośrednio od ziemi i zwężające ku górze. To kominy wędzarniane, gdyż do niedawna wszyscy mieszkańcy Bornholmu byli rybakami i jednocześnie wędzarzami ryb. Obecnie kominy pozostawiono sobie na pamiątkę i dla zachowania charakterystycznego wyglądu wyspy.
Roślinność jest tam południowa, mimo, że to północ Europy - ale podłoże granitowe powoduje, że powietrze i morze są bardzo ciepłe. Prawie nigdy nie pada tam śnieg, za to często kapie deszcz. Pod koniec sierpnia kwitną piękne, bujne, jaskrawo białe lub fioletowe girlandy kwiatów na krzewach, których nie widuję w Polsce, a które swym wyglądem przypominają roślinność Grecji czy Włoch. Kolor morza przypomina Adriatyk, choć jest to przecież nasz rodzimy Bałtyk.
Ludzie na wyspie są życzliwi i naiwni - zupełnie nie umieją kraść! A kiedy mają coś do sprzedania (np. nadmiar grzybów czy innego runa albo owoców z własnego ogrodu), to pakują to w słoiki czy koszyki, i wystawiają przy szosie bez żadnej opieki, zaś nad tym całym kramikiem piszą cenę za porcję i przy cenie stawiają pudełeczko na pieniądze. I odchodzą do swojej roboty. A pod wieczór mają pudełeczko pełne monet. Przyjeżdżają na rowerach po zysk i niesprzedany towar – i niczego nie brakuje. Widziałam to na własne oczy.
W Danii za kradzież batonika w sklepie siedzi się trzy miesiące w kryminale. Nie istnieje w prawie taka klauzula, jak „niewielka szkodliwość społeczna”. Dlatego kradzież prawie się nie zdarza i policja nie ma tam co robić. Jeśli zalęgnie się jakiś przestępczy element, to zachowuje się podobnie jak filmowy gang Olsena - nieudolny i sympatyczny, banda kryminalnych niedorajd, które szybko są zatrzymywane przez znudzone organy ścigania.
I raczej nie na Bornholmie. Jeżeli już się coś takiego przytrafi, to w dużym mieście na stałym lądzie. A potem ludzie długo to sobie opowiadają jako nadzwyczajną sensację.
Wiele domów na Bornholmie jest krytych strzechą, jednak prawie nie zdarzają się pożary, gdyż słoma na dachy jest przystrzygana w specjalny sposób – tak, by zapobiegać łatwopalności. Ostatni pożar, jaki przydarzył się tam kilka lat temu, strawił... remizę strażacką w jednym z miasteczek. A to dlatego, że strażakom okrutnie się nudziło i zrobili sobie popijawę w remizie, zaś w ramach imprezki rozpalili ognisko, które przeniosło się na budynek; kiedy zapłonął, zdumieni ogniem strażacy uciekli. Powrócili dopiero wtedy, kiedy przyjechała straż z innego miasta - wówczas miejscowi strażacy przyłączyli się do gaszenia. Ale już nie zdążyli i remiza spaliła się do cna. Na szczęście nic się nikomu nie stało.
Na tej szczęśliwej wyspie zasadniczo nie jest potrzebna nie tylko policja i straż pożarna, ale też wojsko. Jednak wszystkie te instytucje muszą istnieć na tak zwany wszelki wypadek. Dlatego wojsko też funkcjonuje. Nie ma jednak poligonów i ćwiczenia odbywają się na całym terenie wyspy. Bywa to bardzo uciążliwe dla mieszkańców. Zdarzyło się, że pewna Dunka wróciła z pracy i poczęła gotować obiad, kiedy nagle dom otoczyli żołnierze z zielonymi gałązkami przy hełmach i z twarzami pomalowanymi w brązowo-zielone plamy; wtargnęli do domu i położyli na kobiecie areszt domowy, choć przy tym pozwolili jej nadal gotować. Mąż do wieczora nie wracał z pracy, po czym wypuszczono go okrutnie głodnego i zgrzanego z aresztu – okazało się, że schwytano go na drodze jako domniemanego „szpiega wrogiej armii” i zatrzymano do wyjaśnienia.
Innego dnia ta sama pani zaprosiła gości na swoje imieniny. W czasie przyjęcia raptem zorientowała się, że dom znowu jest otoczony przez chłopców z gałązkami przy hełmach i buziami pomalowanymi na brązowo-zielono. Nie czekając, aż aresztują wszystkich gości i zepsują zabawę, spuściła z łańcucha psa. Jest to labrador, a więc najłagodniejsze stworzenie pod słońcem, ale żołnierze nie widzieli tego, natomiast usłyszeli nieludzki jazgot i raban, jakiego narobił ten radosny i przyjazny pies. Dlatego uciekli w popłochu z miejsca oblężenia.
Takie to odważne są służby obronne na wyspie – dlatego właśnie, że nie ma się tam przed czym bronić: ani pożarów, ani przestępców, ani wojen czy rebelii… Nawet lekarze nie są tam specjalnie potrzebni, toteż służba zdrowia na wyspie praktycznie nie istnieje – Bornholmczycy są z reguły zdrowi jak ryby, w dodatku żyją na ogół sto lat i więcej (nie wiadomo, dlaczego – być może z powodu bezstresowości i spokojnego, bardzo powolnego trybu życia). Na Bornholmie życzyć komuś stu lat życia byłoby nietaktem - oznaczałoby życzenie szybkiej śmierci.
Na podwórkach ludzie mają maszty, na które wciągają nieoficjalną flagę Bornholmu: czerwony krzyż na zielonym tle. (Oficjalna flaga Danii to czerwony krzyż na białym tle, a Bornholm ma swoją nieoficjalną). Kiedy flaga jest na szczycie masztu, znaczy, że gospodarze są w domu i można do nich wpaść w odwiedziny. Jeśli flaga jest zdjęta, znaczy, że ich po prostu nie ma. A jeśli jest opuszczona do połowy, to znaczy, że stało się coś złego i nie oczekują wizyt, bo albo ktoś z domowników umarł, albo jest ciężko chory, albo... przyjechała teściowa.
Na Bornholmie najczęściej stroną aktywną w zalotach jest kobieta: to ona pierwsza proponuje mężczyźnie spotkanie i to ona najczęściej się oświadcza. W praktyce oznacza to tyle, że to kobieta wybiera sobie partnera i to ona jest stroną dominującą w związku.
Poza tym jednym obyczajem panuje tam idealne równouprawnienie. Wiele kobiet wykonuje „męskie” zawody, np. są mechanikami lub kierowcami autobusów wycieczkowych; wielu mężczyzn natomiast jest nianiami domowymi i pracuje w przedszkolach. I podobno mają fantastyczne i szaleńcze pomysły zabawowe, które niesłychanie podobają się dzieciom.
Wychowanie w szkole i w domu na Bornholmie jest bezstresowe. Do końca szkoły podstawowej (do lat dwunastu) nie stawia się stopni w szkole, a tylko oceny opisowe, jak u nas w klasach 1-3. Poziom nauczania jest bardzo niski, bo dzieci nie wolno przemęczać. Nie zadaje się prac domowych, żeby nie odbierać im dzieciństwa.
Kiedyś zdarzyło się, że w jednej ze szkół bornholmskich był nadpobudliwy chłopiec, który ustawicznie sam wychodził w czasie lekcji bez pozwolenia i po prostu szedł sobie gdzieś przed siebie. Ponieważ szkoła odpowiada za bezpieczeństwo uczniów, dyrektor zatrudnił specjalnie pewną panią bez przygotowania pedagogicznego, tylko po to, żeby siedziała w ławce za tym chłopcem – i kiedy on wychodził ze szkoły – żeby szła za nim i strzegła go przed wszelkimi niebezpieczeństwami. Ta pani siedziała więc w szkole na wszystkich lekcjach i rozwiązywała krzyżówki, a kiedy chłopiec nabierał ochoty na spacer, wychodziła razem z nim. I płacono jej za to z pieniędzy publicznych. Nikt o to nie miał cienia pretensji.
Pewna mama kiedyś poszła do szkoły w czasie lekcji, żeby zanieść synowi drugie śniadanie, którego zapomniał zabrać z domu. Wiedziała, że o takiej to a takiej godzinie syn powinien mieć wychowanie fizyczne. Weszła więc do sali gimnastycznej i zastała tam rzeczywiście klasę swojego dziecka, jednak jego samego tam nie było. Zapytała nauczyciela, gdzie jest jej syn i uzyskała odpowiedź, że zapewne w sali informatycznej, bo tego dnia bardzo mu się nie chciało ćwiczyć i wolał pograć na komputerach. Zaskoczona matka (Polka zresztą) poprosiła wychowawcę klasy, aby to jednak szkoła układała plan lekcji dla jej syna, a nie on sam.
Jednakże mimo tak dalece idącego liberalizmu w szkołach bornholmskich nie jest tolerowany rasizm czy nacjonalizm, czy jakakolwiek inna nietolerancja. Zdarzyło się, że w pewnej szkole chłopiec powiedział coś obelżywego na temat koloru skóry swojej afrykańskiej koleżanki – i momentalnie wypisano go ze szkoły. Nie pomogły płacze i prośby rodziców oraz dziadków – chłopiec musiał się przenieść do innego miasteczka, bo w jego miejscu zamieszkania nie było innej szkoły.
Żadna nietolerancja i poniżanie innych ludzi nie jest na wyspie akceptowane. Wolno tam zawierać związki małżeńskie wśród osób homoseksualnych i nikogo to nie szokuje ani nie dziwi. Nie wolno jednak takim małżeństwom wychowywać dzieci.
Na Bornholmie także związki nieformalne są uważane za jak najbardziej naturalne, normalne i nikt się temu nie dziwi. W Polsce są one nazywane różnymi mianami, np.: życie na kartę rowerową, na kocią łapę… A na Bornholmie taki związek jest nazywany „życiem po polsku”. Dlaczego? Otóż dlatego, że w czasie II wojny światowej i tuż po niej osiedlano na wyspie wielu Polaków, którzy nie mieli po co wracać do własnego kraju, bo wszystko tam stracili. W Danii dostawali pracę. Na Bornholmie Polacy byli kwaterowani po kilka lub kilkanaście osób w jednym pokoju, bo brakowało kwater, jak wszędzie. W jednym pokoju mieszkali często mężczyźni wraz z kobietami. Stąd owo powiedzenie, które jednak nie ma żadnych pejoratywnych podtekstów, skierowanych przeciwko Polakom czy ludziom żyjącym w nieformalnych związkach.
Przeciwnie: Bornholmczycy uważają Polaków za niezwykle kulturalnych i uprzejmych ludzi – mimo, że mieszkają niedaleko nas, bo zaledwie o 90 km od naszego wybrzeża! Czym to wytłumaczyć? Otóż wyraz: „tak” po duńsku oznacza: „dziękuję” – stąd poczciwi wyspiarze sądzą, że Polacy ciągle za wszystko dziękują.
Pieniędzy publicznych jest na Bornholmie dużo, bo podatki są wysokie. Ale też te pieniądze rzeczywiście są własnością społeczeństwa i wracają do potrzebujących. Emerytury są bardzo wysokie, bo społeczeństwo Danii szanuje starszych ludzi, którzy przepracowali dla innych całe życie i teraz należy im się godny odpoczynek z podróżami po całym świecie – Duńczycy na to właśnie pracują całe życie. Bezrobotni mają takie zasiłki, że spokojnie mogą się z nich utrzymać i nie boją się nędzy, głodu, bezdomności. Ale wolą pracować, bo pensje są bez porównania wyższe. Płatny urlop macierzyński trwa w Danii rok, potem rodziny wynajmują niańki, na które stać każdego bez problemu. Są to na ogół młodzi, uczący się ludzie (zarówno dziewczyny, jak i chłopcy) albo cudzoziemki z uboższych krajów.
Emeryci bornholmscy chętnie oddają swoje emerytury państwu, w zamian za co dostają miejsce w domach pogodnej starości. Ale to nie są takie domy, jakie znamy z Polski. Na Bornholmie w takiej instytucji każdy emeryt ma swój własny… domek! Nie, nie pokoik, tylko właśnie domek – z łazienką, kuchenką, pokojem i poddaszem. Ma całodobową opiekę lekarską oraz towarzystwo, i nie musi się martwić o zakupy, gotowanie, sprzątanie itp. Żyć nie umierać!
Służba zdrowia na Bornholmie jest fatalna, a właściwie wcale jej nie ma, albowiem – jak już wspomniałam – nie jest ona specjalnie potrzebna. Istnieją tam tylko lekarze rodzinni, którzy nic nie umieją, wszelkie dolegliwości diagnozują jako infekcję i zapisują na to aspirynę. W ten sposób kiedyś doprowadzili do ciężkiego stanu dziecko jednej z kobiet bornholmskich, która z tego powodu zdecydowała się popłynąć z synkiem do Polski do prawdziwego lekarza. Okazało się, że dziecko jest w ostatniej fazie ostrego zapalenia obustronnego płuc. Wyleczono je w Polsce, w szpitalu. Matka wróciła na Bornholm, poszła do lekarza rodzinnego i opowiedziała mu to, pokazując jednocześnie diagnozę polskich lekarzy, napisaną na jej prośbę po angielsku. Lekarz spojrzał na dokument i stwierdził: „No widzisz, kobieto, to twoja wina, bo jak mogłaś chore dziecko zabierać na wycieczkę morską do Polski?!”
Na szczęście w pracy nie wymaga się zwolnień lekarskich. Kiedy człowiek jest poważnie chory, po prostu dzwoni do szefa i mówi, że nie może się stawić do pracy. Ale musi zadzwonić przed dwunastą, bo jeśli zrobi to choćby kilka minut po południu, to już przepadło i nie dostanie wynagrodzenia za ten pierwszy dzień choroby.
Nikt tego prawa nie nadużywa. Rzadko się zdarza, żeby Bornholmczyk czy w ogóle Duńczyk oszukał szefa, że jest chory. Dzwonią, że nie przyjdą do pracy, kiedy już są naprawdę poważnie chorzy. Zresztą gdyby było inaczej, to już dawno takie prawo przestałoby tam funkcjonować.
Dopiero, kiedy człowiek jest chory ponad dwa tygodnie, ma obowiązek dostarczyć do pracy zwolnienie lekarskie. Ale Bornholmczycy niezmiernie rzadko chorują, jak już wspomniałam.
Powolny i spokojny tryb życia Bornhlmczyków zapewne wpływa na ich świetne zdrowie i długowieczność. Początkowo jest to nie do przyjęcia dla przeciętnego Europejczyka. Wydaje się, że jest to wymarła wyspa – nic się tam nie dzieje, nikogo nie widać na ulicach. Tak naprawdę tamtejsi ludzie pędzą towarzyski, sąsiedzki tryb życia. Ale nigdzie się nie spieszą. Ich maksyma to: „Jeśli czegoś nie zrobię dzisiaj, mogę zrobić to jutro, a jeśli nie zrobię nigdy, to i tak dziury w niebie nie będzie”. Ślamazarzą się więc straszliwie i denerwują tym przyjezdnych. Jednak podobno już po tygodniu pobytu na Bornholmie wycieczki obcokrajowców zaczynają nie tylko wolniej chodzić, ale i wolniej mówić.
Życie sąsiedzkie na wyspie kwitnie. Bornholmczycy bardzo lubią wiedzieć, co się dziej u sąsiadów, dlatego mają zainstalowane po zewnętrznej stronie okien lusterka – nie muszą wyglądać, żeby widzieć, czy u sąsiadów wszystko w porządku, czy są w domu – czy flaga opuszczona, czy na szczycie masztu, czy w połowie.
Niestety życie rodzinne na Bornholmie jest znacznie luźniejsze niż w naszym kraju. Tam dorosłe dzieci w wieku lat osiemnastu czy dwudziestu opuszczają dom rodzinny i na ogół wyspę też, wyjeżdżają na studia i do pracy na stały ląd, i prawie nie utrzymują kontaktów z rodzicami. Widują się z nimi tylko przy okazji wyjątkowych uroczystości rodzinnych, takich jak wesele, pogrzeb, chrzciny… Na Bornholm wracają na ogół dopiero na emeryturze, osiedlając się na ojcowiznach. I przyjmują wnuki na wychowanie, dopóki te nie wyjadą także na studia i do lepszej pracy na stały ląd.
Bornholm jest więc wyspą emerytów i dzieci.
Przy każdym kościele na wyspie jest niewielki cmentarz. Groby bornholmskie znacznie różnią się od polskich. Duńczycy są z reguły protestantami, a więc na nagrobkach nie stawiają krzyży, a groby mają postać zwykłych głazów wkopanych w ziemię pionowo, skośnie lub poziomo. Na płytach granitowych wyryte są dane osoby zmarłej (imię, nazwisko, data urodzenia i śmierci – jak u nas), ale nie ma żadnych wyrazów „utulenia w żalu rodziny”, natomiast często na nagrobku zdarza się jakiś napis związany ze zwyczajem czy cechą charakterystyczną zmarłego, jakieś jego powiedzonka, śmiesznostki, nawyki; np. czyjś dziadek wiecznie gubił czapkę i wracał po nią wszędzie, pytając ludzi: „Czy nie widzieliście mojej czapki?” – i na jego kamieniu nagrobnym pod danymi osobowymi wyryto taki właśnie napis: „Czy nie widzieliście mojej czapki?”
Skaliste plaże klifowe są tak fantastyczne, że nie da się tego opowiedzieć. Wysokie góry wyrastające prosto z morza. My, Polacy, mamy piękne wybrzeże, ale takich widoków niestety nie posiadamy.
Na najwyższym wzniesieniu Bornholmu są ruiny zamku Hammershus. Wybudowali go Duńczycy, którzy najczęściej byli właścicielami wyspy. Czasami jednak dostawała się ona w ręce Szwedów, którzy zawsze mieli na nią chrapkę.
Duńczycy uważają piwo za napój orzeźwiający i ważniejszy od wody, nie traktują go jak alkoholu. Dlatego kiedyś, gdy Bornholm był akurat w posiadaniu Szwedów, wystąpili z prośbą do króla szwedzkiego o zwiększenie kontyngentu piwa z siedmiu litrów tygodniowo na osobę do siedemnastu litrów. Źródła nie podają, czy przychylono się do ich żądania, ale chyba tak, gdyż kiedy Bornholmczycy postanowili wreszcie odbić zamek, udało im się to prawie bez walki, a to dlatego, że Szwedzi na Hammershus byli zupełnie pijani. Wówczas zginęło "tylko" pięćdziesięciu Duńczyków. Pod obecnymi ruinami zamku wystawiono im pomnik.
Ech, dużo by opowiadać o Bornholmie! Byłam tam jeden dzień, ale dowiedziałam się mnóstwo ciekawych rzeczy i zobaczyłam wiele śliczności i ciekawostek. Opłacało się popłynąć, naprawdę. Bardzo sobie odświeżyłam umysł.
Tak niewielka odległość nas dzieli od Bornholmu – zaledwie 90 km w linii prostej – a tak inne są nasze kultury. Warto poznać tę niezwykłą wyspę.

Opublikowano

No, no! Jak na jednodniową wycieczkę mnóstwo przeżyć i informacji zebrałaś, Oxyvio. Doskonale napisana ta relacja; żywo, ciekawie, obrazowo, aż chce się od razu wsiadać w pociąg. Tak się składa, że w lipcu moi sąsiedzi spędzili na tej wyspie tydzień urlopu na rowerach, też wrócili bardzo zadowoleni i zachęcali do powtórzenia ich eksperymentu, ale muszę przyznać, że nawet w połowie ich opowieści nie były tak zajmujące, jak Twoja :) Pozdrawiam serdecznie - Ania

Opublikowano

Po przeczytaniu tekstu, naszły mnie dwie myśli.
Pierwsza z nich była taka, że zacząłem żałować, że to przeczytałem. Z czystej zazdrości o to, jak tam ludzie żyją i jak tam jest.
Bardzo wciągająco napisane, czyta się z zainteresowaniem, bez zgrzytów, dobre pióro - to druga z myśli.
Pięknie by było, gdybyśmy potrafili się czegoś od bornholmczyków nauczyć...

Pozdrowienia :)
M.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Cześć, Krzysiu. Ciebie też miło widzieć. :)
Fajnie byłoby zebrać miłe towarzystwo przy kawie i poopowiadać sobie wzajem ciekawostki ze świata.
Pozdrawiam.
Oxy.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Witam z radością nowego Czytelnika.
Bardzo mi miło, że podoba się mój reportażyk.
Tak, ja też żałuję, że tak daleko jeszcze jesteśmy za Bornholmem, a także za całą Skandynawią, która wg mnie reprezentuje najwyższy poziom kultury w Europie. Cóż, może kiedyś ich dogonimy, no bo jeśli nie, to będzie z nami coraz gorzej...
Pozdrawiam. :)
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Fajny reportaż, choć pozbyłbym się tego rodzaju odautorskich podsumowań, które troszkę mu ujmują.
Tym bardziej, że odpowiedź nasuwa się sama: Bornholm zamieszkuje ponad 40 tys ludzi a Polskę wiele razy więcej,
do tego dochodzą mniejszości narodowe. Jednak są u i nas miejsca, gdzie do tej pory nie zamyka się drzwi na klucz,
a małe miejscowości też potrafią zaskakiwać przyjemnie. Ogólnie, bardzo przyjemnie się czyta i dużo można się dowiedzieć
o Bornholmie i mieszkańcach wyspy.

Pozdrawiam.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Święta racja. Poprawiłam.
Dziękuję. :)

PS. Te miejsca, gdzie nie zamyka się drzwi na klucz, już chyba nie istnieją. Jeżdżę dużo po Polsce, ale już od lat nie trafiam na takie miejscowości. Niestety. :(

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
    • @Radosław   wiem Radosław …niestety to takie silne oddziaływanie jest …międzygalaktyczne ;)))) nie wiem jak mogę Tobie pomóc…? ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...